Pokusa usprawiedliwiania

Kiedy ta pokusa skutecznie dobija się do naszego życia zachowujemy wtedy się jak małe dzieci chowające niewinnie za siebie ręce, zagryzające wargi i wykrzykujące w samoobronie: to nie ja!

Jacek Szymczak OP
Jacek
Szymczak OP
zobacz artykuly tego autora >

To właśnie samoobrona jest kluczem do zrozumienia tej pokusy. Ma ona obronić nas nie tyle przed kimś z zewnątrz, ale przed nami samymi, a raczej przed naszym sumieniem. Grzech jest zawsze przeciwko człowiekowi, dlatego naturalnie się go boimy. Odkrycie własnego grzechu może być bardzo trudne, wręcz bolesne. Przeczuwając ten właśnie ból często bronimy i usprawiedliwiamy swoje grzechy. Wtedy to zdejmujemy z siebie odpowiedzialność za swoje wybory, szukamy ofiary lub ofiar i na nie przerzucamy winę.

Z miesiąca na miesiąc rozmawiając z ludźmi poznaje wciąż nowe formy usprawiedliwień. Z jednej strony mogą nas zaskoczyć swoją formą, z drugiej są chyba stare jak świat… a raczej świat po grzechu pierworodnym:

Usprawiedliwienie historyczne: takie czasy

To usprawiedliwienie połączone z pychą i poczuciem wyjątkowości. To kusząca mieszanka, że naprawdę żyjemy w wyjątkowym momencie historii, że nigdy tak trudno nie było. Grzeszymy wtedy też ignorancją historyczną i krótkowzrocznością. Takie usprawiedliwienie jest nie tylko przyzwoleniem dla grzesznego czynu, ale też dla mojej bezczynności.

Jak się wydostać z takiej pokusy? Najlepszym lekarstwem jest tu chyba edukacja i to ta historyczna. Wtedy odkryjemy, że nigdy tak dobrze nam się nie żyło.

Usprawiedliwienie meteorologiczne: taki klimat

Ten typ usprawiedliwienia nadaje pokusie posmak obiektywizmu nie do pokonania. Winne są niezależne ode mnie siły, które będą oddziaływać bez względu czy coś zrobię, czy nie. Taka postawa zakłada kapitulację już w pierwszym ruchu. Jednocześnie oszukuję latami sam siebie, że warunki się zmienią i zacznę działać inaczej. To złudna nadzieja. Tylko twoja zmiana, zmienia klimat wokół Ciebie i jeszcze dalej. Fantastycznie opisuje to „efekt motyla” – mówi on, że lokalne zmiany ciśnienia wywołane ruchem skrzydeł motyla w Brazylii mogą spowodować wystąpienie huraganu w Texasie.

Pokusa usprawiedliwiania

Usprawiedliwienie horoskopowo-dziedziczne: ja już tak mam

W tym typie usprawiedliwienia słychać też żal. Bierze się on z niemożności wydostania się z paraliżującego myślenia o swoim życiu jako rezultacie układu gwiezdno – rodzinnego.

Fatalizm staje się osią mojego działania i myślenia. Jednocześnie jest on przejawem mojej bezbożności. Bo to nie wola Boga, ale mój znak zodiaku lub historia rodzinna determinują każde moje działanie. Tak się usprawiedliwiając, z dnia na dzień popadam w coraz większą niewolę – bo w zasadzie nie mam nic do powiedzenia w moim życiu. Jednak jest nadzieja – stworzona przez Boga moja wolna wola jest mocniejsza, niż każdy mój determinizm.

Usprawiedliwienie zamkniętych drzwi: nie miałem wyjścia

Takie myślenie wydaje się na pierwszy rzut oka całkiem logiczne i słuszne. Rzeczywiście w naszym życiu, może nas spotkać sytuacja obiektywnie „bez wyjścia”. Problem pojawia się wtedy, gdy robię z tego racjonalnie opakowaną wymówkę. Przeważnie jest tak, że nie mam czasu i ochoty by obiektywne spojrzeć na sytuację, w której się znajduję. Mój egoizm nie pozwala mi szukać rady i wyjścia u innych osób, a próżna ambicja podpowiada, że sam wiem wszystko najlepiej. Lekarstwem na taką pokusę, jest porządna dawka obiektywizmu i umiejętność słuchania rad innych.


Wesprzyj nas
Jacek Szymczak OP

Jacek Szymczak OP

Zobacz inne artykuły tego autora >
Jacek Szymczak OP
Jacek
Szymczak OP
zobacz artykuly tego autora >

Z Jasnej Góry na czarną wyspę

Fakt, że haitańskie bóstwo voodoo Erzulie Dantor wygląda niemal dokładnie jak Matka Boska Częstochowska, wydaje się szokujący. Jak zbuntowani niewolnicy przyswoili sobie Czarną Madonnę z Polski?

Adam
Węgłowski
zobacz artykuly tego autora >

Do tego swoistego przeszczepienia wizerunku z Jasnej Góry na Karaiby doszło zapewne za sprawą polskich legionistów. Na początku XIX wieku zostali tam wysłani przez Napoleona Bonaparte do stłumienia powstania niewolników. Ci, zorientowawszy się, że Polacy – sami marzący o wolnej ojczyźnie – niechętnie z nimi wojują, zbliżyli się do przybyszy. Część legionistów zdezerterowała. Dewocjonalia z Matką Boską Częstochowską (ryngrafy, medaliki, obrazki), które mieli przy sobie, podziałały zapewne na wyobraźnię zbuntowanych Haitańczyków.

Tylko skąd możemy mieć pewność, skoro takich dewocjonaliów po legionistach nigdy na wyspie nie odnaleziono? Czyż nie ma innych Czarnych Madonn i krwawiących obrazów, które mogły zainspirować Haitańczyków?

Po pierwsze: czas

Z Jasnej Góry na czarną wyspę

Wizerunek haitańskiego bóstwa voodoo

Voodoo to religia wywodząca się z zachodniej Afryki, z terenów dzisiejszego Beninu. Jej zasady i mitologia trafiły z czarnymi niewolnikami na Karaiby, a tam zmieszały się z wpływami chrześcijańskimi i indiańskimi. Bóstwo voodoo, nazywane Erzulie Dantor, nie miało swojego fizycznego „kobiecego” wyobrażenia aż do XIX wieku. To pasuje do czasów, gdy na wyspie pojawili się polscy legioniści – a byli wśród nich i tacy, którzy na Haiti zostali na dłużej.

Ponadto wśród niewolników z Afryki świeża była pamięć o walecznych amazonkach w ich rodzinnym stronach. Dahomej (Benin) słynął z tysięcy wyszkolonych wojowniczek, stanowiących gwardię królewską. Matczyna twarz naznaczona bliznami była dla wyrugowanych z ojczyzny Afrykańczyków nie tylko metaforą cierpienia za świat, ale też symbolem walczących kobiet.

Po drugie: blizny

Faktem jest, że w świecie chrześcijańskim istnieje wiele opowieści o krwawiących, cudownych obrazach. Istnieją nawet wyobrażenia Madonn z bliznami. Jak wskazuje historyk sztuki Elliott D. Wise w eseju „Madonna dell'Arco and the Byzantine Interface in Southern Italy”, na szczególną uwagę zasługuje taki wizerunek z włoskiego sanktuarium Marii dell Arco. Podobnie jak w przypadku jasnogórskiego obrazu, rany na tym wizerunku „szybko stały się bardziej znaczące niż historyczne dowody na atak”. W wypadku Matki Boskiej Częstochowskiej mówiło się o napadzie husytów, ewentualnie Tatarów. W przypadku Marii dell Arco blizna powstała podczas… nieudanej zabawy. „W Poniedziałek Wielkanocny 1450 r. podczas ludowego festynu młody uczestnik zabawy w rzucanie drewnianą kulą przegrywając partię, począł bluźnić i ze złością cisnął kulą w wizerunek Matki Bożej, trafiając w lewy policzek Madonny. I stała się rzecz niezwykła: z uszkodzonego uderzeniem obrazu popłynęła krew, jakby żywa twarz została zraniona” – czytamy w opisie ze starosądeckiego magazynu religijnego „Z grodu Kingi”.

Lecz Maria dell Arco i zaczerwienienie na jej lewym policzku po prostu nie przypominają wizerunku Erzulie Dantor…

Po trzecie: kolor

Oczywiście także Francuzi, kolonizujący Haiti, znali z własnego kraju wizerunki rozmaitych Czarnych Madonn (np. z Chartres, z  Rocamadour, z Puy-en-Velay). Lecz żadna z nich nie ma widocznych ran na policzku. Brak także źródeł świadczących, aby za czasów kolonizacji Haiti kult takich francuskich madonn był na wyspie rozpowszechniony.

Z kolei poza Francją, słynną „okaleczoną” Czarną Madonną jest średniowieczna „Panagia Esphagmeni” z monasteru Vatopedi na Górze Athos. Jednak jej ewentualna droga na Haiti wydaje się zdecydowanie bardziej nieprawdopodobna niż jasnogórskiej ikony.

Możemy więc podejść do tej tajemniczej sprawy niczym Sherlock Holmes, który mówił: „Jeśli odrzucimy to, co niemożliwe, cokolwiek pozostanie, nieważne jak wydaje się nieprawdopodobne, jest prawdą”. A prawda jest taka, że Erzulie Dantor ma rysy jasnogórskiej Czarnej Madonny.

Z Jasnej Góry na czarną wyspę


Adam Węgłowski jest autorem książki "Bardzo polska historia wszystkiego", która ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak Horyzont.



Wesprzyj nas

Adam Węgłowski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Adam
Węgłowski
zobacz artykuly tego autora >