Nasze projekty
Dorota Smoleń

Nie jestem pomidorową, żeby mnie wszyscy lubili

Chyba każdy z nas lubi być lubianym. To miłe, gdy ludzie szukają naszego towarzystwa, proszą nas o radę, wyrażają podziw dla naszych dokonań. Jednak zawsze znajdzie się ktoś, kto – eufemistycznie rzecz ujmując – nie pała do nas sympatią. Czy to powód, by się załamywać? W żadnym wypadku! Ale z drugiej strony – jak tu czasem się nie załamać?

Reklama

Po pierwsze, poczucie własnej wartości

Zdrowe poczucie własnej wartości to jeden z fundamentów szczęśliwego życia. Kształtuje się od najmłodszych lat. Kiedy znam swoją wartość, wiem, że nikt nie ma prawa mnie krzywdzić, pomiatać mną, gardzić. Nie wchodzę w relacje z osobami, kóre nieustannie krytykują wszystko co robię, co myślę, co czuję, podcinają mi skrzydła, najlepiej wiedzą, co jest dla mnie dobre. Wiem, że mam prawo do błędów i potknięć i że mam prawo szukać pomocy. Wiem, że jestem warta, wart miłości i wszystkiego dobrego, co mnie w życiu spotyka. Wszelkie uwikłania w toksyczne relacje wiążą się z podświadomym przekonaniem, że nie zasługuję na nic lepszego. A to nieprawda. Wartości człowieka nie mierzy się wysokością zarobków, poziomem wykształcenia, długością nóg ani sprawnością fizyczną. Każdy z nas jest ukochanym dzieckiem Boga, każdego z nas Jezus kocha tak mocno, że umarł za nas na krzyżu.

Po drugie, przyjmowanie krytyki

Reklama
Reklama

Krytyka nie jest zła. Pozwala wrócić na ziemię, gdy bujamy zbyt długo w różowych obłoczkach samouwielbienia. Ale krytyka jest po to, by od czasu do czasu ściągać nas w dół, a nie by nieustannie trzymać przy glebie na łańcuchu. Krytyki warto wysłuchać, z boku zawsze lepiej widać, a upojeni naszymi wizjami często nie potrafimy rzetelnie ocenić, czy pomysł ma ręce i nogi.

Nie należy zakładać, że krytyk ma złe intencje. Często wytyka słabe punkty z sympatii do nas, bo np. ma większe doświadczenie w danym obszarze. Zatem dobrze jest wysłuchać uważne, przemyśleć gruntownie i… zrobić po swojemu, jeśli uznamy zarzuty za absurdalne. To w końcu nasz pomysł, nasze życie, my za nie odpowiadamy.

Po trzecie, odporność na hejt

Reklama
Reklama

Hejt to najgorsza odmiana krytyki, najbardziej zjadliwa, często kompletnie od czapy. Odporność na hejt to chyba jedna z najcenniejszych umiejętności poruszania się w świecie wirtualnym, bo cała rzesza osób nigdy nie powiedziałaby w twarz tego, co tak prędko i ochoczo napisze o nas w Internecie. Przekonałam się o tym niejeden raz. Gdy wymyśliłam i koordynowałam akcję charytatywną na rzecz ciężko chorego Mikołajka, spotkałam się z zarzutem, że robię to dla lansu. Bywało, że przypadkowy czytelnik mojego bloga na podstawie jednej notki wyrabiał sobie (i prezentował publicznie) opinię na temat mojej osoby i nader rzadko była ona w stylu „jaka ty jesteś wspaniała!”. Czy przez to stałam się mniej wartościowa? Czy ucierpiała na tym istota tego, czym się zajmuję? Skąd! Przez chwilę było mi przykro, ale otrząsałam się jak pies po kąpieli i szłam dalej robić swoje. Przez lata wypracowałam zdrowy dystans do siebie i świata: nie jestem idealna, ale znam swoje zalety, wiem, w czym jestem dobra i nie dam sobie wmówić, że jest inaczej. Nie nadajesz na tych samych falach? Trudno. Nie ma obowiązku, żebyśmy się lubili, a twoja opinia nie jest dla mnie wiążąca.

Cóż zresztą ja, mróweczka! Wielu krytykuje świętego Jana Pawła II, jego przeciwnicy przeprowadzili zamach na jego życie. Nawet sam Pan Jezus był nieustannie hejtowany przez faryzeuszy. Czy zmienił przez to swoje postępowanie, czy dostosował się do oczekiwań społecznych?

No właśnie.

Reklama

Jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził

Tak mawiały nasze babcie i mamy – i miały rację. Nie będziesz podobać się wszystkim, nie wszyscy będą cię lubili, nie każdy doceni twoje starania. Musisz to wiedzieć i nie możesz z tego powodu rozdzierać szat. To jest jak pogoda, zupełnie nie masz na to wpływu. Nie możesz wszystkich swoich działań uzależniać od cudzych oczekiwań, bo ogladając się na to, co powiedzą inni, nie zrobisz nic. Wyobraź sobie, że szykujesz się do wymarzonej podróży. Ktoś mówi: „jedź!”, a ktoś inny „nie jedź!”. I co robisz? Drepczesz w miejscu, przepakowujesz się bez końca w oczekiwaniu na akceptację całego świata. Prawdopodobnie nigdy się jej nie doczekasz. To dotyczy wszystkich działań i wszystkich decyzji, przed którymi stoimy. W ostatecznym rozrachunku to są NASZE decyzje i sami musimy je podjąć, bez względu na to, co świat na to. Niekiedy bardzo paraliżuje nas obawa, co ludzie powiedzą. Coś powiedzą zawsze i wszędzie, bo ludzie tak mają, ale czy to naprawdę ma aż takie znaczenie, żeby dla cudzej aprobaty zrezygnować z marzeń?

Przecież to nie ma sensu.

Choćbyś był jak anioł: dobry, szlachetny i krystalicznie uczciwy, zawsze znajdzie się ktoś, kto przypisze ci złe intencje, skrytykuje, dokuczy, będzie jak natrętna mucha, bzycząca: bezzzzzz sensu ten pomysł, bezzzzznadziejnie to zrobiłeś, bezzzznadziejnie wyglądasz…

Taką muchę radzę potraktować humanitarnie: szeroko otworzyć okno i niech leci w świat. A żeby nie wróciła, w oknie dobrze jest zamontować moskitierę. Jej rolę doskonale pełni poczucie własnej wartości.

Zatem:

Po pierwsze, poczucie własnej wartości…

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite