video-jav.net
ROZMOWY

EDK – ludzie chcą czegoś więcej

Ekstremalne Drogi Krzyżowe w tym roku odbędą się w 246 miastach. Niektóry z nich wyruszą już w tym tygodniu, inne - w piatek przed Niedzielą Palmową. Do wyboru są 434 trasy. Jedną z nich jest jedna z najbardziej popularnych w Polsce EDK Dziemiany. Koordynuje ją s. Mirona Turzyńska, przełożona prowincjalna Sióstr Franciszkanek od Pokuty i Miłości Chrześcijańskiej, z którą rozmawiała Patrycja Michońska-Dynek

Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >
s. Mirona Turzyńska
s. Mirona
Turzyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W Wielki Piątek idziemy drogami krzyżowymi naszych miast. W każdy piątek spotykamy się rozważając Mękę Pańską w parafialnych kościołach. A  tu jeszcze Ekstremalna Droga Krzyżowa, która wydaje się trochę szalonym pomysłem.  

To jest wyjątkowa droga krzyżowa. Odbywa się od 9 lat w różnych miejscach na terenie Polski. Jej pomysłodawcą jest ks. Jacek Stryczek, znany ze Szlachetnej Paczki. Od dwóch lat EDK obecna jest również w naszej diecezji, pelplińskiej. Jest ona wielkim wyzwaniem. To forma duchowości przeznaczona dla ludzi, którzy pragną pewnych ekstremalności, pragną czegoś więcej. Jest to droga bardzo trudna – musi boleć. Przeżywana w samotności, w ciszy, na terenach odludnych, najczęściej na polach, w lasach – po to, by w swoich słabościach spotkać przede wszystkim Pana Boga. I żeby do tego momentu mogło dojść, człowiek musi być bardzo zmęczony, nie może już liczyć na własne siły. W tym granicznym momencie mówi: „Już nie mogę, Panie Jezu, teraz mi pomóż!”. Tegoroczna droga krzyżowa nosi nazwę „Droga Przełomu”. Najistotniejszy jest właśnie ten przełom, moment graniczny, kiedy dzieją się cuda. To decyduje o przyszłości mojej drogi – albo idę dalej albo się wycofuję. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że jeśli przełamię tę barierę , to jedno z najważniejszych wydarzeń w życiu. Można spotkać Boga i doświadczyć czegoś, co na normalnej drodze krzyżowej w kościele jest raczej niemożliwe.

 

To brzmi bardzo pociągająco od strony duchowej. Czy nie jest jednak tak, że zapisujemy się, bo to jest po prostu przygoda?

To działa także w ten sposób. Są osoby, które pragną wyzwań, chcą doświadczyć czegoś innego, pod osłoną nocy, chcą się sprawdzić. To prawda – nie zawsze element religijny jest obecny przy decyzji pójścia na tę drogę krzyżową. Ale jest to fenomen, że po przejściu jednej drogi ci, którzy szli, zachęcają kolejnych. Prowadzimy statystyki, z których wynika, że najlepszym promotorem jest ten, który sam uczestniczył. Kto autentycznie przeżył to wydarzenie, nie może i nie potrafi zachować tego doświadczenia tylko dla siebie. A dzieląc się – zachęca innych.

 

Gdzie Siostra przeżyła swoją pierwszą Ekstremalną Drogę Krzyżową?

Tutaj, na Kaszubach. Ksiądz Jacek Stryczek tak zachęcił mnie duchowością, ideą EDK, że zapragnęłam sama iść. Kiedy zobaczyłam, że na mapie Polski nie ma żadnej drogi w naszej diecezji, postanowiłam zebrać siostry, znajomych, wolontariuszy… Postanowiliśmy, że naszą drogę zorganizujemy do jedynej Kalwarii w diecezji pelplińskiej  – do Wiela.

 

fot Sławomir Dynek CogitoMedia

 

A współsiostry? Z dystansem czy zaangażowaniem podeszły do tego pomysłu?

Najpierw zapytały, co to za pomysł, żeby siostry biegały nocą po lasach… (śmiech) Tego jeszcze nie było! Ale widząc moje zaangażowanie i moją radość oraz ogromne zainteresowanie ludzi, przekonały się do tego projektu. Lokalna społeczność mnie zachwyciła – jak ogłosiliśmy trasę, którą chcemy przejść, w wioskach rozpoczęło się sprzątanie zupełnie jak na Boże Ciało. Drogi były zagrabiane, figury i krzyże ozdabiane, paliły się świece – byłyśmy bardzo wzruszone. W zeszłym roku razem ze mną z Orlika w drogę wyruszyło ponad 20 sióstr. W tym roku pójdzie nawet więcej.

 

Siostro, dla kogo jest ta droga krzyżowa?

EDK jest dla tych, którzy chcą poczuć wysiłek, zmagać się, są gotowi do przekraczania siebie, poczuć także, choć w małym stopniu cierpienie Jezusa. A to wymaga również dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. To jest bardzo duży wysiłek. Trzeba powiedzieć, że każdy krok zrobiony nocą pewnie bardziej kosztuje, niż w ciągu dnia.

 

Ale w grupie człowiek ma poczucie bezpieczeństwa. To nie jest samotna wędrówka.

Ale nie jest to także pielgrzymka. Nie śpiewamy. Idziemy w ciszy. Tak naprawdę każdy idzie sam. Przepisy drogowe mówią, że grupa nie może przekraczać 10 osób, więc idziemy w małych grupkach. I w milczeniu. W naszym przypadku to w sumie ponad 1100 osób, więc trudno mówić o całkowitej samotności. Mam świadomość, że obok mnie idą inni, ale w rzeczywistości idę sama, z osobiście zrobionym krzyżem. W zeszłym roku po zakończeniu dogi, jeszcze przez długi czas miałam w pamięci tę falę migających światełek.  W pewnym momencie odkrywa się, że to nie jest zwykły marsz, to nie jest sprawdzenie swoich możliwości fizycznych. To jeszcze nie jest takie oczywiste na pierwszej czy drugiej stacji. W połowie zaczyna do nas to docierać: „Panie Jezu to jest Twoja droga, Ty ją przeszedłeś i ja chcę Tobie towarzyszyć”. Ta droga ma sens, jak sens miała męka Jezusa. I przychodzi ten fenomenalny moment, kiedy czujesz obecność Jezusa na tej drodze.

 

Jak wyglądają stacje?

Każda droga w Polsce ma inaczej przygotowane stacje. Nasza droga jest oznakowana, a każda stacja to krzyż. Przy nim stawiane są znicze. Bardzo często są to przydrożne krzyże, ale zdarzają się zrobione przez  nas krzyże z drzewa brzozowego. Każdy uczestnik otrzymuje rozważania i rozważa je w ciszy. Przy kolejnych stacjach ludzie zatrzymują się, siadają, czytają i medytują.

 

fot Sławomir Dynek CogitoMedia

 

Trzeba się ciepło ubrać?

W tym roku idziemy trochę później, bo Wielkanoc jest w połowie kwietnia, więc będzie cieplej.  Rok temu miałyśmy -6 stopni. To jest jak z wyprawą w góry – trzeba mieć dobre buty, dobre skarpety, dobrą odzież termiczną, mogą być kijki do nordic walking, plecak. Nad ranem, kiedy człowiek zasypia na stojąco, jest zdecydowanie zimniej i warto mieć przy sobie jakąś zapasową koszulkę.

 

Czy w czasie marszu wypada coś zjeść albo wypić?

Myślę, że o tym każdy decyduje sam. Ja osobiście zabieram ciepłą kawę i coś do przegryzienia. Przychodzi taki moment, że człowiek musi się wzmocnić, żeby dojść do końca.

 

Kto powinien sobie odpuścić?

Osoby słabe fizycznie, które nie ćwiczą, nie chodzą, nie mają w sobie zgody na ból i zmęczenie. Ale poza tym jest to droga dla wszystkich. W zeszłym roku szły z nami osoby niewierzące. Idą też dzieci, ale pod warunkiem, że mają towarzystwo dorosłych. Najstarsza osoba, która z nami szła, miała 74 lata. Niesamowite jest to, że nasza mała wieś na Kaszubach, Dziemiany, gromadzi prawdziwe rzesze pielgrzymów. Wszystkie siostry z Orlika są zaangażowane, wielu naszych przyjaciół, media. Dajemy świadectwa w parafiach, wysyłamy zaproszenia, drukujemy plakaty i ulotki. Kaszubi mają taką piękną pobożność pasyjną. Stąd pewnie liczba uczestników, jedna z większych w Polsce – ponad 1100 osób. Tym się tu żyje. Ludzie chcą czegoś więcej i próbują swych sił. Świadectwo tych, którzy już przeszli Ekstremalną Drogę Krzyżową, pociąga następnych.

 

Patrycja Michońska-Dynek

Patrycja Michońska-Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
s. Mirona Turzyńska

s. Mirona Turzyńska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >
s. Mirona Turzyńska
s. Mirona
Turzyńska
zobacz artykuly tego autora >

“Modlitwa za więźniów to starożytna tradycja Kościoła”

Modlitwa za więźniów to starożytna tradycja Kościoła, którą znamy już z Dziejów Apostolskich - przypomina w rozmowie z KAI Massimiliano Signifredi, nawiązując do obchodzonego w Kościele w Polsce Dnia Modlitwy za Więźniów. Wspólnota Sant'Egidio, za którą odpowiada na terenie Polski, towarzyszy m.in. osobom uwięzionym.

Polub nas na Facebooku!

Dorota Abdelmoula (KAI): Czy towarzyszenie więźniom można uznać za jeden z obowiązków współczesnego chrześcijanina?

Massimiliano Signifredi: Tak. Więzień, to osoba, która przeżywa trudności, która popełniła błąd i z tego powodu została zamknięta w więzieniu. A chrześcijanie powinni okazywać bliskość takim osobom, mając w pamięci, że jest to jeden z uczynków miłosierdzia, opisany w 25 rozdziale Ewangelii wg św. Mateusza słowami: “byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie”.

 

W jaki sposób należy dziś wypełniać ten uczynek miłosierdzia?

Przede wszystkim poprzez troskę o to, by więźniowie nie byli pozbawiani ludzkiej godności. Bo w wielu przypadkach więzienia, to miejsca nieludzkie. Tak jest w Europie, ale przede wszystkim w biedniejszych krajach Afryki i Ameryki Łacińskiej, gdzie po wejściu do więzienia już się z niego nie wychodzi.

 

Zatem w jaki sposób “zwykły chrześcijanin” może pomagać osobom, które się tam znalazły?

Po pierwsze: modląc się za więźniów. To starożytna tradycja Kościoła. Pamiętamy już z Dziejów Apostolskich, że wspólnota jerozolimska spotykała się na modlitwie w intencji uwolnienia Piotra. Ale ważnym aspektem, który również należy docenić, jest towarzyszenie osobom uwięzionym. W więzieniach posługują oczywiście kapelani, ale jest też wielu wolontariuszy. My, jako wspólnota Sant’Egidio jesteśmy obecni w wielu więzieniach Afryki i Ameryki Łacińskiej.

Każdego tygodnia odwiedzamy ok. 20 tys. osadzonych. Chcemy zapewnić im towarzyszenie duchowe, np. poprzez katechezy, sakramenty, ale też działamy na rzecz humanizacji tych placówek: dostarczając jedzenie, ubrania, zapewniając pomoc medyczną i dając możliwość formacji zawodowej. Bo wiele więzień nie oferuje rehabilitacji, czyli pomocy, aby dana osoba, gdy już wyjdzie na wolność mogła zmienić swoje życie. Taka formacja polega na uczeniu zawodu, czy prowadzeniu kursów. Próbujemy też pomóc byłym więźniom ponownie odnaleźć się w społeczeństwie.

Staramy się tak działać we wszystkich krajach, w których jesteśmy obecni, choć szczególnie podkreślam naszą pracę w krajach afrykańskich i Ameryki Łacińskiej, ponieważ w Roku Miłosierdzia wszystkie nasze wspólnoty na świecie zbierały ofiary na pomoc więźniom z tych kontynentów.

 

Pamiętam, że także w Polsce młodzi, przygotowując się do ŚDM i realizując uczynki miłosierdzia, odwiedzali więźniów. Ale czy ten uczynek miłosierdzia odnosi się jedynie do tych, którzy fizycznie odsiadują wyrok?

Ludzie są pozbawiani wolności na wiele sposobów. Zniewoleniem może być uzależnienie np. od narkotyków, ale nałożenie kary więzienia jest konkretnym, fizycznym sposobem pozbawienia wolności. Także zachęta do tego, by nawiedzać więźniów jest bardzo konkretnym zaproszeniem, by odwiedzić osadzonych, choć oczywiście nie zawsze można to zrobić osobiście.

Piękny i prosty przykład dają nam kolejni papieże. Nie dalej jak wczoraj Franciszek odwiedził więźniów w Mediolanie, pamiętamy też liczne wizyty Jana Pawła II w więzieniach, czy historyczną wizytę Jana XXIII w rzymskim zakładzie “Regina Coeli”. Prosty gest pójścia na spotkanie z więźniem, rozmowy z nim, nawiązania przyjaźni – do tego powinniśmy zachęcać.

Także wymiana listów, to sposób okazywania człowieczeństwa. Np. we wspólnocie Sant’Egidio bardzo cenimy korespondencję pomiędzy osobami, które są na wolności i skazanymi na śmierć. To ekstremalna forma pozbawienia wolności, która kończy się pozbawieniem życia.

 

Co daje taka korespondencja?

Świadomość, że nie jest się samemu. Dla kogoś, kto jest w więzieniu, kto odsiaduje wyrok, osoba z która może porozmawiać, podzielić się swoimi uczuciami, zaprzyjaźnić się – to wielki dar. Obdarowana jest także osoba na wolności, która pisze listy. Każdy z nas może zostać pozbawiony wolności, a spotkanie z kimś, komu została wymierzona taka kara, jest wielką nauką.

Jednemu z byłych więźniów, z którymi się zaprzyjaźniliśmy, powierzyliśmy niesienie krzyża podczas 1 stacji Drogi Krzyżowej z papieżem na Błoniach w czasie ŚDM. Towarzyszyliśmy mu, gdy znalazł się w więzieniu i bardzo głęboko doświadczył Bożego Miłosierdzia.

Myślę, że to dobrze, że Kościół zachowuje tę piękną praktykę odwiedzania więźniów, modlenia się za nich, towarzyszenia im. Oni nie powinni być pozostawieni sami sobie, bo osoby osamotnione mają trudności z odnalezieniem wolności.

 

A jaka jest rola więźniów we wspólnocie Kościoła? Bardzo często społeczeństwo wyrzuca takie osoby na margines.

Miałem przywilej osobistego poznania wielu więźniów, zwłaszcza tutaj w Rzymie. I stąd wiem, że osoby osadzone mają wiele czasu na modlitwę i rzeczywiście: dużo się modlą. To osoby, które intensywnie czytają Słowo Boże.

Jako wspólnota odwiedzamy we Włoszech ok. 5 tys. osób w 43 więzieniach. Organizujemy dla nich katechezy, przybliżamy ich do sakramentów i widzimy tego wielkie owoce. Mogę śmiało powiedzieć, że wiele dzieł, które podejmujemy jako Sant’Egidio na świecie, kończy się powodzeniem, ponieważ towarzyszy im modlitwa więźniów.

Zdarza się też, że więźniowie z północnych Włoch, którzy mają szansę pracować zarobkowo, odkładają pieniądze, by przekazać je na pomoc więźniom w Afryce. Zatem więzień nie jest tylko osobą odrzuconą przez społeczeństwo. Jest osobą, która dzięki towarzyszeniu ma szansę powrócić i spłacić swój dług. Dlatego wierzymy w wielkie owoce pracy włożonej w humanizację więzień.

 

Ta humanizacja jest zatem obowiązkiem chrześcijańskim?

Z pewnością tak. Nie możemy zapominać, że wielu wielkich świętych Kościoła, a nawet Pan Jezus, przeszli przez więzienie. Musimy pamiętać, że każdy z nas może popełnić błąd, zrobić coś złego i znaleźć się w więzieniu. Dlatego Kościół, by nie utracić swojego człowieczeństwa, powinien być blisko każdego człowieka, także osadzonego.


rozmawiała Dorota Abdelmoula / Rzym