video-jav.net

Sięgaj po najlepsze

Moc do czynienia cudów we własnym życiu i w życiu swojej rodziny, odwaga, brak lęku i siła, by kochać. O tym, skąd tę moc brać i że mamy ją w zasięgu nie tyle ręki co serca rozmawiamy z ks. Radosławem Rafałem ze Zgromadzenia Misjonarzy Świętej Rodziny, egzorcystą i psychologiem.

Anna
Lasoń-Zygadlewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Po co Jezus „wymyślił” Eucharystię?

Po to, żeby każdy człowiek miał dostęp do owoców Jego śmierci i Zmartwychwstania. Eucharystia jest jak kliknięcie na link, które przenosi cię w rzeczywistość Golgoty i pustego grobu Chrystusa. My istniejemy w czasie, ale gdy podczas Mszy św. zaglądamy w wieczność – tam nieustannie rozgrywają się te dwa wydarzenia jako „tu i teraz”.

Eucharystia jest jak studnia, z której bije źródło, więc zawsze możesz po tę wodę sięgnąć. Jezus pozostawił studnię otwartą i powiedział: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11, 28). Aby to było możliwe – zostawił nam siebie pod postacią Chleba.

W ostatnich czasach w Kościele wydarzyło się wiele cudów eucharystycznych – dzięki nim Jezus przekonuje nas o swojej obecności, pokazując swoje realne Ciało w konsekrowanej Hostii. Co ciekawe, podczas Mszy św. i adoracji Najświętszego Sakramentu mają miejsce takie same cuda, jakie czynił Jezus, gdy chodził po ziemi: uzdrowienia, nawrócenia, uwolnienia. Nic się nie zmieniło – On dotyka nas tak samo jak tych, którzy wtedy do niego przychodzili.

Dziś także i zło reaguje na obecność Jezusa jak dawniej. Gdy Chrystus jest adorowany czy uwielbiany w Najświętszym Sakramencie – ludzie dręczeni przez ducha złego zaczynają wyć i krzyczeć: „Zabierz to!”. Osoby bardzo zniewolone mają często problem z przyjęciem Komunii. A dla satanistów cenną zdobyczą jest Niepokalana Hostia, ponieważ chcą ją zbezcześcić podczas swoich czarnych mszy. To taki negatywny dowód na realną obecność Jezusa w Komunii – gdyby Go tam nie było, nie zadawaliby sobie tyle trudu, żeby ją zdobyć.

Sięgaj po najlepsze

My, współcześni bardzo ekscytujemy się mocą. Szukamy jej, by uzyskać władzę nad własnym życiem i trafiamy przy tym różnie: we wróżbiarstwo, magię, talizmany, horoskopy i inne złudzenia. Co tracimy, nie korzystając z mocy Eucharystii?

Tracimy moc samego Ducha Świętego, który może zmienić nasze życie. Ludzie dzwonią do wróża w TV, który za 4 zł netto/min (4,92 zł brutto/min) otworzy ci wszystkie czakry, albo powie, co cię czeka w życiu. A na Eucharystii nie dosyć, że wszystko mamy za darmo, to jeszcze mamy całe Niebo i Jezusa w mocy Ducha Świętego. Kiedy Go przyjmujesz, ta moc jest również w tobie – moc do czynienia cudów we własnym życiu i w życiu twojej rodziny. Ona da Ci odwagę, wykorzeni lęk i da siłę by kochać.

Podczas konsekracji my, księża ogłaszamy śmierć Jezusa – ale Jezus w tym momencie realnie umiera za nas na krzyżu. Wtedy następuje oddzielenie Ciała od Krwi – dlatego są w osobnych naczyniach liturgicznych. A potem następuje ten najważniejszy moment Mszy św., kiedy kapłan podnosi Najświętsze Postaci do góry i mówi: „Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie, Tobie, Boże Ojcze Wszechmogący…”. Mówi jakby tym samym: „Ojcze, zobacz, to jest ofiara przebłagania za nasze grzechy. Wierzę, że patrzysz teraz na mnie przez  swojego Syna, ponieważ okrywam się teraz Jego sprawiedliwością i mogę przystąpić do tronu Twojej chwały”. A kiedy kapłan łamie Ciało Pańskie i cząsteczkę wrzuca do kielicha z Krwią – oznacza to zmartwychwstanie, czyli połączenie na nowo Ciała i Krwi. A wtedy słyszymy słowa: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” – i ksiądz podnosi Go, by ukazać światu Chrystusa pełnego mocy, zmartwychwstałego. Kiedy więc idziesz do Komunii, naprawdę przyjmujesz samego Jezusa.

Co tracę, jeśli „zaliczam” Mszę jako widz – jak niedzielny rytuał nakazany przez trzecie przykazanie?

Omija cię to, co najlepsze, bo Eucharystia cała jest o miłości. Czasami przychodzi ktoś do mnie i mówi: „Bo mnie to Msza nudzi…”. Rodzi mi się wtedy pytanie: jak może mnie nudzić czyjaś śmierć?! Stoję przy krzyżu Chrystusa, jestem świadkiem Jego śmierci, a w tym czasie oglądam sobie kozaki pani z ławki obok?

Ale podobnie było też w czasie, gdy Jezus umierał na Golgocie. Stali tam faryzeusze, którzy wyśmiewali Jezusa, i przechodnie, którzy chcieli zobaczyć, jak ktoś umiera. Wrócili potem do swojej rzeczywistości, ale nic z tego nie zrozumieli. Zrozumiał tylko św. Jan, Maryja i Maria Magdalena, bo tylko oni pod krzyżem stali świadomie. Dlaczego? Ponieważ znali Jezusa, wiedzieli kim On jest. I to właśnie jest najważniejsze: jeśli Go znam, to na Mszy przychodzę do Niego i – na ile potrafię – przyglądam Mu się sercem. Chrześcijaństwo to nie rytuały, to religia serca. Moje serce musi się w to poznawanie Chrystusa angażować.

Oczywiście zrozumiała jest sytuacja, gdy człowiek nie jest dojrzały i szczerze mówi: „Nie rozumiem, ale tu jestem”. Gorzej, jeśli motywacje są takie: „Jestem na Mszy, bo żona mi kazała/bo przykład dzieciom mam dawać/bo coś sobie tym załatwiam – ale ogólnie mam to wszystko w nosie”. Bóg mówi do takich ludzi w Księdze Izajasza: „Nie chcę twoich ofiar, twoich słów obłudnych; chcę twojego serca” (por. Iz 1, 11-18).

Sięgaj po najlepsze

Czy istnieje jakiś odpowiednik Mszy dla tych, którym trudno wytrwać w kościele?

Niektórzy mówią: „Zamiast siedzieć w kościele i patrzeć na tę rewię mody, wolę pójść na łąkę. Jak tam sobie porozmawiam z Panem Jezusem, to dopiero Go czuję!”. Ale tu nie chodzi o uczucia. Jeśli znajduję się w rzeczywistości sakramentalnej – mogę mieć stuprocentową pewność, że tu naprawdę spotykam się z żywym i prawdziwym Bogiem. Kiedy rozpoczyna się Eucharystia – otwiera się niebo. Aniołowie, cherubini i serafini zaczynają uwielbiać Boga. A tu człowiek w ławce dłubie sobie w nosie i ziewa, a różne myśli snują mu się po głowie… W tym czasie całe niebo staje w zachwycie i adoruje Boga, bo za chwilę dokona się tu bezkrwawa ofiara i zmartwychwstanie Jezusa. Wszystko to „dostajemy na tacy”, więc wydaje się nam, że wszystko to nam się należy. I że Pan Jezus to taki dobry wujek. A On jest potęgą – to Baranek zabity ale żywy, to światłość światłości! Bóg owszem, jest miłosierdziem – ale jest też sprawiedliwością, jest Majestatem! Drżą przed Nim narody, niebo przed Nim drży. Kiedy kapłan podnosi Ciało i Krew Pańską – całe niebo milknie.

Jako kapłan mam świadomość, że kiedy wkładam ręce do tabernakulum – wkładam ręce w wieczność. Tu czas się zatrzymuje i na Mszy zostajemy zanurzeni w wieczności. Czym jest więc Eucharystia? To moment, w którym mamy szansę zajrzeć w niebo i poznawać, czym ono jest. Warto sięgnąć do Księgi Apokalipsy, rozdziału 4 i 5, żeby rozważać te fragmenty i właśnie nimi przygotować się na Eucharystię. A wracając do pytania: zamiennik Mszy nie istnieje.

A czemu Pan Bóg zaplanował nam też niedzielę? Nie wystarczyłaby sama Eucharystia?

To proste: żeby człowiek miał czas na świętowanie, i żeby odpoczął. To nienormalne, gdy ktoś w ogóle nie odpoczywa i pracuje 7 dni w tygodniu. Nawet urządzenia potrzebują czasu na reset! My też – Bóg pokazał to podczas stwarzania świata, skoro 7. dnia sam odpoczął. On wprawdzie się nie zmęczył, ale dał sygnał człowiekowi, że po każdej pracy trzeba odpocząć. Oddajesz więc chwałę Panu Bogu odpoczywając w tym dniu, który On do tego przeznaczył. A gdy żyjesz zgodnie z Jego wolą – wtedy w sercu masz dobrostan. Jeśli zaś idziesz pod prąd Jego woli – nie dziw się, że doświadczasz przemęczenia, wypalenia, chorób cywilizacyjnych. Ale Bóg tak cię kocha, że wciąż przypomina: „Stop! Jest niedziela, teraz musisz odpocząć”.

To taka „instrukcja obsługi” od producenta, który wie, co wyprodukował i każe tego używać zgodnie z przeznaczeniem?

Dokładnie tak. To właśnie Biblia jest tą instrukcją obsługi. Ale kto dziś czyta instrukcje obsługi, prawda? Dopiero jak coś mu się popsuje, to zaczyna szukać pomocy.

Anna Lasoń-Zygadlewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna
Lasoń-Zygadlewicz
zobacz artykuly tego autora >

Stworzeni do odpoczywania

z ojcem Tomaszem Nowakiem, kaznodzieją, o tym, że warto wyluzować jeden dzień w tygodniu, rozmawia Judyta Syrek

Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dlaczego Pan Bóg chce, żeby człowiek odpoczywał?

Bo Pan Bóg stworzył człowieka do odpoczynku.

A nie stworzył nas raczej do działania?

Stworzył nas do jednego i drugiego. Czas pracy i czas odpoczynku został pragmatycznie przez Boga przemyślany. Nie mamy przerwy co trzy dni, co dziesięć, czy piętnaście, ale co sześć. Siódmy, zgodnie z tym, co napisane jest w Księdze Rodzaju, to dzień odpoczynku.

Dlaczego właśnie siódmy?

Wiemy, że to jest liczba doskonała. Siódmy dzień jest jednocześnie symboliczny i pragmatyczny.

Zatem co takiego jest w ludzkiej naturze, że nie do końca chcemy odpocząć?

Z jednej strony w naszej naturze tkwi jakiś pęd, a z drugiej niewiara w swoje siły, w siły Pana Boga i w to, że potrzebujemy odpoczynku. Pogubiliśmy się w podejściu świętowania. Często nie rozumiemy, że to co robimy, ma określony cel i sens. Nie działamy przecież dla samego działania, ale po to, byśmy mogli ucieszyć się naszymi osiągnięciami. Warto za to co nam się udało, podziękować Bogu w bardziej uroczysty sposób. Jeśli tracimy taką potrzebę, sami stajemy się bogami i wtedy też sami musimy na wszystko zapracować. A to sprawia, że poddajemy się tkwiącemu w nas pędowi. Obserwuję dosyć powszechne, nazwałbym to, niskie poczucie wartości wobec Boga i człowieka – nie cenię Boga, nie cenię siebie, nie cenię drugiego człowieka, więc muszę to czymś zrekompensować i angażuję się w pracę – tak bardzo, że zjadam w końcu własny ogon.

Może za dużo myślimy o tym co powinniśmy, a za mało o tym do czego mamy prawo?

Myślę, że tak. Często osobiście łapię się na tym, że planuję sobie pracę, a nie planuję odpoczynku. Myśląc że jest tyle do zrobienia, mam poczucie, że muszę ciągle pracować. Stąd, by wszystko zoptymalizować nie planuję przerwy, tak jakbym nie zdawał sobie sprawy, że jestem ograniczony.

Rodzina, macierz, grunt, opoka

Czyli to co Ojciec mówił wcześniej, chcemy stać się bogami…

Chyba nie przyjmujemy tej mądrości, która płynie zarówno od Boga, jak i od starszych – naszych przodków czy poprzedników. Wydaje nam się, że jesteśmy mądrzejsi. Dopiero, w chwili, kiedy rzeczywiście zderzmy się ze ścianą, czy zaryjemy nosem o ziemię, mądrzejemy.

Ale dopóki tak się nie dzieje – bo jesteśmy młodzi i mamy dużo siły – to się tym nie przejmujemy. Po czasie żałujemy, że zmarnowaliśmy czas na coś, co owszem dawało profity, ale nie było najważniejsze w życiu. A pewne rzeczy nie wracają i pozostaje frustracja.

Jeżeli dużo pracuję, to właśnie po to, żeby czegoś nie zmarnować i rozwijać się.

Oczywiście, teraz to tak możesz tłumaczyć. Ale dopiero z czasem zaczyna się widzieć, ile się zgromadziło rzeczy, które w ogóle nie są potrzebne. Dopiero z czasem człowiek widzi, że nie ma tego, co naprawdę jest ważne, bo nie zorientował się wcześniej, nie wierzył tym, którzy go poprzedzali. Często jest tak choćby z posiadaniem rodziny, czy dzieci, choć słowo posiadanie nie jest tu najlepsze. Tak bardzo się zapracowałem, tak optymalizowałem, że nie miałem czasu na założenie rodziny, na znalezienie odpowiedniej osoby, którą będę kochał i która mnie będzie kochała.

Świętowanie niedzieli pozwoli mi to sobie uzmysłowić?

Świętowanie niedzieli to jest pewnego rodzaju zatrzymanie, zrobienie przestrzeni dla Boga, dla drugiego człowieka, który jest inny niż ja. Jeżeli biorę pod uwagę życie innej osoby, zatrzymuję się i jestem w stanie zdystansować się do swoich spraw.

Spotyka ojciec w konfesjonale ludzi przemęczonych pracą?

Permanentnie. Kiedy pytam ich o jaki dar chcieliby prosić Pana Boga, to dziewięćdziesiąt procent odpowiada: o spokój, zatrzymanie w pędzie. To jest zatrważające. Widzę, mimo iż żyję w zakonie, można powiedzieć w trochę innym świecie, że ja i moi bracia też jesteśmy dotknięci tą samą gorączką, by coraz więcej robić. A to nie jest mądre.

Dlaczego?

Sparafrazuję słowa św. Tomasza z Akwinu: jeśli ktoś planuje tylko pracę, a nie planuje odpoczynku jest głupcem, bo nie widzi człowieka w całości, nie bierze pod uwagę wszystkich ludzkich potrzeb, a tylko jego część i z niej próbuje zrobić całość, pomijając przez to coś istotnego. To nie może się udać, bo w naturze człowieka jest praca i odpoczynek. Przyznam, że słyszałem te słowa już wcześniej, ale jakoś im nie uwierzyłem. Zrozumiałem je dopiero później, kiedy sam się wypaliłem. Przez pięć lat po święceniach kapłańskich żyłem na maksymalnych obrotach. Mogę teraz stwierdzić z całym przekonaniem, że było to głupie i przez to stałem się paralitykiem. Po tych pięciu latach, nie mogłem niczego twórczo robić, bo się totalnie wypaliłem. Potrzebowałem dwóch lat, żeby się zregenerować i zmądrzeć.

Jakich rad udziela ojciec tym ludziom, którzy pragną się zatrzymać i odnaleźć pokój?

Najpierw pytam ich, w jaki sposób chcą osiągnąć pokój. Większość z nich nie wie i jest bezradna.  Bardzo często tłumaczą swój pęd tym, że to inni stawiają wobec nich wysokie wymagania, a oni muszą ich zadowolić. Ale kiedy spojrzy się głębiej, to wymagania innych, chociaż realne, są tylko małą częścią naszego zabiegania. Tak naprawdę to sami od siebie wymagamy za dużo. To nasz własny fatalny perfekcjonizm jest głównym problemem! Mamy poczucie, że gdybyśmy nie robili wszystkiego najlepiej, to byśmy samych siebie zawiedli – i tego boimy się najbardziej. Jeżeli nie optymalizujemy swojej pracy, czujemy się gorsi albo nie wartościowi, i często właśnie to nie pozwala nam na odpoczynek.

Jakich rad udzielam? Żeby znaleźć pokój trzeba pokochać siebie, czyli zrozumieć kim jestem i jakie mam potrzeby. Z religijnego punktu widzenia oznacza to przyjęcie siebie takim, jakim stworzył mnie Pan Bóg i zawierzenie Jemu swojego życia. Uznanie tego, że wpisana jest we mnie potrzeba odpoczynku i świętowania. Że to jest dla mnie dobre i chroni pełnię życia we mnie. Tak naprawdę tutaj rozgrywa się dramat: nie wiem kim jest Bóg, nie wiem kim jestem ja. A nie wiedząc tego, robię z Niego albo z samego siebie tyrana i tyranizuję otoczenie.

Trzy zwroty, które odmienią twoje małżeństwo i rodzinę

Jak ojciec zalecałby spędzać ludziom niedzielę, poza tym że blisko Pana Boga i na mszy świętej?

Rzeczywiście Eucharystia jest szczytem świętowania niedzieli, ponieważ jest to dzień Zmartwychwstania Chrystusa i Zesłania Ducha Świętego. Ale to jest też czas na świętowanie w gronie rodzinnym, na uroczysty obiad, wspólny odpoczynek czy zabawy. Każda rodzina ma swoje tradycje, niektórzy czytają Biblię, spędzają czas na modlitwie, odwiedzają znajomych, żeby podkreślić ten moment świętowania. Zdaję sobie jednak sprawę, że istnieje ogromna różnorodność i nie można zalecać wszystkim tego samego, bo jedni żyją w rodzinach, inni nie, a rodziny też są bardzo różnorodne. Uważam, że każda rodzina powinna wypracować swój sposób świętowania, swój rytuał.

A ojciec jak świętuje niedzielę?

Przez to, że jestem kapłanem, to jest dla mnie dość pracowity dzień, ale staramy się z braćmi świętować. Wstaję, modlę się, czytam, idę na wspólne modlitwy, jem śniadanie, a potem na odświętną kawę – zawsze znajdzie się do niej coś słodkiego. Potem odprawiam uroczystą Eucharystię. Dla mnie świętowaniem jest także patrzenie na te ogromne tłumy, które przychodzą do naszego kościoła w Warszawie na Służewie. Widzę, jak po mszy świętej ludzie zostają jeszcze w kawiarence, siedzą pod parasolami, rozmawiają z przyjaciółmi, a rodzice spacerują z dziećmi po terenie klasztornym. Jakoś im się nie chce stąd odchodzić, jakby potrzebowali, by jeszcze wybrzmiało w nich to, czego doświadczyli podczas Eucharystii.

Zwykle w niedzielę mamy w klasztorze bardziej uroczysty obiad, smaczniejszy, a na uroczystej wspólnotowej rekreacji, deser, czyli małe „co nieco”. Staramy się, by niedziela różniła się od dnia powszedniego. Wspólnie przeżywamy także przygotowywanie niedzielnych kazań. Pytamy siebie nawzajem co Pan Bóg dał nam na dzisiejszy dzień. A po ostatniej mszy świętej, którą mamy o 20.15, najwytrwalsi spędzają jeszcze razem wieczór.

Słuchając ojca myślę sobie, że niedziela jest po to, żeby ludzie nie siedzieli sami, tylko żeby wychodzili do siebie.

To jest chyba naturalne, nie tylko u zakonników. Kiedy coś świętujemy, to ludzi ciągnie do siebie, chcą ze sobą przebywać. To jest naturalny odruch, nikt nie chce być sam.

Czy jakieś formy zewnętrzne, typu odświętne ubranie, też są ważne?

Oczywiście. Potrzebujemy uzewnętrznić to, co przeżywamy w naszym wnętrzu. Jesteśmy jednocześnie istotami zewnętrznymi i wewnętrznymi. Potrzebujemy okazywania miłości, szacunku i wyrazów świętowania również. Odświętnie się ubieramy, nakrywamy stół obrusem, przynosimy świeże kwiaty i w ten sposób podkreślamy, że dzieje się coś szczególnego. Większe święta akcentujemy bardziej, te cotygodniowe trochę mniej, ale zawsze potrzebujemy zaznaczyć tę różnicę. Oczywiście możemy się także zmęczyć świętowaniem, ale chyba częściej doświadczamy niedosytu. Kiedy wszystkie dni wyglądają tak samo, gubimy się i tracimy coś istotnego. Każdy jednak sam musi znaleźć w swoim życiu przestrzeń na świętowanie i z najbliższymi wypracować wspólne rytuały. Praca nie jest bogiem.

Tomasz Nowak, dominikanin, mieszka w dominikańskim klasztorze na Służewie w Warszawie, pasjonuje się kaznodziejstwem, formuje dominikańskich nowicjuszy i kocha jazz.


Rubin_LepiejGretchen Rubin – „Lepiej. 21 strategii, by osiągnąć szczęście”

Chcesz spotykać bliskich, ale nie tylko na Facebooku? Chcesz regularnie biegać, ale niekoniecznie z domu do pracy? Chcesz się zdrowo odżywiać, ale to czekolada daje Ci szczęście?

Zastanawiasz się, czemu nie możesz znaleźć czasu, by robić to, co kochasz?Autorka bestsellerowego Projektu szczęście daje odpowiedź: z powodu nawyków. To przyzwyczajeniom zawdzięczamy zdrowie, szczęście i spełnienie, lub przeciwnie – stres i frustrację. Rubin w żywy i dowcipny sposób pokazuje, jak naprawić swoje życie bez konieczności podejmowania trudnych decyzji i robienia czegokolwiek wbrew sobie. Ponieważ każdy z nas jest inny, proponuje 21 strategii. Poznaj je i wybierz własną drogę do szczęścia.

>>> Kup teraz <<<

Judyta Syrek

Judyta Syrek

Manager ds PR i z-ca redaktora naczelnego portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Współprowadzi program w TVP1 z o. Leonem Knabitem OSB "Sekrety mnichów. Ojca Leona przepis na udane życie".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >