Fot. Archiwum prywatne Anny Hazuki

Opowieść o ludzkiej dobroci i miłości, czyli Ukrainki w naszym domu

Przez ten ostatni czas codziennie spotykałam zwykłych ludzi, którzy podobnie jak my czuli, że jeśli istnieje siła, która jest zdolna pokonać okrucieństwo i bezsensowną przemoc, to jest to miłość.

Reklama

Wiadomość o tym, że Tatiana i Lika jadą już do Wrocławia spadła na nas niespodziewanie późnym wieczorem dwa tygodnie temu. Dopiero od tygodnia trwała wojna. Kładąc młodsze dzieci spać, gorączkowo myślałam, czy zdążymy jeszcze kupić gdzieś w mieście poduszki i kołdry, no i że muszę przyspieszyć planowaną na następny dzień rozmowę ze starszakami o tym, że to nie będzie tak, jak na spotkaniu młodych Taize[1], bo to będą zupełnie inni goście.

Tej wojny nie zamierzaliśmy przegrać

Ukrainki dotarły do nas późną nocą po 3 dobach podróży. 40-letnia mama i jej 17-letnia córka. Wystraszone, zmęczone do granic możliwości. Nie chciały nic zjeść, ale usiadły z nami przy stole i wypiły herbatę. Przed przyjazdem zdążyliśmy przeczytać poradnik dla osób przyjmujących uchodźców więc wiedzieliśmy, że nie powinniśmy o nic pytać. Ani o drogę, ani o to, kogo zostawiły w Ukrainie, ani tym bardziej o wojnę. Wkrótce zaczęła mówić sama Tatiana.

Popłynęła opowieść, jakich teraz słuchają tysiące Polaków. O ostrzale, syrenach, które wyją nieprzerwanie dzień i noc, o strachu o męża i o tym wielkim koszmarnym niedowierzaniu, że to wszystko naprawdę się dzieje. Jedyne, co mogliśmy im dać w odpowiedzi, to nasze milczenie i łzy. A potem, dzień po dniu, godzina po godzinie czuliśmy jak front tej porażającej wojny zaczyna przebiegać przez naszą kuchnię i nasz salon. Nie tylko dlatego, że nasze gościnie każdy dzień zaczynały od dramatycznie trudnych telefonów do tych, którzy zostali w domu, a niepewność o to, czy telefon zostanie odebrany udzielała się nam wszystkim, i nie tylko dlatego, że po kilku dniach naszym zwyczajem stały się wspólne długie godziny czytania wiadomości na polskich, amerykańskich i ukraińskich serwisach, ale przede wszystkim dlatego, że stanęliśmy przed gigantycznym zadaniem: mieliśmy pod opieką dwie kobiety, którym chcieliśmy ze wszystkich sił pomóc odnaleźć się w naszym kraju, i akurat tej wojny z całą pewnością nie zamierzaliśmy przegrać.

Reklama
Reklama

Fala dobroci, ofiarności i chęci pomocy

Piszę ten tekst w dzień po tym, jak Tatiana i Lika opuściły nasz dom i zamieszkały „na swoim”. Za nami dwa niezwykłe tygodnie życia. Z wielu powodów koszmarnie trudne, ale też niewyobrażalnie piękne. Każdego dnia widzieliśmy jak na bezsens wojny odpowiada potężna, nieprzerwana rzeka ludzkiej dobroci, ofiarności i chęci pomocy. Tu i ówdzie słychać głosy o tym, że ta solidarność zaraz się skończy, że już nieraz Polacy jednoczyli się na chwilę, ale przecież stare wojenki nie znikną i za moment dadzą o sobie znać. Pewnie tak będzie, ale ani ja, ani moja rodzina nie zmienimy już zdania: ludzie są dobrzy i zdolni do pięknych, wielkich czynów miłosierdzia. Przez ten ostatni czas codziennie spotykałam zwykłych Polaków, którzy podobnie jak my czuli, że jeśli istnieje siła, która jest zdolna pokonać okrucieństwo i bezsensowną przemoc, to jest to miłość. Chciałabym Wam opisać tylko niektórych z nich.

Pani urzędniczka z wrocławskiego wydziału edukacji, która zaangażowała się całym sercem w znalezienie dla Liki najlepszej szkoły. Poświęciła mi ponad pół godziny na rozmowę telefoniczną, robiąc bardzo dokładny wywiad. Potem zadzwoniła do konsulatu ukraińskiego, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej o ukraińskim systemie edukacji i o szkole, do której uczęszczała Lika. W przeciągu kilku dni odebrałam kilka telefonów od dyrektorów przeróżnych placówek edukacyjnych z informacją, że mają u siebie miejsce, które może ją zainteresuje. Wreszcie sama pani urzędniczka zadzwoniła po tygodniu z pytaniem, co u „naszej Ukrainki” słychać i czy może jej jeszcze jakoś pomóc.

Wolontariusz z wrocławskiej Czasoprzestrzeni[2], który razem ze mną biegał wśród kartonów z darami i szukał nocniczka dla małej Daszki, a kiedy nasze wysiłki nie powiodły się, poprosił mnie o podwózkę do sklepu i z własnych pieniędzy kupił nowy nocnik, pytając mnie jeszcze na odchodnym: „Myśli pani, że dobrze zrobiłem, że kupiłem różowy?”.

Reklama
Reklama

Moja serdeczna koleżanka Natalka, z którą minęłyśmy się w Czasoprzestrzeni i po kilku minutach zdałyśmy sobie sprawę, że zamiast o dzieciach rozmawiamy o „naszych Ukrainkach”.

Klaudia – właścicielka pięknego salonu kosmetycznego we Wrocławiu, która po kilku minutach rozmowy zgodziła się zatrudnić Tatianę i na każdym kroku okazuje jej chwytającą za serce życzliwość i zrozumienie.

Ewelina – fotografka, która wykonała za symboliczną opłatą profesjonalną sesję dla Tatiany, dzięki czemu udało nam się znaleźć dla niej klientki w mediach społecznościowych.

Reklama

Nieznany mi wcześniej właściciel kliniki ortodontycznej, który zadzwonił do mnie z informacją, że jeśli wciąż mieszka u mnie „ta dziewczyna, która uczyła się w szkole pielęgniarskiej” to jest gotowy zatrudnić ją jako pomoc dentystyczną.

Moje sąsiadki, które codziennie przeglądały swoje szafy, ofiarowując naszym gościniom ubrania, buty, torebki – często zupełnie nowe. I ich mężowie, którzy rzucili wszystkie swoje zdolności menedżerskie na stół i razem z nami usiłowali zorganizować pracę i mieszkanie dla naszych Uchodźczyń.

Wreszcie wszystkie klientki Tatiany, które płacą jej często nawet podwójne stawki, i moje przyjaciółki, które mają dzisiaj zamrażarki pełne zamówionych pierogów, czyściutkie okna i wyprasowane koszule.

Na początku kieruje nami ludzka chęć pomocy, ale okazuje się, że tak naprawdę wydarza się coś znacznie większego i piękniejszego. Otrzymujemy – często po raz pierwszy w życiu – szansę otwarcia naszych serc na zupełnie obcych nam ludzi. I nagle okazuje się, że to my dostajemy w tych czystych jak nigdy oknach i pysznych pierogach znacznie, znacznie więcej. Doświadczamy niewymownej jedności, pojednania i wdzięczności, które trudno mi bez łez wyrazić słowami. Codziennie widzimy, jak poszerzają się horyzonty naszych serc, jak otwierają się nasze oczy. Nie wiem, czy to nie my – udzielający Ukrainkom pomocy – nie otrzymujemy w tych dniach więcej niż one… 

Doświadczamy niewymownej jedności, pojednania i wdzięczności, które trudno mi bez łez wyrazić słowami. Codziennie widzimy, jak poszerzają się horyzonty naszych serc, jak otwierają się nasze oczy. Nie wiem, czy to nie my – udzielający Ukrainkom pomocy – nie otrzymujemy w tych dniach więcej niż one… 

„Czy na pewno dobrze robimy?”

Ale na tym nie koniec. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim rodziła się między nami, a „naszymi Ukrainkami” wyjątkowa, serdeczna przyjaźń. Kiedy ja wisiałam na telefonie, Tatiana razem z naszymi starszymi dziewczynami lepiła pierożki, a Lika bawiła się w berka z młodszymi dzieciakami. W dniu przyjazdu naszych gościń mieliśmy z mężem moment wahania, czy na pewno dobrze robimy przyjmując uchodźców. Nasz dom jest zwykle głośny, pełen ludzi i tysięcy małych i większych spraw. Baliśmy się, czy będą to warunki odpowiednie dla kobiet, które być może będą potrzebować ciszy, spokoju, izolacji. Po kilku dniach, patrząc, jak wspólnie myjemy okna („Nasze Ukrainki” tak bardzo chciały odwdzięczyć się nam za gościnę wiosennymi porządkami, że nie miałam wyjścia i musiałam się na to zgodzić z zastrzeżeniem, że będziemy sprzątać wszyscy), pomyślałam, że decyzja o otwarciu naszego domu była słuszna. Dzięki temu mogliśmy ofiarować uchodźczyniom nie tylko schronienie, ale też obietnicę, że kiedyś ich świat wróci do normy, bo życie, dobro i pokój muszą zwyciężyć.

Fot. Archiwum prywatne Anny Hazuki

Trochę zastanawiałam się, czy powinnam pisać ten tekst, bo w żaden sposób nie zamierzam epatować tym, co zrobiliśmy. Daleko nam do bohaterów, bo uważamy nasze działania za zwykłą przyzwoitość. Ale nie tylko ten powód mnie powstrzymywał – słyszę raz po raz o trudnościach z uchodźcami, o braku zrozumienia z ich strony, o lekceważeniu polskiej gościnności. Nie wiem, czy ostatecznie napisałabym ten tekst, gdyby nie rozmowa sprzed kilku dni.

Coraz bardziej zaniepokojona brakiem ofert wynajmu na rynku nieruchomości przypomniałam sobie, że mam znajomych, którzy posiadają w centrum Wrocławia kilka mieszkań. Zadzwoniłam do nich, bo w ostatnich dniach wykonałam chyba kilkanaście telefonów, które zwykle zaczynały się od słów: „Hej, nie słyszeliśmy się od lat, ale mam w domu Ukrainki, a ty chyba możesz mi pomóc” i dotychczas ich przebieg dosłownie odbierał mi mowę. Aż do tamtego momentu. Moja koleżanka, na samą wiadomość, że mieszkają z nami Ukrainki, zareagowała wręcz histerią. Nie powinnam nawet o tym wspominać, bo ten bełkot nacjonalistyczno-pseudokatolicki z pewnością na to nie zasługuje. Jej słowa uzmysłowiły mi jednak po raz kolejny, że w miłość wpisane są ryzyko i niepewność. I że można przeżywać Wielki Post, uczestniczyć w drogach krzyżowych i nigdy nie zrozumieć, że to Bóg zaryzykował najwięcej, oddając w nasze ręce Swojego Syna.

Kiedy wczoraj patrzyliśmy z Wojtkiem, jak Tatiana i Lika opuszczają nasz dom, mieliśmy poczucie, że wysyłamy w świat własne dzieci. Widziałam, jak dzieciaki płaczą i tulą się do naszych Ukrainek na pożegnanie, a w uszach jak na złość znowu pobrzmiewały mi słowa o mojej naiwności, lekkomyślności i braku wyobraźni wobec decyzji o przyjęciu Uchodźców. I wtedy pomyślałam, czy ci, którzy odmówili Józefowi i Maryi gościny w tamtą pamiętną noc, mieli kiedykolwiek szansę dowiedzieć się, przed Kim tak naprawdę zamknęli drzwi…


[1] Wspólnota z Taizé – międzynarodowa wspólnota ekumeniczna, założona w 1940 w Taizé, we Francji, przez brata Rogera. Corocznie, na przełomie starego i nowego roku, wspólnota organizuje w jednym z europejskich miast modlitewne spotkania ekumeniczne nazywane Pielgrzymką Zaufania przez Ziemię. W 2019 roku po raz kolejny takie spotkanie odbywało się we Wrocławiu. Nasza rodzina przyjęła wtedy trzy dziewczyny ze Słowenii.

[2] Centrum Kultury Akademickiej i Inicjatyw Lokalnych CZASOPRZESTRZEŃ w dawnej zajezdni „Dąbie” to miejsce spotkań i integracji różnych wrocławskich środowisk. Od początku agresji Rosji na Ukrainę jedno z największych i najlepiej zorganizowanych centrum pomocy uchodźcom.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę