video-jav.net

Psy Pańskie podpalają świat

Kiedy myślę o sobie, że jestem "psem", to pierwszym skojarzeniem jest wierność

Jacek Szymczak OP
Jacek
Szymczak OP
zobacz artykuly tego autora >
Diana Golec
Diana
Golec
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

O burzliwej historii Dominikanów, inkwizycji, zakonnikach na papieskim tronie i żartach z jezuitów z ojcem Jackiem Szymczakiem OP rozmawia Diana Golec

 

Lubi ojciec psy? Zakładając dominikański habit sam siebie ojciec ochrzcił mianem psa (red: w łacinie Domini canes to właśnie Psy Pańskie). Dlaczego akurat psy wybrał św. Dominik Guzman, założyciel zakonu?

Lubię psy dlatego, ponieważ są wymagające. Pies nie jest zwierzęciem, którym można się nie zajmować, a ono sobie poradzi. Fajne jest też to, że patrząc jak się zachowuje, można dużo powiedzieć o jego właścicielu. My dominikanie nie obrażamy się, jeśli ktoś powie, że jesteśmy “psami”.

Postać psa wzięła się ze snu, który w trakcie ciąży miała Joanna, matka św. Dominika – śniło się jej, że urodzi psa. Ten zaraz po porodzie zaczął biec, chwycił w zęby leżącą na ziemi pochodnię i biegł z nią dalej podpalając cały świat. W zakonie historia została przechowana, bo opowiada o tym, że życie św. Dominika było “podpalaniem całego świata”. Tym ogniem zapalał też innych braci. Trwa to już 800 lat. Joanna jest teraz błogosławioną, syn świętym, a drugi syn, który również został dominikaninem, błogosławionym.

Kiedy myślę o sobie, że jestem “psem”, to pierwszym skojarzeniem jest wierność. Sam psa nigdy nie miałem, ale inni mi mówili, że najważniejsze jest to, żeby pies wiedział kto jest jego panem. To coś bardzo dominikańskiego. Bycie psem, wiernym psem, to ciągłe przypominanie sobie kto jest moim Panem, kto jest moim właścicielem i komu powinienem być wierny. Kardynał Wyszyński o dominikanach powiedział, że są psami, które powinny być wiernymi przyjaciółmi każdego człowieka, a więc towarzyszyć im i oblizywać ich rany.

 

dominikanie_fragment

Dominikanie nawracający heretyków. Fragment fresku Andrea di Bonaiuto w Kościele Santa Maria Novella we Florencji

 

Jakie jest uzasadnienie dla istnienia akurat takiego charyzmatu pośród morza istniejących już formacji zakonnych?

Powołanie każdego z braci i sióstr jest zadaniem. To nie jest coś, co wstępując do zakonu mamy “wypracowane” w 100%. Wydaje się, że całe nasze życie, to odkrywanie dominikańskiego powołania, którego centralnym punktem jest życie we wspólnocie. Wiele osób widzi nas jako tych, którzy głoszą innym, ale św. Dominik mówi: Zanim wyjdziecie do innych, pierwszym miejscem Waszego głoszenia jest Wasza wspólnota, pierwszym obszarem działania jest życie z braćmi w klasztorze. To, co na tym poziomie przeżywamy, wnioski, które jako wspólnota tworzymy, przekazujemy innym. Wydaje się, że jeśli szukamy klucza do dominikańskiego powołania, to ono nie bierze się z aktywności zewnętrznej, ale z tego, co dzieje się w naszych klasztorach.

Nie sztuką jest być cały czas na zewnątrz, objeżdżać pół świata, głosić kazania i rekolekcje. O wiele trudniej jest być we wspólnocie, żyć z konkretnymi braćmi, dbać i martwić się o codzienność. Święty Dominik mówi, żeby innym przekazywać dopiero owoce swojej kontemplacji. Jubileusz naszego zakonu jest takim momentem, kiedy  również i my odkrywamy, że dominikanie to coś więcej niż mój klasztor i prowincja. Patrząc na braci i siostry przeżywające jubileusz na całym świecie mówię: „Mam największą rodzinę na świecie”.

Jeden z naszych braci mówił, że dominikanie w klasztorze są jak nieociosane kamienie w jednym worku. Trzeba nimi potrząsać, a one obijają się o siebie tak, żeby te najbardziej ostre “kanty” każdego z nich wygładzić. Rzeczywiście, nasza wspólnota jest miejscem, w którym odkrywamy jak bardzo jesteśmy różni. Cały czas się nad tym zastanawiamy. Przecież gdybyśmy naszymi kryteriami układali klasztor i cały zakon, to nawet byśmy nie pomyśleli, że mogliby się w nim znaleźć niektórzy z nas. Życie z braćmi to nieustanne zaskakiwanie się tym, że powołanie, które daje Pan Bóg jest większe od naszych ludzkich kalkulacji, takich przyziemnych – “Fajny, niefajny”, “nadaje się, nie nadaje się”. Dla każdego z nas Pan Bóg ma swoją drogę, każdego przyprowadza na inny sposób.

Na początku nie używano słowa “klasztor”, ale „kaznodziejstwo”. Dominik mówił, że najbardziej głosicie ludziom tym, jak żyjecie, czasem nawet nie otwierając ust. Świadectwo Waszego życia jest najmocniejszym głoszeniem Ewangelii.

Klasztor jest takim miejscem, w którym odkrywamy różnorodność i jedność, która nie jest „jednakowatością”. Jedność klasztoru nie polega na tym, że mam jednakowych braci, takich jak ja, bo każdy chciałby mieć swoje klony podzielające jego wrażliwość i poglądy. O tym, jaki jest zakon i cała prowincja, decydują konkretni bracia ze swoimi talentami i charyzmatami. Ta różnorodność jest rzeczą, którą człowiek odkrywa jako dar, a nie zagrożenie. Uczymy się tego od samego początku, od momentu, kiedy rozpoczynamy nowicjat i widzimy, że każdy przychodzi z innego pułapu – jesteśmy w różnym wieku i z różnym doświadczeniem –  ktoś zaraz po maturze, a ktoś inny po doktoracie. Jak można powiedzieć, że to są moi bracia i że jesteśmy wspólnotą?

Kluczem jest zaufanie – są bracia, z którymi mogę się bez problemu dzielić się tym, co się dzieje w mojej duszy, z którymi jest to układ bardziej przyjacielski. W klasztorze pełnym facetów trudno jest “otworzyć swoją duszę”. Zresztą, my nie zawsze musimy gadać: dużo wnosi zrobienie czegoś wspólnie, nawet wyjście na pizzę.

 

dominikanie

fot. Lawrence OP/flickr.com

 

Robiąc czasem zakupy na placu Campo di Fiori w Rzymie, mijam pomnik Giordano Bruno spalonego na stosie za rzekome herezje. Myślę o ciemnym obliczu dominikańskiej historii, która wiąże się z inkwizycją – może ojciec nieco rozjaśnić ten obraz?

My się z niego nie tyle rozliczamy, ile próbujemy ludzi edukować. Inkwizycja nie jest tematem, pod który możemy podciągnąć wszystko. Musimy pamiętać, że istniała inkwizycja państwowa i kościelna. Ta druga działała zupełnie inaczej. Dominikanie byli w nią zaangażowani jako pewnego rodzaju elita intelektualna.

Historia naszego zaangażowania w inkwizycję pokazuje, że zakon się nieustannie odradza i podnosi oraz jak ważnym jest miejscem dla historii świata. Trzeba pamiętać, że z jednej strony mamy kontrowersyjną sprawę inkwizycji, a z drugiej wkład w kształtowanie się praw człowieka, a o tym się kompletnie nie mówi. W czasach odkryć geograficznych dominikanie w homiliach mówili, że tam są ludzie, którzy mają dusze. Nie dla wszystkich to było oczywiste. Dominikana, pierwszy odkryty ląd “Nowego Świata” nazwano na cześć św. Dominika. W tym momencie nasz wkład w historię świata był ogromny. Nasze wspólnoty zarządzane są demokratycznie – urzędy są kadencyjne. Należy też pamiętać, że XIII wiek, w którym zakon powstał, to początek kreowania sposobów zarządzania ludźmi.

Moją odpowiedzią na ciemne karty historii jest właściwe kadrowanie: nie mówmy o fałszywych zarzutach, ale pokażmy właściwą skalę zjawiska, wytłumaczmy jak wyglądał proces i czemu służył, odpowiedzmy, czy rzeczywiście w Europie płonęły stosy z ludźmi, oraz czy w ten sposób działała inkwizycja kościelna, czy państwowa, która tak rozprawiała się z wrogami politycznymi. Kluczem jest zawsze wiedza i poznawanie historii zakonu i świata w danym momencie.

 

inkwizycja

Galileusz przed Inkwizycją w dominikańskim konwencie w Rzymie. Obraz Roberto Francesco Romolo Bellarminiego

 

W tej historii są też jednak powody do dumy – czterech dominikanów zasiadało na Stolicy Piotrowej – Innocenty V, Benedykt XI, św. Pius V i Benedykt XIII. A „Sumę” sławnego Tomasza z Akwinu cytujemy do dzisiaj…

No właśnie – papież w dominikańskim habicie! Kiedy Pius V został papieżem, nadal nosił nasz habit i dlatego Papież do dzisiaj ubrany jest na biało. Żyjemy dziś w czasach papieża jezuity z franciszkańskim imieniem, ale w habicie dominikanina. Kiedy widzieliśmy Franciszka z trudem wchodzącego po schodach do samolotu, bo wiatr zwiewał mu sutannę na głowę, któryś z braci żartował – patrzcie co my przeżywamy na codzień.

To są takie momenty dumy i odpowiedzialności. Zakon to nie tylko ja i bracia, których znam. To pokolenie za pokoleniem, które budowały całą tą wspólnotę – wielu świętych żyjących w zaciszach swoich klasztorów, często nieznanych, którzy również odkrywali w swoim życiu to powołanie, które miał św. Tomasz z Akwinu.

Bardzo mi zależy na tym, żeby wszyscy ludzie również odkrywali zakon jako mozaikę twarzy – nie tylko tych, których jesteśmy w stanie wymienić, bo znamy ich z telewizji lub internetu. Zakon to więcej niż 2-3 nazwiska.

 

IMG_0284_RJ

fot. Mateusz Jacukiewicz OP

 

To nie jedyne Wasze sukcesy. Dominikanie potrafią bardzo skutecznie zarzucać wędkę na połów, czego dowodem są liczne powołania. Ojciec także przez pewien czas pracował w duszpasterstwie, udało się ojcu odkryć tajemnicę tej “skutecznej przynęty”?

Nie chodzi tu o jakąś wymyśloną strategię albo sprawdzone sposoby, które wiemy, że zadziałają. Wydaje mi się, że to jest szczerość i autentyczność. Nie jesteśmy inni na ambonie i przy ołtarzu, a inni w duszpasterstwie, na wyjeździe. Spójność życia – to jest sposób. Wydaje mi się, że to też ma źródło we wspólnocie – bracia bardzo szybko Cię ocenią, jeśli okaże się, że na ambonie mówisz coś sprzecznego z tym, jak żyjesz. Pierwszymi komentatorami Twoich homilii są właśnie bracia. Są najbardziej surowi. Dla mnie nie jest problemem mówienie do tysięcy twarzy znajdujących się przede mną. Najtrudniejsza jest świadomość, że wśród nich znajduje się kilku braci, którzy w swoich żartach potrafią być “bezlitośni”. Wystarczy użyć jakiegoś nieszczęśliwego słowa, a wszyscy Cię nim opisują, wołają nim do Ciebie. Oczywiście to ma w sobie coś niezwykle sympatycznego, bo pokazuje, że ktoś słuchał.

Mamy kilku braci, którzy są medialnie ograni, aktywni, ale większość zakonu to bracia, którzy prowadzą duszpasterstwo w cieniu, o których nazwiskach nie słyszało aż tylu ludzi. Ci najbardziej znani robią bardzo dużo dobrej roboty „frontowej”, w pierwszym kontakcie. Cała sztuka nie polega jednak na tym, aby zatrzymać kogoś na sobie, ale żeby być przezroczystym i pokazywać Chrystusa. Problem rodzi się wtedy, kiedy „ja” staję się celem, a to bardzo łatwe. Znowu wracam do tego wątku ze wspólnotą – dobra wspólnota zawsze takiego brata będzie pilnowała. Kiedy trzeba, powie: „żeby Ci tylko nie odbiło”, „Twoje miejsce jest w klasztorze, a nie tylko nieustanne bycie na zewnątrz”. To pokusa, w którą bardzo łatwo wejść – jeśli jest się chwalonym, oklaskiwanym, patrzą na mnie szeroko otwarte oczy, można łatwo się pogubić. Rzeczywiście, wielu braci, którzy odeszli z zakonu, to były wybitne jednostki, wybitni kaznodzieje. Największą pokusą dominikanina jest to, żeby stać się centrum układu słonecznego, a wszystko powinno kręcić się dookoła.

 

_MG_9482

fot. Maciej Chanaka OP

 

Dominikanie to zakon kaznodziejski, który z zasady dostarcza nam wielu słów. Zresztą, Ojciec też wypełnia Internet: Stacja7.pl, 2ryby.pl, dominikanie.pl, KAI i sama nie wiem co jeszcze… Jak ma mówić dominikanin, żeby nie zagadać, a dotrzeć do ludzi?

Ewangelizacja i kaznodziejstwo ma sens tylko wtedy, gdy doprowadzi do spotkania. To, co robił Dominik, to siadał z drugim i czasem rozmawiał nawet całą noc. Pierwsze wzmianki o tym, co robił Dominik jeszcze przed założeniem zakonu, opisują spotkania z ludźmi, którzy byli w błędzie dotyczącym wiary – byli heretykami. Jednego heretyka, Katara, spotkał w knajpie. Siedzieli przy piwie lub winie całą noc i Dominik mu wszystko wytłumaczył.

Dzisiaj kluczem również jest spotkanie. Mimo mojej obecności w mediach nie uważam, że są dobrym miejscem ewangelizacji – krzywda może stać się wtedy, kiedy użytkownik zostanie sam przed ekranem komputera. Można odpalić setki rekolekcji, filmów, memów i zostać samemu. To oczywiście temat na inną rozmowę, ale trzeba bardzo uważać, żebyśmy “nie strzelili sobie w stopę”, bo możemy wychować w ten sposób ludzi samotnych przed swoimi ekranami. Cała szutka polega na tym, jak wyprowadzić ludzi z „virtualu” do „realu”, bo za chwilę wahadło pójdzie w taką stronę, że będziemy mieć przesyt informacji w internecie i będziemy stamtąd uciekać. Dla mnie czymś innym jest mówienie do ludzi, których widzę przed sobą.

 

Dominican Monk with RosaryLubi ojciec dowcipy na temat dominikanów i jezuitów? To taka miłość przyprawiona odrobiną kąśliwości. Skąd się one biorą? Czy nie jest tak, że każdy z zakonów usiłuje udowodnić wyższość swojej duchowości?

Znam je. Mają swoje wersje w zależności od tego, kto je mówi. Akurat Franciszkanie i Jezuici to wspólnoty, z którymi nam i mnie również najlepiej się współpracuje. Dowcipy biorą się chyba z historii i zazdrości innych zakonów. Mamy kontakty z jezuitami, wiele rzeczy robimy wspólnie, często są to projekty medialne. Wydaje mi się, że podobnie postrzegamy i bierzemy odpowiedzialność za Kościół. Ja nie daję się spychać w żadne kontry. Czasem ktoś reaguje, że jeśli robimy coś z jezuitami, to już za chwilę będzie koniec świata, ale zwykle to folklor zakonny, który niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Kiedyś odbywały się dysputy pomiędzy nami a jezuitami i franciszkanami, ale były to dysputy teologiczne.

Na pewno żarty biorą się z rzeczywistości – jesteśmy w jednym Kościele, ale różnimy się nawet strukturami zakonnymi. Czasem zazdrościmy ich sobie nawzajem: my zazdrościmy jezuitom twardej ręki generała i prowincjała, a oni nam demokratycznych wyborów, kadencyjności urzędów i tego, ile zależy od wspólnoty braci. Wydaje mi się, że jeśli żartujemy wśród „swoich” ludzi znających konteks, takie żarty mają miejsce. Znam jednak sytuacje, w których te żarty były dla kogoś zgorszeniem. Pytał „jesteście w jednym Kościele, a mówicie o sobie takie rzeczy?” Trzeba uważać, bo każdy może mieć inną wrażliwość. Te różnice są dla mnie piękne, bo pokazują na czym polega Kościół, że nie jest jednakowy (co widać nawet po składzie Apostołów). Wśród nich moglibyśmy znaleźć jakąś duszę dominikańską, franciszkańską i jezuicką.

Pontyfikat Papieża Franciszka to moment, w którym odkrywamy, że gramy do jednej bramki. Z tymi wszystkimi różnicami i odmiennymi charyzmatami. Wydaje mi się, że pokolenie młodych braci nie widzi żadnego problemu we współpracy. Warto wiedzieć, że Franciszkanie odprawiają pogrzeby dominikanów i na odwrót. To wynika z przyjaźni św. Dominika i Franciszka. W takich momentach jesteśmy razem.

 

dominik_franciszek

Spotkanie św. Dominika Guzmana i św. Franciszka z Asyżu

 

Jestem bardzo ciekawa tego, kto wśród Apostołów mógłby być dominikaninem. Kogo Ojciec tam widzi?

Chyba świętego Mateusza, bo doznał przebaczenia i miłosierdzia. Wydaje się, że “układem nerwowym” naszego kaznodziejstwa jest właśnie miłosierdzie. Możemy o nim mówić tylko wtedy, kiedy sami je otrzymujemy. To, co uprawniało Mateusza do bycia Apostołem i Ewangelistą, to osobiste doznanie miłosierdzia. On nie był widzem. Jezus po niego przyszedł i go wyciągnął z trudnego momentu w życiu. My jesteśmy w stanie opowiadać o takim Panu Bogu, jakiego doświadczamy w życiu. Jeśli opowiadamy na podstawie książek, jesteśmy ideologami i ludzie natychmiast to wyczuwają.

 

Z jakiego „rozrabiania” wyciągnął Pan Bóg Ojca?

Myślę, że nie wyciągnął mnie z „rozrabiania”. Nie było przeskoku od niegrzecznego chłopca, do ułożonego zakonnika. Zakon dał mi jednak szansę odkrycia, że nie jestem w centrum swojego życia. Obecność braci sprawiła, że nie da się żyć we wspólnocie kiedy w centrum życia jest tylko moje “ja”. Z tego Jezus mnie w zakonie wyrywał i wyrywa cały czas. To jest moja komora celna.

W tym miejscu Chciałbym powiedzieć o siostrach, bo Dominik w pierwszej kolejności założył właśnie wspólnotę sióstr – Dominikanki są starsze niż Dominikanie. I to o 10 lat. Można powiedzieć, że sukces duszpasterski braci to praca i modlitwa naszych sióstr.


Przeczytaj więcej w rozmowie z Pawłem Kozackim OP, prowincjałem dominikanów w Polsce


 

Czyli Dominik najpierw stawiał na kobiety, a mówi się, że kobiety są dyskryminowane w Kościele…

Dominik kobiety, które wyciągał z herezji gromadził razem. Pierwszą wspólnotą, którą stworzył, była wspólnota sióstr. Można powiedzieć, że to takie ukryte silniki: są gdzieś pod wodą, nie widać ich, a są największą siłą. Każdy z braci ma siostrę, która się za niego modli. Wiem, że mam siostry, które za klazurą się za mnie modlą. Na pierwszy rzut oka nic nie robią – nic nie produkują, nie widać ich tłumów, nie ma ich w internecie, mediach, na ambonach. Wystarczy jednak, że coś się nam duchowo “posypie”, a od razu biegniemy do nich. I one wiedzą co się dzieje.

 

Novitiates Sing Christmas Carols

Dominikańskie nowicjuszki

 

Jak się odwdzięczacie?

Zawsze słabo. Zawsze mam poczucie, że zapominamy. One pamiętają, a my nie.

Ten zakon ma taką część, której na pierwszy rzut oka nie widać. Za plecami braci stoją siostry i to tam jest energia. W ich kontemplacji i modlitwie. Jak patrzymy na to, co robią bracia, trzeba mieć perspektywę, że za nimi są siostry. Musimy cały czas odkrywać ich siłę. Ja mam takie doświadczenie, że siostry uczą mnie męstwa i odwagi. Wiem, że głoszę także w ich imieniu. To niezwykle mądre kobiety. To wielkie odkrycie – jak można być zamkniętym, pozbawionym dostępu do bycia on-line, i wiedzieć tak dużo o człowieku, o jego tajemnicy, o potrzebach, o męskiej duszy? Jak mogą go zrozumieć i odpowiedzieć mu na pytania, na które sam nie potrafi sobie odpowiedzieć? Spotkanie z siostrami to dla mnie moment bardzo dużej pokory.

 

Dominik musiał być niezłym strategiem, że najpierw postawił właśnie na dziewczyny, a dopiero potem na swoich chłopaków.

To niesamowite, że można w XIII wieku wymyśleć sposób zarządzania, który trwa do dzisiaj. To model oparty na zaufaniu i oddawaniu władzy. Dominik rozproszył odpowiedzialność – gromadził braci, wychowywał ich przez kilka miesięcy i posyłał dalej.

 

dominikanki

 

Jak Dominikanie chcą świętować jubileusz swój jubileusz ze świeckimi, żeby się z nimi tą odpowiedzialnością dzielić?

Do misji zakonu, tzn. szukania ludzi na krańcach świata, chcemy zaprosić wszystkich. Niekoniecznie chodzi o to, aby ludzie przychodzili i regularnie wypełniali nasze kościoły, ale żeby poszli szukać. Tak jak Jezus, Dobry Pasterz, który szuka tego, co zginęło i przyprowadza do owczarni. Misją zakonu jest cały czas ten moment posłania, a nie zachwycania się tym, że ludzie przychodzą nas lubią i może być “miło i sympatycznie”. Dominik tworzył takie klasztory, które nie były „schroniskiem” dla braci, ale miejscem, z którego ruszają na głoszenie Ewangelii.

Jubileusz to jednak przede wszystkim czas dla braci. Musimy zacząć od odpowiedzi na pytanie „Co zrobić dzisiaj, po tych ośmiuset latach, które są za nami?” Czy rzeczywiście realizujemy marzenie Dominika? Musimy sobie na to pytanie odpowiedzieć.

 

Bardzo dziękuję za rozmowę!

 

Wiater_Wierny-pies_500pcxPolecamy książkę “Wierny pies pański” – biografię pierwszego polskiego dominikanina, św. Jacka Odrowąża

Powołał do życia Zakon Kaznodziejski w Polsce, nigdy jednak nie był prowincjałem. Zakładał kolejne klasztory, ale nie osiadał w nich na stałe. Wybrał wędrowne kaznodziejstwo. Przemierzył wzdłuż i wszerz Polskę, Ruś i Prusy, głosząc Ewangelię poganom, schizmatykom, wszystkim potrzebującym.

Granice polityczne ani prawa fizyki nie stanowiły dla niego przeszkody. Uzdrawiał, wskrzeszał umarłych, uwalniał opętanych. Zmieniał oblicze Kościoła i całej Europy. Matka Boża obiecała mu, że zawsze go wysłucha, i wielokrotnie to udowadniała.

>>> Kup teraz <<<

Jacek Szymczak OP

Jacek Szymczak OP

Zobacz inne artykuły tego autora >
Diana Golec

Diana Golec

Zobacz inne artykuły tego autora >
Jacek Szymczak OP
Jacek
Szymczak OP
zobacz artykuly tego autora >
Diana Golec
Diana
Golec
zobacz artykuly tego autora >

Media deformują ojcostwo

Zastępca rzecznika archidiecezji krakowskiej podsumowuje badania, które były tematem jego pracy doktorskiej. Wynika z nich, że mimo licznych przykładów pozytywnych, media promują negatywny obraz ojca, co rzutuje na obraz Boga w powszechnej świadomości

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >
Ks. Piotr Studnicki
Ks. Piotr
Studnicki
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z księdzem Piotrem Studnickim o obrazie ojca w prasie amerykańskiej i polskiej rozmawia Alina Petrowa-Wasilewicz (KAI)

 

Alina Petrowa-Wasilewicz, KAI: Obraz ojca rodziny w prasie – analiza “wypowiedzianego” i “niewypowiedzianego” w czterech dziennikach – Rzeczpospolitej, Gazety Wyborczej, The New York Times, Corriere della Sera – to temat doktoratu, który obronił Ksiądz w listopadzie ubiegłego roku na Wydziale Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Świętego Krzyża w Rzymie u prof. Norberto Gonzaleza Gaitano. Skąd pomysł na taki temat?

Ks. dr Piotr Studnicki: Na Uniwersytecie Santa Croce istnieje grupa badawcza, w skład której wchodzą naukowcy z kilkunastu uniwersytetów na świecie, która analizuje obraz rodziny w mediach. Celem tych badań jest pomoc organizacjom, które zajmują się promocją rodziny w przestrzeni publicznej, aby to robiły profesjonalnie, pozytywnie, bardziej strategicznie. Dzieląc się wynikami naszych analiz, staramy się służyć radą, w jakim kierunku warto iść, na jakich toposach się oprzeć, jakich kalk używa się najczęściej do przedstawienia ojcostwa i macierzyństwa czy osób starszych. Dorobek grupy jest dostępny na stronie internetowej www.familyandmedia.eu w języku włoskim, hiszpańskim i angielskim.

W mojej pracy zająłem się analizą tekstów, których bohaterem jest ojciec rodziny, opublikowanych w czterech wspomnianych dziennikach w czerwcu i grudniu 2012 r. W ciągu tych dwóch miesięcy ukazało się ponad 900 artykułów, w których ojciec rodziny jest wspominany, z czego w 355 przypadkach jest on ważnym bohaterem tekstu. Już na wstępie okazało się, że najczęściej o ojcostwie pisze się w New York Times i Corriere della Sera, rzadziej w Gazecie Wyborczej, najmniej w Rzeczpospolitej.

 

W jaki sposób badał Ksiądz te teksty?

– Interesowały mnie w nich trzy elementy. Po pierwsze, tzw. frame, czyli rama interpretacyjna, w którą dziennikarz oprawia informację. Często widać ją w tytule, w pierwszych i ostatnich zdaniach tekstu lub w kluczowych słowach użytych w artykule. Rama wpływa na lekturę artykułu, gdyż narzuca określoną interpretację całego tekstu i najdłużej zostaje w głowie czytelnika po jego lekturze. Kolejnym elementem, który starałem się ustalić, jest topos. Ten starożytny koncept oznacza z języka greckiego „miejsce wspólne”, tzn. takie przedzałożenie, w którym autor tekstu spotka się z czytelnikiem i zrozumieją się bez słów. Wytłumaczę to na przykładzie. Artykuł opisujący cierpienie spowodowane konfliktem w rodzinie, oparty jest na prostym przedzałożeniu: tylko zjednoczona rodzina jest szczęśliwa. Gdyby piszący i czytający nie spotkali się w tym przedrozumieniu, opisywanie rozbicia jako dramatu byłoby niezrozumiałe. Toposy wyrażają więc prawdy, których nie trzeba szczegółowo tłumaczyć, co do których jesteśmy zgodni, bo odwołują się do ludzkiej natury, do najgłębszych inklinacji, które są w każdym człowieku. I to jest trzeci element, który starałem się ustalić podczas analizy artykułów: do jakich ludzkich inklinacji najczęściej odwołują się artykuły o ojcostwie? Porównując tekst dziennikarski do utworu muzycznego, można powiedzieć, że frame jest jak refren najmocniej zapadający w pamięć, topos przypomina motyw muzyczny, w oparciu o który zbudowany jest cały utwór, a inklinacje ludzkiej natury są jak struny, na których wygrywana jest melodia.

 

ojciec1

 

Czym konkretnie są te inklinacje, czy też jak je Ksiądz nazywa – „struny” ludzkiej natury?

Opierając się na koncepcji cnót społecznych opisanej przez Arystotelesa, a następnie przejętej i rozwiniętej przez św. Tomasza z Akwinu, wyróżniam dziewięć takich „strun”. Są nimi: pieta, czyli inklinacja do naszego źródła – rodziców, ojczyzny, Boga; potrzeba autorytetu; pragnienie prawdy; honor rozumiany jako projekcja społeczna postępowania moralnego lub niemoralnego na członków wspólnoty, w której człowiek żyje; stosunek do prawa i państwa; umiejętność posiadania i dawania czegoś; zdolność dawania siebie, czyli do miłości; umiejętność odpowiedzi na otrzymany dar, czyli wdzięczność i w końcu poczucie sprawiedliwości. Każda z tych dziewięciu inklinacji może się wyrazić w sposób pozytywny lub negatywny, tzn. jako cnota lub jako wada. Ważne jest to, że te inklinacje uzdalniają nas do życia społecznego, do budowania wspólnoty. One stoją u podstaw komunikacji międzyludzkiej, która – mówiąc obrazowo i z pewnym uproszczeniem – polega na wygrywaniu „melodii” na „strunach” naszej wspólnej natury.

 

W jakie „struny” najczęściej uderzają dziennikarze pisząc o ojcostwie?

– Według mojej analizy, z tekstów prasowych najmocniej przebija potrzeba ojcowskiego autorytetu, do której odwołuje się blisko 40 proc. artykułów, oraz pieta, czyli wymiar ojcostwa jako przekazywanie życia, które widać w 30 proc. przebadanych tekstów. Dominacja tych dwóch „strun” nie powinna dziwić, gdyż chodzi o podstawowe zadania ojca: zrodzenie oraz wychowanie potomstwa. Mężczyzna jest odpowiedzialny nie tylko za to, aby wraz z kobietą przekazać życie dziecku, ale również aby je wychować w oparciu o autorytet potwierdzony przykładem życia. Wśród pozostałych strun, znajdują się miłość rodzicielska, do której odwołuje się 15 proc. artykułów, oraz honor, umiejętność posiadania i dawania oraz pragnienia prawdy, w które uderzają co dziesiąty z analizowanych tekstów. Najrzadziej, bo tylko w 5 proc. tekstów, widać cnotę wdzięczności i stosunek do prawa.

 

Czy porównując obraz ojca rodziny w czterech przebadanych przez Księdza dziennikach, można zauważyć istotne różnice?

– Różnice są bardzo duże. Dziennikarze New York Times i Corriere della Sera pisząc o ojcu najczęściej ukazują go jako wychowawce dzieci, akcentują jego odpowiedzialność za potomstwo, opisują go w kontekście cierpienia przeżywanego we wspólnocie rodzinnej lub zwracają uwagę na ojcowski honor, który wyraża się najczęściej poprzez dumę lub wstyd rodzica z powodu postępowania swojego dziecka. W prasie polskiej dominują zupełnie inne wymiary ojcostwa. Najczęściej widać w nich rodzica rozbitego między obowiązkami rodzinnymi a pracą zawodową, ojca borykającego się z problemami ekonomicznymi rodziny, który liczy na wsparcie państwa, w postaci polityki prorodzinnej, urlopów prorodzinnym, tacierzyńskich, przychylnego prawodawstwa. Z pewnym uproszczeniem można powiedzieć, że tytuły zagraniczne poprzez eksponowanie takich elementów jak wychowanie, odpowiedzialność, honor i cierpienie, ukazują przede wszystkim wymiary wewnętrzne ojcostwa. Natomiast gazety polskie, częściej koncentrując się na problemie pracy, ekonomii i polityce państwa, akcentują zewnętrzne aspekty rodzicielstwa, bardziej społeczne, które oczywiście też są bardzo ważne.

 

ojciec2

 

Jak można wytłumaczyć te różnice?

– Chyba nie ma łatwej i jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Myślę, że przyczyn tych różnic trzeba szukać w odmiennościach kulturowych społeczeństw, a także w uwarunkowaniach ekonomiczno-politycznych państw. Nie bez znaczenia jest też linia redakcyjna czy światopogląd konkretnego dziennikarza. Nieraz to właśnie te ostatnie decydują o sposobie potraktowania tematu. Aby to wyjaśnić, posłużę się przykładem. W 2012 r. z okazji Dnia Ojca Gazeta Wyborcza i Rzeczpospolitej opublikowały artykuły na temat ojcostwa. Obie gazety ukazały ten sam problem, tzn. konflikt między pracą zawodową a życiem rodzinnym, z którym borykają się współcześni ojcowie, ale uczyniły to w bardzo różny sposób. Dziennikarz Rzeczpospolitej sugeruje, że wspomniany konflikt można rozwiązać poprzez zmiany w prawodawstwie prowadzących do uelastycznienia godzin pracy. Dla redaktora Gazety Wyborczej problem ojca rozbitego między rodziną a pracą musi doprowadzić do rozpadu związków i zwiększenia liczby rodziców samotnie wychowujących dzieci. Rolę nieobecnego rodzica ma przejmować państwo, stając się w ten sposób „wielkim rodzicem”. Ten sam problem można ukazać w jeszcze innej ramie interpretacyjnej. Przykładem jest artykuł opublikowany w tym samym miesiącu w New York Times na temat młodych matek, które równocześnie robią karierę zawodową. Nie widać w nim konfliktu między rodziną a pracą. Ojciec jest w tym artykule postacią drugoplanową, ale bardzo ważną, bo poprzez włączenie się w wychowanie dzieci wspiera i pomaga żonie w połączeniu macierzyństwa i kariery zawodowej.

 

Te trzy artykuły odzwierciedlają więc odmienne filozofie?

– Zdecydowanie tak. To właśnie te odmienne filozofie wpływają na tak skrajnie różne interpretacje tego samego problemu i propozycje rozwiązania konfliktu. Z jednej strony opcja pozytywna, ratująca jedność rodzinną poprzez współpracę małżonków i rodziców lub bardziej prorodzinne prawo pracy. Z drugiej optyka negatywna, według mnie ideologiczna, ukazująca rozbicie małżeństwa jako coś nieuchronnego i przejęcie przez państwo roli rodzica.

 

Czy w tekstach o ojcostwie często widać ślad wojny ideologicznej, która się toczy wewnątrz naszej cywilizacji i w ramach której często dezawuuje się postać ojca?

– Ideologiczne ujęcia ojcostwa zauważyłem w ok 10 proc. analizowanych przeze mnie tekstów. Najczęstszą ideologią jest wojujący feminizm, który pokazuje relacje między mężczyznami i kobietami jako walkę. On jest wrogiem, ona musi zrzucić jego jarzmo. Konsekwencją tych założeń jest sprowadzanie ojca do oprawcy odpowiedzialnego za przemoc w rodzinie. Inną częstą ideologizacją jest ukazywanie ojcostwa w kontekście tzw. praw osób homoseksualnych, przede wszystkim do adopcji i wychowania dzieci. Pozornie wydaje się, że ten postulat jest afirmacją rodzicielstwa. Faktycznie jednak zasada „nieważne czy dziecko ma ojca i matkę, czy dwóch ojców czy dwie matki, istotne aby się kochali” podważa niezastąpioną rolę ojca w rodzinie i społeczeństwie. Kolejną ideologizacją jest promowanie tzw. „dobrego rozwodu”, który ukazuje rozbicie związku małżeńskiego jako coś naturalnego, pozytywnego i bezproblemowego. Takie ujęcie przemilcza negatywne skutki rozwodów, które szczególnie dotkliwie uderzają w dzieci. Ideologiczne podejście do ojcostwa widać także w artykułach, które ukazują posiadanie dziecka jako prawo, które za wszelką cenę należy się rodzicom. Według takiej optyki, dziecko nie jest darem, który rodzice przyjmują bezwarunkowo. Skrajną postacią ideologii jest gender, która ukazuje tożsamość człowieka, a więc także ojcostwo i macierzyństwo, jako kwestię zupełnie dobrowolnego wyboru niezwiązanego z naturalnymi uwarunkowaniami biologicznymi człowieka.

 

ojciec3

 

Ślady ideologii zauważył Ksiądz w co dziesiątym tekście. Co z pozostałymi 90 proc. informacji? Jaki obraz ojcostwa ukazują?

– Ciekawe jest to, że postać ojca pojawia się we wszystkich sekcjach tematycznych gazet – w informacjach dotyczących polityki, kultury, sportu, ekonomii, kronice wydarzeń, itd. To pokazuje, jak bardzo naturalnym tematem jest ojcostwo, skoro przewija się niemal przez wszystkie aspekty życia opisywanego przez dziennikarzy. W większości artykułów analizowanych przeze mnie, obraz ojca rodziny jest pozytywny. Najlepszy jest w Rzeczpospolitej, gdzie dobre przykłady stanowią niemal 70 proc. przypadków. W gazecie włoskiej i amerykańskiej ilość pozytywnych artykułów o ojcostwie wynosi ok 60 proc. Tylko w Gazecie Wyborczej ilość przykładów negatywnych nieznacznie przeważa nad pozytywnymi. Zastanawiający jest fakt, że choć obraz ojca na łamach gazet jest w większości pozytywny, to w dziale dotyczącym kultury zdecydowanie przeważa ilość artykułów ukazujących negatywne przykłady ojcostwa.

 

Z czego to wynika? Dlaczego eksponuje się negatywny obraz ojca?

– Myślę, że można postawić dwie hipotezy. Jeśli przyjmiemy założenie, że kultura jest lustrem rzeczywistości, to można tłumaczyć, że literatura, teatr i film odzwierciedlają po prostu kondycję ojcostwa, które znajduje się dzisiaj w tak dennym i opłakanym stanie. Nie jestem zwolennikiem tej hipotezy. Myślę, że rzeczywistość – w tym także kondycją ojcostwa – wygląda lepiej niż nam ją niektórzy przedstawiają. Przypuszczam, że chodzi o fakt, iż łatwiej jest zbudować akcję utworu literackiego, teatralnego lub filmowego na konflikcie, na przykład rodzinnym, między rodzicami a dziećmi. Konflikt przyciąga uwagę. Łatwo nim zainteresować czytelnika, słuchacza lub widza. Łatwo go „sprzedać”. To dlatego kultura masowa częściej go eksponuję, ukazując konfliktowe relację rodzinne i negatywny obraz ojcostwa.

 

Media powinny opisywać rzeczywistość, ale zwłaszcza kultura masowa uznawana jest za ważny czynnik wychowawczy, kształtujący świadomość odbiorców.

– Albo antywychowawczy, wpajający w skrajny indywidualizm, do którego zachęca nas wiele dzieł kultury masowej. Wpajają one odbiorcy filozofię zrywania więzi, ubóstwiają całkowitą autonomię. Istnieje mocna presja na jednostkę, by od nikogo nie zależała i niczego się po innych nie spodziewała. I ten kult autonomii stoi za obrazem ojca w produktach kultury masowej.

 

ojciec4

 

Czy negatywny obraz ojca wpływa na obraz Boga?

– Tak, bez wątpienia. Mówię to na podstawie własnego, dziewięcioletniego doświadczenia pracy duszpasterskiej w Polsce, Włoszech, Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Doświadczenie rodzica i obraz Boga są ze sobą splecione niezwykle mocno. W pewnym sensie rodzic jest pierwszym objawieniem ojcostwa Boga. Uderzenie w ojca rodziny jest pośrednio uderzeniem w wiarę, w więź z Bogiem. Często pociąga za sobą negatywne i długotrwałe skutki. Dlatego promocja i obrona rodziny, relacji międzypokoleniowych, to z natury praca preewangelizacyjna.

 

Wracając do tematu badań, powiedział Ksiądz, że większość artykułów ukazuje ojca od strony pozytywnej. Skąd więc opinia, że prasa pisze najczęściej o tym, co złe?

– Moja analiza pokazuje, że jeśli ojciec jest postacią pierwszorzędną w tekście, czyli jest obecny w tytule, leadzie, o wiele częściej jest postacią negatywną. Jeżeli natomiast jest postacią drugoplanową, znacznie częściej jest pozytywną. Tak więc przy pobieżnej lekturze gazety, polegającej na przeglądaniu tytułów i co najwyżej leadów, obraz ojca jest bardzo negatywny. Dla przykładu, w New York Times gdzie jak wspomniałem 60 proc. artykułów opisuje ojca pozytywnie, aż w 80 proc. tytułów, w których pojawia się słowo ‘ojciec’ lub ‘tata’, ojcostwo jest ukazane od ciemnej strony.

Okazuje się, że w prasie nie brakuje pozytywnych przykładów, ale są one jakby schowane, ukryte w tekście. Natomiast na pierwszym planie eksponowane są złe przykłady. Wydaje mi się, że media można porównać do stawu, na powierzchni którego pływa gruba warstwa brudów i śmieci. Stojąc na brzegu, myślimy: Ta woda jest brudna, do niczego się nie nadaje. Ale jeśli nie zatrzymamy wzroku tylko na powierzchni, ale zanurkujemy, to okaże się, że pod warstwą śmieci jest dużo czystej wody. I że tej wody jest zdecydowanie więcej niż brudu i śmieci.

 

Ojciec pokazywany jest z punktu widzenia brudnego stawu.

– Badania pokazują, że mamy do czynienia z przeakcentowaniem negatywnych przykładów rodzicielstwa. Dziennikarze nierzadko idą na łatwiznę, próbując złapać czytelnika na przykłady negatywne, na konflikt, na skandal. Zapewne wiele trudniej wzbudzać zainteresowanie sprawami dobrymi i budującymi oraz wymyślić pozytywny tytuł, który przykuwałby uwagę czytelnika. Myślę, że wspomniana tendencja występuje nie tylko w czterech przebadanych dziennikach, ale jest to trend powszechny, który dotyczy także innych mediów. Jak widać, analizując teksty na temat ojcostwa, choć nie było to moim głównym celem, dotknąłem kondycji mediów.

 

Samotny ojciec zabiera swoją córkę na jej pierwszą randkę

 

Media nie odzwierciedlają, a deformują?

– Media są jak ludzkie życie, w którym zło jest często bardziej krzykliwe, a dobro ciche i dyskretnie. Media są jak ich twórcy, odbiorcy i użytkownicy, których łatwiej zaciekawić przykładem negatywnym, a trudniej zainteresować pozytywnym. Media, jak każda inna przestrzeń ludzkiego życia, jest areną zmagania dobra i zła. Nie inaczej jest z ojcostwem. Z jednej strony jesteśmy dziś świadkami gwałtownego, zmasowanego ataku na ojcostwo. Najbardziej skrajnym przejawem jest teoria gender, która podważa tożsamość mężczyzny i kobiety, ojca i matki, wmawiając jednostce, że może sobie wybrać płeć bez związku z uwarunkowaniami biologicznymi. Taka ideologiczna lektura podważa ojcostwo jako wyraz męskiej tożsamości zakorzenionej w biologii. Z drugiej strony spotykamy się z inicjatywami, które bardzo świadomie propagują dojrzałe i odpowiedzialne ojcostwo. Konferencje, książki, stowarzyszenia, warsztaty, analizy, szkoły dla rodziców, formacyjne grupy mężczyzn, tato.net, itd. Z jednej strony niszczy się ojcostwo, z drugiej próbuje się go odkrywać i ratować. To jest współczesny paradoks.

Kilka lat temu we Włoszech ukazała się ciekawa książka zatytułowana “Kompleks Telemacha”. Autor, Massimo Recalcati, z zawodu psychoterapeuta, twierdzi, że epoka Edypa, a więc czas odrzucenia autorytetu i roli ojca, chyli się ku upadkowi. Głośnym przejawem mijającej epoki była tzw. „rewolucja seksualna ’68”, której jedno ze sztandarowych haseł brzmiało „wróg mojego ojca jest moim przyjacielem”. Włoski terapeuta pisze, że dzisiejsze społeczeństwo bardziej niż ojcobójcę Edypa przypomina Telemacha, bohatera homeryckiej Odysei, który przez 20 lat z utęsknieniem czekał na powrót swojego ojca Odyseusza z wojny trojańskiej. Można powiedzieć, że jako społeczeństwo mamy już za sobą totalną kontestację autorytetu ojca. Dziś odkrywamy, że bez ojca nie da się żyć, że świat nie jest bez niego lepszy. Dziś szukamy ojca, pragniemy jego powrotu, potrzebujemy jego autorytetu. Oczywiście, nie oznacza to powrotu czy odtworzenia patriarchatu, który był wypaczeniem autorytetu ojca i jego roli w rodzinie i społeczeństwie. Kryzys ojcostwa nie wziął się z niczego.

 

Płacimy dziś za bezwzględny patriarchalizm, za to, że w rodzinie była tylko jedna osoba o nieograniczonej władzy i jedyna osoba uznawana za dojrzałą i dorosłą – mąż i ojciec.

– Szukając modelu ojcostwa można popaść w skrajności. W modelu patriarchalnym ojciec nie spełniał roli wychowawczej, gdyż był daleko od dziecka, był niedostępnym panem, a jego rola nierzadko ograniczała się do wymierzania kar. Dziś można zauważyć inny błąd, o którym piszą włoscy psychologowie i pedagodzy. Ojciec stał się kumplem do zabawy, maskotką do przytulenia. Nieraz bardziej przypomina „drugą mamę” niż tatę. Stał się słaby. Nie wymaga, nie stawia granic, nie dopinguje do wzrostu. Trzeba odnaleźć autentyczny model ojcostwa. I to jest nasze ogromne wyzwanie.

***

Statystyka

W 4 analizowanych tytułach w czerwcu i grudniu 2012 r. opublikowano 927 artykułów na temat ojca rodziny: 402 w The New York Times, 272 w Corriera della Sera, 160 w Gazecie Wyborczej oraz jej dodatkach, Wysokich Obcasach i Dużym Formacie, i 93 w Rzeczpospolitej oraz dodatku Plus Minus. W 355 przypadkach, ojciec jest ważna postacią w artykule: 126 w dzienniku amerykańskim, 123 w gazecie włoskiej, 72 w Gazecie Wyborczej i 34 w Rzeczpospolitej. W dzienniku amerykańskim oraz włoskim ukazują się średnio 2 teksty o ojcostwie na dzień, w Gazecie Wyborczej – jeden na dzień, w Rzeczpospolitej – jeden na dwa dni. Najbardziej pozytywny obraz ojcostwa znajduje się w Rzeczpospolitej (69 proc. pozytywnych, 28 proc. negatywnych, 3 proc. neutralnych). Kolejne są The New York Times (62 proc. pozytywnych, 37 proc. negatywnych, 1 proc. neutralnych), Corriere della Sera (59 proc. pozytywnych, 36 proc. negatywnych, 5 proc. neutralnych) oraz Gazeta Wyborcza (46 proc. pozytywnych, 47 proc. negatywnych, 7 proc. neutralnych).


 

Ks. dr Piotr Studnicki (1981), urodził się i wychował w Makowie Podhalańskim. Ukończył Arcybiskupie Seminarium Duchowne w Krakowie. Święcenia kapłańskie przyjął w 2006 r. z rąk Metropolity Krakowskiego Stanisława Kard. Dziwisza. W Latach 2006-2008 pracował w Parafii pw. Miłosierdzia Bożego w Chełmku. W 2008-2015 studiował na Wydziale Komunikacji Społeczno – Instytucjonalnej Uniwersytetu Świętego Krzyża w Rzymie, gdzie obronił pracę doktorską pod tytułem “Obraz ojca rodziny w prasie. Analiza ‘powiedzianego’ i ‘nie powiedzianego’ w The New York Times, Corriere della Sera, Gazecie Wyborczej i Rzeczpospolitej”. Studiował także w Szkole Dziennikarstwa na Uniwersytecie Missouri w Columbia w USA ( styczeń-maj 2012). Jako aktywny użytkownik Twittera (@piotrstudnicki) jest współtwórcą profilu @duchowni oraz współorganizatorem akcji ewangelizacyjnych w mediach społecznościowych. Obecnie pracuje jako wikariusz parafii św. Floriana w Krakowie, zastępca rzecznika Archidiecezji krakowskiej oraz kierownik Redakcji Programów Katolickich im. ks. Andrzeja Baczyńskiego TVP Kraków. Jest zapalonym cyklistą oraz miłośnikiem biegania.

 


Rozmawiała Alina Petrowa-Wasilewicz / Warszawa

 

Grysiak_Kochaja_mnie_popr

Polecamy książkę Brygidy Grysiak “Kochają mnie do szaleństwa”

Pięcioletni chłopiec opowiada o cudzie, dzięki któremu żyje

 

Niezwykła siła całej rodziny, miłość bliskich i wiara w to, że Jurek mimo zdiagnozowanego glejaka złośliwego może wyzdrowieć, to lekcja nadziei dla wszystkich. Także dla tych, którzy ją stracili. Dopiero w najtrudniejszych sytuacjach możemy odkryć, ile mamy w sobie siły, i zrozumieć, że każdy dzień daje szansę na wielką wygraną. Wystarczy tylko docenić to, co już się ma. I kochać do szaleństwa.

 

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ks. Piotr Studnicki

Ks. Piotr Studnicki

Urodził się i wychował w Makowie Podhalańskim. W 2006 r. przyjął święcenia kapłańśkie. Po 2 latach pracy na parafii studiował na Uniwersytecie Świętego Krzyża w Rzymie, gdzie obronił pracę doktorską pod tytułem "Obraz ojca rodziny w prasie. Analiza 'powiedzianego' i 'nie powiedzianego' w The New York Times, Corriere della Sera, Gazecie Wyborczej i Rzeczpospolitej". Studiował także w Szkole Dziennikarstwa na Uniwersytecie Missouri w Columbia w USA (styczeń-maj 2012). Od 2016 pełnił funkcję rzecznika Kurii Archidiecezji Krakowskiej. Jest aktywnym użytkownikiem Twittera, współtwórcą profilu @duchowni oraz współorganizatorem akcji ewangelizacyjnych w mediach społecznościowych.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >
Ks. Piotr Studnicki
Ks. Piotr
Studnicki
zobacz artykuly tego autora >