101 lat jestem Polakiem

101 lat temu Polska odzyskała niepodległość. Tego dnia na świat przyszedł Stanisław Michnowski, żołnierz Armii Krajowej, członek sodalicji Mariańskiej oraz profesor geofizyki. Z "Równolatkiem Niepodległej" rozmawia Paweł Kęska

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

101 lat jestem Polakiem
101 lat temu Polska odzyskała niepodległość. Tego dnia na świat przyszedł Stanisław Michnowski, żołnierz Armii Krajowej, członek sodalicji Mariańskiej oraz profesor geofizyki. Z "Równolatkiem Niepodległej" rozmawia Paweł Kęska

Przyszedł Pan na świat 11 listopada 1918 roku.
Szczerze mówiąc, urodziłem się w nocy, kilka godzin przed 11 listopada, czyli tak naprawdę jeszcze za caratu.

 

Liczyłem te lata… i z obliczeń wynika, że żył Pan około 50 lat w wolnej Polsce i tyle samo pod okupacją niemiecką i za komunizmu… czuje Pan lepiej niż my jaka to jest różnica.
Różnica jest ogromna… Nie trzeba walczyć, żeby szanować wolność, ale też jej się za darmo nie zyska. Trzeba wysiłku i to każdego człowieka. To nie jest takie łatwe.

 

Jak dbać o tę wolność i o Polskę?

Przede wszystkim trzeba ją rozumieć i coś o niej wiedzieć… trzeba się uczyć od kogoś, najpierw od rodziców i dziadków. Ja tak się uczyłem.

 

Może Pan opowiedzieć o Polsce? Pana ojciec jest jednym z ojców Niepodległości…

Dobrze. Ale zacznę od dziadka. Jestem wnukiem powstańca styczniowego. Mój pradziadek, Michał Michnowski, urodzony trzy lata przed ostatnim rozbiorem, wychowywany już w niewoli, miał sześciu synów. Czterech z nich walczyło z bronią w ręku w powstaniu styczniowym, między innymi mój dziadek Józef. Dziadek nie miał wyższego wykształcenia, ale przekazał memu ojcu Wawrzyńcowi to co miał – wychowanie i pamięć. Tego nie mogła dać rosyjska szkółka trzy i pół klasowa, gdzie po polsku nie wolno było mówić.

W całym kraju był straszliwy ucisk. Mnożyły szubienice, rozstrzeliwania, wywózki na Sybir. Nie wolno było mówić po polsku w urzędach, na kolei, ani na poczcie. Potęga carska sięgała od Wisły do Pacyfiku i nie było szans zwycięstwa. Jednak oni się poderwali do walki wbrew nadziei. Nie rozumiałem tego jeszcze nawet w 1939 roku, ale zrozumiałem w Powstaniu Warszawskim. Dziadek opowiadał, że były aresztowania, ja znam to oczekiwanie.

Za moich czasów to byli gestapowcy, a wtedy – Kozacy. Do domu weszli Kozacy, dziadek uchwycił jednego za kołnierz, pas, i w powietrzu przewrócił. A następny szablą rąbnął dziadka przez twarz, tak, że już do końca życia niósł szramę. Udało mu się wyrwać i wpaść w zaroślach koło domu. Babcia go odratowała. Ja pamiętam jeszcze, jak na podwórzu śpiewał pieśni powstańców styczniowych „Hej Strzelcy Wraz…”.

 

 

Kiedy trzeba walczyć ze złem siłą fizyczną, a kiedy wewnętrzną?

Stale trzeba walczyć. Przede wszystkim czuwajcie i módlcie się, bo zło jest przewrotne. Ten z ogonem jest dużo bardziej inteligentny od nas. Z nim dyskusja jest zawsze przegrana. Trzeba powiedzieć precz i koniec. A dziś ludzie się zapuszczają w otchłanie zła, to mamy to co mamy.

 

Opowie Pan o swoim ojcu?

Dziadek wychował dzieci i wnuki po Bożemu i po polsku. Wysyłał tacie do Odessy, gdzie tata odbywał służbę wojskową, polskie książki. On się tam uczył na pamięć cytatów z wieszczów narodowych – Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego. Mam takie bezcenne osobiste wspomnienie. Pod koniec życia, tata miał 95 lat, stał oparty o piec i mówił… że prawie całe życie codziennie powtarza modlitwę…

Kocham cię Chryste, żeś był nieszczęśliwy!
Że przecierpiałeś tu wszystko co boli,
że zniosłeś wszystko co tylko poniża,
Ty Bóg w kajdanach cielesnej niewoli,  
Ty Bóg, przez katów prowadzon do Krzyża
Ja Ciebie kocham Cię  – że Cię o tej chwili
Niebo odbiegło  – i ludzie zdradzili!
Ja Ciebie kocham –   żeś był przymuszony
Wołać do Ojca: „O jam opuszczony”
Ja Ciebie kocham za Twoje konanie,
I za śmierć więcej niż i za Zmartwychwstanie!

Napisał ją Zygmunt Krasiński. Skąd on się mógł jej nauczyć? Szkół polskich nie było, car tępił wszystko, co polskie… To opowiada może lepiej, niż to moje długie gadanie o duchu moich rodziców. Przez te ciągłe wywózki, pracę w kopalniach, przykuci do taczek, jak ci ludzie musieli przeżywać odzyskanie wolności! Kiedy już można było odetchnąć w 1918 roku.

 

 

Słowo wolność mocno tkwi w naszej świadomości. Słabiej z pojęciem „jedności”. Jak to było w roku 1918 roku?

W 1918 roku w Polsce zdarzył się cud. Józef Piłsudski był naczelnikiem państwa, miał autorytet, uznanie i władzę w kraju. A z drugiej strony Roman Dmowski był oficjalnym przedstawicielem Polski w Wersalu. Alianci uznawali Romana Dmowskiego za przywódcę państwa bo jemu podlegała Armia gen. Hallera. I teraz od porozumienia i zgody tych dwóch ludzi, a byli oni zaciekłymi przeciwnikami, nie tylko politycznymi ale i osobistymi, zależała przyszłość. Piłsudski jako redaktor „Robotnika”, pisma socjalistycznego tak okładał tego Dmowskiego, że aż nie sposób powtarzać.

A Dmowski w kulturalniejszy sposób, ale potrafił zimne takie szpile dawać. Poza tym rywalizowali o jedną kobietę i wygrał Józef. No i proszę sobie wyobrazić, że ten dumny szlachcic Piłsudski zwraca się do Dmowskiego: „Drogi Panie Romanie”, po tylu inwektywach „mam nadzieję, czy przekonanie..” tekst z pamięci mówię, „że dla dobra Najjaśniejszej Rzeczpospolitej zechce Pan to a to… uczynić” podpisano Józef Piłsudski Naczelnik Państwa. No Dmowski mógł odpowiedzieć różnie, prawda?

I co odpisuje Dmowski: „Szanowny Panie Naczelniku, może być Pan przekonany, że życzenie będzie spełnione” podpisano Roman Dmowski. Pamiętam te listy, mogę panu pokazać. Czy dzisiaj pan Tusk np. zwróciłby się tak do pana Kaczyńskiego? Albo odwrotnie? Ta jedność dała nam wolność, a dzisiaj, gdy od tej jedności zależy nasza przyszłość…? To są nadzwyczaj niebezpieczne procesy, ludzie, na litość boską… my cośmy przeżywali historię, co znamy dobrze tą przeszłość, alarmujemy „tak nie wolno!”

 

Egoizm prowadzi do nienawiści. Mamy z nią w Polsce problem.

Nienawiść jest zbrodnią, jest prawie równorzędna zabójstwu, bo ona do tego prowadzi. Nie wolno sobie na to pozwolić. I to co się dzieje w Polsce, budzi przerażenie.

 

 

Jak się przed nią bronić?

Jedyny ratunek to jest miłość Pana Boga. Z Niego, jak z wielkiego źródła, wypływają wszystkie piękne rzeczy – i miłość międzyludzka i rodzinna i inna. Trzeba po prostu prosić Pana Boga o pomoc, z Jego pomocą możemy wszystko. Pan Jezus powiedział – „ufajcie, jam zwyciężył świat”. W innym miejscu – „beze mnie nic nie możecie uczynić”. On znał jako Bóg naszą słabość i się zdecydował swoje życie poświęcić za nas, kiedy jeszcze byliśmy draniami i grzesznikami.

 

 

Znał Pan ludzi, którzy brali udział w bitwie 1920?

Byłem wychowany przez tych ludzi. Mam relacje osobiste pana Szpakowskiego, który był w dywizjach wycofujących się spod Kijowa. Byli tacy zmęczeni. Dotarli nad Wieprz. Nogi poobcierane, plecy, głodni, niedospani… i przy takim zmęczeniu rano pobudka, zbiórka, krótkie, zwięzłe, dwu czy trzyminutowe przemówienie Naczelnika Państwa Piłsudskiego, który do nich przyjechał. Powiedział, że od nich zależy czy Warszawa będzie obroniona czy nie. Radzymin przechodził trzy razy z rąk do rąk i każda godzina była droga. On potrafił przekazać tego ducha, i padła komenda „marsz!”.

Nie było taborów, nie mieli nic. I proszę się wsłuchać w słowa tego pana Stanisława, ja będę starał się powtórzyć: cztery godziny marszu, dwie godziny odpoczynku, cztery godziny marszu, dwie godziny odpoczynku, naprzód, naprzód, naprzód! Na spocznij, tam gdzie stałem, padałem w rów i spałem, jakiegoś suchara przez te dwie godziny się dało zjeść, i znowu cztery godziny marszu. Więcej nas padało niż w walkach frontowych, udary serca, szliśmy, dzień i noc. Nadludzki wysiłek. Czy dzisiaj stać by było naszych młodych ludzi na to? Może i tak. I zdążyli. Do niewoli szły setki tysięcy krasnoarmiejców.

Drugi przypadek. Młodzież akademicka, ja potem byłem w tej legii akademickiej, w czasie studiów. Ten nasz 26 pułk piechoty się zapisał pięknie pod Ossowem. Tuchaczewski dowodził frontem białoruskim, rozbijał jak taran, mijał miasto za miastem, rzekę za rzeką.  Pod Ossowem postawiono opór. To był oddział ochotniczy, złożony ze studentów uczelni warszawskich i takich młodych rzemieślników. Szli piechotą i śpiewali pieśni wojskowe, i m.in. Błękitne rozwińmy sztandary. Świtem na froncie atak, a oni byli na to mało przygotowani, ledwo nauczeni strzelać. Pierzchli i zaczęła się panika. I się znalazł ich prefekt, ksiądz Ignacy Skorupka z krzyżem, bo nie miał broni, poderwał tych ludzi, czego się bolszewicy nie spodziewali, i zatrzymał i odepchnął. Jego śmierć była symboliczna.

 

Kiedy Pan nabierał świadomości rosnąc, to też rosła II Rzeczpospolita. Jak Pan widział tę Polskę?

Od dzieciństwa się wychowałem w II Rzeczpospolitej. Ludzie byli radośni, co się szło do jakiegoś mieszkania to albo się słyszało śpiewy, albo pogwizdywania, uśmiech, radość. To się nie da opisać. Była troska o Polskę, nie kpiono z niej. Ta troska ogarnęła wszystkich, od najwyższych sfer, od dyrektorów, urzędników do zamiatającego ulice. Ale pierwsze lata były bardzo ciężkie, kryzys. Tata przynosił walizkami marki bo taka była inflacja. Niemcy się śmiali, że to państwo sezonowe runie, ale nie runęło.

Tam, gdzie była jedna szkółka carska, powstały cztery nowe albo pięć szkół podstawowych, piętrowych budynków, nowoczesnych. Ja przeszedłem z baraczku do tego gmachu. I potem do sal wielkiego gmachu gimnazjum i liceum ogólnokształcącego. I dzięki czemu taka zmiana? Bo odzyskaliśmy suwerenność. Dziś się nie szanuje tej suwerenności, sprzedaje się ją. W Gdyni, na piaszczystym brzegu, wybudowano port, który miał największe obroty nad Bałtykiem. Widziałem tam jak całe wagony węgla wywracano w luki. Ten czarny diament nas ratował, pozwalał wzmocnić nasze finanse. Poziom życia wzrastał. Na każdym kroku czuć było tą atmosferę polskości.

W domu, w szkole i w kościele uczono patriotyzmu i wiary, te trzy siły wychowawcze szły w jednym kierunku. Nawet związki zawodowe w tym duchu… no musiał być to duch potężny. Ale w sumie to i polską armię żeśmy stworzyli, ona należała przed wybuchem wojny do czwartej w Europie po  Francji, Niemczech i Rosji. Byłem świadkiem jak zbierano na Fundusz Ochrony Narodowej (FON) i ludzie obrączki dawali, pierścionki, bransoletki na to, żeby dokupiono jakiś karabin maszynowy. To był wysiłek całego narodu…

 

 

W 1939 roku miał Pan już 21 lat, Polski trzeba było bronić.

To była normalna rzecz, że trzeba bronić tego, co najdroższe. Nie tylko ziemi, ale i kultury przed pogańską Rzeszą i komunistyczną, bezbożną sowiecką Rosją. Niemcy uderzali z wszystkich stron i Hitler zapowiadał, że po pięciu dniach będzie z Polski kupa gruzów, wojsko polskie po trzech dniach będzie całkowicie rozbite, krzyczał, że celem rozpoczętej wojny jest całkowite zniszczenie tego narodu. Wydał polecenie likwidowania fizycznego bez różnicy płci i wieku, dzieci, starców, kobiet, ludzi mówiących po polsku. To była nienawiść!

Chciałem się dostać do wojska, rankiem na skraju lasu odpoczywaliśmy tak w parę osób, była wielka łąka, na której się pasło duże stado bydła i pilnował go mały pastuszek. Dalej wiła się biała wstęga szos. I tą drogą jechały fury, furmanki, jak to w panice, ludzie, jedni w tą, jedni w tą, nie jechali nawet w jedną stronę. Nagle się pojawiła niemiecka eskadra lotnicza… proszę pana, oni widzieli w kogo biją, krwią się zalały te ulice, trupów wiele. Od tej eskadry odłączył się jeden samolot, i do tego chłopca, pastuszka serię… chłopak wstał i leciał dalej. Samolot wrócił i znów serię w tego chłopca, i ten chłopiec znów wstał i biegł dalej, ten drań po raz trzeci wrócił lotem koszącym, no i zabił to dziecko…

W  nocy uczestniczyłem w pochówku tych poległych na szosie, i koło mnie stał chłopiec koło uda, płakał, jak jego matkę, oddzielnie rękę, oddzielnie coś wrzucają do skrzyni. I co? Niewinni ludzie. No to już nie było mowy, zrozumiałem, że nie da się zatrzymać tego zła bez użycia własnej siły. Byłem na ochotnika na froncie i w tym czasie do Polski weszli Sowieci.

 

 

Pamięta Pan 17 września 1939 roku?

Pamiętam, w nocy stałem na warcie, i jakiś żołnierz z rozkazem przybiegł – natychmiast odmarsz z Łucka. A to był 17 września. W Łucku ponure ulice, pusto, tylko czekają na wejście Sowietów. Ja byłem chyba ostatnim polskim żołnierzem, który wyjeżdżał z tego Łucka. Nasze dowództwo zdecydowało szybki marsz pasem pomiędzy dwiema armiami na południe, żeby się przez Węgry wydostać na zachód aby walczyć. Zastąpiła nam drogę dywizja niemiecka. Przeżyłem pierwszą bitwę zwycięską, i to było 21 września, to jaki był duch! Nie było żadnych nadziei, a myśmy walczyli.

Potem otoczyło nas parę dywizji i nie było żadnych szans. Dowództwo podjęło właściwą decyzję o kapitulacji, bo szkoda rozlewać krwi. Płakaliśmy, rozbiłem karabin o sosnę, bagnet chciałem na kolanie złamać, zgiął się tylko. Pod drelichami wojskowymi mieliśmy ubrania cywilne i żeśmy wyszli… Jechaliśmy rowerami koło długiej kolumny naszych żołnierzy, oni bez pasów, bez broni. Mijaliśmy nasze dowództwo. Szedł pułkownik Kulesza, więc ja zdobyłem się na coś, czego teraz żałuję, plunąłem im pod nogi i powiedziałem „wstyd”, drugi raz plunąłem – „wstyd”, i trzeci raz plunąłem –„wstyd”. Oni nic nie odpowiedzieli, tylko spuścili głowy i szli dalej.

 

A jak wyglądała okupacja niemiecka?

Och, coś potwornego. Pogarda, buta. W pierwszych tygodniach był nakaz kłaniania się oficerom niemieckim w mundurze. Ja przechodziłem na drugą stronę ulicy. W lasach poniewierało się dużo porzuconej broni, to harcerze starali się zbierać, i te grupy, grupeczki się łączyły i powstała w przeciągu paru tygodni wielka organizacja podziemna. Potem wstąpiłem do Polski Niepodległej, do Armii Krajowej. Był kocioł, uszedłem i do Warszawy. Terror szalał, co dzień w różnych częściach miasta zabijano przeciętnie po sto osób… kałuże krwi, drutem kolczastym związane ręce. Zwłoki brano do samochodu i wywożono na Koło, gdzie była spalarnia. Proszę pana, to dzień w dzień setki ludzi tak ginęło, myśmy widzieli, czy to mnie wściekłość nie brała? A tutaj wreszcie Aleją Jerozolimską uciekało w panice wojsko niemieckie, to myśmy widzieli, że to się zbliża koniec, cieszyliśmy się, że teraz można uderzyć. Ja wtedy zrozumiałem położenie mojego dziadka Józefa, który musiał się zastanawiać czy może pójść z fuzją myśliwską przeciwko armii mocarstwa, które się rozciąga od Wisły do Pacyfiku. To przecież było szaleństwo, a teraz zrozumiałem sens. W sprawach beznadziejnych po ludzku też trzeba się umieć zachować. I nasze dowództwo podjęło prawidłowe postępowanie. Każde rozwiązanie było złe, ale najgorsze było nie podjąć walki. Nasze ugrupowanie zostało otoczone przez dywizje czołgów pancernych. Stalin stał i czekał. Otoczyli nas i z czym do gościa. Prawda?

 

No i zapadł mrok stalinizmu.

To jest przykra rzecz. Ten wróg jest przebiegły, udawał przyjaciół i mordował. Nastąpiły aresztowania i kolegów moich brali. Ja bym był jednym z nich, ale los Boży, no ocalałem, nie wiem dlaczego. Na studia nie można się było dostać ludziom, którzy myśleli po polsku, jakoś cudem się przedarłem. Oni kusili ludzi słabych, zmęczonych wojną, biedą, jakimiś apanażami, karierą, no i znajdowali takich i z nich stworzyli nowe elity. Część inteligencji narodotwórczej dała się tak zwieść i to zaważyło, bo do tej pory mamy skutki tego. Nie udało im się zabić ducha narodu, ale to kosztowało ogromnego wysiłku i niestety było dużo strat.

 

 

Pan się martwi o Polskę?

Oczywiście! Bardzo. Jest w wielkim niebezpieczeństwie… Martwię się o dzieci i młodzież. Diabeł próbuje się dobrać do najbardziej niewinnych, czyli do dzieci, odrywając je od rodziców. Wiarę przekazuje się w rodzinie, tak, że potem człowiek nią oddycha… Bóg chyba świadomie dał nam czas próby i pokazuje nam kim jesteśmy. Gdybyśmy mieli wiarę podaną jako wiedzę to byśmy byli zdeterminowani jak ćmy co lecą do światłą. A tak mamy szansę wolnego wyboru i tego wyboru Pan Bóg nie cofa. Wolna wola i rozum to wspaniałe dary i tragedią człowieka jest to, że nie umie z nich korzystać. Pan Bóg swoich postanowień odwiecznych nie cofnie. Tu jest tajemnica zła. Jeśli człowiek nie uszanuje wyboru, mamy świat taki jaki mamy.

 

Jak dziś o Polskę dbać?

Trzeba się starać na co dzień. Trzeba żyć, jak to się mówi, po Bożemu. Starać się pomagać innym, kochać innych. Wtedy się kocha i ojczyznę. A to nie jest takie łatwe, bo zawsze ten z tym ma jakąś zadrę… Więc to jest wysiłek – ale Verba docent – exempla trahunt – słowa uczą, uczynki pociągają. Trzeba kochać tych ludzi mimo wszystko i to tak, żeby oni to odczuli. Do tego wysiłku trzeba wychowywać dzieci. Też do zachwycenia się Panem Bogiem. Cuda na około, każdy kwiatek to jest arcydzieło, pola, lasy, na niebie miliardy gwiazd… galaktyk… ogromny rozmach twórczy, można się zachwycić… a ludzie pędzą, widzą tylko siebie i nie chcą dojrzeć poza sobą kogoś bliskiego.

 

Co to znaczy godnie żyć?

Ja bym powiedział co to znaczy dobrze żyć. Trzeba mieć pokorę. Ona jest tajemniczym kluczem, który ułatwia współżycie ludzi. Bez pokory to nie można ani w domu, ani na świecie, ani w Polsce się porozumieć. Dziś takie diabelskie kłótnie w sejmie to z braku pokory. Ten jest ważny, ten jest ważny… my wszyscy jesteśmy malutcy wobec Pana Boga.

Paweł Kęska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

Brama pełna światła

Hospicjum. Sądzę, że życia na metr kwadratowy jest tu więcej niż gdziekolwiek indziej. Więcej jest może tylko na oddziale położniczym. Życie, które tu jest, dojrzewa i przemienia się, czasem bardzo szybko.

Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Brama pełna światła
Hospicjum. Sądzę, że życia na metr kwadratowy jest tu więcej niż gdziekolwiek indziej. Więcej jest może tylko na oddziale położniczym. Życie, które tu jest, dojrzewa i przemienia się, czasem bardzo szybko.

Kiedy patrzymy z zewnątrz na bramę warszawskiego hospicjum Caritas, widać dziwną, bladą, szaro-żółtą szklaną mozaikę. Kiedy wejdziemy do środka i spojrzymy na nią od wewnątrz – widać taflę rozlewającego się złotego światła. Tak więc dziś wchodzę na drugą stronę, żeby zobaczyć to światło.

Sądzę, że życia na metr kwadratowy jest tu więcej niż gdziekolwiek indziej. Więcej jest może tylko na oddziale położniczym. Życie, które tu jest, dojrzewa i przemienia się, czasem bardzo szybko. Wjeżdżam windą na ostatnie piętro. Dziennikarze pojawiają się tu chyba rzadko. Jasne korytarze, blisko windy kawiarenka a w niej grający telewizor. W telewizorze amerykańska piosenka, ta sama co w 3 milionach domów i innych miejsc w tym samym czasie. Przed telewizorem siwa, starsza pani na wózku. Przy niej dziewczyna w koszulce z napisem „wolontariusz”. Po lewej stronie drzwi, za którymi trwa dyżur psychologa. Dyżuruje dziś pani Grażyna Niewiadomska.

 

W jaki sposób żyje to miejsce?

Grażyna Niewiadomska: Wbrew pozorom jest to miejsce, w którym tętni życie. Mówiąc o życiu, myślę też o intensywnych procesach, zachodzących we wnętrzu człowieka, bo pod koniec życia niekoniecznie jedynie czekamy na śmierć, intensywne jest też nasze życie psychiczne i duchowe. Ale życie to też ruch, hospicjum to miejsce, w którym pacjenci i ich bliscy mogą spotkać się choćby na kawie czy korzystać z terapii zajęciowej. Organizowane są koncerty, aktywizacja psychiczna. Jest też duża rotacja pacjentów, z którą wiąże się ilość odwiedzających. Są bezcenni wolontariusze.

 

W jakim celu przychodzą tu wolontariusze? Jaka jest ich motywacja?

Generalnie wszyscy mówią, że przychodzą po to, żeby pomóc. Ja osobiście nie wyobrażam sobie tego miejsca bez wolontariuszy, oni podnoszą jakość opieki paliatywnej; to rzesza ludzi, która wnosi w to miejsce dużo energii. Przychodzą z zewnątrz i dają swoją uwagę, radość, czas, cierpliwość. Niektórzy wchodzą w głębsze relacje z pacjentami i to jest bardzo ważne, bo nasi pacjenci często są samotni. Nie wyobrażam sobie tego miejsca bez wolontariuszy i zachęcam do wolontariatu w Hospicjum.

 

Co dzieje się w człowieku, który zdaje sobie sprawę z tego, że to już jego życiowa „ostatnia prosta”?

Dochodzenie do tego, że stoimy u kresu życia jest pewnym procesem. Dojrzewanie do umierania przebiega raczej na zasadzie etapów, np. zaprzeczenia, walki, dobrze, by na koniec pojawiła się akceptacja. Każdy przeżywa to indywidualnie. Istotne jest to, że pacjent ma prawo do bardzo trudnych emocji i one zwykle przewijają w różnych momentach.

 

Jeśli już dopuszcza się myśl, że zbliża się koniec… jakie sprawy są najważniejsze?

Jednym z pojawiających się pytań jest… co zostawiam po sobie? Bilans życia robią praktycznie wszyscy. Ja jako psycholog staram się pomoc wyłonić te rzeczy, które były ważne,  które może czasami wydają się przegraną, wspólnie z pacjentem wydobywamy z życia to, co zostawia po nas jakąś wartość, co samo w sobie jest wartością.

 

A pytania dotyczące miejsca do którego idę? Zawsze jest lęk przed odchodzeniem?

Tak. Każdy myśli o tym co się z nim stanie, co go czeka, czy jest coś jeszcze przed nim. Nie mam prawa do dawania pewników, nawet jeśli jestem pytana wprost. Jako człowiek mam też własne znaki zapytania. O nieśmiertelności, o duszy, rozmawiają też hospicyjni kapelani. Ja mogę zapewnić człowieka o tym, że postaram się pomóc mu obniżyć lęk przed śmiercią, którego się do końca pewnie obniżyć się nie da, staje się mniej dokuczliwy, jeżeli bliżej mu się przyjrzymy. Na przykład lęk przed śmiercią może się wiązać ze strachem przed cierpieniem fizycznym, a z tym już mogą powalczyć lekarze. Dużą wagę ma po prostu bycie, towarzyszenie, współodczuwanie, ludzka, akceptująca, nie oceniająca obecność…

 

 

Emilia

Wchodzę do jednej z sal. Łóżko, na łóżku starsza pani, drobna, siwa. Uśmiecha się życzliwie i zaprasza bliżej…

Witam Panią. Jestem dziennikarzem… nie wiem nawet, jakie mam Pani zadać pytanie… jakie to jest miejsce – to hospicjum?

Hospicjum… to wspaniały dom, który daje ludziom życie bez bólu. Ja już się tak przyzwyczaiłam, bo już od stycznia leżę, to 10 miesięcy… Dla mnie wszystko tu jest dobre.

 

O czym Pani najczęściej myśli?

Bo tutaj, wie pan, są już takie moje ostatnie kroki więc raczej myślę o śmierci, żeby mi Pan Bóg pomógł dobić już do mety. To jest ciężkie… Tutaj, koło mnie już tyle osób zmarło.

 

Nie boi się Pani?

Jeżeli ktoś mówi, że się nie boi śmierci to nieprawda, bo się każdy boi… Teraz wciąż myślę o mojej mamie.  Bardzo dbałam o nią przed jej śmiercią. Ale kiedy już umierała, to ją zabrali do szpitala i nie byłam przy niej bo był wieczór i nie pozwolili mi z nią zostać. A rano jak zadzwoniłam, to mama już nie żyła. Tego żałuję, bo to jest jednak straszne, że się w takim momencie nie jest z najbliższą osobą. A jakbym spała to bym przeszła sobie tak na tą druga stronę spokojnie.

 

Myśli Pani, że zawsze jest ten lęk?

Pamiętam tylko jedna sprawę z umierania naszego papieża, jak pokazywali jak on  umierał, jak cierpiał i jak złapał tego kardynała Stasia, tego przyjaciela swojego za rękę. On też się bał chyba. Dlaczego złapał go za rękę? Każdy się czegoś chwyta.

 

Co w życiu jest najważniejsze?

Miłość… Ale moje życie nie było łatwe. Moje małżeństwo się nie udało.  Córka miała 12 lat jak nas zostawił i sobie poszedł. Nie obchodziłyśmy go. Ale on życie przegrał a ja swojego życia nie przegrałam, bo mam ukochaną córkę, wspaniałego wnuka, to jest dla mnie życie, to jest najważniejsze, a nie tam takie byle co.

Proszę pana, kiedy będzie puszczana ta rozmowa?

 

Myślę, że za około miesiąc…

Oooo to ja już pewnie nie będę żyła… (szeroki uśmiech)

 

 

Zofia

Podchodzę do pani na wózku inwalidzkim, którą widziałem na korytarzu. Szeroko się uśmiecha i zagaduje wszystkich wkoło. Szukamy jakiegoś miejsca na krótką rozmowę, znajdujemy je w pokoju lekarskim.

Ja jestem na tyle sprawna, że mogę się poruszać… widzi pan.. ciągle jeszcze w ruchu.

 

Co dobrego Panią tu spotkało?

Wszystko tu jest dobre proszę pana. Cieszę się z tego pokoiku, który mam… bo przychodzi do mnie mąż. Mąż też jest już w hospicjum. Odwiedza mnie też mój ukochany brat. Ja nie muszę być karmiona, bo jestem sprawna, ale tutaj są pacjenci, którzy muszą być karmieni, bo przychodzą tutaj często na swoje ostatnie dni i chyba są bardzo zadowoleni, że się tu znaleźli. Jak ja się tutaj znalazłam, to leżałam plackiem na łóżku, a teraz się poruszam. To nie jest szpital rejonowy, to jest rzeczywiście doskonała opieka nad ludźmi bardzo chorymi.

 

Co Pani z tej perspektywy myśli o życiu?

To życie, które tam się teraz toczy, jest po prostu za szybkie. Ludzie powinni wiedzieć, że ważna jest nie tylko polityka, różne sprawy, ważne jest to, żeby człowiek był dobry dla innych. To jest takie ważne! Sama całe życie zawodowe byłam lekarzem, jednak dopiero z tej perspektywy widzę więcej…

 

 

Halina, Teresa

Kolejny pokój. Pod respiratorem leży starsza pani. W telewizorze wiszącym na ścianie migają kadry z przyrodniczego filmu…

Witam Panią… piękny ten świat prawda?

Wie pan, wszechświat mnie zachwyca. Chciałabym dużo, dużo więcej wiedzieć. Wielu rzeczy nie można pojąć. Na przykład jak to stało, że z takiego małego ziarenka rośnie takie ogromne drzewo?

 

No i jak to jest?

Tak jest, bo jest Bóg. Ale ludzie chcieliby Boga oglądać, żeby uwierzyć… Człowiek ma za dużo pychy, trzeba mieć więcej pokory, nie udawać, że jest się kimś większym niż się rzeczywiście jest. To tylko Bóg może stworzyć taki świat. Kocham świat, kocham Boga, kocham Matkę Najświętszą, Pana Jezusa, kocham bardzo. Modlę się, i to mi bardzo pomaga. Tak bardzo wierzę w Boga…

 

Co by Pani chciała powiedzieć ludziom, którzy są na zewnątrz?

Chciałabym, żeby ludzie bardziej dbali o zdrowie i żeby tak nie pędzili za groszem.

 

A miłość?

Miłość… miłości nie można kupić, po prostu ona jest w człowieku tylko trzeba pielęgnować tą miłość. Trzeba mówić dzieciom „kocham ciebie”, żeby dzieci były pewne, że są kochane. Dopiero z perspektywy czasu zrozumiałam, że też robiłam błędy i traciłam cierpliwość, ale myślę, że żadne to mądrości, każdy o tym wie…

 

A co w życiu można przegapić?

Och, dużo można przegapić, naprawdę, i wiele rzeczy nam umyka, i życie jest za krótkie i potem człowiek żałuje wszystkiego: tego nie zrobiłem, tak mogłam zrobić, a nie zrobiłam, żałuję no… Człowiek jest istotą myślącą i nie ma takiej chwili żeby, jak nie śpi, żeby nie myśleć, ciągły natłok myśli, myśli, myśli…

 

A z czego jest Pani dumna?

Z rodziny. Ja też byłam zapędzona, jak każdy, zabieganiem o życie, o zarobki, ale później stwierdziłam, że to naprawdę nie ma sensu, bo nie było czasu dla dzieci i byłam zła na siebie… i starałam się to zmienić.

 

Boi się Pani odchodzenia?

To miejsce to jest ostatni etap życia, tu, gdzie jestem obecnie. Od tego nie ma ucieczki. Ja panu powiem… nie wiem jak tam jest, ale nie boję się, po prostu, bo wiem, że nie ma pustki, jest życie po życiu, po prostu…

Żałuję, żałuję, jestem zmęczona, że nie mogłabym powiedzieć więcej. Radzę, żeby ludzie się zastanawiali nad swoim życiem.

 

Wyszedłem z hospicjum przez bramę zalaną złotym światłem. Zobaczyłem ludzi idących ulicą, jesienne drzewa, szum miasta, furkoczące gołębie… zwyczajne… jednak zupełnie inne.

 


Wywiad Pawła Kęski z mieszkańcami hospicjum ukazał się na antenie Radia Warszawa.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Paweł Kęska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł
Kęska
zobacz artykuly tego autora >