Czego Jezus nauczył się od swojej mamy?

– Jezus zapewne widział, jak Jego matka odnosi się do innych ludzi, jak ważna dla niej jest sytuacja krewnych, sąsiadów czy bliskich, kiedy trzeba było im pomóc. Nie ma wątpliwości, że o tych rzeczach mówiła Maryja i swoim przykładem napełniała mądrość Pana Jezusa – mówi bp Romuald Kamiński w rozmowie z Katarzyną Supeł-Zaboklicką.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czego Jezus nauczył się od swojej mamy?
– Jezus zapewne widział, jak Jego matka odnosi się do innych ludzi, jak ważna dla niej jest sytuacja krewnych, sąsiadów czy bliskich, kiedy trzeba było im pomóc. Nie ma wątpliwości, że o tych rzeczach mówiła Maryja i swoim przykładem napełniała mądrość Pana Jezusa – mówi bp Romuald Kamiński w rozmowie z Katarzyną Supeł-Zaboklicką.

wywiad jest fragmentem rozmowy, która ukazała się na antenie Radia Warszawa.


Katarzyna Supeł-Zaboklicka: Księże biskupie, jaka więź łączyła Matkę Boga z Bogiem? Pytam o ten związek właśnie ludzki. Jak ksiądz biskup myśli – czego Jezus mógłby się od Maryi, od swojej ziemskiej Matki nauczyć,  jak Ona Go ukształtowała?

Bp Romuald Kamiński: To niełatwe pytanie, ale powiedziałbym, że wszystkiego. Oczywiście my patrzymy w innych kategoriach. Ona towarzyszyła Mu w Jego codzienności. I trzeba wiedzieć, że On widział Ją modlącą się, widział Ją pracującą, widział Jej pokorę, widział, czy odczuwał Jej cichość. Po ludzku trzeba powiedzieć tak: On jako człowiek uczył się tego od matki. Pamiętamy, że był św. Józef i uczył się także od niego, ale te elementy, które wymieniłem, czerpał od matki.

Zapewne patrzył, jak Jego matka odnosi się do innych ludzi, jak ważna dla niej jest sytuacja krewnych, sąsiadów czy bliskich, kiedy trzeba było im pomóc. Zauważył, że cierpiała, widząc ich chorobę, niezaradność, różne potrzeby. To przecież dokładnie jedna z tych lekcji została zapisana w Ewangelii o Kanie Galilejskiej: “Synu, mają problem”. Ona doskonale wie, jest matką, gospodynią. Ale przede wszystkim jest osobą, której serce żywiej zabiło, bo pewnie zobaczyła twarze i jakiś lęk może u gospodarzy, może u nowożeńców: zaprosili tylu znakomitych gości, a tutaj sytuacja jest kompromitująca. My nie patrzmy na wino w perspektywie naszej tradycji. Tam to był pokarm i napój codzienny, świadczący o serdeczności, radości itd. Reagowania w takiej sytuacji Jezus się uczył od matki i potem kiedy nauczał rzesze ludzi, pytał apostołów: „Czy oni mają coś do jedzenia? Słuchają nas już tyle godzin, może nawet dni, a przecież oni mogą być głodni, mogą być zmęczeni”. Nie ma wątpliwości, że o tych rzeczach mówiła Maryja i swoim przykładem napełniała też mądrość Pana Jezusa.

 

I to była dobrze przyjęta i odprawiona właśnie przez Jezusa lekcja.

Tak też się dzieje i w naszym życiu. Gdybyśmy mieli dzisiaj dać nasze świadectwo, to byśmy mogli sporo mówić o takich bardzo cichych przykładach, za którymi być może nie stało żadne słowo uczonego pedagoga. Nieraz jest to dla nas interesujące, jak mama nas wychowywała. To zawiera w domyśle pytania: co mówiła, jak to formułowała itd.

 

… co by zrobiła teraz…

…a ja bym powiedział: nic ani nie mówiła, ani nie cytowała mądrości… Ona to robiła i to było tak przekonywujące, tak mocne, i tak w porę, że dziecko nie miało wątpliwości, że tak właśnie trzeba robić. Na tym polega geniusz pedagogiczny matki. Ojca także, ale dzisiaj mówimy o matkach.

Wydaje mi się, że dziś trzeba na to zwrócić uwagę bardzo konkretnie, bo jest tak, że mamy wielu nauczycieli – i nie mówię o pedagogach szkolnych, tylko o nauczycielach życiowych – ale brakuje świadków. Świadek nie musi wypowiadać słów, czasami nigdy ich nie wypowie, ale jego przykład, zaangażowanie, gest, słuszność w postępowaniu, przekracza największe, najmądrzejsze sformułowania pedagogiczne. I to jest ten element zauważalny u kochających, dobrych matek, że one są geniuszami przez kształtowanie swego dziecka, całego pejzażu jego życia bez słów – w ciszy.

 

Coraz więcej mówi się dziś o różnego rodzaju wspólnotach mężczyzn, którzy także swoje życie zawierzają Maryi, są to chociażby „Wojownicy Maryi”. Mężczyźni z krwi i kości pochylają się, trzymając w dłoniach różaniec i proszą właśnie Maryję o pomoc. Jak ksiądz biskup myśli, z czego to się bierze, że coraz więcej mężczyzn właśnie Ją prosi o pomoc i wsparcie?

Dopiero co miałem takie doświadczenie, bo 18 maja, wieczorem w Radzyminie przy nowo budującym się kościele św. Jana Pawła II zebrali się przedstawiciele tych wszystkich ruchów męskich: Rycerze Jana Pawła, Rycerze Chrystusa, Wojownicy Maryi, inicjatywa Męski Różaniec dla Warszawy… Jest siedem takich inicjatyw, które już jakoś rozpoznałem. Rzeczywiście jest to fenomen. Miałem nawet okazję, żeby ich trochę wypromować. To dzięki Radiu Warszawa i kanałowi internetowemu SalveNET ten sygnał poszedł szeroko.

Matka Boża jest najlepszą nauczycielką i gwarantem, że jeśli ją się poprosi się o pomoc, to Ona jest niezawodna. Myślę, że Polacy mają szczególne wyczucie tej sprawy. A dlaczego dziś jest taki zryw tych ruchów męskich? Nie jestem w stanie odpowiedzieć. Myślę, że jest to nowe odkrycie i nowa łaska do zagospodarowania.

Za sprawy wiary w swoich wspólnotach rodzinnych byli zawsze odpowiedzialni ojcowie. My dzisiaj, na przełomie XX i XXI wieku, nic z tego nie rozumiemy albo bardzo mało. Gdzieś to się w naszych głowach i sercu tak zlokalizowało i skupiło, że „przecież takimi rzeczami, to się mama zajmuje”. Tymczasem nie do końca.

Trzeba by było użyć tutaj słów Pana Jezusa: „Ale na początku tak nie było”. Kiedy patrzymy na sytuację napisaną na pierwszych kartach Pisma Świętego, to od samego początku nowonarodzone dziecię brał pod opiekę ojciec. To on prezentował je Bogu, brał za nie odpowiedzialność, jeśli chodzi o kształtowanie jego relacji z Bogiem. To czytelny sygnał. I tak będzie do końca świata. Myśmy gdzieś ten wątek właściwy zagubili i po linii najmniejszego oporu zrzucili to na barki mamy: ona niech tym się zajmie. Myślę, że potrzeba, żeby społeczeństwo zobaczyło modlących się mężczyzn. Ta myśl z resztą na przestrzeni wieków ciągle jest żywa. Będzie się dobrze działo, kiedy mężczyźni wezmą się za modlitwę.

 

Ale proszą o pomoc Maryję, właśnie Ją….

Bo ona jest pośredniczką wszelkich łask. Wróćmy znów do Kany. „Zróbcie wszystko cokolwiek Syn Mój Wam powie” – to jest ten przepis. Żeby nie pobłądzić, to zwracamy się do Maryi – Ty nas poprowadź, Ty pokieruj, Ty nam podpowiedz, Ty niezawodnie wiesz najlepiej co „na dzisiaj”, „na daną sytuację”, co na nasze możliwości i jak powinniśmy się zachować, co powinniśmy robić.

 

Dla mnie znaczący jest fakt, że wielcy Polacy; sługa boży kard. Stefan Wyszyński i św. Jan Paweł II także polecają się i proszą o opiekę Maryję, proszą o to wsparcie, „Totus Tuus”.

Ktoś mógłby powiedzieć: „no duchowni, to nie wypada inaczej”. Wspomnieliśmy o mężczyznach z krwi i kości, którzy idą przez codzienność nieraz w bardzo trudnych sytuacjach. To nie są ludzie, którzy na co dzień są jakoś mocno zaangażowani w sprawy wiary. Oni teraz stają się takimi. Odnajdują sens swego życia, męskości, ojcostwa, odpowiedzialności przez jednoczenie się na modlitwie, właśnie z różańcem i pod opieką Maryi. I muszę powiedzieć, że czasami są bezkompromisowi, bardzo zdecydowani, mają jasno w głowie poukładane co trzeba robić.

Wydaję mi się, że to wielka łaska Boża na te czasy.

 


CAŁOŚCI WYWIADU MOŻNA ODSŁUCHAĆ >> TUTAJ <<


Bp Romuald Kamiński – od roku 2007 ordynariusz diecezji warszawsko-praskiej. Po dwuletnim wikariacie w Otwocku posługiwał jako pełnił funkcję administrator Domu Arcybiskupów Warszawskich i referent w Sekretariacie Prymasa Polski. Był także kapelanem Prymasa Józefa Glempa. Jego biskupim zawołaniem są słowa „Sub Tuum praesidium” (Pod Twoją obronę).

 

fot. YouTube/The Church of Jesus Christ of Latter-day Saints

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

“Je-zu Dźi-du” czyli jak wierzą chińscy katolicy

Nie pytaj, czego mogą się od ciebie nauczyć katolicy w Chinach, ale czego ty możesz nauczyć się od nich! O tym, jak wierzą Chińczycy, czym mogą nas zainspirować i czego nauczyć rozmawiamy z ks. prof. Dariuszem Klejnowskim-Różyckim, profesorem Uniwersytetu Opolskiego

Dariusz Klejnowski-Różycki
Dariusz
Klejnowski-Różycki
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

"Je-zu Dźi-du" czyli jak wierzą chińscy katolicy
Nie pytaj, czego mogą się od ciebie nauczyć katolicy w Chinach, ale czego ty możesz nauczyć się od nich! O tym, jak wierzą Chińczycy, czym mogą nas zainspirować i czego nauczyć rozmawiamy z ks. prof. Dariuszem Klejnowskim-Różyckim, profesorem Uniwersytetu Opolskiego

Obchodzimy dziś Światowy Dzień Modlitw za Kościół w Chinach, w niedzielę papież wspomniał Matkę Bożą Królową Chin. Wyjaśnijmy może, kim jest Matka Boża dla chińskich katolików? Jak oni Ją rozumieją? 

Matka Boża nosi w Chinach tytuł Królowej, chociaż dokładniej w języku chińskim określa się Ją słowem “Cesarzowa”. Oczywiście nie w znaczeniu narodowym, jak u nas, choćby dlatego, że zaledwie 2 proc. Chińczyków to katolicy. Pamiętajmy jednak, że owe 2 proc. oznacza mniej więcej tyle osób, ile w ogóle mieszka w Polsce, kilkadziesiąt milionów. Kult Matki Bożej, mimo że nazywanej “Cesarzową” zupełnie nie jest związany z patriotyzmem. 

 

A z czym?

Bardziej z takim archetypem matki. Słowo Szen Mu jak określa się Maryję, oznacza w zasadzie “świętą matkę”. W Chinach macierzyństwo, w ogóle matka, to jest ktoś bardzo ważny, kochany, opłakiwany w razie śmierci. Wiadomo, że wszędzie na świecie macierzyństwo cieszy się szacunkiem, ale w Chinach jest to jednak silniejsze niż w Europie. 

 

Czy to ma tak jak w Polsce związek z ludowym pojmowaniem Maryi jako łagodnej Mamy, która chroni nas przed gniewem “surowego” Boga Ojca?

Odpowiem tak: jej kult niezwykle rozkwitł właściwie od razu w momencie ponownego dotarcia chrześcijaństwa do Chin, wraz z jezuitami, co miało miejsce w XVI – XVII wieku.  Wówczas Chińczycy jakby “rzucili się” na Matkę Bożą, w tym znaczeniu, że od razu otoczyli Ją wielką czcią, pobożność do Niej stała się bardzo popularna a Ją samą uważano wręcz za boginkę. Do tego stopnia, że Matteo Ricci – jezuita, któremu zawdzięczamy powtórną chrystianizację w Chinach – zaczął aż usuwać posągi maryjne czy obrazy, ponieważ obawiał się przeakcentowania kultu, przeniesienia boskości z Chrystusa na Jego Matkę. Rzeczywiście wyglądało to wtedy tak, że ludzie intuicyjnie woleli zwracać się do Niej, jako do osoby, która “może” więcej. 

 

Z czego to wynikało?

Na pewno częściowo z tego, o czym mówiłem wcześniej, czyli z kultu macierzyństwa w ogóle, ale też z estetyki. 

 

Estetyki?

Tak, zwróćmy uwagę, że Maryja zawsze w sztuce przedstawiana była jako piękna kobieta, a to jest niezwykle ważne dla Chińczyków. Naturalne więc, że – i do dziś to widzę – Chińczycy wolą na przykład obrazek z Matką Boską niż obrazek z Jezusem. To jest oczywiście takie zewnętrzne w formie, ale mocno widoczne w pobożności ludowej. Natomiast sama teologia chińska zupełnie nie idzie w kierunku Maryi, choćby z tego powodu, że tamtejsi teologowie opierają się na teologii niemieckiej, będącej pod wpływem protestantyzmu. W latach 50, 60, 70 ubiegłego stulecia, gdy w Chinach były już duże prześladowania, bardzo wielu tamtejszych teologów studiowało na niemieckich uczelniach, niemiecką teologię i jakoś to bardzo mocno wpłynęło na kształt teologii chińskiej. A w teologii pamiętajmy, Maryja jest zawsze Służebnicą Pańską, nigdy nie stoi w centrum. 

 

A jak z modlitwami do Maryi? Mają swoje czy raczej korzystają z naszych europejskich modlitw przetłumaczonych na chiński?

Korzystają głównie z naszych, a najpopularniejszy jest różaniec. Bardzo lubią modlić się na różańcu. Popularny jest też Pan Jezus Miłosierny, który przywędrował z Polski, od s. Faustyny. Ale też czymś bardzo ważnym w pobożności Chińczyków jest ruch pielgrzymkowy. I to niezależnie od wyznawanej religii, oni po prostu lubią pielgrzymować i bardzo cenią sanktuaria. Rozumieją je jako miejsce szczególnego błogosławieństwa. Dlatego tak popularne są wśród katolików sanktuaria Maryjne, do których Chińczycy podróżują kiedy tylko mogą, jak tylko nie są zamykani czy prześladowani.

 

Które jest najpopularniejsze?

To sanktuarium poświęcone Najświętszej Maryi Pannie Królowej Chin na górze Sheshan. Bardzo charakterystyczna dla niego jest rzeźba – figura Matki Boskiej, pochodząca jeszcze z czasów, kiedy chrześcijaństwo było bardziej prześladowane niż jest dzisiaj. Nie można było wówczas na kościoły zakładać krzyży, więc Chińczycy stworzyli taką rzeźbę Matki Bożej, w którą wpleciony jest krzyż. 

 

W jaki sposób?

Maryja, w tej rzeźbie młoda dziewczyna, trzyma sobie nad głową Dzieciątko Jezus, które ma rozłożone ramiona. I te ramiona Dzieciątka z daleka przypominają krzyż. 

 

 

Jest Chinką w tej rzeźbie?

Tak, jest Azjatką, ze skośnymi oczami i w tradycyjnym stroju chińskim. Ale nie powinno nas to dziwić, ponieważ wszędzie na świecie malujemy, rysujemy, przedstawiamy takie obrazy, które harmonizują z naszą kulturą.

 

W Polsce Maryja często jest góralką albo wiejską dziewczyną…

…a tam ma skośne oczy. Do tego bardzo często w przedstawieniach jest ubrana w tradycyjne stroje czasów dynastii Tang, która doprowadziła Chiny do rozkwitu. Na jej szatach są więc smoki, feniksy, czy inne elementy podkreślające Jej godność cesarską. Trzeba jednak zaznaczyć, że coraz częściej chińscy chrześcijanie idą w kierunku kopiowania malarstwa, rzeźby czy architektury świata zachodniego. Niektórzy nawet z tego powodu zarzucają im, że przejście na chrześcijaństwo jest dla Chińczyka zdradą własnej kultury. 

 

Jacy są tamtejsi katolicy?

Przede wszystkim jest to lud niesamowicie pobożny, spragniony wiary, ufający Panu Jezusowi. Widzę to w ich twarzach, ilekroć tam jestem, a i z Kościołem państwowym miałem kontakt, i z podziemnym. Gdyby Pani popatrzyła na ich twarze, na ich oddanie się Jezusowi! Ale to też taki lud uciśniony, sponiewierany. Nie mówię tylko o wielkich miastach, ale też o wsiach. Nieraz prowadziłem gdzieś rekolekcje i na przykład musiałem się ukrywać, przesadzano mnie z jednego samochodu do drugiego, żeby wywieźć w jakieś ukryte miejsce. I w tych wioskach widziałem takich prostych, kochających Pana Boga ludzi. To na mnie – Polaku – robi niesamowite wrażenie, ponieważ w naszym kraju mamy katolicyzm, chrześcijaństwo na wyciągnięcie ręki. Przez co często jesteśmy tacy roszczeniowi, uważamy dostęp do kościoła za coś oczywistego. A dla Chińczyków kościół to miejsce prześladowań, coś, o co trzeba zabiegać, co trzeba zdobywać. 

 

 

Jak chrześcijaństwo w ogóle dotarło do Chin? Mówiąc o jezuitach powiedział ksiądz, że to była powtórna chrystianizacja…

Chrześcijaństwo zanieśli do Chin w VII wieku misjonarze Kościoła Wschodu, głównie z terenów Persji czyli dzisiejszego Iranu, wyznający odmianę nestoriańską (nurt, który odłączył się od głównego Kościoła na soborze Efeskim – przyp. red.). To był wówczas bardzo dynamiczny Kościół, prawdziwa potęga światowa. Bardzo duża grupa ich misjonarzy dotarła do Azji, zarówno do Indii, jak i do Chin. I udało im się przekonać cesarza Chińskiego oraz jego następców, że chrześcijaństwo jest religią, która nie zagraża państwu, a nawet może państwo wspomóc. Z władzą więc problemu nie mieli, mieli zaś problem z obecnymi tam buddystami, którzy od razu zorientowali się, że chrześcijaństwo może wyprzeć buddyzm z Chin. Próbowali więc zrażać Chińczyków do tej wiary, wykorzystując na przykład fakt, że proszono ich o pomoc w tłumaczeniu chrześcijańskich słów na język chiński. A ponieważ jedno słowo można tam rozrysować różnymi znakami, wykorzystywali takie, żeby się źle kojarzyły. W zapis słów “Jezus” czy “Mesjasz” wpletli na przykład wizerunek zwłok albo szczury. Teraz widzimy to wyraźnie w tekstach, które zostawili po sobie pierwsi chińscy chrześcijanie.

 

Co wybrzmiewa w tych tekstach?

Widzimy tam przede wszystkim, co uznawali za najważniejsze do wyjaśnienia, a co pomijali. 

Wyjaśniali czym jest chrześcijaństwo, czym jest Trójca Święta, chrzest czy Eucharystia. To są niesamowicie pouczające teksty, które mogą nawet nas dziś bulwersować, bo widzimy w nich próby wyjaśnienia prawd wiary za pomocą mitologicznych pojęć. No ale pisali w taki sposób, żeby przemówić do tego ludu.

 

I jak wyjaśniali na przykład Trójcę Świętą? O ile to nie jest temat rzeka…

To jest temat rzeka, ale spróbuję krótko. W Europie, aby wyjaśnić pojęcie Trójcy Świętej musieliśmy wypracować pojęcie “osoby”. Teraz to dla nas oczywiste pojęcie, ale na początku chrześcijaństwa tak nie było. Podobnie w Chinach. Tylko, że w Chinach nie znano pojęcia osoby. Nie można więc było powiedzieć, że Trójca Święta to trzy “osoby”. Pożyczono więc pojęcie z buddyzmu. Wyraźnie to widać w tych pierwszych tekstach z VI wieku. Osobę opisali po chińsku znakiem oznaczającym “awatar”. Dla nas to pewnie brzmi gorsząco, gdy słyszymy “Chrystus jest awatarem”, ale u nich to oznacza po prostu pewną formę objawienia się Pana Boga, w której Bóg się jakoś konkretyzuje. To jest jeden z pomysłów. Później zetknęli się w Chinach z europejskim pojęciem “osoby” i jakoś to przyswoili, ale to nie jest ich genetyczne. To nie jest coś, co wyrosło z ich kultury. Jest sporo dla nas zaskakujących określeń w owych pomnikach chrześcijańskiej literatury, np. Księgi Biblijne, to są po prostu “Sutry”, Duch Święty – to “Czysty Wiatr”, wiara-nadzieja-miłość to “Brama Trzech Cnót”. Trójcę określili jako “Nasza Troista Jedność”. Ponadto starożytne teksty zapisane są w archaicznej, sugestywnej formie, dopuszczającej bardzo wiele możliwości tłumaczenia. 

 

Ma tu pewnie znaczenie też konstrukcja ich języka, prawda?

Ma podstawowe znaczenie, ponieważ język chiński nie jest językiem definicyjnym, tak jak języki europejskie; jest to język obrazów, nie liter. Jest więc trochę jak mgła, w którą się wchodzi i nie widać jej granic. Aby cokolwiek wyrazić, trzeba używać jakichś metafor. Każdy znak rozpoznaje się zaś tak, jak my rozpoznajemy czyjąś twarz. Zawsze mnie to śmieszy jak ktoś mówi “o tak wygląda moje imię po chińsku, ktoś mi przetłumaczył”. To nie jest takie tłumaczenie, jak zapis innymi literami. Przecież te znaki coś definiują, coś oznaczają. I to jest coś bardzo inspirującego odkryć, jak oni zapisują na przykład “Jezus Chrystus”.

 

Jak zapisują?

耶稣基督 “Je-zu Dźi-du”, a formie zlatynizowanej piszemy Yesu Jidu. Każdy znak tu coś oznacza. Ten pierwszy znak, to nie jest coś, co my tylko widzimy, ale to jest też coś, co ma brzmieć radośnie. Widzimy tam też kogoś, kto jest synem. Do tego owo “je” pochodzi od Jahwe, żeby pokazać że Jezus Synem Jahwe. W tym dźwięku jest “ucho”, “obwarowane miasto”. To wszystko w tym pierwszym znaku! Drugi znak “zu” oznacza “zmartwychwstały”, ale też jest tam pokazane kiełkujące ziarno, ryby. Następny “dźi-du”, czyli “Chrystus”. “Dźi” oznacza fundament, ale też widzimy tam “ziemię”, “taboret z koszem” na przykład na owoce. No i “du” to jest znak bardziej złożony, znaczy “doglądający”, w tym znaku widzimy element oka i zebrany jakiś groszek, fonetycznie będzie też coś z kontrolowaniem, kimś na przykład pilnującym owiec. I te wszystkie elementy w jednym “je-zu-dźi-du” naraz do Chińczyka mówią. 

 

A co słyszymy w imieniu Matki Bożej? Jak zapisują Jej imię?

Mówią i “Maryja” i “święta matka”. Matka Boża ma w tym znaku coś z bezmiaru oceanu. Zawarty tam znak “Szen” oznacza świętość, ale jest też takim znakiem bardzo rozbudowanym. Jest tam ktoś, kto słucha, ktoś kto mówi i ktoś kto łączy niebo z ziemią. 

 

 

Czyli Maryja to w języku chińskim ktoś, kto słucha, kto mówi, kto łączy niebo z ziemią? Przepiękne! I bardzo inspirujące dla nas – katolików europejskich. 

Takich elementów, których możemy od nich się uczyć czy inspirować jest więcej. W ogóle bardzo ubolewam nad tym, że tak niewiele się w Kościele w Polsce interesujemy wiarą w Chinach, raczej myślimy w kategoriach “co my możemy im dać”, niż “czego możemy nauczyć się od nich”. W księgarni w Pekinie jest cały dział z przetłumaczoną na chiński literaturą polską, jest i Kochanowski, i Mickiewicz, są współcześni autorzy. A co my w Polsce mamy chińskiego? 

 

Tanie produkty kiepskiej jakości i koronawirusa – pewnie taka padłaby u wielu osób spontaniczna odpowiedź…

Rzeczywiście, tak najczęściej myślimy. Ale jednak to nie wszystko. Jest przecież joga, którą tak wielu ludzi ćwiczy, są chińskie sztuki walki, na które posyłamy dzieci, aby się ruszały, jest medycyna chińska, jest feng shui. I katolicy w Polsce – choć nie interesują się Chinami – chcą wiedzieć, czy to jest bezpieczne? Czy zagraża opętaniem? Czy to nie jest bałwochwalstwo?

 

Wielu księży odpowiada, że jest…

Tak, ale to są ich prywatne opinie. Proszę zwrócić uwagę, że brakuje takiej jednoznacznej wykładni, co nauka Kościoła jako taka mówi o tych różnych elementach, które przywędrowały do nas z Dalekiego Wschodu. Ten problem będziemy się starali rozwiązać w powołanym właśnie do istnienia Instytucie.>> Do tego najczęściej w podejściu do tej materii dominuje lęk pomieszany z niewiedzą. A strach jest zawsze złym doradcą. Widzę to choćby w podejściu do feng shui. Nam się to wydaje myślenie magiczne, a to jest po prostu pewną formą architektury wnętrz czy krajobrazu, opisaną za pomocą mitologicznych bóstw. Odrzucamy to, ale z drugiej strony nie boimy się mitów greckich, nie mamy problemu z czytaniem o Zeusie i Herze, choć wiemy, że to postaci zmyślone a nie bóstwa. Tak samo Chińczycy. Używają feng shui, mówią o smokach czy żółwiach, ale nie w znaczeniu realnych bóstw, tylko jakiegoś kodu kulturowego. Tam chodzi o zasady dające komfort mieszkania, nic nadzywczajnego, my też to stosujemy, ale opisujemy zupełnie innym językiem. W teologii jest podobnie. Teologia chińska używa na przykład znaków pochodzących z taoizmu, konfucjanizmu czy buddyzmu, co nie oznacza bałwochwalstwa. W Chinach nie będzie nic dziwnego w tym, że chrześcijanin jest jednocześnie konfucjanistą. Konfucjanizm nie jest tam bowiem religią, tylko filozofią regulującą relacje społeczne. Mówi jak bardzo mam się pani ukłonić, a jak inaczej się mam ukłonić pani matce; jak mam usiąść przy stole, a jak absolutnie nie siadać. W tym też sensie “czczony” jest tam Konfucjusz, także przez chrześcijan. Nas to bulwersuje, ale jednocześnie nie bulwersuje nas, że kłaniamy się np. przed grobem Nieznanego Żołnierza, że salutujemy żołnierzom. Wiemy, że w tych gestach czy ceremoniach nie chodzi o religię, że to jest jakiś kod kulturowy. Tak samo w Chinach Konfucjusz i cześć mu oddawana.

 

Rozmawialiśmy o tym, że chińskie zapisy pojęć teologicznych mogą poszerzać nasze rozumienie wiary. Czy jest więcej takich rzeczy, które dzięki swej kulturze mają Chińczycy, a które mogłyby przydać się nam, katolikom z Zachodu?

Myślę, że inspirujące dla nas może być ich powiązanie cielesności z duchowością, w takim wymiarze ćwiczebnym. Wyraźnie to widać w tamtejszych sztukach walki, aikido, kung fu – wszystkie te sztuki mocno związane są z duchowością. W chrześcijaństwie Zachodu tego nie mamy, u nas raczej ciało traktowane było jako coś gorszego od duszy, odrębnego. Ćwiczenia cielesne nie były nigdy traktowane jako element modlitwy. Jak mówimy o zbawieniu, to o “zbawieniu dusz”. Trochę idziemy w kierunku manicheizmu, choć niby już wiemy, że ciało nie jest “złe”, ale tak podskórnie nie umiemy tego zintegrować. W Chinach to jest natomiast harmonia, cały człowiek. Dlatego też tam się nie mówi dużo o seksualności, bo to jest traktowane jako normalna dziedzina życia. Zresztą samo rozumienie słowa “harmonia” jest tam szersze, też moglibyśmy z niego skorzystać. My mówimy o “integracji”, a oni o “harmonii” rozumianej jako równowaga, jedność z innymi ludźmi, z otaczającym nas światem czy wszechświatem. Dopiero teraz papież Franciszek więcej zwraca naszą uwagę na to, że jesteśmy częścią boskiego dzieła Stworzenia, i że z naszej roli “panów stworzenia” nie wynika pozwolenie na to, że teraz swoją siłą i władzą przejadę jak walec po stworzonym świecie. 

 

A jest coś w ich kulturze i mentalności, co ciężko im przyjąć i pogodzić z chrześcijaństwem?

Może “pogodzić” to złe słowo, ale wymieniłbym tu spowiedź. Od zawsze mieli problem z naszą praktyką spowiedzi, wypracowaną w Kościele zachodnim. Pisania o tej praktyce unikali też wspomniani pierwsi chrześcijanie w Chinach. To spowodowane jest tym, że oskarżanie siebie przed innym człowiekiem jest dla nich nie do przejścia, nie do przyjęcia. Takie rozumienie wynika z ich antropologii, w której najgorsze, co może spotkać człowieka, to utrata “twarzy”, dobrego imienia. A czymś takim jest wyznawanie wobec innej osoby swoich win, grzechów. Jeśli ja objawiam wobec ciebie swoją niedoskonałość, niemoc, oznacza, że staję się nikim, tracę twarz. Skoro popełniłem jakieś zło, oznacza, że dla mnie nie ma już nadziei. To się może skończyć nawet samobójstwem.

 

I jak sobie Kościół z tym poradził? 

Nie poradził sobie właściwie, nadal jest ten problem. Ale sakrament pokuty nie jest centrum chrześcijańskiego doświadczenia, więc nie należy aż tak się tym martwić.

 

Czyli nie spowiadają się?

Spowiadają, ale dużo rzadziej niż my, raz, może dwa razy w roku. I jak już wyznają grzechy, to mówią tak ogólnie, co się ogólnie wydarzyło, bez wchodzenia w szczegóły. 

 

Misjonarze tam pracujący muszą zatem to wcześniej wiedzieć, żeby – zgodnie z naszą praktyką – nie dopytywać o szczegóły…

Z misjonarzami nie ma najmniejszego problemu, oni są teraz świetnie przygotowani i wiedzą takie rzeczy. Misjonarze to jest zresztą bardzo ciekawa grupa ludzi, często naprawdę mądrych i z dużym wyczuciem. Niejednemu polskiemu księdzu przydałoby się jechać na takie ekstremalne misje do Azji czy do Papui, żeby zetknąć się z tak odmiennymi od naszej kulturami. To potem daje więcej tego dystansu, uczy, że ludzie są różni, a Pan Bóg i tak dociera do nich swoimi drogami i to niekoniecznie w sposób, jaki ksiądz proponuje. To jest zawsze tajemnicą. Ale Pan Bóg jest wielki.

 

Ks. prof. Dariusz Klejnowski-Różycki wydał właśnie audiobook “Czy Bóg mówi po chińsku?” ze swoimi wykładami na temat duchowości Chin.

Czytelnicy Stacji7 mogą go pobrać z 20% zniżką (kod “shenxue20”) Audiobook można pobrać >>tutaj>>

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Dariusz Klejnowski-Różycki

Dariusz Klejnowski-Różycki

prezbiter diecezji gliwickiej, profesor Uniwersytetu Opolskiego, wykładowca teologii dogmatycznej, Dyrektor Instytutu Badań nad Teologią i Duchowością Dalekiego Wschodu, Rektor Śląskiej Szkoły Ikonograficznej

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dariusz Klejnowski-Różycki
Dariusz
Klejnowski-Różycki
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap