„O nie, znów niedziela!”

Moimi największymi wrogami dobrze przeżytej niedzieli są: lenistwo w miejsce odpoczynku i nadrabiania całego tygodnia. Walkę trzeba stoczyć zazwyczaj 52 razy w roku.

Weronika Kostrzewa
Weronika
Kostrzewa
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Świętowanie niedzieli od zawsze było dla mnie problemem. Może poza wczesnym dzieciństwem, gdy zaraz po Mszy, mama zabierała mnie na lody, potem spacer po lesie. Jeśli to była wczesna jesień, po obiedzie ruszałyśmy na kasztany. Nie wiem czy to dozwolone, ale wielkim drągiem rzucałyśmy we wcześniej upatrzonego kasztana i uciekałyśmy, by nic z tego co spadnie, nie poleciało na nasze głowy. Potem jednak, z tym świętowaniem, było tylko gorzej. W czasach szkolnych niedzielne popołudnia przypominały długie oczekiwania na to, co nieuniknione, czyli kolejny tydzień szkoły. Na studiach, gdy co chwilę przyjeżdżałam stęskniona do rodzinnego domu, niedziela była dniem powrotu do strasznej, zimnej Warszawy. Budziłam się z myślą „o nie, to znów niedziela” i realizowałam ustalony wcześniej plan: kościół, obiad, 5 godzin w pociągu, Dworzec Centralny, akademik. I chociaż sytuacja psychologiczno-życiowa uległa w końcu znacznej poprawie, ze świętowaniem niedzieli było wciąż źle. Bo gdy student w końcu zadomowi się w nowym mieście, zaczyna się zabawa. Po hucznie spędzonym weekendzie, Dzień Pański staje się nie tyle czasem odpoczynku, co próbą powrotu do rzeczywistości. W całej tej zabawie, Mszy świętej nie zdarzało mi się opuszczać, ale niestety stała się ona ostatnim punktem na liście obowiązków, na który trzeba było wykrzesać siły.

Pamiętam tez niezadowolenie mojej mamy, gdy okazało się że w weekendy będę pracować przez 10 godzin w kawiarni. Tłumaczyła mi, że pieniądze nie są najważniejsze, a niedziela jest dniem, który warto poświęcić, ale Bogu, a nie zarobieniu na nową parę spodni. Jej słowami byłam oburzona do czasu, gdy do kościoła wbiegłam tuż przed pierwszym czytaniem, ale to nie było najgorsze. Moje stopy po całym dniu truchtania między stolikami odmawiały już posłuszeństwa. Skulona na schodkach jednego w konfesjonałów próbowałam je rozmasować i przekonać, żeby jeszcze przez godzinę dały radę. Gdyby moja sytuacja finansowa była naprawdę ciężka, myślę że ten trud miałby sens. Było jednak inaczej. Ja po prostu nie traktowałam niedzieli jako dnia dla Boga. Mszy świętej trzymałam się kurczowo, bo tak zostałam wychowana. Niewiele jednak co się na Ołtarzu działo, docierało do moich uszu i mojej świadomości. Na szczęście dzięki słynnym „piętnastkom” w parafii św. Anny, powstała kropla drążąca skałę. Kazań ks. Piotra Pawlukiewicza, tak jak pękający w szwach kościół, słuchałam z zapartym tchem. Zawsze odnosiły się do Ewangelii i do życia – i to w dodatku do mojego! Po kilku latach, gdy zaczęłam dorastać do tego, by coś z robić z moją niedzielą, okazało się, że ta kropla poczyniła już spore zmiany w przysłowiowej skale.

 

 

Staramy się z mężem zapoznać z tym, co dziś w kościele usłyszmy. Słowo nie tylko w nas zaczyna wtedy pracować. To daje poczucie, że ani kiepski głośnik, ani ksiądz, który na kazaniu popłynie z interpretacją, nie są w stanie już tej pracy w nas przerwać.

Oczywiście chciałabym napisać, że teraz świętowanie niedzieli zaczynam już w sobotę wieczorem. Czytamy rodzinnie odpowiedni fragment Ewangelii, by żyć nim od samego rana w ten najważniejszy dzień tygodnia. Piękne ubrani pojawiamy się w kościele na kilka-kilkanaście minut przed Mszą św., potem w domu prawdziwa rodzinna agapa i świąteczny nastrój do wieczora. Może kiedyś, nie łamiąc zasad prawdomówności, dane mi będzie tak napisać. Dziś wciąż – już jako rodzina – walczymy o świętowanie niedzieli. Co trzeba jednak odnotować, z coraz lepszym skutkiem! I wcale nie przeszkadza fakt, że to właśnie w ten pierwszy dzień tygodnia spotkam się z radiowymi słuchaczami. Moimi największymi wrogami dobrze przeżytej niedzieli są: lenistwo w miejsce odpoczynku i nadrabiania całego tygodnia. Walkę trzeba stoczyć zazwyczaj 52 razy w roku. W praktyce wygląda to tak, że jeszcze przed pracą, staramy się z mężem zapoznać z tym, co dziś w kościele usłyszmy. Wyszukujemy też najbardziej wartościowe komentarze na YouTube. Słowo nie tylko w nas zaczyna wtedy pracować. To daje poczucie, że ani kiepski głośnik, ani dziecko które postanowi w tym momencie zbyt bardzo dokazywać, ani ksiądz, który na kazaniu popłynie z interpretacją, nie są w stanie już tej pracy w nas przerwać. Z ludźmi, których tego dnia spotkamy, staramy się nie rozmawiać o polityce. I nawet nie o możliwe kłótnie i spory tu chodzi, a o to, że tego dnia próbujemy się nauczyć widzieć człowieka. Dowiedzieć, co u niego słuchać, poznać jego historię. Czy nam to wychodzi? Próbujemy…

I choć nie o promocję fast foodów tu chodzi, to w świętowaniu niedzieli pomaga nam dobra pizza. Po pierwsze jemy to, za czym przepadamy! Po drugie od stołu po pizzy wstajemy i spędzamy miło resztę dnia, podczas gdy doświadczenia dwudaniowych obiadów z nieodłącznym deserem, wywołują w nas opcję wytaczania się od stołu i uruchomienie trybu lenistwa. I jest jeszcze po trzecie – pizza nie od nas wymaga przygotowania i sprzątania. Teraz chciałabym  jeszcze dopisać, że u nas niedziela (po skończonej audycji) jest bez telefonu, a dokładniej jest offline. Ale prace nad tym wciąż trwają, a my uczymy się planować ten dzień wcześniej, bo chociaż pojawia się co siedem dni i wydaje się szarą codziennością, to nawet Bóg zrobił sobie niedzielę zgodnie z planem. W mojej sferze marzeń wciąż pozostaje stan, w którym po niedzielnej Eucharystii, wszystko we mnie krzyczy – jak w wielkanocny poranek – prawdziwie Zmartwychwstał! A reszta dnia jest już tylko tego konsekwencją.

Weronika Kostrzewa

Weronika Kostrzewa

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Weronika Kostrzewa
Weronika
Kostrzewa
zobacz artykuly tego autora >

Niedziela jest boska!

W naszej domowej niedzieli tak naprawdę chodzi o jedno – o stworzenie przestrzeni dla całej rodziny do zwykłego ucieszenia się sobą. Do takiej prostej frajdy z tego, że siebie mamy. Że wysiłek jaki wkładamy każdego dnia w pracę nad naszymi domowymi relacjami się opłaca. Że uwielbimy ze sobą po prostu być.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Mój kuchenny kalendarz przeżywa w tym roku prawdziwą inwazję. Liczba konsultacji, wizyt lekarskich, zajęć pozalekcyjnych i różnych rehabilitacji sprawia, że od początku tygodnia czuję się jak lekkoatleta biegnący przez płotki. Około środy łapię lekki kryzys, w czwartek od rana przeglądam oferty sprzedaży gospodarstw wiejskich w okolicy, w piątek jestem już zdecydowana na kupno alpak i farmy w Bieszczadach, w sobotę czuję się jak zabawka, której za chwilę skończą się baterie, ale za to w niedzielę…

… w niedzielę nabieram tyle mocy, że mogę w nieliczne wolne chwile w nadchodzącym tygodniu śmiało powkładać kolejne płotki.

 

Jak zatem wygląda w naszej rodzinie niedziela, która daje taką MOC?

Przede wszystkim do niedzieli trzeba się przygotować. Kiedy dzieciaki wracają w sobotę ze swoich harcerskich zbiórek i ostatnich pozaszkolnych zajęć, zabieramy się za lekcje i pakujemy plecaki. To jest od początku szkoły żelazna zasada w naszym domu – żadnych lekcji w niedzielę. Niby nic wielkiego, ale chcemy, żeby nasze dzieciaki wiedziały że ten dzień, pod wieloma względami, jest wyjątkowy.

Kiedy plecaki są już spakowane, zabieramy się za przygotowywanie „Słodkiej niedzieli”! Bardzo staramy się w naszej rodzinie ograniczać słodycze w tygodniu do minimum. Dzieciaki wiedzą jednak, że w niedzielę spełnię prawie każde ich słodkie marzenie. Zwykle więc koło sobotniego popołudnia lądujemy wszyscy w kuchni, gdzie – wśród oblizywania łopatek, kłótni o kolejność rozbijania jajek i pedantycznego krojenia owoców – powstaje rodzinne cudo, które ląduje w lodówce i czeka wśród westchnień na magiczny czas „zaraz po kościele”. Dla porządku muszę dodać, że istnieją różne warianty „Słodkiej niedzieli”. Jeśli nie pieczemy ciacha, idziemy po mszy na lody lub robimy na śniadanie amerykańskie naleśniki z syropem klonowym. A czasem – jeśli ktoś obudzi mnie o skandalicznie wczesnej porze i znajdę w lodówce drożdże – przygotowuję prawdziwe norweskie bułeczki cynamonowe. Oj, jeśli niebo ma jakiś zapach, to cała moja rodzina gotowa jest iść w zaparte, że jest to zapach cynamonu.

 

 

Powinnam teraz opisać wszystkie atrakcje niedzielne, które są całkiem powszechne wśród rodzin z dziećmi: pikniki, górskie wypady, nasze ukochane rowerowe wycieczki. Wszystko to rzeczywiście często dzieje się u nas w niedzielę, ale nie jest tak, że tzw. „atrakcja” stanowi dla nas cel sam w sobie. Klucz do boskiej niedzieli wcale nie leży w niezwykłych przedsięwzięciach, ani nawet w kultywowaniu naszych cynamonowych szaleństw. Boska niedziela to przede wszystkim rodzinna bliskość. Nie umiem tego lepiej napisać. Piękna niedziela może być cała spędzona w domu i polegać na układaniu z młodszymi dziećmi klockowego toru przeszkód dla chomika, albo na puszczaniu w kółko z dwuletnim synkiem kolejki szynowej. Boska niedziela może też polegać na ograniu przez najstarsze dzieci rodziców w planszówki, albo po prostu na obejrzeniu całą rodziną filmu na kanapie. Kluczem jest odłożenie na chwilę wszystkich ważnych spraw, łącznie z telefonem i laptopem, i zatrzymanie się. Po co? Po to, żeby na wzór Bożego, niedzielnego odpoczynku zachwycić się swoim dziełem! W naszej domowej niedzieli tak naprawdę chodzi o jedno – o stworzenie przestrzeni dla całej rodziny do zwykłego ucieszenia się sobą. Do takiej prostej frajdy z tego, że siebie mamy. Że wysiłek jaki wkładamy każdego dnia w pracę nad naszymi domowymi relacjami się opłaca. Że uwielbimy ze sobą po prostu być.

Kiedy tylko Wrocław nie potrzebuje naszej obecności w weekendy, ruszamy najczęściej do moich rodziców na wieś. Jakiś miesiąc temu siedziałyśmy z moją starszą siostrą na werandzie i patrzyłyśmy na naszą dziewiątkę pociech, które w tzw. „kościołowych ciuchach” usiłowały wyruszyć w wyprawę ku pobliskim żeremiom bobrów. Siedziałyśmy i śmiałyśmy się do rozpuku bo oto w zgrane szyki kuzynostwa wdarł się lekki chaos, kiedy przyszło im pokonywać niewielki rów. Niektórym wystarczył większy krok, inni potrzebowali solidnego rozbiegu, a sekcja przedszkolno-żłobkowa, w zależności od poziomu odwagi, wybierała wariant straceńczej szarży lub głośno lamentując domagała się przeniesienia przez najstarszych. Akurat kiedy ostatnia z pociech z pełnym impetem wpadła w środek rowu podeszła do nas nasza mama. Patrzyła chwilę razem z nami na całe towarzystwo, a potem powiedziała takie zdanie: „Wiecie, kiedy patrzę na to wszystko, mam ochotę śpiewać psalm 126: „Gdy Pan odmienił los Syjonu, wydawało się nam, że śnimy”. Boska niedziela, prawda?  

A jeśli nie możemy jechać do Rodziców, niedziela jest naszym ulubionym dniem spotkań z przyjaciółmi. Uwielbiamy je organizować. Lubimy wspólnie z mężem planować menu, szykować muzykę, wspólnie z dziećmi nakrywać stół i czekać w oknie aż się wreszcie zjawi towarzystwo. A potem jest nam tak dobrze, że tylko zdrowy rozsądek każe nam przerywać spotkanie, bo w końcu „ktoś musi rano wstać do dzieci”. Niedziela jest chyba najlepszym dniem, żeby przypominać sobie, że Bóg powołał nas do relacji. Najpierw z Sobą Samym, a potem z innymi ludźmi. Z naszym współmałżonkiem, z dzieciakami, z naszymi rodzicami, rodzeństwem i przyjaciółmi. Szczęśliwy ten, kto postawił w życiu na relacje! Kto w nich dopatrzył się drogocennej perły wartej sprzedania wszystkiego innego. Momenty, w których czuję najmocniej, że Królestwo Boże jest już częścią mojego życia to są właśnie momenty pełne serdecznej bliskości, czułości i przyjaźni. 

Piękne to prawda? Nie byłabym sobą gdybym nie zamieściła teraz małego post scriptum. Taka boska niedziela czasem po prostu się nie udaje. Bardzo chcielibyśmy, żeby zawsze było tak pięknie, wyjątkowo i „cynamonowo”, ale życie w naszej siedmioosobowej rodzinie tworzy często tak wiele nieprzewidywalnych scenariuszy, że czasem – tak jak dzisiejszej niedzieli nie udało się praktycznie nic z naszych założeń. Począwszy od konieczności wykonania gigantycznego tekturowego misia do przedszkola (bo: „Zapomniałam”), przez odpytanie do sprawdzianu z historii (bo: „Mamo, mówiłam wczoraj, ale nie słyszałaś”), po karczemną małżeńską awanturę i – jakże by inaczej – kończenie tego tekstu.

 

Widać do niedzieli – jak do nieba – trzeba wciąż dorastać.

 

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki – prawnik, z naprawionego błędu – dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap