Nasze projekty
Fot. Archiwum prywatne Weroniki Kostrzewy

Po „żyli długo i szczęśliwie” jest Radość Miłości. Oto Kościół!

Dlaczego ludzie co roku w dniu zakończenia rekolekcji wpisują do kalendarza datę kolejnych? Co powoduje, że mając czasem do wyboru jeden wyjazd w roku, stawiają właśnie na ten z napiętym grafikiem, który zawiera wszystko poza tradycyjnym odpoczynkiem? Jak to się dzieje, że rodzice dzieci budzących się wielokrotnie w nocy, chcą spędzić tydzień tak intensywny, że po powrocie sen będzie potrzebny jak tlen?

Reklama

Partnerstwo w związku, o które walczą feministki. Pokój i dobro, tak upragnione przez zafascynowanych dalekowschodnią kulturą. Dzieci traktowane zgodnie z korczakowską pedagogiką. A do tego relacje duchowni – świeccy, niczym z christian movie, w czasie którego z niedowierzaniem ktoś szepnie „ale podkolorowali”.           

Trzeba przyznać, że nasza „oferta wakacyjna” może wydawać się mało spektakularna. Trzy posiłki dziennie, Eucharystia, zajęcia dla dzieci, dwie konferencje, czas wolny, adoracja. Taka typowa kato-rekolekcyjna rutyna. Na pierwszy rzut oka szału nie ma. Oferta raczej nie wybiłaby się na tle wakacyjnych propozycji kuszących Polaków na portalach społecznościowych czy krzyczących z wielkich billboardów. Szum morza zastępują okrzyki przeszło pięćdziesiątki dzieci, jakbyśmy wzięli ze sobą kawałek najbardziej zatłoczonej plaży. Klimat gór oddaje zmęczenie. Organizm woła „nie chcę więcej iść na szlak”, a przecież tylko biega między kaplicą, salą konferencyjną, stołówką i pokojem, porywając w locie kolejny kubek kawy, bo internetowe memy głoszą, że ona utrzymuje na nogach.

Dlaczego zatem ludzie co roku w dniu zakończenia rekolekcji wpisują do kalendarza datę kolejnych? Co powoduje, że mając czasem do wyboru jeden wyjazd w roku, stawiają właśnie na ten z napiętym grafikiem, który zawiera wszystko poza tradycyjnym odpoczynkiem? Jak to się dzieje, że rodzice dzieci budzących się wielokrotnie w nocy, chcą spędzić tydzień tak intensywny, że po powrocie sen będzie potrzebny jak tlen? Dlaczego dzieci, nie mając w pobliżu budki z lodami, placów zabaw, parków linowych, kąpielisk i wszystkiego, co jest absolutnym minimum wakacyjnym, wracają szczęśliwe, zachwycone wyjazdem, a na pytanie co najbardziej im się podobało, odpowiadają – wystawiając nieświadomie – doskonałą receptę na uzdrowienie pewnych bolączek Kościoła?

Reklama
Reklama
Fot. Archiwum prywatne Weroniki Kostrzewy

Po „żyli długo i szczęśliwie” jest Radość Miłości

Peryferia, wychodzenie do ludzi, głoszenie swoim życiem – te wszystkie wezwanie nieustannie słyszymy z ust naszego duszpasterza ks. Roberta. Do realizacji tych ewangelicznych wezwań potrzeba jednak nie tylko siły i odwagi. Trzeba najpierw poukładać – może już po raz kolejny – priorytety w życiu małżeńskim i rodzinnym. Patetycznie można powiedzieć, że samemu trzeba zostać napełnionym Duchem, by dla innych stać się znakiem Boga w życiu. A bardziej dosadnie – choć też biblijnie – można podsumować to przysłowiem „z pustego to i Salomon nie naleje”. Dokładnie tak samo jest z nami. Formowani jesteśmy cały rok. Jednak kumulacją i pewnego rodzaju sprawdzianem jest czas rekolekcji. Taryfy ulgowej nie ma. Dzieci chorują, marudzą, senność dopada człowieka w najbardziej wzniosłej chwili, gdy liczyło się na otwarcie nieba i głos rozlegający się z góry. A jednak ten tygodniowy wyjazd przenosi nas do świata, który choć realny i niepozbawiony trudności, wydaje się być kontynuacją tego, co w książkach mogłoby być ilustracją „żyli długo i szczęśliwie”. I dlatego nazywamy się Radość Miłości!

Wielokrotnie zastanawiałam się nad fenomenem naszej wspólnoty, zwłaszcza czasu rekolekcji. Co sprawia, że jest to mój ulubiony tydzień w roku, że jestem tak zdeterminowana, by na nich być? I dlaczego nie jestem w tym odosobniona? Szukałam klucza, który wytłumaczyłby dlaczego tak różni ludzi, którzy np. pracując czy studiując razem nigdy by się nie zaprzyjaźnili, tutaj stają się sobie bliscy. Dlaczego konflikty, które pojawiają się między nami w czasie wymiany maili czy wiadomości, wydają się śmieszne i nieważne, gdy spędzamy razem codziennie tyle czasu.

Odpowiedź przynosi jeden dodatkowy Uczestnik. Właściwie jest ich trzech, choć zajmują jedno miejsce. Najważniejsze jednak, że są w centrum całego wyjazdu. Przez osiem dni nie tylko zaczynamy i kończymy dzień modlitwą. W trakcie mamy czas na Eucharystię i adorację. Gdy do posiłku zostaje kilka minut, zawsze można wstąpić na chwilę do kaplicy, na krótkie spotkanie jeden na jeden.

Reklama
Reklama

Po wysłuchaniu konferencji, która daje wskazówki na życie z Bogiem i ludźmi, nie mamy czasu na wielogodzinną kontemplację, tylko praktykujemy w warunkach tak życiowych, jakie dają dzieci z całym swoim dobrodziejstwem i współmałżonek ze swoja miłością i zmęczeniem. W takim trybie, karmiąc się Słowem i żywym Bogiem, trudniej Go zgubić, znów zapomnieć, odsunąć na dalszy plan.

Spotykając drugiego człowieka codziennie na Eucharystii i adoracji, nie jest się w stanie zakładać przy nim maski. Udawać przed kimś, kto tak jak ja klęczy przed Bogiem, wydaje się irracjonalne. Dlatego to bycie z ludźmi jest w czasie rekolekcji takie łatwe.

Mama bł. Carla Acutisa mówiła, że ”został beatyfikowany dzięki Eucharystii, którą każdy z nas ma na wyciągnięcie ręki, a którą on sam nazywał moją autostradą do nieba”. Patrząc na nasze relacje między ludzkie, zaangażowanie w rozwój życia duchowego, ten tydzień rekolekcji to już naprawdę spory odcinek. Co roku uczymy się jak nie wyhamować, gdy się skończą i jak nie zjechać na drogę, która przypomina pobocze. Na szczęście dostępność Eucharystii pozwala dołączyć się do ruchu nie tylko raz w roku. Tyle, że na rekolekcjach jest po prostu łatwiej. Wszystkie drogi i wszystkie znaki wskazują gdzie jechać. Jak silnik padnie, są mechanicy. Właściwie można ten czas spędzić w warsztacie, bo jest tuż obok pokoju.

Reklama

To ile kosztuje czasem wyjazd na rekolekcje i dlaczego wciąż zostaje priorytetem, najlepiej oddają słowa Doroty, jednej z „nieśpiących mam”, która przyznaje, że w tym roku ten wyjazd był dla niej fizycznie maksymalnym wysiłkiem. A mimo wszystko bardzo na ten czas czekała, bo jak tłumaczy, to co tam dostaje, to jest pokarm dla jej duszy i wie, że gdy wróci, to będzie miała naładowane akumulatory i będzie miała z czego czerpać cały rok.

Fot. Archiwum prywatne Weroniki Kostrzewy

Czy księża spadają z drzewa? Czyli 10-latka stawia diagnozę

Oto Kościół! To pierwsze słowa jakie przychodzą mi na myśl, gdy przeglądam zdjęcia z formacji naszych dzieci. Dość niespodziewanie coroczne rekolekcje małżeńskie, stały się rodzinne. A to wszystko za sprawą dwóch diakonów diecezji warszawsko-praskiej i… dzieci. Niezwykły zapał duchownych i ich podejście do młodych wiernych, sprawiło że dzieci nie odstępowały księży na krok.

Wspólna nauka piosenek, przesiadywanie na drzewie i dywagacje, czy księżom zdarza się z niego spadać, okazały się równie atrakcyjne, co rozmowy o Bogu, odkrywanie Go i budowanie z Nim relacji. Był czas na modlitwę w ciszy i na głośne wyśpiewanie przebojów Arki Noego czy Małego TGD, na rozmowy o kobiecie czekającej na Jezusa, która nie rozpoznała go w drugim człowieku i opowiadanie kawałów. Nas, rodziców, zachwycała formacja naszych dzieci, a one dały się prowadzić dzięki prawdziwości duchownych. Ich relacje oparte był na poważnym traktowaniu człowieka, bez względu na to czy ma on 4, 7 czy 10 lat. Nie było wciskania bajek, a przekazywanie Tego, w którego samemu się wierzy i Miłości, którą samemu się poznało.

10-letnia Hania podsumowując ten czas, powiedziała coś, co dla dorosłego człowieka brzmi jak recepta wystawiona na pewną bardzo dokuczliwą dolegliwość Kościoła. „Super było to, że oni byli z nami nie tak jak na religii, od dzwonka do dzwonka, ale cały czas. Po prostu byliśmy razem”.  

Te dzieci takiego Kościoła jedności będą oczekiwać. Taka relacja – nie tylko pozbawiona klerykalizmu – ale oparta na byciu ze sobą, będzie dla nich normalnością. My rodzice tylko nadstawialiśmy uszu w czasie ich zajęć, zafascynowani dojrzałością wiary i zaintrygowani sposobem przekazywania treści teologicznych przez diakonów. Jak przyznaje dk. Radek Chilimoniuk, to nie przychodzi samo, bo dzieci trzeba bardzo poważnie potraktować, a przygotowanie wakacyjnych rekolekcji dla nich, to jest to nie lada wyzwanie! Są bardzo wymagająca grupą odbiorczą, zwłaszcza jeśli chodzi o treści, które w pewnym zakresie są już im znane np. na lekcjach religii lub od swoich rodziców. Na pewno ważnym elementem – jak dodaje – jest ciekawość tematów i odpowiednio dobrane treści, które w połączeniu z zabawą i swobodą wypowiedzi dają najlepszy efekt ewangelizacyjny. Przy takim przygotowaniu, zwykły konspekt jest niewystarczający, gdyż nie da się do końca przewidzieć, jak potoczą się takie zajęcia. Trzeba więc być przygotowanym na różne ewentualności i dawać dzieciakom możliwość i swobodę zadawania pytań, ale też możliwość poruszania własnych zagadnień. Wchodzenia na drzewo nie planowaliśmy – śmieje się diakon Paweł Szmytkowski, gdy jednak gałąź okazała się miejscem doskonałym do rozmów, szkoda byłoby nie skorzystać. Jak szczerze przyznaje, najbardziej zaskoczyły go refleksje dzieci i to, że pod ich wpływem były w stanie zmienić swoje zachowanie. Dojrzałość wcale nie tak powszechnie spotykana u dorosłych.

Nasi diakoni – bo razem z rodzinami i księdzem tworzą tę Radość Miłości – poprzeczkę zawiesili bardzo wysoko. Nie używali jednak do tego fajerwerków, czy innych chwilowych zachwycaczy. Tych młodych ludzi i ich wiarę poważnie będą musieli traktować rodzice, dziadkowie i katecheci. Nie ma miejsca na infantylizacje, które kryją się za określeniami „Bozia”, „paciorek”, ani na traktowanie Jezusa jak lampę Alladyna, przedmiot do spełniania życzeń. Jest za to oczekiwanie prowadzenia do relacji z Bogiem, rozmów na tematy najważniejsze i świata, który nie ma podziału na my vs. oni, czyli świeccy kontra duchowni.

Fot. Archiwum prywatne Weroniki Kostrzewy

Fajnie fajnie, ale wspólnoty nie są dla mnie

Pozwolę sobie z tą tezą polemizować. Jest to zdanie, które wielokrotnie powtarzałam. Jak to się stało, że z człowieka unikającego wszelkich wspólnot, określającego je żartobliwe mianem sekt (tak też na początku mówiliśmy o naszej), stałam się nie tylko częścią jednej z nich, ale i człowiekiem, który do znudzenia powtarza „nie wiem gdzie byłabym ja, gdzie byłoby moje małżeństwo, gdyby nie ta wspólnota”? Wystarczyło jedno „tak” mojego męża, na zupełnie niezobowiązującą propozycję księdza, byśmy przyszli na spotkanie wspólnoty małżeńskiej, którą prowadzi. Do dziś pamiętam, że wracając samochodem nie mogliśmy się nadziwić do jak dziwnego miejsca na ziemi trafiliśmy. Nie dość, że „nowych” przyjęto niezwykle serdecznie, mieliśmy mocne poczucie, że znaleźliśmy się w sporej grupie ludzi, gdzie nikt niczego nie udaje, nie zakłada maski, nie ocenia innych. Nie pamiętam właściwie rozmowy o tym, czy zostajemy w tej wspólnocie. To stało się oczywiste. Nie wiem, czy odnalazłabym się w każdej innej grupie. Wiem natomiast, że warto szukać, aż znajdzie się swoją Radość Miłości! Dlatego z taką radością patrzę na rosnącą liczbę nie tylko wspólnot dla małżeństw i rodzin, ale też tzw. „postakademickich”.

Znajdź swoje stado

W pamięci bardzo mocno utkwiła mi historia opowiadana właśnie przez znajomego ze wspólnoty. Wspominał wyjazd z przyjaciółmi z duszpasterstwa, na którym niestety nie było księdza. Wydawało się, że wszystko jest w najlepszym porządku, ale czegoś brakowało. Gdy po kilku dniach, schodząc ze szlaku, w końcu znaleźli kościół, gdzie akurat miała być Msza święta, długo się nie zastanawiali. Po Eucharystii wyszli rozpromienieni. A jeden z nich z radością zawołał „Tego nam trzeba było! Owieczki Pana, paśliśmy się na Jego łąkach”. Słuchając tego uświadomiłam sobie, że zawsze błąkałam się bez takiego stada, w którym ktoś z radością mówiłby o Jezusie, o Eucharystii. Dziś już je mam. I z całego serca polecam każdemu znalezienie swojego!

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę