ROZMOWY

Szkaplerz – Szata Królowej Karmelu

„Wiele razy nakładałem szkaplerz żołnierzom, którzy wyjeżdżali do Afganistanu. Przyjeżdżali do Czernej całymi rodzinami i przyjmowali szkaplerz. Czy ocaleli na wojnie? Tego nie wiem. Na pewno ten akt oddania się Matce Bożej był wołaniem o Jej opiekę i pomoc” – mówi o. Leszek Stańczewski OCD, przeor klasztoru Karmelitów Bosych w Czernej

Polub nas na Facebooku!

O szacie Maryi, obowiązkach i przywilejach związanych z przyjęciem szkaplerza o. Leszek opowiadał w 2017 r. w rozmowie z KAI.

 

Karolina Krawczyk (KAI): Z jakimi wydarzeniami wiąże się uroczystość Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel?

O. Leszek Stańczewski OCD: Wszystko zaczęło się… od kryzysu. W pierwszej połowie XIII wieku nasz zakon przeżywał ogromne trudności. Bracia w Ziemi Świętej byli prześladowani przez Saracenów i mordowani. Ci, którzy przetrwali te krwawe podboje, zostali wypędzeni z Góry Karmel i przybyli do Europy.

Niestety, tutaj też nie byli rozumiani. Ich pustelnicza mentalność i sposób życia nie spotkały się z przychylnością. Coraz częściej mówiono o kasacie zakonu. Ponieważ w XIII wieku istniały już zakony franciszkanów i dominikanów, to uważano, że to wystarczy, że kolejne zgromadzenie nie jest potrzebne.

Ówczesny generał, św. Szymon Stock, powierzył sprawy zakonu Maryi. W 1251 roku w Aylesford, w Anglii, przeżył objawienie. W nocy z 15 na 16 lipca św. Szymon widział Matkę Bożą, która wręczyła mu szkaplerz, mówiąc: „Weź, najukochańszy synu, ten szkaplerz twego zakonu jako wyróżniający znak i symbol przywilejów, który otrzymałam dla ciebie i wszystkich synów Karmelu. Jest to znak zbawienia, ratunek pośród niebezpieczeństw, przymierze pokoju i wieczystego zobowiązania. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”.

Nasz generał przyjął ten dar Najświętszej Maryi Panny i od tamtej pory nakazał nosić szkaplerz wszystkim braciom. Zakon zaczął się dynamicznie rozwijać. W ciągu pięćdziesięciu lat powstało pięćdziesiąt domów zakonnych, a w 1397 roku zakon przybył do Polski, do Krakowa. Jako wotum wdzięczności, w nocy z 15 na 16 lipca, przeżywamy uroczyste czuwanie i dziękczynienie za dar i ocalenie. Od XVI w. dzień ten jest nazywany w zakonie „Świętem Szaty”. Właśnie wtedy dziękujemy za ten szczególny znak opieki, jakim jest szkaplerz. W Uroczystość Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel świętuje cała rodzina karmelitańska: bracia, siostry i wierni świeccy.

 

Czym w takim razie jest szkaplerz i dla kogo jest przeznaczony?

Najprościej mówiąc, szkaplerz zakonny to długi pas materiału sięgający do ziemi, który zakładamy na habit. Dla osób świeckich przeznaczony jest szkaplerz mniejszego rozmiaru, który nosi się pod ubraniem. Można także nosić medalik szkaplerzny. Szkaplerz musi zostać pobłogosławiony i nałożony przez kapłana. Nie ma jakiejś szczególnej grupy osób, które mogą go nosić. Szkaplerz, nazywany także „szatą Maryi” może przyjąć każdy, kto odczuwa taką potrzebę.

 

Maryja ze znakiem szkaplerza objawiła się także papieżowi Janowi XXII.

Tak. Dzięki temu została ogłoszona Bulla sobotnia, w której zawarte zostały informacje o przywilejach dla tych, którzy zdecydowali się nosić szkaplerz. Wśród nich jest ten najsłynniejszy, tzw. „przywilej sobotni”. W czasie objawienia Maryja zapewniła Ojca Świętego, że uwolni z czyśćca każdą osobę odzianą w szkaplerz karmelitański w pierwszą sobotę od chwili śmierci. Powtórzyła tym samym tę obietnicę, którą wcześniej wypowiedziała w stronę św. Szymona Stocka.

 

Jak uchronić się przed tym, by nie traktować szkaplerza jako talizmanu, jako „pewnika” w drodze do nieba?

Bardzo prosto. Trzeba pamiętać, że za szkaplerzem stoją nie tylko przywileje, ale też obowiązki. Wypełnianie ich bardzo szybko zweryfikuje naszą postawę i decyzję o przyjęciu „szaty Maryi”. Tych obowiązków jest kilka: po pierwsze, szkaplerz należy nosić zawsze i wszędzie. To może być uciążliwe, niektórzy mogą się wstydzić tego znaku. Wtedy wychodzi na jaw, jak ktoś traktuje szkaplerz – czy jest talizmanem czy raczej okazją do dawania cichego świadectwa swojej wiary. Kolejne obowiązki wynikające z przyjęcia szkaplerza to codzienna modlitwa ku czci Matki Bożej, zachowanie czystości zgodnej ze swoim stanem życia, bycie apostołem szkaplerza. Jak widać, tych obowiązków jest kilka.

 

Jak przygotować się do przyjęcia szkaplerza?

Przede wszystkim warto rozeznać, dlaczego ktoś chce przyjąć szatę Maryi. Warto wiedzieć, jakie obowiązki z tego wynikają oraz jakie przywileje. Zachęcam do tego, żeby sięgnąć po książki dotyczące szkaplerza – tych na rynku wydawniczym jest coraz więcej.

Dobrze, aby w chwili przyjęcia szkaplerza osoba była w stanie łaski uświęcającej, po dobrze odprawionej spowiedzi. Trzeba jednak podkreślić, że to nie jest warunek sine qua non, bo szkaplerz jest sakramentalium, a nie sakramentem. Jeśli ktoś ma przeszkody do otrzymania rozgrzeszenia, ale chce przyjąć szkaplerz, to też może to zrobić. W takim wypadku należy starać się żyć najlepiej, jak tylko się potrafi, mimo różnego rodzaju przeszkód, i zrobić wszystko, by uporządkować swoje życie wg Bożego prawa.

Zachęca się także, żeby przyjmujący szkaplerz w tym dniu przyjął Komunię Świętą, ponieważ z przyjęciem szkaplerza wiąże się także łaska odpustu zupełnego.

 

Czy można przyjąć szkaplerz i „ominąć” duchowość karmelitańską? Dzieła świętych Karmelu nie są łatwą lekturą…

Pewnie, że można, ale na pewno byłaby to ogromna szkoda dla człowieka. Duchowość Karmelu jest niezwykle bogata. Mamy wielu świętych: Jana od Krzyża, Teresę Wielką, Teresę od Dzieciątka Jezus, Benedyktę od Krzyża, Małą Arabkę… Warto zgłębiać to, czym żyli ci święci. Szkoda by było przyjąć szkaplerz i nie sięgnąć do głębi, która za nim stoi. To podobnie jak z odwiedzinami: można swoją mamę odwiedzić raz w roku, a można robić to częściej. Można szkaplerz przyjąć i wracać do tego momentu, a można też iść w głąb duchowości karmelitańskiej.

 

W takim razie jak można rozwijać swoją duchowość szkaplerzną?

Tych propozycji ze strony naszego zakonu jest bardzo dużo. Jako zakonnicy przede wszystkim głosimy kazania i rekolekcje o tematyce szkaplerznej. Mamy swój biuletyn, stronę internetową (www.szkaplerz.pl), a w ofercie naszego wydawnictwa mamy dzieła naszych wielkich mistrzów duchowych. Ponadto coraz prężniej rozwijają się bractwa szkaplerzne. Na chwilę obecną są one w kilkudziesięciu miastach w Polsce. Co warto podkreślić, takie bractwa nie muszą należeć do naszych parafii zakonnych, ale z powodzeniem powstają także przy parafiach diecezjalnych. Jest oczywiste, że służymy także kierownictwem duchowym, indywidualną rozmową i sakramentami każdemu, kto jest w potrzebie.

 

Mnogość tytułów, jakimi opisywana jest Matka Boża może przytłaczać. Jak dobrze rozumieć i przeżywać duchowość maryjną?

Bez wątpienia należy ciągle podkreślać, że Maryja jest oczywiście jedna. Są tacy, którzy niestety spierają się o to, które z objawień jest lepsze czy bardziej skuteczne. A to błąd. Maryja jest Królową Nieba i Ziemi, jest też Matką Kościoła, czyli każdego z nas. I właśnie dlatego dobrze by było, aby każdy wierzący znalazł swój własny sposób na relację z Maryją. Może odmawiać różaniec, może nosić szkaplerz, może pielgrzymować do różnych sanktuariów, a może po prostu swoimi słowami z Nią rozmawiać i powierzać Jej swoje sprawy. A dlaczego warto? To bardzo proste. Chyba każdy z nas kocha swoją ziemską mamę – okazuje jej wdzięczność, miłość, szacunek za trud wychowania i wszystkie poświęcenia, jakie poniosła. Tak samo jest z naszą Matką Niebieską – niech każdy sobie znajdzie swój sposób na to, by okazać jej swoją miłość i oddanie. Nie ma znaczenia, co to będzie. Tu chodzi przede wszystkim o miłość.

 

Co z osobami, którym – mimo szczerych chęci – ciężko zaakceptować kult Matki Bożej?

Tym, którym trudno jest zrozumieć osobę Matki Bożej, polecam postawę dziecka. Zachęcam, aby powierzyć Maryi swoje sprawy, także tę trudność z zaakceptowaniem Jej. Jestem pewien, że w taki sposób najszybciej przekonają się, że Matka Boża nie chce odbierać Jezusowi należnej Mu czci i szacunku, ale robi wszystko, by każdy człowiek jeszcze bardziej kochał Jej Syna.

Maryja przyniosła nam największą łaskę, jaką możemy sobie wyobrazić. Dała nam Chrystusa. Właśnie z tego powodu nazywana jest „pośredniczką”. Ona nadal chce nam udzielać kolejnych łask, dlatego zachęcam: jak dzieci proście Matkę o pomoc, a otrzymacie to, czego potrzebujecie.

 

Na pewno Ojciec spotkał się z wieloma świadectwami związanymi ze szkaplerzem. Któreś z nich szczególnie Ojcu zapadło w pamięć?

Najpierw powiem, że ja sam czuję opiekę Matki Bożej. Tego się nie da opisać żadnymi słowami, ale proszę mi wierzyć, że jestem pewny Jej opieki w moim życiu kapłańskim i zakonnym. Pamiętam też historię, która wydarzyła się w Truskolasach. Siostry Karmelitanki Dzieciątka Jezus mają tam swój dom. W latach 60. XX wieku, w czasie Wielkiego Postu w tej miejscowości wybuchł pożar. Ponieważ większość domów była drewniana, ogień bardzo szybko się rozprzestrzeniał i szedł wprost na dom Sióstr oraz na drewniany kościół. Wtedy jedna z sióstr, s. Genowefa, ściągnęła swój szkaplerz, rzuciła w miejsce, do którego zaraz miał dotrzeć ogień i zawołała „Maryjo, ratuj!”. I ogień po prostu się zatrzymał. Ludzie po dziś dzień opowiadają o tym wydarzeniu i przekazują tę historię kolejnym pokoleniom.

Ja sam wiele razy nakładałem szkaplerz żołnierzom, którzy wyjeżdżali do Afganistanu. Przyjeżdżali do Czernej całymi rodzinami i przyjmowali szkaplerz. Czy ocaleli na wojnie? Tego nie wiem. Na pewno ten akt oddania się Matce Bożej był wołaniem o Jej opiekę i pomoc. Ale podkreślić trzeba, że przyjęcie szkaplerza nie oznacza lekkiego i bezstresowego życia. Kiedy Maryja objawiła się Szymonowi Stockowi, obiecała, że uratuje dusze przed pójściem do piekła. I przede wszystkim tak należy rozumieć tę opiekę.

 

Rok 2001 okazał się przełomowym momentem dla nabożeństwa szkaplerznego.

Tak. Była to 750 rocznica objawienia się Maryi i podarowania nam szkaplerza. Z tej okazji papież Jan Paweł II napisał list apostolski Providentialis gratiae eventus, w ten sposób podkreślając znaczenie „szaty Maryi” nie tylko dla naszego zakonu, ale dla całego Kościoła powszechnego. W tym liście podkreślił dwie prawdy. Jedna mówi o tym, że Maryja jest naszą opiekunką zarówno w tym życiu jak i w chwili śmierci. Druga z prawd podkreśla, że nabożeństwo do Matki Bożej powinno trwać w życiu chrześcijanina nieustannie: „(…) nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny nie może ograniczać się tylko do modlitw i hołdów składanych Jej przy określonych okazjach, ale powinna stanowić “habit”, czyli nadawać stały kierunek chrześcijańskiemu postępowaniu, opartemu na modlitwie i życiu wewnętrznym poprzez częste przystępowanie do sakramentów i konkretne uczynki miłosierne co do ciała i co do duszy” – tak pisał Ojciec Święty. Warto dodać, że on sam od młodości nosił szkaplerz i wielokrotnie o tym wspominał.

 

W tym roku obchodzimy setną rocznicę objawień w Fatimie. W wydarzeniach sprzed stu lat pojawił się pewien karmelitański akcent.

To prawda. W ostatnim objawieniu fatimskim, 13 października 1917 roku, Maryja objawiła się pastuszkom, będąc ubraną w habit karmelitański. S. Łucja, jedna ze świadków objawień wielokrotnie podkreślała, że właśnie przez to objawienie Maryja chciała nam pokazać, że różaniec i szkaplerz są nadal aktualne i bardzo potrzebne. Podkreślał to biskup da Silva, ordynariusz diecezji Leiria, który mówił, że szkaplerz jest integralną częścią orędzia fatimskiego. Warto żyć tą pobożnością, warto bliżej poznać „szatę Maryi”, a przez Matkę Najświętszą zbliżyć się jeszcze bardziej do Chrystusa.


 

KAI

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Kłóćmy się, ale z szacunkiem. Rozmowa z mediatorem

Wszyscy kochamy “ludzkość”, tylko sąsiadów nie potrafimy znieść, a cała zabawa polega na tym, że żyjemy wśród sąsiadów, a nie wśród “ludzkości”. Ludzkość sama się naprawi, jeśli sąsiad z sąsiadem zacznie żyć dobrze.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z Jerzym Książkiem – mediatorem, prezesem Polskiego Centrum Mediacji – rozmawia Anna Druś.


Gdy patrzymy na to, jak Polacy kłócą się w Internecie i nie tylko, nie sposób nie zapytać: jak się różnić i spierać, by się przy tym nie obrażać?

Zauważmy na początek jedną rzecz: wszyscy kochamy “ludzkość”, tylko sąsiadów nie potrafimy znieść, a cała zabawa polega na tym, że żyjemy wśród sąsiadów, a nie wśród “ludzkości”. Ludzkość sama się naprawi, jeśli sąsiad z sąsiadem zacznie żyć dobrze. I oczywiście naturalne jest to, że ludzie się różnią, że mają różne poglądy i różne zdania. Tylko jest taka prosta rzecz, że jeżeli ja od kogoś oczekuję, że mnie zrozumie – on tego samego oczekuje ode mnie. Niestety w większości działamy na poziomie takiej komunikacji, że “ja jestem OK, ty nie jesteś OK”. Nie ma komunikacji “ja jestem OK i ty jesteś OK, wolno nam się różnić”. A jeśli jest, to bardzo rzadko.

 

Da się tego nauczyć, jakoś wytrenować?

Oczywiście, że się da, przecież właśnie tę sztukę do perfekcji mają opanowaną mediatorzy. Nazywamy to komunikacją bez przemocy. Da się tego uczyć nawet dzieci. W Nowej Zelandii dzieci uczą się komunikacji interpersonalnej od pierwszej klasy szkoły podstawowej. To konieczne, bo tam jest taka mieszanka różnych narodów, kultur, języków, religii, że jest to ważna umiejętność. A w Polsce? Niestety żadna szkoła tego dzieci nie uczy. W Polsce, nawet – nie ubliżając nauczycielom – oni też często nie potrafią się komunikować, bo są uczeni przede wszystkim przekazu jednostronnego z ocenianiem wyników. Nie uczy się ich i oni potem też nie uczą rozmowy, ścierania się poglądów. Podstawowym jednak miejscem, gdzie powinniśmy się uczyć komunikacji, jest dom, rodzina. A wiemy, jak różnie jest w rodzinach. 

Wie pani, że my teraz w czasie koronawirusa mamy więcej mediacji rodzinnych niż wcześniej? 

 

To ciekawe!

A co ciekawsze, problem dotyczy rodzin mieszkających w blokach, mieszkaniach – a nie tych w domach. Czemu? Bo niewielka powierzchnia mieszkania plus zamknięcie spowodowały, że ludzie nie mieli możliwości odpoczywać od siebie, dystansować się. Wcześniej dystansowali się w pracy czy w drodze do pracy, w tu nagle jeden wspólny living room, kilka osób na kupie, brak możliwości wyjścia choćby na dwór. No i zaczynają widzieć siebie inaczej…. Ale to wszystko daje się naprawić. Tylko trzeba zacząć wzajemnie się słuchać i uczyć się żyć razem, a nie obok siebie być.

 

 

Brzmi jak podstawowa i jednocześnie bardzo trudna umiejętność…

Rzeczywiście, wydaje mi się czasem, że mediacje np. małżeńskie są jedynym miejscem, gdzie ludzie wreszcie muszą się wzajemnie wysłuchać. I czasem właśnie to wystarczy, by się pogodzili. Przychodzi małżeństwo, które po 15 latach się rozwodzi, i do mediacji siadają jako ludzie, którzy się wzajemnie nie znają. Do tej pory nie wiedzieli, co ta druga strona myśli, nawet nie raczyli się zapytać. Po wysłuchaniu okazuje się, że są zupełnie inni niż do tej pory sobie siebie wyobrażali i widzieli.

 

Wszystko daje się naprawić. Tylko trzeba zacząć wzajemnie się słuchać i uczyć się żyć razem, a nie obok siebie być.

W takim razie jak się słuchać?

Profesjonalnie. Wie pani, na czym polega profesjonalizm słuchania?

 

Na czym?

Na tym, żeby zadać sobie pytanie, dlaczego ta osoba w ogóle mnie to mówi. Dlaczego wybrała mnie na tego, któremu chce to powiedzieć? Czego oczekuje w zamian? Każda rozmowa, nawet najbanalniejsza, o niczym – to pewien komunikat, który nadawca wysyła do odbiorcy. Ważne, żeby odbiorca zrozumiał intencje nadawcy. Nie tylko co mówi i jak, ale też dlaczego on to do mnie mówi. Oczywiście jeśli sobie na te pytania odpowiemy i uświadomimy sobie, po co ktoś do nas mówi – nadal mamy prawo się z nim nie zgodzić. Zresztą czasami ludzie wcale nie chcą, żebyśmy się z nimi zgadzali, ale chcą żebyśmy ich wysłuchali. Najczęściej, gdy do kogoś idziemy po radę to po to, by potwierdzić, że dobrze myślimy, że chcemy podjąć dobrą decyzję. Dlatego często powtarzam, że “Wujek dobra rada” to jest taki, który – gdy przyjdę do niego po radę – powie raczej “ja Ci radzę: rób jak uważasz”. 

 

Skoro nie zawsze chodzi nam o jednakowe poglądy, to może konflikt jest czasem dobry?

Oczywiście, że jest. Dyskutujemy, gdy bronimy swoich racji, a kłócimy się, gdy podchodzimy do nich bardzo emocjonalnie i gubimy poczucie racjonalności. Ponadto konflikt grupuje ludzi, pomaga im się z czymś identyfikować. Świetnie to widać choćby na różnego rodzaju rozgrywkach sportowych Mamy tam grupy ludzi występujących przeciw sobie, którzy po meczu już nie są w opozycji do siebie. Tak samo w życiu codziennym. Jesteśmy fanami tej albo innej grupy społecznej, grupujemy się wokół swoich idoli, przez co łatwiej się rozpoznajemy (swój – nie swój). To jednak już jest grupowanie się wokół wartości lub relacji, zaś konflikt wartości – jest nierozwiązywalny, a relacji bardzo trudny. 

 

Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że nie ma dla “wartości” żadnego wzorca. Np. metr jest jasnym wzorcem długości, kilogram – wagi itd. (znajdziesz w Sevres) To jest materialne, więc mierzalne. A w jakim mieście znajdziemy wzorzec “miłości”, wzorzec “nienawiści”? Dumy, honoru, ambicji? Słowem – wartości. Nie ma, ponieważ każdy z nas ma inną miarkę. Moja “nienawiść” nie jest twoją “nienawiścią”, masz inną według swojej miarki. Miłość? Według swojej miarki. Jest to nieporównywalne, więc też nienegocjowalne. Nie będzie pani negocjowała “wiary”, bo wiara to dogmat. Nie dyskutujemy o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą, nie dyskutujemy nad wyższością Allaha nad Jezusem. Takie konflikty wartości zawsze będą istnieć i zawsze będą nierozwiązywalne. Musimy jednak tolerować ludzi o innych wartościach, co nie znaczy “akceptować”. Tolerować, żeby i nas tolerowali!

 

 

Jak w takim razie radzić sobie w takich konfliktach wartości? Jak wtedy się dojrzale różnić? Wyobraźmy sobie, że mamy przyjaciela, z którym wiele nas łączy, ale dzielą nas poglądy oparte o “wartości”, np. poglądy polityczne. Jak mu okazać szacunek, pomimo, że irytują nas jego poglądy?

Trzeba zacząć od uświadomienia sobie tego, że jeśli nas irytują jego poglądy, to jego pewnie też irytują nasze. Co więc zrobić, żeby się wzajemnie nie drażnić? Proste. Jeśli niemożliwe jest uwspólnienie tych poglądów, na przykład w spokojnej rozmowie, to lepiej w ogóle nie poruszać tych tematów. Znam rodziny, gdzie ludzie się różnią poglądami politycznymi – i tam w domu po prostu się na te tematy nie rozmawia. Zawsze musimy pamiętać, że mamy prawo do wielu rzeczy – tylko dajmy innym takie samo prawo. Tak jak powiedział też papież Jan Paweł II: tam się kończy nasza wolność, gdzie zaczyna się zniewolenie drugiego. Nasza wolność jest tą wolnością, w której jeszcze innych nie ranimy.

 

Mamy prawo do wielu rzeczy – tylko dajmy innym takie samo prawo

Czy są tu jakieś zasady, których można pilnować, aby w konfliktach nie ranić drugiego? Mówił pan o słuchaniu, to jest taka zasada?

Tak, i to podstawowa zasada. Słuchać, ale bez oceniania. A jeśli już oceniamy, to czyn, a nie człowieka. Nie mówmy “panie Kowalski, pan jest świnia”, tylko “panie Kowalski, to, co wczoraj pan zrobił o 15, to było świństwo”. Oceniam czyn a nie osobę. 

 

Czyli nie: “jesteś głupi”, ale: “masz głupie poglądy”?

Też niedobrze, bo mówiąc “masz głupie poglądy” już go pani oceniła, już pani powiedziała “jesteś głupi”. Raczej więc powiedzmy “nie zgadzamy się w swoich poglądach”, “moje poglądy są diametralnie różne niż twoje”. Mówimy tzw. “komunikatem ja”, czyli “moim zdaniem”, z “mojego punktu widzenia”, a nie “jesteś głupi”. Wtedy jest minimalna możliwość pokłócenia się czy obrażenia. 

 

Czyli słuchamy, nie oceniamy, mówimy komunikatem “ja”. Jest jeszcze jakaś zasada?

Tak. Brzmi ona: wysyłamy jasne komunikaty, bez niedomówień. Czyli komunikujemy nie swoje myśli czy wyobrażenia, ale potrzeby i oczekiwania. 

 

Poda pan jakiś przykład?

Każdy musi mieć jakąś swoją małą pustelnię, chwilę na oddech, odpoczynek od siebie wzajemnie. Choćbyśmy byli najwspanialsi na świecie.

Myśli i wyobrażenia komunikujemy, gdy mówimy na przykład: “Już ja dobrze wiem, co sobie myślisz”. Albo taka rozmowa małżonków zaczynająca się od pretensji: “Kupiłeś mi goździki, a wiesz, że ja nie lubię goździków”.  “Nigdy mi nie mówiłaś, że nie lubisz goździków!”. “Jak byś mnie kochał, to byś wiedział”. I koniec dyskusji, awantura gotowa. A może ten człowiek kocha, ale kwiaty są dla niego nieistotne, chodziło mu o symbol? Druga strona założyła, że on się domyśli, mimo że jasno nie zakomunikowała mu swoich potrzeb. Żądamy od innych, żeby nas rozumieli, ale nie próbujemy zrozumieć, dlaczego oni nas nie rozumieją.

 

Mówiąc o większej liczbie konfliktów w rodzinach spowodowaną zamknięciem “koronawirusowym” powiedział pan o potrzebie dystansu. Czy to też można uznać za taką zasadę w mądrym różnieniu się?

Można. Każdy musi mieć jakąś swoją małą pustelnię, chwilę na oddech, odpoczynek od siebie wzajemnie. Choćbyśmy byli najwspanialsi na świecie. Jak ktoś to kiedyś powiedział: z ideałem nie da się wytrzymać, a co dopiero z normalnym? 


Jerzy Książek – mediator, absolwent AWF, pedagogiki resocjalizacyjnej WSPS, Folkshochschule Gettingen, psycho-korekty i zarządzania. Jest współzałożycielem i prezesem Polskiego Centrum Mediacji, był przewodniczącym Społecznej Rady ds. ADR (Alternatywnych Metod Rozwiązywania Sporów) przy Ministrze Sprawiedliwości. Jest także wykładowcą i współautorem programów szkoleniowych z mediacji m.in. dla Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury, KNF, UOKIK, ROPS, PCPR, wyższych uczelni, międzynarodowych organizacji społecznych i mediacyjnych.

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap