video-jav.net

Wspólnota skutecznej modlitwy

Benedyktynki od nieustającej adoracji Najświętszego Sakramentu – mniszki, które żyjąc w ciszy klauzury uwielbiają Boga. Szukają Go w samotności modlitwy, w relacjach z bliźnimi, w trudzie codziennej pracy. Patrząc z zewnątrz – nic szczególnego, patrząc oczami wiary – ukryte źródła duchowej siły dla Kościoła.

Dominika Perzyna OSBap
Dominika
Perzyna OSBap
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Wspólnota skutecznej modlitwy

Św. Benedykt

zaczęło się od decyzji młodego studenta

Wszystko zaczęło się właściwie jeszcze w VI wieku, kiedy młody student zrażony zepsuciem Rzymu, uświadomił sobie z całą jasnością, że dzięki pobieranym naukom, owszem, zrobi karierę, ale cóż z tego, jeśli duszę swoją wystawi na „niebezpieczeństwo zatraty”. Przerywa więc studia i ucieka z wielkiego miasta, chroniąc się w górskim zaciszu. Chciał się nauczyć mądrości Boga.

Jak trafne okazały się intuicje młodego Benedykta pokazały kolejne lata, gdy osiągnął sławę pokornego pustelnika z Subiaco. Zaczęli przychodzić do niego coraz to ludzie, których przyciągały dokładnie te same ideały. Czerpiąc z doświadczenia swych poprzedników, takich jak Jan Kasjan czy św. Bazyli Wielki, zaczął redagować Regułę (najpopularniejszą po dziś dzień w chrześcijaństwie!), proponując styl życia skoncentrowany na uwielbianiu Boga przez modlitwę i pracę (Ora et labora). Stopniowo pod wpływem jego działalności oraz współbraci zaczęły powstawać klasztory – szkoły służby Pańskiej – które trwale zapisały się w dzieje i kulturę Europy.

Wspólnota skutecznej modlitwy

Matka Mechtylda

…potem była kobieta – Mechtylda

Na te wypróbowane przez kolejne pokolenia mnichów ścieżki, weszła również Katarzyna Mechtylda de Bar (1614-1698). Założyła nową gałąź zakonu, ukierunkowaną w sposób szczególny na adorację Jezusa Eucharystycznego. Nie uważała jej jednak ani za dodatek do życia benedyktyńskiego ani za konkurencję dla niego. Przecież oddawanie czci, uwielbianie Boga jest istotą ducha św. Benedykta. Dlatego mówiła kiedyś do swych mniszek:

Przy okazji powiem wam, że patrząc od strony chronologicznej jesteśmy ostatnimi, które otrzymały to, co najwspanialsze w naszym zakonie. Tak, mam na myśli nieustającą adorację. Wszak stanowi ona wewnętrzną Laus perennis [nieustannie rozbrzmiewająca chwała Boga]. W początkach istnienia zakonu była praktykowana w sposób zewnętrzny [tzn. mnisi nieustannie recytowali w kościele psalmy i hymny liturgii godzin] i dobrze by było, gdyby jeszcze trwała. My jednak, utrzymujemy ją wewnętrznie, zmieniając się jedna po drugiej – dniem i nocą – na adoracji. Wywiązujmy się zatem jak najlepiej z zadania, jakim obdarzyło nas serce naszego błogosławionego Ojca [Benedykta].

Mechtylda odczytała w charakterystyczny dla siebie sposób okoliczności śmierci tego Świętego. W dniu przeczuwanego już odejścia do Pana poprosił on swoich uczniów, aby zanieśli go do oratorium. Tam, modląc się po przyjęciu Ciała i Krwi Pańskiej, odszedł w opinii świętości. Mechtylda zobaczyła w tym ostatnim pragnieniu św. Benedykta świadectwo jego gorącej miłości do Najświętszego Sakramentu i zapowiedź powstania wspólnoty benedyktyńskiej poświęconej tej Tajemnicy.

Benedyktynki od nieustającej adoracji w Polsce

Jak się okazało, trzeba było czekać kilkanaście dobrych wieków. Święty Benedykt umarł w roku 547, a Instytut Benedyktynek od nieustającej adoracji ujrzał światło dzienne w Paryżu, 25 marca 1653 r. Jeszcze za życia Mechtyldy udało się stworzyć pierwszą wspólnotę poza granicami Francji – w Polsce.

Klasztor został wzniesiony w Warszawie w 1688 roku, jako wotum dziękczynne Marysieńki za zwycięstwo i szczęśliwy powrót króla Jana III Sobieskiego spod Wiednia.

Początki fundacji nie były łatwe. Poczynając od uciążliwej, dwumiesięcznej podróży, poprzez trudności zaaklimatyzowania się w całkiem nowym i zupełnie innym środowisku, aż po niesnaski z królową pragnącą za bardzo ingerować w życie wspólnoty. Siostry jednak wszystkie te burze dzielnie przetrwały, chociaż życie ich nie oszczędzało. Ledwie skończyły się problemy z budowaniem wszystkiego od podstaw, Warszawę nawiedziła groźna zaraza, która część mniszek zagnała aż do Lwowa. Ponieważ nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… w 1719 roku założyły tam nowy klasztor.

Wspólnota skutecznej modlitwy

W Warszawie natomiast z roku na rok przybywało coraz to więcej osób podzielających wraz z Mechtyldą i jej mniszkami fascynację Tajemnicą Eucharystii. Niektóre z nich były uczennicami pensji prowadzonej przez siostry (do 1865 r.) i wstępowały do naszego klasztoru, by całkowicie poświęcić Bogu swoje życie. Inne, jako osoby świeckie, angażowały się w dzieła „Arcybractwa Najświętszego Sakramentu” działającego przy klasztorze, m.in. w adorację, pomoc ubogim, przygotowywanie dzieci do I Komunii św.

Klasztor stawał się coraz bardziej cząstką Warszawy. Siostry uczestniczyły w doli i niedoli narodu oraz miasta z całym właściwym im zaangażowaniem: przez modlitwę, ofiarę, a także w miarę swoich możliwości przez pomoc materialną, na przykład, gdy trzeba było wspomóc insurekcję kościuszkowską czy Powstanie Warszawskie.

To ostatnie wydarzenie wpisało się szczególnie mocno w historię zgromadzenia. Podczas bombardowania kościoła 31 sierpnia 1944 r. zginęły niemal wszystkie siostry. Jednak dzięki tym, które cudem ocalały, klasztor mógł się znowu odrodzić. A rozwinął się tak bardzo, że w 1959 roku założona została nowa fundacja w Siedlcach. Jest to trzeci klasztor powstały na ziemiach polskich.

modlitwa – to podstawowa misja

„Aby we wszystkim Bóg był uwielbiony” – w tych słowach streszcza się duch Reguły benedyktyńskiej. „Aby był uwielbiony”, to znaczy sami z siebie jesteśmy niczym, jesteśmy jedynie glinianymi naczyniami, to On jest źródłem naszej siły, naszego „chcenia i działania zgodnie z Jego wolą” (Flp 2,13). „We wszystkim”, to znaczy każdą chwilę, zadanie, sytuację oddawaj Bogu, przeżywaj ją z Nim i w Nim.

Wspólnota skutecznej modlitwy

Najświętszy Sakrament wystawiony w kaplicy klasztoru

Kluczowym punktem życia mniszek benedyktyńskich jest Eucharystia: uwielbienie par excellence, uwielbienie Ojca przez ofiarę i życie Jego Syna, Jezusa. To z tego źródła wypływają inne formy modlitwy, zwłaszcza liturgia godzin. Odprawiana jest w sposób uroczysty, towarzyszy jej śpiew chorału gregoriańskiego, część modlitw odmawiana jest w języku łacińskim. Następną jest adoracja, którą siostry utrzymują nieustannie, dniem i nocą, zmieniając się kolejno przed Najświętszym Sakramentem. Ponadto siostry poświęcają dziennie określoną ilość czasu na lekturę Pisma Świętego, modlitwę wewnętrzną, czytanie duchowe. Dzięki temu duch adoracji, uwielbienia Boga przenika i kształtuje wszystko to, co składa się na codzienne życie.

Siostry prowadzą opłatkarnię: wypiekają hostie i komunikanty oraz opłatki wigilijne. To jest ich głównym źródłem utrzymania. Jako zakon kontemplacyjny nie prowadzą dzieł ewangelizacyjnych czy dzieł miłosierdzia. Ich posłannictwo jest natury duchowej. Swoim stylem bycia ukierunkowanym jedynie na Boga, stają się znakiem Jego obecności w świecie.

Siostry, przez modlitwę, którą ogarniają cały świat i wszystkie ludzkie problemy, pomagają otwierać się innym na działanie łaski Bożej. Często nie widzą efektów swoich modlitw, ofiar i wyrzeczeń. Poznają je dopiero w niebie. Teraz ich zadanie to: być całkowicie dla Boga, zawierzając Mu skutki swego oddania.

klasztor dla świata

Mechtylda powiedziała kiedyś:

…objawiono mi, w jaki sposób Bóg będzie adorowany w Instytucie. Ujrzałam dużo osób na zewnątrz i wewnątrz niego w postawie prawdziwie adorujących. Były tam dusze doskonale zjednoczone z Bogiem, które przylgnęły do Niego w sposób bardzo dla mnie pocieszający, gdyż widziałam, że Pan Jezus znajdował w nich swoje upodobanie…

Ta wizja Mechtyldy znalazła potwierdzenie w ciągu kolejnych stuleci istnienia Instytutu. Wokół wspólnot mniszek zawsze gromadzili się ludzie świeccy, pragnący – według wymogów własnego powołania – uczestniczyć w życiu i charyzmacie klasztorów. W Polsce do II wojny światowej istniało „Arcybractwo Najświętszego Sakramentu”, obecnie zaczyna powstawać „oblatura”.

Ponadto w warszawskim kościele klasztornym podejmowanych jest szereg różnych inicjatyw, jak rekolekcje, dni skupienia, wykłady biblijne i liturgiczne, kursy języków biblijnych (j. hebrajski, j. grecki oraz łacina kościelna). Z ich szczegółowym programem można zapoznać się na stronie internetowej klasztoru: www.benedyktynki-sakramentki.org Tam również znajduje się skrzynka intencji, za pośrednictwem której można przesłać prośbę o modlitwę.

www.benedyktynki.net – klasztory benedyktynek-sakramentek w Polsce

www.mechtylda.info – Matka Mechtylda

www.mectilde.net – źródła mechtyldiańskie

Dominika Perzyna OSBap

Dominika Perzyna OSBap

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dominika Perzyna OSBap
Dominika
Perzyna OSBap
zobacz artykuly tego autora >

Ach! Księdzem być

Worek trenigowy podskakuje rytmicznie. Spocony, młody chłopak nie oszczędza się – uderza silnie. Lewy sierpowy, potem prawy prosty... Cała seria ciosów. Godzinę wcześniej widzieliśmy go, jak modlił się w kaplicy. Młody chłopak chce zostać... księdzem.

Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >
Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

fot. Sławomir Dynek / CogitoMedia

Jesteśmy w Urlach pod Warszawą, w Domu Formacji Propedeutycznej – tu spędza się pierwszy rok Seminarium Duchownego. Kilka domów położonych w sosnowym lesie. Część z nich czeka na pilny remont. Część pachnie nowością – przyzwoite, ale skromne. To miejsce, które czeka na przyszłych księży; tu odetną się od świata; tu zdecydują o powołaniu – kapłańskim albo świeckim.

9 miesięcy modlitwy i nauki, w ciszy, spokoju i prawie całkowitym odosobnieniu. Bez zgiełku zewnętrznego świata, bez szumu informacyjnego z internetu i telewizji.  Tak rozpoczyna się droga do kapłaństwa dla 34 alumnów.

Do Urli trafiają różni mężczyźni, z różnych środowisk, w różnym wieku. Łączy ich jedno – silna wiara w Boga. W ciągu najbliższego roku będą musieli odpowiedzieć sobie na pytanie „Co dalej?”. Sutanna i koloratka czy jednak nie.

Podjeżdżamy pod bramę. Ledwie zamajaczył świt. Chcemy zobaczyć, jak klerycy rozpoczynają dzień. Nie jesteśmy pewni, czy dobrze trafiliśmy. Nie ma "znaków szczególnych". Za ogrodzeniem nie widać zamieszania, nie widać ludzi – tylko cisza i spokój. Wjeżdżamy. Na powitanie wychodzi do nas ksiądz Marek Szymula, moderator ośrodka. Dopiero teraz jesteśmy pewni, że to właściwy adres. Ksiądz Marek, zapraszając nas zrobił wyjątek. To nie jest miejsce otwarte dla wszystkich. Alumni naprawdę mają tutaj odnaleźć spokój.

„W tym czasie poznają też siebie samych, weryfikują w różnych sytuacjach – od bycia razem: w pokoju, w grupie pracy, na wykładach, na wyjazdach, po wysiłek intelektualny czy duchowy”  – opowiada ksiądz Szymula.

My dzisiaj trochę zakłócimy klerykom spokój… Jeszcze nawet nie przypuszczamy, że będziemy mogli zobaczyć wszystko, zajrzeć wszędzie, rozmawiać z kim chcemy…

Ach! Księdzem być

To już czas, gdy wiosna coraz śmielej walczy z zimą, ale śnieg zalega jeszcze na trawnikach. W zaspy powbijanie łopaty. Na chodnikach i alejkach ani grama śniegu i lodu. Może mieszkańcy Urli mogą sobie tu dorobić na odśnieżaniu? – myślimy. To nasze pierwsze mylne wyobrażenie o seminaryjnym życiu. I po chwili pierwsze miłe rozczarowanie, ksiądz Marek szybko tłumaczy nam tajniki: – Ksiądz musi być samodzielny. Chcemy, żeby alumni byli mężczyznami, a nie chłopcami o delikatnych rączkach. Klerycy nie mają tu nianiek i sprzątaczek – sami odśnieżają, sprzątają, gdy trzeba pracują jako ogrodnicy, nakrywają do stołów, zmywają po posiłkach, piorą, prasują… "Ora et labora" w pełnej krasie. Choć na razie jest poranny czas modlitwy.

Podchodzimy w pobliże kaplicy. Przez okna pada delikatne światło. Niski parterowy budynek, jak wszystko tutaj, jest skromny i niepozorny. Jedna jego połowa to refektarz czyli jadalnia. I właśnie druga część teraz nas najbardziej ciekawi: w równo rozstawionych ławkach siedzą klerycy, choć wcale na takich nie wyglądają. Nie mają jeszcze sutann. Są w „cywilkach”. Skupieni. Nie rozmawiają ze sobą. Zatopieni we własnych myślach, przed niektórymi leżą otwarte biblie.

Tak zaczyna się każdy dzień – mówi nam ksiądz Marek. Najpierw, o 6.45 jest medytacja. O 7.15 Msza z Jutrznią. To już za kilka minut. Wchodzimy do środka. Kaplica skromna, niewielka, ale swobodnie może pomieścić około 50 osób. Jeden konfesjonał. Wydaje się, że na potrzeby seminarium to całkowicie wystarcza. Dopiero teraz możemy przyjrzeć się klerykom uważniej. To mężczyźni w różnym wieku, ubrani w swetry, koszule, bluzy z kapturami.

Ach! Księdzem być

Na 34 osoby w Urlach – 7 to klerycy, którzy zgłosili się zaraz po maturze. Wielu z nich jest w trakcie studiów albo już po.  Alumni przeżywają tu swoją pierwszą roczną formację – wyjaśnia nam moderator Domu Formacji Propedeutycznej w Urlach. Klerycy powoli kończą medytację. Po krótkiej przerwie rozpoczyna się msza. Trzech księży, ks. Marek Szymula, ks. Mieczysław Rzepecki oraz ks. Piotr Wierzbicki stają przy ołtarzu – to nauczyciele młodych kleryków, spowiednicy, powiernicy, wykładowcy i egzaminatorzy, może nawet przyjaciele. Na pewno przewodnicy w tym najwcześniejszym okresie drogi do kapłaństwa. Przez 9 miesięcy ich świat będzie spleciony. To może być decydujący czas dla przyszłych księży.

„Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci” – to przysłowie jest tu jak najbardziej na miejscu. Podczas porannej modlitwy oraz podczas Mszy Świętej w oczy rzucało się pełne zaangażowanie i skupienie. Nie widać było, żeby ktoś traktował to jako przykry obowiązek, konieczność.

Ach! Księdzem być

Zaraz śniadanie i atmosfera całkowicie się zmieni. Ale najpierw wszyscy pokazali, co to dobre wychowanie i "sznyt". W kaplicy jest prawie 40 mężczyzn. I jedna kobieta, niżej podpisana. Nikt nie wyszedł pierwszy! Przepuścili kobietę. Niby drobiazg, ale… kultura i tradycja.

Śniadanie mija już w zupełnie innej atmosferze. Wszyscy są razem, choć przy kilku stołach. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze przed chwilą byli cisi, skupieni, rozmodleni. Teraz słychać charakterystyczny gwar: szczęk sztućców, naczyń, rozmowy, śmiech. Swobodna atmosfera. To dopiero początek wypełnionego studenckimi obowiązkami dnia. Dzisiaj czeka ich jeszcze sprzątanie pokoi i zamiast wykładów… egzamin. I nie psuje im to dobrego humoru. Z talerzy znikają jajka na twardo i szprotki w oleju (piątek). Po śniadaniu, wyznaczeni dyżurni alumni idą "na zmywak". Tak jest po każdym posiłku.

Ach! Księdzem być

Między  8.45 a 9.15 jest jeszcze lektura Pisma św. I tak dzień nabiera tempa, alumni rozbiegają się do swoich zajęć. Jedni będą sprzątać, inni wykorzystają jeszcze kilka chwil na przygotowanie do egzaminu, ktoś zniknie wśród książek w czytelni, niektórzy wybiorą salę gimnastyczną – mecz siatkówki – albo siłownię. Do obiadu kilka godzin. Pod drzwiami sali wykładowej gromadzi się już pierwsza grupka alumnów. Lekka nerwowość wisi w powietrzu. Egzaminuje sam ksiądz Marek Szymula. Klerycy odmienieni: zniknęły swetry i bluzy dresowe – swobodny strój został w szafach. Teraz wszyscy są w garniturach i pod krawatami. W dłoniach indeksy. Przepytują się wzajemnie. Ale oprócz nauki, alumni poświęcają co najmniej 4 godziny dziennie na modlitwę.

Przemek ma 20 lat, przyjechał z Gdyni: – 4 godziny dziennie? Nie wydaje mi się, żeby to było za dużo modlitwy jak ktoś chce całe życie poświęcić Bogu. Tutaj, w Urlach formujemy się w każdy możliwy sposób, dużo modlitwy, dużo pracy nad sobą. To jest bardzo potrzebne.

Jak tu trafił? Podczas pierwszej rozmowy z rektorem seminarium w Warszawie poczuł, jak spadają z niego kajdany. – Tak, to może być to miejsce – oświadcza  zdecydowanie.

Nie widać wahania także u Jakuba, 24 letniego informatyka z Warszawy. Choć nie ukrywa, że wcale nie było łatwo zostawić dawne życie, miał dziewczynę… – Jestem tu na całego. Chcę być tu do końca i potem służyć ludziom jako kapłan – mówi.

Ośrodek w Urlach to nie wczasy, ani sanatorium jakby mogło wydawać się na pierwszy rzut oka. To nauka i sprawdzian charakterów. Cały dzień wypełniony jest zajęciami i na nudę nie ma czasu. Program dnia rozpisany jest dokładnie, co do minuty.

Ach! Księdzem być

Od 9.30 do 12.50 trwają wykłady – dzisiaj zamienione na egzaminy. O 13.00 – Anioł Pański, a potem obiad. Następnie adoracja Najświętszego Sakramentu. Do godz. 15.00 chłopaki mają czas na różne prace i rekreację. Od 15.00 przez 35 minut – Koronka do Miłosierdzia Bożego i lektura Pisma świętego. 15.45 – 17.30 – czas na studium. I o 18.00 – Droga Krzyżowa. Pół godziny później wreszcie kolacja i rekreacja. Ale jeśli ktoś myśli, że to koniec i potem czas na słodkie lenistwo, jest w błędzie. Modlitwa to najważniejszy punkt każdego dnia. Dlatego o 21.00 jest jeszcze Apel Jasnogórski, potem adoracja Najświętszego Sakramentu. I dopiero teraz zbliża się czas  odpoczynku. W regulaminie wywieszonym w refektarzu jest napisane: "22.45 – Gaszenie światła". I nigdzie nie ma nawet kilku słów „czas na telewizję”… Klerycy nie mogą mieć telefonów komórkowych, w pokojach nie mają laptopów, zamiast maili do rodziny piszą zwykłe listy. Odręcznie!  I muszą się przyzwyczaić, że na odpowiedź czekają kilka dni a nie kilka minut. I tak ich życie wygląda przez dziewięć miesięcy!

fot. Sławomir Dynek / CogitoMedia

Wojtek, 30 – latek, wcale na to nie narzeka. Jest po studiach Ochrony Środowiska, miał własną firmę, jeździł ciężarówką. Ale wybrał seminarium, rzucił stare życie. – Podoba mi się, że jestem odcięty od spraw świata doczesnego i mogę skupić się na formacji. Najważniejsze jest dążenie do Pana Boga. Postanowiłem spróbować. Czuję, że to jest moje miejsce. Jestem szczęśliwy – mówi  z uśmiechem.

Alumni mieszkają w trzyosobowych, niewielkich pokojach z łazienkami. Muszą zapomnieć o prywatności. Przez blisko 300 dni wszyscy się sprawdzą jak współpracują w grupie, czy potrafią przez ten czas „nie zjeść się wzajemnie”. Pokoje losują, więc do jednego miejsca trafiają klerycy o różnych charakterach, zainteresowaniach i w różnym wieku. Muszą, jeśli nie umieją, nauczyć się co to kompromis, zrozumienie cudzych potrzeb, koleżeństwo i współpraca. To w przyszłości przyda się na parafii. Ks. Piotr Wierzbicki obserwuje coraz więcej powołań wśród osób, które prowadziły zwykłe życie, bez żadnej wspólnoty, bez wyjątkowego zaangażowania w kościele. – Najczęściej to mężczyźni po studiach – przed studiami czuli, że Pan Bóg ich wzywa, ale myśleli, że im się wydaje. Po studiach decydują jednak spróbować w seminarium. Czasem robią to wbrew rodzinie czy środowisku, które się dziwi – dodaje ks. Piotr.

fot. Sławomir Dynek / CogitoMedia

Augustyn ma 56 lat. Jest wdowcem. Chce zostać księdzem. – Moja obecność tu, to odpowiedź na konkretne Boże wezwanie. Chcę być służyć Bogu i ludziom. Odcięcie się od świata nie jest trudne. Przez 6 lat mieszkałem sam, przywykłem do przebywania w samotności , w odosobnieniu. Jestem we właściwym miejscu, we właściwym czasie i bardzo wiele tu otrzymuję – mówi  Augustyn, którego ideałem jest święty Jan Maria Vianney, patron wszystkich proboszczów.

Seminarium w Urlach to początek drogi. Takiej albo innej. Jest wybór i wolność. I każdy może tu podjąć odpowiedzialną decyzję – "chcę być księdzem czy świeckim". Każda z tych dróg to powołanie. – Ważne, by dobrze odczytać własne – podkreśla ks. Marek Szymula.

Patrycja Michońska-Dynek

Patrycja Michońska-Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >

Sławomir Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >
Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >