video-jav.net
A LOT OF CRAP
ROZMOWY

Szkaplerz – Szata Królowej Karmelu

„Wiele razy nakładałem szkaplerz żołnierzom, którzy wyjeżdżali do Afganistanu. Przyjeżdżali do Czernej całymi rodzinami i przyjmowali szkaplerz. Czy ocaleli na wojnie? Tego nie wiem. Na pewno ten akt oddania się Matce Bożej był wołaniem o Jej opiekę i pomoc” – mówi o. Leszek Stańczewski OCD, przeor klasztoru Karmelitów Bosych w Czernej

Polub nas na Facebooku!

Szkaplerz - Szata Królowej Karmelu
„Wiele razy nakładałem szkaplerz żołnierzom, którzy wyjeżdżali do Afganistanu. Przyjeżdżali do Czernej całymi rodzinami i przyjmowali szkaplerz. Czy ocaleli na wojnie? Tego nie wiem. Na pewno ten akt oddania się Matce Bożej był wołaniem o Jej opiekę i pomoc” – mówi o. Leszek Stańczewski OCD, przeor klasztoru Karmelitów Bosych w Czernej

O szacie Maryi, obowiązkach i przywilejach związanych z przyjęciem szkaplerza o. Leszek opowiadał w 2017 r. w rozmowie z KAI.

 

Karolina Krawczyk (KAI): Z jakimi wydarzeniami wiąże się uroczystość Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel?

O. Leszek Stańczewski OCD: Wszystko zaczęło się… od kryzysu. W pierwszej połowie XIII wieku nasz zakon przeżywał ogromne trudności. Bracia w Ziemi Świętej byli prześladowani przez Saracenów i mordowani. Ci, którzy przetrwali te krwawe podboje, zostali wypędzeni z Góry Karmel i przybyli do Europy.

Niestety, tutaj też nie byli rozumiani. Ich pustelnicza mentalność i sposób życia nie spotkały się z przychylnością. Coraz częściej mówiono o kasacie zakonu. Ponieważ w XIII wieku istniały już zakony franciszkanów i dominikanów, to uważano, że to wystarczy, że kolejne zgromadzenie nie jest potrzebne.

Ówczesny generał, św. Szymon Stock, powierzył sprawy zakonu Maryi. W 1251 roku w Aylesford, w Anglii, przeżył objawienie. W nocy z 15 na 16 lipca św. Szymon widział Matkę Bożą, która wręczyła mu szkaplerz, mówiąc: „Weź, najukochańszy synu, ten szkaplerz twego zakonu jako wyróżniający znak i symbol przywilejów, który otrzymałam dla ciebie i wszystkich synów Karmelu. Jest to znak zbawienia, ratunek pośród niebezpieczeństw, przymierze pokoju i wieczystego zobowiązania. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”.

Nasz generał przyjął ten dar Najświętszej Maryi Panny i od tamtej pory nakazał nosić szkaplerz wszystkim braciom. Zakon zaczął się dynamicznie rozwijać. W ciągu pięćdziesięciu lat powstało pięćdziesiąt domów zakonnych, a w 1397 roku zakon przybył do Polski, do Krakowa. Jako wotum wdzięczności, w nocy z 15 na 16 lipca, przeżywamy uroczyste czuwanie i dziękczynienie za dar i ocalenie. Od XVI w. dzień ten jest nazywany w zakonie „Świętem Szaty”. Właśnie wtedy dziękujemy za ten szczególny znak opieki, jakim jest szkaplerz. W Uroczystość Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel świętuje cała rodzina karmelitańska: bracia, siostry i wierni świeccy.

 

KAI: Czym w takim razie jest szkaplerz i dla kogo jest przeznaczony?

– Najprościej mówiąc, szkaplerz zakonny to długi pas materiału sięgający do ziemi, który zakładamy na habit. Dla osób świeckich przeznaczony jest szkaplerz mniejszego rozmiaru, który nosi się pod ubraniem. Można także nosić medalik szkaplerzny. Szkaplerz musi zostać pobłogosławiony i nałożony przez kapłana. Nie ma jakiejś szczególnej grupy osób, które mogą go nosić. Szkaplerz, nazywany także „szatą Maryi” może przyjąć każdy, kto odczuwa taką potrzebę.

 

KAI: Maryja ze znakiem szkaplerza objawiła się także papieżowi Janowi XXII.

– Tak. Dzięki temu została ogłoszona Bulla sobotnia, w której zawarte zostały informacje o przywilejach dla tych, którzy zdecydowali się nosić szkaplerz. Wśród nich jest ten najsłynniejszy, tzw. „przywilej sobotni”. W czasie objawienia Maryja zapewniła Ojca Świętego, że uwolni z czyśćca każdą osobę odzianą w szkaplerz karmelitański w pierwszą sobotę od chwili śmierci. Powtórzyła tym samym tę obietnicę, którą wcześniej wypowiedziała w stronę św. Szymona Stocka.

 

KAI: Jak uchronić się przed tym, by nie traktować szkaplerza jako talizmanu, jako „pewnika” w drodze do nieba?

– Bardzo prosto. Trzeba pamiętać, że za szkaplerzem stoją nie tylko przywileje, ale też obowiązki. Wypełnianie ich bardzo szybko zweryfikuje naszą postawę i decyzję o przyjęciu „szaty Maryi”. Tych obowiązków jest kilka: po pierwsze, szkaplerz należy nosić zawsze i wszędzie. To może być uciążliwe, niektórzy mogą się wstydzić tego znaku. Wtedy wychodzi na jaw, jak ktoś traktuje szkaplerz – czy jest talizmanem czy raczej okazją do dawania cichego świadectwa swojej wiary. Kolejne obowiązki wynikające z przyjęcia szkaplerza to codzienna modlitwa ku czci Matki Bożej, zachowanie czystości zgodnej ze swoim stanem życia, bycie apostołem szkaplerza. Jak widać, tych obowiązków jest kilka.

 

KAI: Jak przygotować się do przyjęcia szkaplerza?

– Przede wszystkim warto rozeznać, dlaczego ktoś chce przyjąć szatę Maryi. Warto wiedzieć, jakie obowiązki z tego wynikają oraz jakie przywileje. Zachęcam do tego, żeby sięgnąć po książki dotyczące szkaplerza – tych na rynku wydawniczym jest coraz więcej.

Dobrze, aby w chwili przyjęcia szkaplerza osoba była w stanie łaski uświęcającej, po dobrze odprawionej spowiedzi. Trzeba jednak podkreślić, że to nie jest warunek sine qua non, bo szkaplerz jest sakramentalium, a nie sakramentem. Jeśli ktoś ma przeszkody do otrzymania rozgrzeszenia, ale chce przyjąć szkaplerz, to też może to zrobić. W takim wypadku należy starać się żyć najlepiej, jak tylko się potrafi, mimo różnego rodzaju przeszkód, i zrobić wszystko, by uporządkować swoje życie wg Bożego prawa.

Zachęca się także, żeby przyjmujący szkaplerz w tym dniu przyjął Komunię Świętą, ponieważ z przyjęciem szkaplerza wiąże się także łaska odpustu zupełnego.

 

KAI: Czy można przyjąć szkaplerz i „ominąć” duchowość karmelitańską? Dzieła świętych Karmelu nie są łatwą lekturą…

– Pewnie, że można, ale na pewno byłaby to ogromna szkoda dla człowieka. Duchowość Karmelu jest niezwykle bogata. Mamy wielu świętych: Jana od Krzyża, Teresę Wielką, Teresę od Dzieciątka Jezus, Benedyktę od Krzyża, Małą Arabkę… Warto zgłębiać to, czym żyli ci święci. Szkoda by było przyjąć szkaplerz i nie sięgnąć do głębi, która za nim stoi. To podobnie jak z odwiedzinami: można swoją mamę odwiedzić raz w roku, a można robić to częściej. Można szkaplerz przyjąć i wracać do tego momentu, a można też iść w głąb duchowości karmelitańskiej.

 

KAI: W takim razie jak można rozwijać swoją duchowość szkaplerzną?

– Tych propozycji ze strony naszego zakonu jest bardzo dużo. Jako zakonnicy przede wszystkim głosimy kazania i rekolekcje o tematyce szkaplerznej. Mamy swój biuletyn, stronę internetową (www.szkaplerz.pl), a w ofercie naszego wydawnictwa mamy dzieła naszych wielkich mistrzów duchowych. Ponadto coraz prężniej rozwijają się bractwa szkaplerzne. Na chwilę obecną są one w kilkudziesięciu miastach w Polsce. Co warto podkreślić, takie bractwa nie muszą należeć do naszych parafii zakonnych, ale z powodzeniem powstają także przy parafiach diecezjalnych. Jest oczywiste, że służymy także kierownictwem duchowym, indywidualną rozmową i sakramentami każdemu, kto jest w potrzebie.

 

KAI: Mnogość tytułów, jakimi opisywana jest Matka Boża może przytłaczać. Jak dobrze rozumieć i przeżywać duchowość maryjną?

– Bez wątpienia należy ciągle podkreślać, że Maryja jest oczywiście jedna. Są tacy, którzy niestety spierają się o to, które z objawień jest lepsze czy bardziej skuteczne. A to błąd. Maryja jest Królową Nieba i Ziemi, jest też Matką Kościoła, czyli każdego z nas. I właśnie dlatego dobrze by było, aby każdy wierzący znalazł swój własny sposób na relację z Maryją. Może odmawiać różaniec, może nosić szkaplerz, może pielgrzymować do różnych sanktuariów, a może po prostu swoimi słowami z Nią rozmawiać i powierzać Jej swoje sprawy. A dlaczego warto? To bardzo proste. Chyba każdy z nas kocha swoją ziemską mamę – okazuje jej wdzięczność, miłość, szacunek za trud wychowania i wszystkie poświęcenia, jakie poniosła. Tak samo jest z naszą Matką Niebieską – niech każdy sobie znajdzie swój sposób na to, by okazać jej swoją miłość i oddanie. Nie ma znaczenia, co to będzie. Tu chodzi przede wszystkim o miłość.

 

KAI: Co z osobami, którym – mimo szczerych chęci – ciężko zaakceptować kult Matki Bożej?

– Tym, którym trudno jest zrozumieć osobę Matki Bożej, polecam postawę dziecka. Zachęcam, aby powierzyć Maryi swoje sprawy, także tę trudność z zaakceptowaniem Jej. Jestem pewien, że w taki sposób najszybciej przekonają się, że Matka Boża nie chce odbierać Jezusowi należnej Mu czci i szacunku, ale robi wszystko, by każdy człowiek jeszcze bardziej kochał Jej Syna.

Maryja przyniosła nam największą łaskę, jaką możemy sobie wyobrazić. Dała nam Chrystusa. Właśnie z tego powodu nazywana jest „pośredniczką”. Ona nadal chce nam udzielać kolejnych łask, dlatego zachęcam: jak dzieci proście Matkę o pomoc, a otrzymacie to, czego potrzebujecie.

 

KAI: Na pewno Ojciec spotkał się z wieloma świadectwami związanymi ze szkaplerzem. Któreś z nich szczególnie Ojcu zapadło w pamięć?

– Najpierw powiem, że ja sam czuję opiekę Matki Bożej. Tego się nie da opisać żadnymi słowami, ale proszę mi wierzyć, że jestem pewny Jej opieki w moim życiu kapłańskim i zakonnym. Pamiętam też historię, która wydarzyła się w Truskolasach. Siostry Karmelitanki Dzieciątka Jezus mają tam swój dom. W latach 60. XX wieku, w czasie Wielkiego Postu w tej miejscowości wybuchł pożar. Ponieważ większość domów była drewniana, ogień bardzo szybko się rozprzestrzeniał i szedł wprost na dom Sióstr oraz na drewniany kościół. Wtedy jedna z sióstr, s. Genowefa, ściągnęła swój szkaplerz, rzuciła w miejsce, do którego zaraz miał dotrzeć ogień i zawołała „Maryjo, ratuj!”. I ogień po prostu się zatrzymał. Ludzie po dziś dzień opowiadają o tym wydarzeniu i przekazują tę historię kolejnym pokoleniom.

Ja sam wiele razy nakładałem szkaplerz żołnierzom, którzy wyjeżdżali do Afganistanu. Przyjeżdżali do Czernej całymi rodzinami i przyjmowali szkaplerz. Czy ocaleli na wojnie? Tego nie wiem. Na pewno ten akt oddania się Matce Bożej był wołaniem o Jej opiekę i pomoc. Ale podkreślić trzeba, że przyjęcie szkaplerza nie oznacza lekkiego i bezstresowego życia. Kiedy Maryja objawiła się Szymonowi Stockowi, obiecała, że uratuje dusze przed pójściem do piekła. I przede wszystkim tak należy rozumieć tę opiekę.

 

KAI: Rok 2001 okazał się przełomowym momentem dla nabożeństwa szkaplerznego.

– Tak. Była to 750 rocznica objawienia się Maryi i podarowania nam szkaplerza. Z tej okazji papież Jan Paweł II napisał list apostolski Providentialis gratiae eventus, w ten sposób podkreślając znaczenie „szaty Maryi” nie tylko dla naszego zakonu, ale dla całego Kościoła powszechnego. W tym liście podkreślił dwie prawdy. Jedna mówi o tym, że Maryja jest naszą opiekunką zarówno w tym życiu jak i w chwili śmierci. Druga z prawd podkreśla, że nabożeństwo do Matki Bożej powinno trwać w życiu chrześcijanina nieustannie: „(…) nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny nie może ograniczać się tylko do modlitw i hołdów składanych Jej przy określonych okazjach, ale powinna stanowić “habit”, czyli nadawać stały kierunek chrześcijańskiemu postępowaniu, opartemu na modlitwie i życiu wewnętrznym poprzez częste przystępowanie do sakramentów i konkretne uczynki miłosierne co do ciała i co do duszy” – tak pisał Ojciec Święty. Warto dodać, że on sam od młodości nosił szkaplerz i wielokrotnie o tym wspominał.

 

KAI: W tym roku obchodzimy setną rocznicę objawień w Fatimie. W wydarzeniach sprzed stu lat pojawił się pewien karmelitański akcent.

– To prawda. W ostatnim objawieniu fatimskim, 13 października 1917 roku, Maryja objawiła się pastuszkom, będąc ubraną w habit karmelitański. S. Łucja, jedna ze świadków objawień wielokrotnie podkreślała, że właśnie przez to objawienie Maryja chciała nam pokazać, że różaniec i szkaplerz są nadal aktualne i bardzo potrzebne. Podkreślał to biskup da Silva, ordynariusz diecezji Leiria, który mówił, że szkaplerz jest integralną częścią orędzia fatimskiego. Warto żyć tą pobożnością, warto bliżej poznać „szatę Maryi”, a przez Matkę Najświętszą zbliżyć się jeszcze bardziej do Chrystusa.


Rozmawiała Karolina Krawczyk / KAI

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Grzegorz Kleszcz: Siła wewnętrzna jest ważniejsza niż siła fizyczna

– To triumf ducha nad materią sprawiał, że podnosiłem ciężary kiedy byłem skrajnie wyczerpany. Byłem w wielu sytuacjach, w których bez pomocy Pana Boga nie dałbym rady – mówi Grzegorz Kleszcz, Mistrz Polski, mistrz świata juniorów i akademicki mistrz świata w podnoszeniu ciężarów, trzykrotny olimpijczyk.

Grzegorz
Kleszcz
zobacz artykuly tego autora >
Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Grzegorz Kleszcz: Siła wewnętrzna jest ważniejsza niż siła fizyczna
– To triumf ducha nad materią sprawiał, że podnosiłem ciężary kiedy byłem skrajnie wyczerpany. Byłem w wielu sytuacjach, w których bez pomocy Pana Boga nie dałbym rady – mówi Grzegorz Kleszcz, Mistrz Polski, mistrz świata juniorów i akademicki mistrz świata w podnoszeniu ciężarów, trzykrotny olimpijczyk.

Paweł Kęska: Być silnym. Co to znaczyło dla ciebie, kiedy podnosiłeś pierwsze ciężary?

Grzegorz Kleszcz: Miejsce, w którym się wychowywałem pod Wrocławiem, było specyficzne. Dużo się działo niedobrego i wokół było dużo przemocy. “Być silnym” znaczyło “przetrwać, nie bać się i sprawić, żeby to inni bali się mnie”. Im dłużej trenowałem, tym większy miałem szacunek, a zacząłem już kiedy miałem 11 lat.

 

Dlaczego akurat podnoszenie ciężarów?

Chciałem być bardzo silny, startować na zawodach, mieć dres z napisem Polska, z orzełkiem. Marzyłem o tym. Widziałem też kolegów, którzy trenowali i po prostu wzbudzali mój respekt.

 

Pamiętasz kiedy pierwszy raz stanąłeś na podium?

Tak, oczywiście. Kiedy miałem 14 lat zostałem mistrzem Polski juniorów. Stałem na podium ze złotym medalem. To było niesamowite. Potem były coraz wyższe trofea, coraz więcej sukcesów a był moment, że lawinowo wygrywałem wszystko, biłem rekordy Polski, byłem też mistrzem Polski.

 

…czyli najsilniejszy człowiek w Polsce

Tak. Tak jest (śmiech)

 

Mazurek Dąbrowskiego grał dla Ciebie kiedy zostawałeś akademickim mistrzem świata…

Tak. Sam ten moment jest jak jakiś sen na jawie… wielka radość, duma, trudno to w ogóle opisać. Taki  naprawdę młody chłopak, po przejściach, i nagle…

 

A pierwszy wyjazd na olimpiadę? To jest coś czego nigdy nie doświadczę…

Na olimpiadach byłem trzy razy, a moje pierwsze igrzyska były w 2000 r. w Sydney. Chociaż z igrzysk nie przywiozłem medali – to było jak bajka. Ja nawet nie rozumiałem do końca co to znaczy. Pobyt w takim miejscu jak wioska olimpijska, kontakt z najlepszymi  sportowcami z całego świata i gdzieś tam się zaczyna takie bratanie. W wiosce olimpijskiej wszyscy są równi. Mnóstwo wspomnień. Sam start na igrzyskach olimpijskich jest niesamowitym doświadczeniem, do dzisiaj pamiętam szczegóły a minęło przecież już 19 lat.

 

Co się w Tobie zmieniło kiedy już zostałeś mistrzem?

Poczucie wartości, którego zawsze mi brakowało – miałem go znacznie więcej. Chociaż w międzyczasie wpadałem w kłopoty. Pakowałem się w niepotrzebne awantury to z trenerami, to z polskim związkiem… spokój rzadko gościł w moim sercu. Trafiłem w środowisko sportowców, i o dziwo, tam był alkohol, imprezy, narkotyki. Kultura hip-hopowa w tym czasie była mocno promowana, w wielu tekstach zachwalano używki. Byłem znany, zarabiałem pieniądze i nawet nie zdawałem sobie sprawy, że zmierzam w złym kierunku. Mimo to, trzeba było rano wstać, pójść na trening, obozy, kontrola, trenerzy.

 

 

Na tym obrazie pojawia się jeszcze jedna rysa – posądzenie o doping…

Tak. To było w najważniejszym momencie, po mistrzostwach świata, i jako człowiek wiary mogę powiedzieć, że byłem czysty. Nie ukrywam, że nie były mi obce substancje, które powodowały że szybciej wypoczywałem, że szybciej leczyłem kontuzje, natomiast ten moment był dla mnie szokiem… Wyrok – dyskwalifikacja. Kiedy otrzymałem tę informację – straciłem na chwilę świadomość. Nie da się opisać jakie to było przykre.

 

Jak spotkałeś Boga?

On zawsze był koło mnie. Miałem dziadka, który mnie prowadzał do kościoła za rączkę, mama to samo, ojciec mnie przepytywał jaka była w kościele ewangelia, byłem ministrantem. Tylko, że to były pozory. A później wszedłem w ten wiek młodzieńczy… Ale tak naprawdę Pana Boga spotkałem w 2012. To zmieniło moje życie.

 

Ale jak to się stało?

Już byłem po zakończeniu… przygody ze sportem… Bardzo trudny moment. Gdzieś tam jeszcze próbowałem startować, ale to nie było to… Pracowałem w dużej firmie, miałem odpowiedzialne stanowisko, przytłaczało mnie to wszystko, nie mogłem się odnaleźć. W tym czasie pracowałem na noce. Dorabiałem jako pracownik ochrony na dyskotekach, byłem bodyguardem. Budowałem dom, miałem kredyt. Nawet nie wiedziałem, że popadam w jakieś długotrwałe przygnębienie.

 

Człowieka dociska do ściany…

Dokładnie, dociska do ściany. Ale ja tak mocno walczyłem żeby mieć dom, rodzinę, podświadomie bardzo tego pragnąłem. Natomiast domu, tego prawdziwego, nie było – w sensie duchowym, miłości.

 

Czyli żeby go zbudować siła nie wystarczy…

Nie.

 

I wkracza Bóg…

Tak. Moja żona pojechała z koleżankami na rekolekcje. Tak się zaczęło, potem mnie zaprosili na kolejne rekolekcje, z Ojcem Jamesem Maniakalem. Pamiętam, byłem akurat po nocnej zmianie.

 

Co tam było takiego, co cię zaskoczyło?

Siła. Ojciec James mówił z wielką siłą, z mocą, była w jego głosie, w jego słowach, wsłuchałem się w nie bardzo mocno. Kulminacyjnym momentem było wylanie Ducha Świętego. Zobaczył mnie ktoś z ekipy posługującej i powiedział: “O, ty będziesz dobry do łapania ludzi” bo kiedy Ojciec się nad nimi modlił to oni padali jak kłody. Ale kurcze, ja chciałem, żeby on położył na mnie ręce, a mnie tu znowu do roboty zaprzęgli… no ale dobrze, takie osoby wysokie, ciężkie, duże trafiały na mnie. No i przechodziłem nad leżącymi w tym błogim stanie, uśmiechniętymi, z bijącym blaskiem z twarzy, i byłem pod wrażeniem, ale nie mogłem tego objąć tak po ludzku… Zrozumiałem, że Bóg nie mógł do mnie dotrzeć przez konwencjonalne działania, żebym uwierzył… Ale wreszcie mnie dotknął.

 

Czyli rewolucja…

Tak. Ja w tym czasie byłem zamotany w przeróżne rzeczy, w lewacką literaturę, w ezoterykę, i miałem już często koszmary nocne. Po rekolekcjach, po wylaniu Ducha Świętego, wróciłem z dyskoteki po nocy, położyłem się do łóżka i poczułem obecność czegoś złego. Tak jakby to stało obok mnie i próbowało wywołać koszmary. Poczułem, usłyszałem wręcz fizyczne warknięcie. Tak jakby to doszło do mnie i stanęło przed barierą. Potem spałem spokojnie. Na drugi dzień, pamiętałem to doskonale, czułem, że jestem już chroniony. Dopuściłem do siebie działanie pana Boga, Ducha Świętego

Zobaczyłeś siebie w nowym świetle…

Tak. Ale to co zobaczyłem, nie było tylko dobre. Dzisiaj widzę, że próbowałem się skrzywdzić i nie wiedziałem tego. Wykorzystywałem sławę, kupę pieniędzy, robiłem sobie relaks po ciężkich zawodach. Włóczyłem się nocami po klubach, uwikłałem się w wiele złych rzeczy, nieczystość… Miałem też problemy z alkoholem, z pornografią. To zostawia ślad.

 

Ale taka świadomość może człowieka dobić. Nie ma siły, jest słabość… 

Tak. Tu wkracza Bóg. Było wiele rzeczy z którymi kompletnie sobie nie radziłem, a znikły z dnia na dzień. Z dnia na dzień! Wcześniej nawet nie byłbym wstanie pomyśleć, że mogę już więcej nie wchodzić na strony pornograficzne, czy nie używać narkotyków. Miałem też skłonności do wybuchów nerwowych i potrzebę imprezowania. To było dla mnie niepojęte. Teraz mam piękny ogród i lubię w nim siedzieć i odpoczywać…

Ciężar rośnie, natomiast widzę, że Pan Bóg daje mi siłę, uzdalnia mnie do  działania. Były bardzo ciężkie momenty. Bałem się rodzicielstwa, bałem się, że sobie nie poradzę – ale chciałem. Modliłem się.

Jak zaczęło wtedy wyglądać twoje życie?

Zacząłem regularnie chodzić do kościoła, przyjmować komunię świętą, spowiadać się, modlić na różańcu. To był w ogóle szok dla moich znajomych. Coś jest nie tak, że ja do jakiejś sekty może trafiłem (śmiech), ktoś mi zrobił może jakieś pranie mózgu… Pewien ksiądz mi powiedział – „jeżeli myślisz, że Pan Jezus zrobi z twojego życia sielankę to się bardzo mylisz, On wywróci twoje życie do góry nogami”. I tak było. Pierwszą książkę o Duchu Świętym, zatytułowaną „Eureka” – o. Jamesa Maniakala – czytałem całą noc, na zmianie, w firmie produkującej opakowania do papieru ksero. Czytałem pomiędzy obchodami i pracą, a rano mnie zwolnili (śmiech). Myślałem, że to mi się jeszcze śni, dostałem właśnie kredyt i od razu  straciłem pracę.

 

Nie przestraszyłeś się takiej drogi?

Ciężar rośnie, natomiast widzę, że Pan Bóg daje mi siłę, uzdalnia mnie do  działania. Były bardzo ciężkie momenty. Bałem się rodzicielstwa, bałem się, że sobie nie poradzę – ale chciałem. Modliłem się. Michał jest dzieckiem wymodlonym, począł się zaraz po rekolekcjach… potem pojawiła się Jagoda, też wymodlona. Od razu po urodzeniu było z nią coś nie tak. W drugim dniu życia miała operację na nowotwór. Koszmarne momenty, ale też wielkie wsparcie modlitewne, próba wiary. Jagódka ma się bardzo dobrze, chociaż potem była jeszcze druga operacja. Otaczali mnie święci: Jan Paweł II, siostra Faustyna, a także grupy modlitewne – w międzyczasie wstąpiłem do wspólnoty modlitewnej. A po „Strefie Mocy” – rekolekcje, które prowadzi Witek Wilk – poczęły się bliźniaki – Mikołaj i Miron.

 

Jaką misję dostałeś od Boga?

Bardzo mnie  umacniały czyjeś świadectwa więc pomyślałem, że ja też będę dawał ludziom taką nadzieję, wiarę którą mam w sobie. Pan Bóg mówi „darmo dostaliście, darmo dawajcie, nie chowajcie światła” i ja staram się świecić. Naprawdę nigdzie się nie pcham, ale bywam w różnych miejscach. W kościołach, spotykam się z młodzieżą, jeżdżę na rekolekcje, bywam w centrum neuropsychiatrii – tam rozmawiam z dziećmi bardzo poturbowanymi przez życie. Gdzie mnie Pan Bóg powołuje, tam się staram być – „Grzegorz, słuchaj chłopaku masz tam pojechać i zrobić show” (śmiech) – przepraszam, że tak mówię, ale też trzeba o Panu Bogu opowiadać ciekawie i mocno, prawda?

Często modlę się bardzo mocno do Pana Jezusa, żeby zajął się wszystkim i naprawdę, dzień który się wydaje nie do pokonania kończy się pięknie.

Co to dziś dla Ciebie znaczy być silnym?

Mam wrażenie, że siła wewnętrzna jest o wiele ważniejsza niż siła fizyczna. Wielokrotnie tego doświadczyłem, nawet na pomoście podczas zawodów. To triumf ducha nad materią sprawiał, że podnosiłem ciężary, kiedy byłem skrajnie wyczerpany. Byłem w wielu sytuacjach, w których bez pomocy Pana Boga nie dałbym rady, choćby wtedy, kiedy On wyrwał mnie z ciemności. Moc wewnętrzna jest fundamentem, Duch Święty. Człowiek może być niepełnosprawny, może być w trudnym położeniu, po ludzku bez wyjścia, a Pan Bóg sprawia, że z tego wychodzi obronną ręką ku zdziwieniu wrogów, oprawców. Moje życie nie wyglądało dobrze, a jednak Pan Bóg był silniejszy.

 

A gdyby czytał to ktoś, kto idzie przez życie zygzakiem i upada, to co byś mu powiedział?

Nigdy, ale to przenigdy się nie poddawaj, bo nie ma takiej studni, która by nie miała dna i takiej nocy, która nie zakończyłaby się świtem, także odwagi bracie. I przytul się do Pana Boga do Matki Bożej, proś, błagaj o siłę, o światło Ducha Świętego, a wyrwą cię z tego. Często modlę się bardzo mocno do Pana Jezusa, żeby zajął się wszystkim i naprawdę, dzień który się wydaje nie do pokonania kończy się pięknie. Kiedyś taki młody człowiek właśnie w centrum neuropsychiatrii zapytał mnie „Ale jak mam oddać Panu Bogu życie? Jak ty to rozumiesz?” rozumiem to tak, że Pan Bóg ci niczego nie zabierze. Ale on lepiej wie, co jest dla nas dobre. Dlatego trzeba się przede wszystkim modlić o zaufanie.

 

To powiedział Grzegorz Kleszcz, mistrz!

(śmiech) Bóg jest wielki! Amen!

 


 Wywiad Pawła Kęski z Grzegorzem Kleszczem ukazał się na antenie Radia Warszawa.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7



 

 

Grzegorz Kleszcz

Mistrz Polski, mistrz świata juniorów i akademicki mistrz świata w podnoszeniu ciężarów. Trzykrotny olimpijczyk.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Paweł Kęska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Grzegorz
Kleszcz
zobacz artykuly tego autora >
Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >