„Już trzy pokolenia znalazły drogę na nasze małe wzgórze”. 80-lecie Taizé

- Każdego wieczoru w kościele, po wspólnej modlitwie, wraz z braćmi jesteśmy do dyspozycji tych wszystkich, którzy chcą porozmawiać w cztery oczy. I uderza mnie wyrażana przez wielu z nich głębia pragnienia duchowego - mówi Brat Alois, przeor Taizé. W wywiadzie dla watykańskiego dziennika „L’Osservatore Romano” opowiada o tym, co zmieniło się w utworzonej przed 80. laty Wspólnoty z Taizè oraz o wyzwaniach świata w obliczu kryzysu zdrowia publicznego związanego z pandemią koronawirusa.

Polub nas na Facebooku!

Charles de Pechpeyrou (L’Osservatore Romano): Taizé obchodzi w tym roku 80-lecie swojego istnienia. Czy może nam Brat powiedzieć, co się zmieniło – a co nie – we wspólnocie między rokiem 1940 a 2020?

Brat Alois: W 1940 roku brat Roger sam realizował plany utworzenia wspólnoty. Dziś jest nas setka braci. To wielka zmiana. Ponadto co roku przyjmujemy także tysiące ludzi młodych ze wszystkich kontynentów i jest to kolejna wielka ewolucja, która także i dziś nas zadziwia. To, co się jednak nie zmieniło, to serce naszego powołania. Kiedy brat Roger przybył do Taizé w sierpniu 1940 roku, sytuacja na świecie bardzo różniła się od dzisiejszej. Jednakże jego pierwsza intuicja pozostaje głęboko aktualna: wprowadzenie życia duchowego, poszukiwania Boga tam, gdzie istnieją rozdarcia świata. Wówczas była to kwestia przyjęcia uchodźców – zwłaszcza Żydów – podczas II wojny światowej. Dziś nadal przyjmujemy w Taizé uchodźców, a niektórzy z naszych braci mieszkają w małych wspólnotach w miejscach szczególnie bezbronnych we współczesnym świecie. W latach, które nastąpiły po powstaniu wspólnoty, pierwsi bracia, którzy dołączyli do Brata Rogera, żyli z pracy na roli, w bardzo prostych warunkach. Dziś nadal zarabiamy na życie własnymi rękoma, na różne sposoby, nie przyjmując darowizn, podarunków czy spadków. Inspiruje nas nadal Reguła, którą nasz Założyciel napisał na początku lat pięćdziesiątych: odnotował w niej istotne uwagi duchowe, jakie adresował do swoich braci. Wśród nich wyodrębniłbym dwie: pragnienie bycia obecnym w naszym czasie, będąc zawsze czujnymi na wezwania, jakie kieruje do nas Ewangelia; oraz poszukiwanie jedności wśród chrześcijan, nie jako celu samego w sobie, ale jako świadectwa Ewangelii, a także jako czynnika pokoju dla całej ludzkości. Natomiast nigdy nie zmieniła się regularność naszej wspólnej modlitwy, trzy razy dziennie, pomimo że zmieniły się jej formy wyrazu, zwłaszcza poprzez tak zwane śpiewy z Taizé.

 

Inny aspekt sprawia mi radość: kiedy młodzi ludzie tłumaczą mi, że przybyli dzięki sugestii rodziców czy dziadków, czasem nawet razem z nimi. Trzy pokolenia, które znalazły drogę na nasze małe wzgórze, to nas porusza.

W jaki sposób wyraża się wymiana opinii między różnymi pokoleniami, które były i są obecne we Wspólnocie?

We Wspólnocie przeżywamy na co dzień ten dialog między pokoleniami: między braćmi starszymi, którzy przybyli do Taizé sześćdziesiąt czy nawet siedemdziesiąt lat temu, a młodszymi, którzy w większości nie znali Brata Rogera. Istnieją oczywiście znaczne różnice. Jesteśmy bardzo wdzięczni pierwszym pokoleniom, które potrafiły towarzyszyć zmianom we Wspólnocie, na przykład w przyjmowaniu młodych lub w modyfikacjach liturgicznych. Z pielgrzymami powstaje rzecz jasna piękna platforma dialogu: co tydzień najliczniejsza jest młodzież, ale są też dorośli, rodzice z dziećmi, osoby starsze. Między nimi jest wiele wymiany myśli i ten wymiar spotkania wydaje mi się bardzo ważny. A potem inny aspekt sprawia mi radość: kiedy młodzi ludzie tłumaczą mi, że przybyli dzięki sugestii rodziców czy dziadków, czasem nawet razem z nimi. Trzy pokolenia, które znalazły drogę na nasze małe wzgórze, to nas porusza.

 

Spotkania papieża

Spotkanie Brata Rogera z Janem Pawłem II

 

Do nas należy podążanie u boku młodych i pomaganie im w nawiązaniu więzi z wiarą. Często oczekują od Kościoła mocnych słów w tych sprawach.

Jak udaje się w Taizé zachować ciągłość przez lata, podczas gdy inne ruchy zrodzone po wojnie zdają się z upływem czasu gasnąć?

My sami, jako pierwsi jesteśmy zadziwieni tą ciągłością. Nie wiem, jak to wyjaśnić, ale postrzegam ją jako jedną z najpiękniejszych rzeczy, jaką pozostawił nam Brat Roger: na przestrzeni wszystkich przemian, jakie zachodziły z pokolenia na pokolenie, zawsze nalegał, aby trzy modlitwy wspólne pozostały w centrum spotkań młodych, a z drugiej strony zawsze wzywał nas, abyśmy byli przede wszystkim ludźmi, którzy słuchają uczestników tych spotkań. Nigdy nie chciał tworzyć zorganizowanego ruchu, sugerując raczej, aby Taizé pozostawało miejscem w którym przebywa się krótko i idzie dalej, żeby czerpać ze źródeł wiary. Każdego wieczoru w kościele, po wspólnej modlitwie, wraz z braćmi jesteśmy do dyspozycji tych wszystkich, którzy chcą porozmawiać w cztery oczy. I uderza mnie wyrażana przez wielu z nich głębia pragnienia duchowego. Dziś wydaje się, że dla młodych pokoleń wiara jest często związana z konkretnym zaangażowaniem. Z drugiej strony, najmłodsi są bardzo świadomi kwestii ekologicznych. Nie tylko o nich mówią, ale chcą podjąć konkretne zaangażowanie, aby ocalić środowisko. Dlatego do nas należy podążanie u ich boku i pomaganie im w nawiązaniu więzi z wiarą. Często oczekują od Kościoła mocnych słów w tych sprawach.

 

Nigdy naszym celem nie będzie stawanie się wielką instytucją. Zamierzamy natomiast pozostać małą wspólnotą, w której więzy braterskie mają pierwszeństwo przed wszystkim innym.

Piętnasta rocznica śmierci Brata Rogera, zamordowanego 16 sierpnia 2005 r. przez niezrównoważoną kobietę, obchodzona była również kilka dni temu w Kościele Pojednania w Taizé. W jaki sposób jego duchowe i ludzkie dziedzictwo jest zawsze obecne?

To prawda, te dwie rocznice są dla nas wielką okazją, aby podziękować za życie i pracę naszego założyciela. Nie jest to kwestia spoglądania wstecz, ale wspólnego cieszenia się z wszystkich owoców, które jego życie nadal przynosi. Jeśli chodzi o Kościół, jego najważniejszym wkładem pozostaje niestrudzone dążenie do jedności. Od samego początku brat Roger pragnął umieścić poszukiwanie jedności w centrum wspólnoty, aby doświadczyła jedności zanim będzie o niej mówiła. Także dzisiaj bracia, którzy dorastali w różnych Kościołach, a teraz żyją pod tym samym dachem, starają się antycypować przyszłą jedność. Jedność rodziny ludzkiej była główną ideą, troską, która naznaczyła całe życie Brata Rogera. Po drugiej wojnie światowej pojawiła się pilna potrzeba: pojednania między podzielonymi narodami. Chociaż problemy oczywiście się zmieniły, uważam, że ważność jedności naszej ludzkiej rodziny pozostaje nadal zadaniem pilniejszym niż kiedykolwiek. Trzeci wkład pozostaje bardzo aktualny: świadectwo, że nie ma sprzeczności między życiem wewnętrznym a solidarnością, lecz przeciwnie, głęboka więź. Jak powiedział prawosławny teolog Olivier Clément, młodzi z Taizé mogą dokonać tego zaskakującego odkrycia: nic nie jest bardziej odpowiedzialne niż modlitwa. Wreszcie, w obrębie wspólnoty Brat Roger nalegał na życie braterskie: chciał, abyśmy byli jednym ciałem, aby wyrazić „przypowieść o komunii”. Cieszę się, że nadal żyjemy posilając się tą intuicją. Nigdy naszym celem nie będzie stawanie się wielką instytucją. Zamierzamy natomiast pozostać małą wspólnotą, w której więzy braterskie mają pierwszeństwo przed wszystkim innym.

 

Jak Wspólnota z Taizé i wasza strona internetowa musiały się zreorganizować w obliczu pandemii koronawirusa? Jakie działania zostały podjęte? Jak się dostosowaliście?

My, bracia, w celu ograniczenia ryzyka zarażenia od początku zostaliśmy podzieleni na osiem ośrodków, co pozwoliło nam odkryć na nowo życie braterskie w inny sposób. Był to jakby rok szabatowy, przeżywany wspólnie. Musieliśmy dostosować się do tej bezprecedensowej sytuacji na wiele sposobów. Konkretny przykład: gościmy w Taizé trzy rodziny jazydów, a jeden z braci pomógł dzieciom odrobić ich zadanie domowe (podczas kwarantanny wszystko trzeba było czynić online). Gościnność leży u podstaw tego, czym chcemy żyć jako Wspólnota i dlatego bardzo trudno było z niej zrezygnować w połowie marca, kiedy zaczęła się kwarantanna. To zachęciło nas do podjęcia różnych inicjatyw za pomocą internetu, w szczególności do transmisji na żywo modlitwy z Taizé każdego wieczoru, a także weekendu „w sieci”, który zgromadził około czterystu młodych ludzi. Program obejmował rozważania biblijne, dzielenie się w małych grupach wirtualnych, warsztaty. Informacje zwrotne były pozytywne i w ostatni weekend sierpnia przedstawimy drugą podobną propozycję. Od połowy czerwca przywrócono przyjęcia w Taizé i podjęto szereg działań w zakresie ochrony zdrowia, aby zapewnić wszystkim maksymalną ochronę. Jesteśmy w ścisłym kontakcie z władzami cywilnymi, aby dostosować nasze dyrektywy do zaleceń sanitarnych. Młodzi wykazują się wielką odpowiedzialnością w tej trudnej sytuacji, jaką wszyscy przeżywamy.

 

"Let us be guided by the truth, humility and joy of Christ!" ✝️In the final evening prayer of this meeting Brother…

Opublikowany przez Taizé Wtorek, 31 grudnia 2019

 

Co Brata najbardziej niepokoi z powodu kryzysu zdrowia publicznego związanego z koronawirusem?

Przede wszystkim cierpienia, których doświadcza tak wiele osób: stwierdzenie choroby, śmierć ukochanej osoby, samotność wielu ludzi. Istnieją bardzo bolesne konsekwencje, którym będziemy musieli stawić czoła, czy to gospodarcze, społeczne, czy także psychologiczne. Myślę tu na przykład o dzieciach, które od miesięcy nie były w stanie uściskać swoich dziadków. Kolejną rzeczą, która mnie martwi, jest pokusa zamknięcia się w sobie. Mam szczerą nadzieję, że jedność i solidarność przeważą nad oskarżeniami, które pojawiają się tu i ówdzie: nie byłoby nic bardziej bezużytecznego niż poszukiwanie kozłów ofiarnych, na których zrzucano by odpowiedzialność za pandemię. Nieustannie modlę się o to, aby zwyciężyła jedność.

 

W obliczu kryzysu Covid-19, jak Taizé może pomóc w podtrzymaniu nadziei, podczas gdy społeczeństwo jest łodzią, nabierającą wody ze wszystkich stron?

Wszyscy jesteśmy na tej łodzi. A my nie mamy gotowych odpowiedzi. Musimy zawsze wracać do źródła naszej nadziei, którym jest zmartwychwstanie Chrystusa. W Ewangelii ostatniego słowa nie mają zapowiedzi apokaliptyczne, lecz ostateczną perspektywą jest zmartwychwstanie. Rozbudzenie tej nadziei poprzez osobistą modlitwę, ale także poprzez nasze celebracje: to nam pomoże stawić czoła rzeczywistości, a nie ją osładzać. Trzeba także podkreślić wszystkie gesty solidarności i oznaki nadziei, które pojawiły się w tym trudnym okresie. Jestem pod wrażeniem wszystkiego, co słyszę na ten temat. Od marca otrzymaliśmy bardzo mocne ważne przesłania od niektórych z przyjaciół, na przykład z północnych Włoch, wyjaśniające, jak ta solidarność została wprowadzona w życie. Inny bardzo niedawny przykład pochodzi z Libanu, kraju tak bardzo boleśnie doświadczanego, z którym czujemy się ściśle związani: po straszliwych eksplozjach w porcie w Bejrucie, wiele rodzin zjechało z okolicznych wzgórz i gór, aby pomóc w usunięciu gruzów i przyjąć rodziny, których domy zostały zniszczone. Są w Europie narody i politycy, którzy stawiają na większą solidarność: chcemy ich wspierać. Daje to nadzieję na większe braterstwo między krajami, a także między różnymi kontynentami. Tak, głęboko wierzę, że ogromna większość ludzi pragnie braterstwa. A to jest dobry czas, by umocnić te aspiracje. W encyklice Laudato si’, papież Franciszek podkreśla konieczność „dojrzewania silniejszych i sprawnie zorganizowanych instytucji międzynarodowych” (n. 175). To prawda: wirus nie zna granic, ale nie zna też granic pragnienia solidarności i braterstwa.

 

Wśród wielu młodych istnieje prawdziwy lęk przed przyszłością. Niektórzy z nich cierpią z powodu rosnących nierówności, których skutki widoczne są już w szkole.

Co młodzi z Taizé mówią i myślą o kryzysie zdrowia publicznego, o kryzysie gospodarczym i społecznym związanym z Covid-19?

Chciałbym wspomnieć o pewnych obawach, które czuję, kiedy z nimi rozmawiam i które są związane nie tylko z obecną pandemią. Wśród wielu młodych istnieje prawdziwy lęk przed przyszłością. Niektórzy z nich cierpią z powodu rosnących nierówności, których skutki widoczne są już w szkole. Jak powiedziałem wcześniej, zauważam też ze strony młodych pokoleń silne zapotrzebowanie na zmiany w obliczu kryzysu klimatycznego. Pamiętam na przykład rozmowę, która miała miejsce pewnego wieczoru w naszym kościele z młodym portugalskim wolontariuszem, który zwrócił moją uwagę na rosnące zaangażowanie wielu młodych w kwestie ochrony środowiska. Jego zachęta, podobnie jak innych młodych ludzi idących w tym samym kierunku, dało w ostatnich miesiącach początek refleksji ekologicznej w Taizé, gdzie młodzi są siłą napędową. Prawdopodobnie stoimy w obliczu prawdziwego nawrócenia: uproszczenia wszystkiego, co można w naszym sposobie życia, bez czekania na narzucenie zmian z góry. Pamiętając jednocześnie, że prostota nigdy nie oznacza braku radości, ale może raczej zbiegać się w czasie z duchem świętowania. Wydaje mi się, że Kościół ma do odegrania ważną rolę w przekazywaniu tych wartości, które pochodzą bezpośrednio z Ewangelii.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Marianna Kolbe. Kobieta, która wychowała świętego

Marianna chciała budować życie własnymi siłami, według własnych planów, a Pan Bóg i tak poprowadził wszystko swoimi drogami. W końcu zrozumiała, że to nie ona jest panią losu swojego i swoich bliskich, że Bóg z każdym ma własną relację. Z Natalią Budzyńską, autorką książki Matka męczennika, kulturoznawcą i dziennikarką Przewodnika Katolickiego rozmawia Lidia Molak.

Polub nas na Facebooku!

Lidia Molak: Dlaczego zajęła się Pani postacią Marianny Kolbe?

Natalia Budzyńska: W biografiach św. o. Maksymiliana jego rodzina jest przedstawiana dość powierzchownie. Kiedy zaczęłam zagłębiać się w życie Marianny Kolbe, ucieszyłam się, że to była naprawdę zwykła rodzina, wcale nie idealna. Szczególnie Marianna okazała się osobą bardzo ciekawą.

 

Czyli jaką?

Bardzo doświadczoną przez życie. Pod wpływem tych doświadczeń kształtowała się również jej wiara – od bardzo infantylnej po bardzo dojrzałą, choć Pana Boga do końca nazywała „Bozią”. Miała silną osobowość, nikt nie był w stanie się jej sprzeciwić.

 

Otoczenie ją ceniło?

Wspomnienia są pełne szacunku.

 

Szacunku do niej samej czy do niej jako matki o. Maksymiliana?

Owszem, była kojarzona z synem: rozwijał się Niepokalanów, Rycerz Niepokalanej był bardzo popularnym pismem… Ale felicjanki, u których spędziła w Krakowie ostatnie 30 lat życia, podkreślały jej dobroć, odpowiedzialność, opiekuńczość, pracowitość, pokorę, rozmodlenie.

 

Opowiedzmy o jej rodzinie.

Marianna Dąbrowska pochodziła z rodziny prostych robotników, tkaczy ręcznych ze Zduńskiej Woli, wtedy nazywanej „miastem tkaczy”. Ojciec nawet nie potrafił pisać. Dzieci nie chodziły do szkoły, były uczone przez matkę i pomagały rodzicom w ich warsztacie. Było biednie i pobożnie, z wyraźnym rysem maryjnej pobożności. Marianna chciała być zakonnicą. Nie wiem skąd się wzięło to jej pragnienie, bo w Zduńskiej Woli nie było klasztoru, a ona nigdzie nie wyjeżdżała i nie miała kontaktu z mniszkami. Bardzo ważny był dla niej ideał czystości, mówiła często: „Wolałabym umrzeć, niż wyjść za mąż”. A jednak Marianna znalazła kawalera, Juliusza Kolbego, który nie dość, że nie pił i nie palił, to jeszcze chodził na pielgrzymki do Częstochowy. Pobrali się i urodziła mu pięciu synów, z których dwóch najmłodszych wcześnie zmarło. Kolbowie przeprowadzali się kilka razy. Krótko mieszkali w Łodzi czasu „ziemi obiecanej” – zresztą w tym samym czasie co oni mieszkał tam Reymont, zbierający materiały do swojej powieści. Potem przenieśli się do Pabianic, gdzie pracowali w fabryce. Robotnicy uważali ich za „święte małżeństwo”. Oboje należeli do III zakonu św. Franciszka. Żyli bardzo skromnie, bo uważali, że dobra doczesne są zagrożeniem dla zbawienia. Juliusz nawet zrezygnował ze swojej części spadku po rodzicach.

A jednak Marianna swoich marzeń nie porzuciła. Nie wiem, czy namówiła swego męża, czy wyszło to od niego, ale kiedy chłopcy mieli po kilkanaście lat, Juliusz napisał żonie zwolnienie ze ślubów małżeńskich, pozwalając jej, by odeszła i poświęciła się w pełni służbie Bogu. Zanim się to stało, przez kilka lat co roku odnawiali śluby czystości, żyjąc jako białe małżeństwo.

 

Marianna doświadczyła więc wszystkiego, czego może doświadczyć kobieta: małżeństwa, bliskości z mężczyzną, macierzyństwa i życia w klasztorze.

Ale nie jako zakonnica. Okazało się, że oświadczenie męża nie wystarczy, by mogła nią zostać, choć bardzo się o to starała i starał się także o. Maksymilian. Jej mąż też szukał miejsca dla siebie przy klasztorach, nawet je znajdował, ale szybko okazywało się, że to nie dla niego. Nie odnajdywał się w takim życiu. W ten sposób, jeszcze przed czterdziestką, Juliusz został bez domu, bez żony, bez synów, którzy wówczas już wszyscy trzej byli w nowicjacie u franciszkanów. Bardzo tęsknił za nimi wszystkimi. Jego listy są naprawdę rozpaczliwe. Ostatecznie zaginął nie
wiadomo gdzie, udawszy się na poszukiwanie najstarszego syna, który zbiegł z klasztoru na wojnę w 1914 r. wraz z sześcioma innymi klerykami. A Marianna, tak jak chciała, żyła przy klasztorze i obserwowała życie swoich synów – którzy również realizowali jej pragnienia.

 

A jednak jeden się zbuntował.

Najstarszy, który od początku był planowany przez rodziców na księdza. Franciszek, czyli brat Walerian. Najpierw został żołnierzem, a potem
się ożenił, czego Marianna nie zaakceptowała do końca życia. Nie akceptowali tego również jego bracia. W swoich listach o. Maksymilian snuje wizje, że Franciszek wróci jeszcze do zakonu i że do zakonu pójdzie również jego żona i córka. Marianna zaś miała żal do Franciszka, że opuścił klasztor – uważała, że z niego uciekł. 

 

Rodzina Kolbów była bardzo patriotyczna, chowała synów w duchu wolnej Polski

Ale Franciszek nie opuścił przecież zakonu z powodu przyszłej żony.

Nie, po prostu doszedł do wniosku, że nie chce być zakonnikiem. Pociągało go inne życie. Rodzina Kolbów była bardzo patriotyczna, chowała synów w duchu wolnej Polski i trudno się dziwić, że kiedy zaczęła się wojna, kiedy pojawiła się szansa na niepodległość, młody mężczyzna rwał się do wojaczki. Zresztą i Maksymilian miał na to ochotę; sam pisał, że gdyby nie był w tym czasie w Rzymie, to kto wie… Franciszek dotarł z legionami aż na Węgry, został tam ranny, był w szpitalu. Doświadczył wojny, walk na bagnety, także braterstwa broni. A skoro tego posmakował, to trudno sobie wyobrazić, że wróciłby do zakonu, do którego najwyraźniej nie miał powołania. Potem walczył w II wojnie światowej jako żołnierz AK i zginął w Auschwitz.

 

Czy Franciszek miał wcześniej swobodny wybór drogi życiowej?

Bracia Kolbowie chodzili do gimnazjum we Lwowie przy klasztorze franciszkańskim, do nowicjatu wstąpili mając po 15, 16 lat. Marianna izolowała ich jako dzieci od rówieśników. Mieli siedzieć w domu, chodzić do szkoły, do kościoła, uczyć się, modlić; chór kościelny i owszem, ale już biegać po podwórku – nie bardzo. Była niezadowolona, kiedy szkoła handlowa, do której chodzili Franciszek i Rajmund, stała się koedukacyjna. Myślę, że o. Maksymilian przejął od matki trochę tego lęku przed kobietami. Wyrażał się o nich – podobnie jak matka – „baby”.

 

Był jeszcze jeden syn.

Józef, w zakonie brat Alfons. To też ciekawa postać. Beniaminkiem pozostał właściwie do końca życia. Żył zresztą niedługo, zmarł koło trzydziestki z powodu za późno rozpoznanego zapalenia wyrostka. Również został franciszkaninem, był nawet przez jakiś czas przeorem w Niepokalanowie, kiedy o. Maksymilian, zawsze konkretny, niezależny, pojechał do Japonii. Brat Alfons – bardzo wrażliwy, zależny od emocji matki, jej nadopiekuńczości, piszący wiersze, miał duży wkład w tworzenie Niepokalanowa i Rycerza Niepokalanej. Niestety, zbyt mało się go wspomina.

 

Na ile o. Maksymilian został ukształtowany przez matkę, rodzinę?

Niewątpliwie te osoby miały wielki wpływ na to, kim się stał. Ale ja wyraźnie widzę jego późniejszą drogę jako zupełnie samodzielną. Szczególnie lata wojny postawiły go w sytuacji, w której wykazał wierność samej istocie chrześcijaństwa i ducha franciszkańskiego. Niepokalanów stał się dzięki niemu miejscem, gdzie pomoc mogli otrzymać wszyscy bez wyjątku potrzebujący, również liczna grupa Żydów z Wielkopolski. Wszystkim tym ludziom o. Maksymilian udzielał pomocy aż do granic swego wyczerpania. Wszystko postawił na jedną
kartę. To, jak się skończyło jego życie, było następstwem tego, jak żył i Komu ufał.

 

Maksymilianowi udało się skutecznie i w porę przeciąć pępowinę. Wiedział, jaki jest jego cel, i do niego dążył. A jego niechęć dotyczyła nadmiernego afektu matki, sieci, jakimi próbowała go osaczyć. Odrzucił relację, która tak naprawdę jest niszcząca, bo zagraża wolności młodego człowieka.

Patrząc na jego relację z Marianną, myślę o słowach Jezusa, że kto nie ma w nienawiści matki i ojca, nie może być Jego uczniem.

Maksymilianowi udało się skutecznie i w porę przeciąć pępowinę. Wiedział, jaki jest jego cel, i do niego dążył. A jego niechęć dotyczyła nadmiernego afektu matki, sieci, jakimi próbowała go osaczyć. Odrzucił relację, która tak naprawdę jest niszcząca, bo zagraża wolności młodego człowieka. Sądzę jednak, że Maksymilian był wolnym człowiekiem.

 

Jak jego niezależność przyjmowała Marianna?

Tęskniła za nim, jak to matka. Ale on miał już własne życie, własną drogę, własną rodzinę franciszkańską, i był tego całkowicie świadomy. Ona w listach między wierszami robiła mu wyrzuty, że jej nie odwiedził, kiedy przejeżdżał przez Kraków, że nie wyszedł do niej, kiedy ona odwiedziła go w Niepokalanowie.

 

Jak przeżyła jego śmierć?

Bardzo mocno. Przyznała się później, że zwątpiła w dobroć Boga, miała do Niego wielki żal, że zabrał jej syna, i to w taki sposób, że ona nawet nie wie, gdzie jest pochowany – a przecież, mówiła – on był tak oddany Bogu i należało mu się coś innego. Ale ten bunt, który Marianna przeżyła, trwał tylko przez moment.

 

Sądzę, że Marianna zrozumiała, iż chciała budować życie własnymi siłami, według własnych planów, a Pan Bóg i tak wszystko swoimi drogami poprowadził.

Wspomniała Pani na początku, że wiara Marianny dojrzewała w jej cierpieniu.

Pod koniec życia napisała w liście do franciszkanów, do Niepokalanowa, że była niedoskonałą żoną i matką i że to, jacy byli jej synowie, nie było zupełnie jej zasługą. Myślę, że pisała szczerze – siedemdziesięciokilkuletnia kobieta, która przeżyła wszystkich synów, synową i zapewne męża, z których nikogo nie dane jej było pochować. Na jej pogrzebie nie było żadnej osoby z rodziny.

Sądzę, że Marianna zrozumiała, iż chciała budować życie własnymi siłami, według własnych planów, a Pan Bóg i tak wszystko swoimi drogami poprowadził. Zrozumiała, że to nie ona jest panią losu swojego i swoich bliskich, że Bóg z każdym ma własną relację. Myślę, że ona to faktycznie w końcu zrozumiała.

 

Dlaczego tak mało wiemy o Mariannie?

Zapytałabym raczej, dlaczego żaden z biografów św. Maksymiliana nie był gotowy, by opowiedzieć więcej o jego rodzinie. A przecież korzystali z tych samych materiałów, co ja. To mnie uderzyło, że ktoś może myśleć, iż nie jesteśmy gotowi przyjąć prawdy o rodzinie Kolbów. Tak jakby to coś ujmowało o. Maksymilianowi i jego świętości.

 

Może mamy tendencję do dwubiegunowości: albo idealizujemy, albo potępiamy?

Ale przez to dostajemy czasami tani, pięknie podkolorowany święty obrazek. A przecież to była rodzina autentyczna, ludzka, z krwi i kości. Popełniała błędy, jak każdy z nas. Jeśli w rodzinie tak dalekiej od ideału wyrósł święty – to dlaczego nie miałby wyrastać w mojej czy twojej rodzinie? I to jest dla mnie istotne pytanie. Nie jesteśmy doskonali. Mylimy się, bo jesteśmy tylko ludźmi, ale Boga w Jego szczodrości to nie ogranicza.

 

Tekst pochodzi z najnowszego numeru miesięcznika dla kobiet List do Pani.

Pismo ukazuje się od lutego 1993 r., a jego wydawcą jest Polski Związek Kobiet Katolickich. Miesięcznik poświęcony szeroko pojętej formacji religijnej, adresowany jest do kobiet, które pragną ogarnąć refleksją swoje życie i zadania wynikające z kobiecego powołania. Punktem odniesienia dla twórców pisma jest Ewangelia i nauczanie Jana Pawła II, Jego teologiczna wizja kobiety i jej zadań w misterium Stworzenia i Zbawienia. Wpisany w nurt tak pojętego nowego feminizmu „List do Pani” ukazuje niezwykłą rolę kobiety w rodzinie, społeczeństwie, w nowej ewangelizacji; upomina się o powszechny szacunek dla macierzyństwa, ojcostwa, rodziny, dziecka, o politykę prorodzinną; stara się wykazać, jak błędne i szkodliwe są postawy i ideologie zaprzeczające w pełni ludzkiemu i duchowemu rozumieniu rodziny, kobiety i dziecka.

Informacje o prenumeracie dostępne są na stronie internetowej miesięcznika.

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Copy link
Powered by Social Snap