Lectio Divina

Znacie je pewnie pod nazwą „pobożne czytanie”. Ale Lectio Divina nie jest praktyką pobożnościową. To dotykanie Słowa wargami. Intymna rozmowa z Tajemnicą. Szkoła mistycznego zjednoczenia z Panem Bogiem.

Adam Szustak OP
Adam
Szustak OP
zobacz artykuly tego autora >

Artykuł powstał w oparciu o fragmenty konferencji wygłoszonej przez Adama Szustaka OP w Dominikańskim Duszpasterstwie Akademickim “Beczka” w Krakowie.

Lectio Divina to jedna z najstarszych praktyk, pochodząca jeszcze z czasów Ojców Pustyni i baza wszystkich duchowości, które istnieją w Kościele. Jej podstawą jest najbardziej fundamentalna rzecz w naszej wierze: Pismo Święte. W zasadzie większość metod modlitewnych można do niej sprowadzić i w większości ruchów formacyjnych taki model się pojawia. To „pobożne czytanie”, przez wieki Chrześcijaństwa, nabierało w Kościele bogactwa. Chciałbym jednak przedstawić klasyczny, najbardziej oryginalny i pierwotny model lectio divina, niezmodyfikowany przez żadną duchowość, zakon czy szkołę formacyjną, przez takiego czy innego świętego.

Składa się on z 4 etapów:

1. lectio [czytanie]

2. meditatio [medytacja]

3. oratio [modlitwa]

4. contemplatio [kontemplacja]

Lectio divina jest przedziwne  – im dalej idzie się krokami tej modlitwy, tym mniej wiadomo. To zresztą dobry sygnał w metodach modlitewnych – jeżeli posuwając się w czymś coraz dalej, coraz mniej rozumiemy, tym większe prawdopodobieństwo, że nie jest to zrobione po ludzku. A to znaczy, że ta metoda, zaczynając od spraw przyziemnych, które nas zajmują, odrywa nas od zwykłych rzeczy i wystrzeliwuje w kierunku rzeczywistości nieznanej. Bo Bóg jest rzeczywistością, której nie znamy.

Kim byli Ojcowie Pustyni

To jedna z pierwszych formacji, która powstała, gdy Kościół funkcjonował jeszcze na zasadzie „mało strukturalnej”. Oczywiście byli już biskupi, prezbiterzy i parafie (nazywane gminami, bo skupiały Chrześcijan w danym mieście), ale nie było żadnych zakonów, ruchów kleryckich czy organizacji kościelnych. Właśnie wtedy, na początku II wieku, znaleźli się ludzie, którzy zapragnęli nie tyle żyć po chrześcijańsku w miastach czy we wspólnotach braci, ale poświęcić się tylko i wyłącznie poszukiwaniu Pana Boga. Skoro nie mogli całkowicie poświęcić się modlitwie w mieście, to gdzie szukali? Poza miastem. Pierwsi Ojcowie pochodzą z Egiptu, a tam poza granicami miast jest pustynia. Tak naprawdę jednak nie ma znaczenia, w sensie geograficznym, jaki to teren – chodzi o miejsce niezamieszkałe, odosobnione, puste, w którym ktoś, kto poszukuje, jest sam.

Mówi się, że pierwszym pustelnikiem jest święty Antoni, patron wszystkich pustelników. Człowiek, który jeszcze będąc niewierzącym, przechodził obok kościoła, w którym były otwarte drzwi i usłyszał jak czytano Ewangelię o młodzieńcu, który odszedł zasmucony po słowach Jezusa: „Jeśli chcesz być szczęśliwy, idź, sprzedaj wszystko co masz i chodź za Mną”. Święty Antoni jak usłyszał – tak zrobił. Sprzedał wszystko co miał, poszedł na pustynię i tam został do końca życia. Powoli zaczęli się schodzić do niego pierwsi uczniowie i naśladowcy, aż wreszcie rozwinęło się to w olbrzymi ruch i z czasem przerodziło w pierwsze zgromadzenia zakonne i klasztory.

Lectio Divina

Pustelnik, wychodząc na pustynię, musiał przyjąć pewną drogę szukania Pana Boga. Bo skoro szukanie stanowiło jedyny cel jego życia, nie mógł szukać Boga jakkolwiek, ale JAKOŚ. A zważywszy na to, że wychodząc na pustynię zostawił wszystko i jedyną rzeczą, którą miał było Pismo Święte – stwierdzał, że jego drogą będzie czytanie Słowa Bożego.

Zasadniczo, całe życie pustelnicze polegało na dwóch sprawach:

1. na robocie (żeby przeżyć) – czyli był tam sobie quasi ogródeczek, który ten pustelnik uprawiał, żeby mieć co jeść,

2. na czytaniu Pisma Świętego.

I kiedy przychodził do ojca pustyni nowy uczeń i mówił mu: „Ojcze, jesteś mędrcem poszukującym Boga, naucz mnie, jak się szuka Boga” – jak poczytacie sobie jakiekolwiek apoftegmaty Ojców Pustyni, odpowiedź jest zawsze prosta: „No to se weźmiesz Pismo Święte, nauczysz się go na pamięć i zamieszkasz obok mnie”. Stąd się wzięła ta metoda modlitewna. Z takiego punktu startowego, w którym człowiek nie ma nic poza Słowem Bożym, co jest o tyle dobre, że nie ma nic lepszego od Pisma Świętego. To najbardziej źródłowe źródło, na którym można zbudować swoją modlitwę.

Lectio Divina

Założenia wstępne

  • Punkt startowy: trzeba wygospodarować 30 minut w ciągu dnia. Mało, ale zasada jest prosta: Łaska poniżej 30 minut nie chwyta. Serio. Właściwie nie da się modlić krócej. Co to jest w ogóle… pół godziny? Jakaś żenująca ilość. Strasznie mało.  Poniżej się nie da. Nie ma żadnego racjonalnego, sensownego sposobu modlitwy, który zrealizujecie w siedem minut. Tyle trwa akt strzelisty. Rozbudowany. Jeżeli ktoś chce się modlić aktami strzelistymi, proszę bardzo – jest to pobożna forma modlitewna, ale nie prawdziwa droga modlitwy.
  • Asceza, czyli nabranie wolności od rzeczy, które przeszkadzają się skupić. Ojcowie radzą, aby stworzyć warunki dookoła modlitwy, taką ochronną barierę. Zrób sobie kwadrans przerwy. Wycisz się. Niech odejdzie to, co cię pociąga.
  • Post. Zasadniczo – nie powinno się modlić z pełnym brzuchem. Zaczynając modlitwę warto być nieco głodnym. Wówczas nasz głód pobudzi pragnienie Ducha Bożego. Ale znów: chodzi o pewien niedosyt, a nie stan, w którym przez pół godziny będziemy myśleć tylko o tym, co by tu zjeść.
  • Na początek – modlitwa. Przed modlitwą… musimy się pomodlić. Krótko, naszymi słowami, prosząc Ducha Świętego o dwie rzeczy: niech otworzy nas, a później, niech otworzy Pismo Święte – niech otworzy tajemnice, które tam są zamknięte. Bo jak wierzymy, w Piśmie Świętym mówi sam Bóg, a głębokości Boga samego przenika tylko Duch Boży. Wiec jeśli ktoś ma nas wprowadzić w to, co myśli Bóg, a co jest w tej książce – może to zrobić jedynie Ten, kto Go przenika. Dlatego jedyny sposób na sensowną lekturę czytań polega na tym, że to Duch nam czyta. Każdą inna książkę można przeczytać samemu, ale Pismo Święte jest nie do przeczytania bez Ducha Bożego.

Lectio

Co czytamy? Czytamy Pismo Święte. To znaczy: Pismo Święte. Nie komentarz do Pisma Świętego, nie fabularyzację, nie cudowną przeróbkę Brandstaettera, tylko samo Pismo Święte. To jedyny tekst, którym się posługujemy.

Co to jest za księga? Nie taka, którą można po prostu wziąć i czytać.

Mamy dziś  taki problem, że czytamy wrażeniowo. Tak się nauczyliśmy. Otwieramy gazety, internet i śledzimy nagłówki. Jak jest interesujący, czytamy także ten pogrubiony tekst na górze. Jak brzmi ciekawie, czytamy nieco dalej. Ale jak się okazuje, że tekst ma kilka stron i trzeba przewinąć tym suwakiem strasznie do dołu, to już końcówkę sobie odpuszczamy. Można to przełożyć na wszystkie inne aspekty życia. Czytamy wrażeniami, doznaniami, impresjami, ale tak nie da się czytać Pisma Świętego. Nie można rzucić okiem na nagłówek: „Pan Jezus uzdrawia trędowatego” i typować, że może będzie ciekawie, później przerzucić pierwsze dwa akapity – już jest jakaś lipa, bo pojawi nam się pewien kontekst, ucieszyć się, bo zaraz następuje kulminacja i wreszcie rzeczywiście fajny fragment: Jezus kogoś uzdrawia. Następnie przez dwa rozdziały, przykładem ewangelii świętego Jana, gdzie znajduje wyjaśnienie tej sytuacji, narzekamy, że to strasznie nudne.

Nie.

Musimy przestawić na zupełnie inny tryb czytania. Lectio to lekcja, czyli coś, co trzeba wysłuchać, a nie doznać jakimś bodźcem.

Kiedy rozpoczynasz lectio divina, musisz usiąść obok „Dziwnej Książki” i mieć tę świadomość, że przystępujesz do czytania nie tekstu, tylko PISMA.

Lectio Divina

Jak czytamy? W trybie lectio continua. Dokładnie tak jak podczas Mszy Świętej, kiedy czytamy Pismo po małym fragmencie, po kolei, przez cały rok. Wybierz księgę i zacznij ją czytać od początku do końca – bez względu na to, co się w tobie dzieje, jaki masz stan i co przeżywasz. Dlaczego? Ponieważ to nie ty masz sobie dobierać fragment do nastroju, ale Słowo Boże, które nie jest uzależnione od twoich emocji, samo zdecyduje, jak Cię poprowadzić.

Sposoby pomocne w rozumieniu Pisma:

  • czytanie głośne – metoda znana choćby z Eucharystii. Dobra nie tylko dlatego, że pozwala nam się skupić. Ojcowie Pustyni mówili, żeby czytać „głośno szeptem”, bo to odpowiedni sposób rozmowy z Kimś, wobec którego ma się jakieś tajemnice. A Bóg jest Tajemnicą. Musimy Słowo dotykać wargami.
  • zapamiętywanie – nie wkuwanie na pamięć, ale koncentracja na tekście. Warto przeczytać pojedynczy wers i odtworzyć go sobie w pamięci, powtórzyć kilka razy.
  • przepisywanie – kiedyś każdy uczeń miał za zadanie przepisać całe Pismo Święte. Kiedy nie możesz się skupić – przepisz chociaż zdanie lub dwa.
  • podkreślanie – również ma na celu zapamiętywanie – przy ponownej lekturze wyróżniony fragment szybciej wchodzi w głowę.
  • czytanie wielokrotne – dosłownie: w kółko. Non stop.
  • słowo klucz – znajdź fundament i zapytaj się o co chodzi w tej Ewangelii. Obiektywnie. Na tym etapie nie liczy się twoje wrażenie, ale myśl przewodnia danego fragemntu: CO BÓG MÓWI? Jaki jest przekaz?

Nie martw się, jeśli na początku wydaje się to trudne. Święty Grzegorz powiedział kiedyś, że Pismo Święte rośnie razem z czytającym. Dlatego Ojcowie Pustyni lubili powtarzać początkującym słowa Pana Jezusa do Piotra: „Ty teraz tego nie rozumiesz, ale kiedyś zrozumiesz”.

Lectio Divina

Meditatio

Jak przeprowadzić medytację biblijną? Wybrany fragment musimy ponownie przeedytować. W celu zobrazowania tego procesu Ojcowie Pustyni posługują się fragmentem z rozdziału o lenistwie z Księgi Przysłów [Prz 6,7-8]. Mamy tam tekst o mrówkach i pszczołach, i to on najlepiej pokazuje, czym jest medytacja:

1. Mrówka, która zbiera – i jak mówi Pismo – jest bardzo mądra, że tak zbiera. Dlatego trzeba ją naśladować w zbieraniu. Czytamy ponownie nasz tekst – tym razem doznaniowo, próbując wychwycić poszczególne słowa i zdania, które nas najbardziej poruszają, które odnoszą się bezpośrednio do nas, do naszej aktualnej sytuacji.

2. Pszczółka, która zbiera nektar, zanosi go do ula i w ulu przerabia na miód (tego zdania nie ma w Tysiąclatce, ale jest w Biblii Jerozolimskiej, która doskonale sprawdza się w codziennej lekturze). Jak przełożyć to na język medytacji? Bierzemy słowo i je wałkujemy, miętolimy w sobie tak, żeby trwało. Ojcowie nazywali to ruminatio – przetrawianie słowa Bożego poprzez jego ciągłe powtarzanie. Jeśli będziemy te słowa, na wzór Maryi, zachowywać w sercu, możemy być pewni, że Duch Boży zrobi w nas miód.

W jaki sposób?

Syncrisis – jeżeli przy tym słowie będziemy trwać to ono w nas wzbudzi kryzys, czyli skonfrontuje z tym, co w nas niedoskonałe i wystąpi przeciwko temu.

Oratio

Do tej pory mówił Pan Bóg. Teraz powinna nastąpić nasza odpowiedź, czyli modlitwa. Między innymi dlatego ta metoda jest uprzywilejowaną drogą modlitewną Kościoła, bo tym, co w nas się modli jest Słowo Boże. Po raz kolejny oddajemy pierwszeństwo Słowu, a nie sobie – to ono prowadzi nas dalej. Właściwie nigdy nie wiadomo, jaką formę przyjmie nasza modlitwa. Może będzie to modlitwa wyznania – wyznajesz Panu, co w tobie zrobiło to słowo. A może modlitwa wielbienia – wysławiasz Pana i Mu dziękujesz. Prosisz albo przepraszasz. Nie ma reguły.

Contemplatio

Totalna niewiadoma. Może się wydarzyć codziennie, albo raz na 2 lata.

Ale jeżeli będziesz wierny czytaniu to na pewno przyjdzie taki dzień, że po twojej modlitwie (a właściwie wtedy, gdy będzie ci się wydawało, że już ją kończysz), nigdzie się nie ruszysz. I nagle się okaże, że stoisz przed Nim. O tej części każdy Ojciec Pustyni, święty i mistyk pisze inaczej, bo każdego inaczej dotyka Bóg.

Termin ten możemy przetłumaczyć jako: con – z i templum – świątynia, ale też nieogarnięty horyzont niebios – czyli bycie z całym Bożym stworzeniem. Nagle widzisz wszystko z Jego perspektywy i to cię porywa.

Tylko jedno jest pewne – to stan, za którym będziesz tęsknić.

Bo lectio divina nie jest praktyką pobożnościową. To jest szkoła mistycznego zjednoczenia z Panem Bogiem. O tyle cudowna, co kompletnie nieprzewidywalna. Ale ponieważ wymaga dyscypliny, konsekwencji, ogromnego skupienia, otwartości, pracowitości i cierpliwości, Ojcowie Pustyni, zachęcają do niej słowami z Księgi Przysłów:

„Jak długo, leniwcze, będziesz leżał? Kiedy powstaniesz ze snu? Trochę snu i trochę drzemania, trochę założenia rąk aby zasnąć, a przyjdzie na ciebie nędza jak włóczęga i będziesz miał niedostatek jak najgorszy żebrak”.

To się dzieje, kiedy jest się leniwym na modlitwie: nędza i żebractwo.


Konferencję spisała Dorota Paciorek


Troszeczkę bibliografii na koniec:

– Ks. Krzysztof Wons: „Uwierzyć Jezusowi. Rekolekcje ze św. Markiem” (pierwszy rozdział).

Enzo Bianchi, Antoni Tronina: „Przemodlić Słowo: wprowadzenie w lectio divina”.

Więcej konferencji wygłoszonych przez o. Adama Szustaka jest dostępnych na stronie: Langusta na palmie


jn2


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Adam Szustak OP

Adam Szustak OP

Dominikanin, wędrowny kaznodzieja, były duszpasterz krakowskiej "Beczki". Jest autorem kilkunastu książek i audiobooków o tematyce religijnej, a także rekolekcji internetowych (Wilki Dwa, Plaster miodu, Jeszcze 5 Minutek). Prowadzi blog i kanał Langusta na Palmie, na którym można znaleźć wszystkie nagrania jego homilii i konferencji.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Adam Szustak OP
Adam
Szustak OP
zobacz artykuly tego autora >

“Strzeżcie się, żeby Was nie zwiedziono”

Komentarz do dzisiejszej Ewangelii (Łk 21, 5 - 19) autorstwa ks. Piotra Brząkalika.

ks. Piotr
Brząkalik
zobacz artykuly tego autora >

„Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, powiedział: "Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony". Zapytali Go: "Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie?" Jezus odpowiedział: "Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: "Ja jestem" oraz: "Nadszedł czas". Nie chodźcie za nimi! I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec". Wtedy mówił do nich: "Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie. Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić. A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie”.

Ten dwudziesty pierwszy rozdział Ewangelii według św. Łukasza, z którego pochodzi powyższy fragment, rozpoczyna się jakby od pozostałego z poprzedniego rozdziału, króciutkiego, ledwie czterowersowego zapisu spostrzeżenia Pana Jezusa, do jakiego sprowokował Go widok ubogiej wdowy wrzucającej swoją ofiarę do świątynnej skarbony. Cała reszta tego rozdziału, pozostałych przeszło trzydzieści wersetów, to Mowa o zburzeniu Jerozolimy i przyjściu Chrystusa.

My usłyszeliśmy dziś jej początek. I niemal w pierwszym zdaniu słyszymy taką przestrogę: strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. A zwodzić, to innymi słowy okłamywać, oszukiwać, wprowadzać w błąd, ale także składać fałszywe świadectwo, i podawać się za kogoś innego, pokazywać siebie innym niż się jest.

Tak więc zwodzenie równie dobrze może obejmować obietnice, sprawy, postawy, zachowania, rzeczy, jak i osoby, ich funkcje i role. Przed takim to osobowym zwodzeniem przestrzegał Pan Jezus: wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem. Zdawał sobie sprawę z tego, że będą tacy, którzy będą Jego udawać i za Niego się podawać. I tacy byli, są i będą.

To ostrzeżenie: strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono, zdaje się być dziś wyjątkowo aktualne i szczególnie na czasie. Kultura osobowego wzajemnego zwodzenia siebie stała się nie tylko obowiązująca, ale nawet zaakceptowana. Podawanie się za kogoś innego i retuszowanie swojego wizerunku, figury, to już standard. Są nawet całe szkoły i programy poprawiania własnego, czy firmowego wizerunku. My jesteśmy zwodzeni, ale sami też chętnie zwodzimy.

Oprócz tego osobowego zwodzenia poprawionym, wyretuszowanym wizerunkiem, udawaniem kogoś innego, jest jeszcze jedna przestrzeń skutecznego zwodzenia. To zwodzenie słowem, językiem, mową.

Na naszych oczach, a właściwie uszach odbywa się kulturowa zmiana znaczeń słów i pojęć, które jeszcze do niedawna wszyscy rozumieliśmy tak samo. Zwiedzeni jesteśmy zmianą znaczeń tak słów: tolerancja, małżeństwo, prawda, kłamstwo, trwałość, żeby wymieć te tylko. 

Może warto dziś zapytać o własny wizerunek, ile w nim prawdziwości, a ile zwodzenia? Czy patrzący na mnie, ludzie nie będą musieli siebie ostrzegać: strzeż się, żeby cię nie zwiódł?

Nie od rzeczy też będzie zapytać o własny język, mowę. Ile w nim prawdy, a ile zwodzącej nowomowy?

Do tego ostrzeżenia strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono, rozumianego życiowo wieloprzestrzennie, dobrze byłoby dziś zwłaszcza, dopisać, dopowiedzieć: strzeż się, żebyś nie zwodził, równie życiowo wieloprzestrzennie.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

ks. Piotr Brząkalik

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Piotr
Brząkalik
zobacz artykuly tego autora >