Jaki człowiek, taki święty

O co chodzi z Wszystkimi Świętymi?

Szymon Hiżycki OSB
Szymon
Hiżycki OSB
zobacz artykuly tego autora >

Sami nie wiemy jak to się dzieje, że po śmierci pewnych osób, zaczynamy zwracać się do nich z takimi sprawami, w których wydawali się nam już tu na ziemi ekspertami. I nie jest to odruch odrealniony, bo Bóg dzieli się swą wszechmocą hojnie, niezasłużenie, obficie, właśnie przez innych – świętych ludzi.

O Boże, jaki on święty! – powiedział w tramwaju z pogardą pewien chłopak o swym koledze.

Święty – czyli nie z tego świata, odrealniony, ktoś, kto nie zna życia. Komuś takiemu schodzi się z drogi; w każdym razie nie ma on nic ciekawego do powiedzenia, nudziarz nie z tej ziemi. A święty to przecież mistrz życia – ktoś, kto rozgryzł problem jak żyć, co warto robić, co lepiej odrzucić. Święty jest skoncentrowany na jednym celu: na życiu z Bogiem. Bo czy jest coś innego, co warto robić?

  • Są tacy święci, którzy Boga zobaczyli przez swoją żonę, przez swego męża; spotkali kogoś i zrozumieli, że oto Bóg wskazał im ich drugą połówką. I tak razem idą przez życie.
  • Są też święci, którzy Boga zobaczyli dzięki swoim rówieśnikom; i zrozumieli, że życie jest za fajne, by je głupio zmarnować. A skoro jest fajne, to jaki musi być Ten, który je nam dał…
  • Są tacy, którzy długo szarpali się życiem, nie potrafili się zdecydować i narobili masę głupstw. W końcu jednak do nich dotarło, zobaczyli Boga, Żywego na wieki wieków, Boga, który ciągle im towarzyszył.

Słowem: każdy święty jest innym światem. Każdy święty ma swoją drogę do stwierdzenia, że najważniejszy na świecie jest Bóg i że On zawsze jest – mimo wszystko – na wyciągnięcie ręki.

Jaki człowiek, taki święty

Święci są wszędzie: w niebie i na ziemi. Każdy ma takiego swojego ziemskiego świętego: do jednego świętego księdza chodzi się do spowiedzi; do świętego przyjaciela zwraca się po pomoc i radę, ze świętą swą małżonką próbuje się rozwiązać codzienne kłopoty. I każdy święty człowiek tu na miejscu pomaga nam w czymś innym.

Ale – sprawa oczywista, są też tacy święci „po tamtej stronie”, którzy pomagali za ziemskiego życia i jeszcze chętniej pomagają po śmierci. I to jest właśnie to, co nazywamy świętych obcowaniem.

Sami nie wiemy jak to się dzieje, że po śmierci pewnych osób, zaczynamy zwracać się do nich z takimi sprawami, w których wydawali się nam już tu na ziemi ekspertami. I nie jest to odruch odrealniony, bo Bóg dzieli się swą wszechmocą hojnie, niezasłużenie, obficie, właśnie przez innych – świętych ludzi. Oni mówią nam, kim mamy być, jak żyć: tu i teraz i w całej wieczności.

Zobacz najpopularniejszych Świętych Pańskich i Święte Pańskie. Kim byli i w czym są ekspertami? Przeczytaj:


Top Man. Święci Pańscy



Top. Świętej Pańskie



Wesprzyj nas
Szymon Hiżycki OSB

Szymon Hiżycki OSB

Benedyktyn, najmłodszy opat w powojennej historii Tyńca, doktor teologii, specjalista z zakresu starożytnego monastycyzmu. Miłośnik literatury klasycznej i Ojców Kościoła.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hiżycki OSB
Szymon
Hiżycki OSB
zobacz artykuly tego autora >

Ćwiczę dobrą śmierć

Czy da się zrozumieć śmierć, czy da się ją wytłumaczyć? – takie pytania ksiądz Maciej słyszał, pracując jako kapelan w Instytucie Hematologii. Dziś dzieli się z nami swoimi trudnymi doświadczeniami. Z ks. Maciejem Makułą z Salezjańskiego Ośrodka Misyjnego rozmawia Patrycja Michońska-Dynek.

Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >

1 i 2 listopada to dni, w których intensywnie myślimy o naszych bliskich zmarłych. Odwiedzamy cmentarze, sprzątamy, stawiamy zapalone znicze. Kto tego bardziej potrzebuje – my czy oni?

Myślę, że to jest potrzebne i nam, i im. Nam, którzy żyjemy i tym, którzy są już po drugiej stronie. Kościół uczy nas o świętych obcowaniu oraz o tym, że zmarli potrzebują naszej modlitwy. Taka jest nauka Kościoła, ale dodatkowo zaspokaja to naszą potrzebę spotkania z tymi, których już nie ma… A dokładnie – z pamięcią o nich, ze wspomnieniem, wizerunkiem, zdjęciem, które jest na grobie albo w rodzinnym albumie. Jest w nas ogromne pragnienie wspominania naszych zmarłych.

Czy wynikiem tego jest dbałość o groby? Sprzątanie, pucowanie, szorowanie, kwiaty, znicze – wszystko musi pięknie wyglądać.

To jest bardzo potrzebne. W Polsce właśnie w ten sposób dbamy o groby. A na przykład na Madagaskarze bardzo żywa jest tradycja „przewijania zwłok” – co kilka lat wyjmuje się szczątki zmarłego z grobowca. Potem są myte i przewijane w czyste prześcieradła. Każda kultura inaczej dba o swoich zmarłych. Ważne jest to, żebyśmy nie poprzestawali na szacunku do ciała, na zewnętrznej dbałości o grób, ale dbali także w sercu – o zmarłych i o siebie samych. Dzień Wszystkich Świętych i potem Dzień Zaduszny bardzo nam w tym pomagają.

Co możemy dać naszym zmarłym?

Na pewno modlitwę. Przede wszystkim Eucharystię.

W czasie każdej Mszy Świętej modlimy się za zmarłych…

Tak jest. Pamiętajmy też, że niektórzy święci objawiali się po swojej śmieci i zachęcali do modlitwy za zmarłych. To jest wpisane w całą naukę Kościoła o świętych obcowaniu. Myślę, że oprócz modlitwy, możemy im dać także nasza dobrą pamięć, dobre słowo.

A jeśli ktoś był naprawdę złym człowiekiem? Z premedytacją krzywdził ludzi?

Osądzajmy czyny, ale nie ludzi. Na pewno nie jest to łatwe, ale przecież nawet jeśli ktoś był zbrodniarzem, to nie wiemy, co miał w sercu, czy przed śmiercią się nie nawrócił. Sądźmy czyny, a nie ludzi. Najlepszym sędzią jest Pan Bóg. A ten zbrodniarz ma takie samo prawo do Bożego Miłosierdzia jak my, którzy uważamy się za lepszych. W czasie wakacji mieliśmy posłanie misyjne w jednej z parafii – naszą wolontariuszkę wysyłaliśmy do Peru, do pracy z chłopakami ulicy. Teraz, przez rok pomaga młodym bezdomnym alkoholikom, którzy mieszkają na kartonach. To trudne, bo jej tato jest bezdomnym alkoholikiem. Przed niedzielną Mszą poprosiliśmy Asię, żeby zaprosiła tatę do kościoła. Znalazła go. Przyszedł, usiadł z nami, piliśmy kawę i rozmawialiśmy. Na koniec podziękowaliśmy mu za córkę – że jest z nami i że jedzie na misje… a on zaszlochał… Joasia martwi się o niego, że jest słaby, cierpi na wiele chorób i może umrzeć, kiedy ona będzie w Peru… Uświadomiłem sobie wtedy, że każdy z nas ma takie samo prawo do Bożego Miłosierdzia i Pan Bóg każdego z nas kocha po równo. I mnie – księdza salezjanina, i bezdomnego alkoholika, któremu na pewno w życiu jest bardzo ciężko.

Ćwiczę dobrą śmierć

A Ksiądz boi się śmierci?

Trochę tak. Ale bardzo mało. Kilka lat temu byłem kapelanem w Instytucie Hematologii i po roku pracy towarzyszyło mi bardzo silne uczucie, że nie boję się śmieci. Nie wiem, skąd to przyszło… Boję się za to cierpienia w momencie śmierci i chyba większość z nas tak ma. Nie zdradzę tajemnicy, jak powiem, że my – salezjanie, co miesiąc mamy „ćwiczenie dobrej śmierci”. Ale nie kładziemy się do trumny… (śmiech). Tego dnia staramy się pogodzić z Panem Bogiem i z ludźmi: spowiedź święta, przebaczam tym, którzy wyrządzili mi jakąś krzywdę, przepraszam tych, których ja skrzywdziłem. To jest moment na rozmowę, na telefon – żebym następnego dnia był gotowy umrzeć. W czasie tego dnia odmawiamy także specjalną modlitwę – akt pogodzenia się ze śmiercią: Panie Boże, obecny w Najświętszym Sakramencie, zgadzamy się na naszą śmierć, na każdy rodzaj śmierci, który nas spotka. To też pomaga przyzwyczaić się do myśli o własnej śmierci. W naszym Ośrodku Misyjnym w Warszawie zachęcamy wolontariuszy, żeby spróbowali żyć tak, jakby jutro mieli umrzeć.

Niektórzy pewnie powiedzą – nie chcę o tym myśleć, bo sprowadzę na siebie śmierć…

Nie chcą zapeszyć? Taki zabobon jest obcy chrześcijaństwu. Mogę się tu odwołać do mojego osobistego doświadczenia pracy w szpitalu z osobami umierającymi – byłem wtedy o wiele lat młodszy, niektórzy traktowali mnie jak syna albo wnuczka. Ludzie chcieli rozmawiać o śmierci. Nie chcę generalizować, ale pamiętam, że chcieli.

Pytali, jak to będzie? Jak wygląda niebo?

Najczęściej sami opowiadali o swoich obawach, że nie są gotowi. Spowiadali się. Czasem mieli żal – jestem taki młody, nie mogę się z tym pogodzić, mam 24 lata i muszę umierać. Ale rzeczywiście prosili też, żebym opowiedział, jak to będzie po śmierci. A skąd ja mam wiedzieć? Nie wiem, jak tam będzie, bo tam nie byłem – wierzymy, że będzie dobrze, radośnie, bez gniewu, złości i wojny. Wiele osób mówiło o swojej śmierci ze spokojem. Sam nie wiem, jak bym reagował, gdybym zachorował na raka i miał za pół roku umrzeć. Czy byłbym obrażony na Pana Boga i czy bym nie pytał – jak to, mam 37 lat, tyle życia przede mną i mam umrzeć? Nie wiem.

I tu pojawiają się pytania, nawet w przestrzeni publicznej – po śmierci młodej aktorki, mamy trójki dzieci, czy po tragicznej śmierci w Katowicach młodego dziennikarskiego małżeństwa z malutkim synkiem – DLACZEGO? Dlaczego Bóg pozwala na taką śmierć?

To nie jest tak, że Pan Bóg pozwala, my jesteśmy ludźmi wolnymi.

Ale nie od nas zależy, czy zachorujemy, albo czy nie wybuchnie gaz…

Zgadzam się, ale takie jest nasze ludzkie życie. Kamienica może się zawalić, gaz wybuchnąć, ktoś może zginąć w wypadku. To jest ludzkie życie. Tak wygląda świat, który jest niedoskonały. Mam wrażenie, że w naszej europejskiej kulturze bardzo chcemy wyrzucić z naszego życia cierpienie. To jest nierealne. Jeden z filarów New Age mówi – ważne, żebyś czuł przyjemność, zadowolenie i wtedy będziesz szczęśliwy. Ale to iluzja – bycie zadowolonym nie oznacza bycia szczęśliwym! To są dwie różne rzeczywistości! Jezus w Ewangelii mówi, że chce, żebyśmy byli szczęśliwymi ludźmi, ale nie zawsze będę zadowolony, czasem się zdenerwuję, będzie mi przykro, będę cierpiał. Przecież Ewangelia nie kończy się na uzdrowieniach, tylko na tym, że Jezus umarł na krzyżu i potem zmartwychwstał. Cierpienie Jezusa było bardzo realne, to był ogromny ból. Bez przeżywania cierpienia tracimy kawałek swojego człowieczeństwa.

Ćwiczę dobrą śmierć

Ćwiczę dobrą śmierć

ks. Maciej Makuła

Co Ksiądz czuł po raz pierwszy wchodząc na oddział Instytutu Hematologii?

Lęk. Opór. Mnóstwo pytań – co powiedzieć, jak się zachować, żeby nikogo nie urazić. Oni umierają, a ja – ich kapelan – jestem młody i zdrowy. A oni umierali – kolejnego dnia nie było tego pana i tamtej pani, a potem jeszcze tej młodej dziewczyny. To był też lęk, że oni przeżywają coś, o czym ja nie mam zielonego pojęcia. Bariera.

I kiedy ta bariera zniknęła?

Kiedy zaczęliśmy rozmawiać, kiedy zacząłem otwierać się na nich, słuchać. Mówiliśmy o życiu i śmierci, ale też o rzeczach codziennych. Chorzy zaczęli mnie traktować jak członka rodziny – starsi jak wnuczka, a młodsi jak brata. Od tego momentu z radością wchodziłem na oddział. Mimo, że było tam ogromne cierpienie i była śmierć – już nie było tej bariery. Współczułem, słuchałem, spowiadałem, modliłem się za nich. Codziennie, wracając ze szpitala myślałem, że mam tyle dobra w życiu, że moje drobne problemiki są śmieszne. Kasia pytała mnie, co ma zrobić, bo właśnie dostała od lekarzy wyrok. I ja wiedziałem, że ona umiera… W styczniu dostała diagnozę, a w maju zmarła. Czy moje problemy mają tu jakieś znaczenie? To, że ktoś na mnie krzywo spojrzał albo coś niemiłego powiedział, stało się po prostu śmieszne i było mi wstyd za siebie samego.

A jak Ksiądz odpowiada na pytanie, dlaczego młody człowiek umiera?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie. To jest tajemnica śmierci. Ale jako ksiądz poleciłbym taką rzecz: spróbuj uklęknąć przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie i zapytaj tego Żywego Boga, w którego wierzysz, dlaczego ktoś bliski odszedł, dlaczego umarł. Rozmawiaj z Jezusem w Najświętszym Sakramencie. On zna odpowiedzi na nasze pytania. On to wyjaśni lepiej, niż każdy kapłan na świecie.


Wesprzyj nas

Patrycja Michońska-Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >