Aniołowie na Moście do Nieba

Położyła 3 złote przy tabernakulum i powiedziała: “To ode mnie, a reszta w Twoich rękach”. Tak zaczęła się budowa pierwszego na Litwie hospicjum.

Grzegorz Kiciński
Grzegorz
Kiciński
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Aniołowie na Moście do Nieba
Położyła 3 złote przy tabernakulum i powiedziała: “To ode mnie, a reszta w Twoich rękach”. Tak zaczęła się budowa pierwszego na Litwie hospicjum.

Osobą, która tak zawierzyła w pracy Jezusowi była s. Michaela Rak. Przyjęła zadanie zbudowania pierwszego na Litwie hospicjum, do którego dziś dobudowuje dziecięcy oddział. Wspiera ją w tym dziele Fundacja Aniołów Miłosierdzia i jej akcja Most do Nieba. Rozmawiamy z Grzegorzem Kicińskim, dyrektorem zarządzającym Fundacji.

 

Skąd się wzięła Fundacja Aniołów Miłosierdzia?

Powstała na prośbę s. Michaeli Rak, której wcześniej pomagaliśmy od czasu do czasu przy sprawach związanych z budową i prowadzeniem pierwszego na Litwie hospicjum. Chodziło o ułatwienie prowadzenia kwesty na ten cel również w Polsce, dokąd wielokrotnie przyjeżdżała po wsparcie. Widzieliśmy to jej zaangażowanie i chcieliśmy też ją jakoś odciążyć, by mogła częściej zajmować się pomocą ludziom umierającym. Przejęliśmy też jako fundacja sprawę koordynowania zbiórki funduszy.

 

A czemu pan osobiście zaangażował się w pracę Fundacji?

To jest łańcuszek przyjaźni. Z siostrą Michaelą zapoznał mnie fundator Fundacji Aniołów Miłosierdzia, który wiedział, że od lat pracowałam przy organizacji zbiórek funduszy na różne chrześcijańskie cele. Czułem w tym Boże prowadzenie, bo sam w życiu też już potrzebowałem jakiegoś nowego zaangażowania. Jednak to nie ja jestem osobą prowadzącą Fundację. Jest nią Maryja, której oddajemy to dzieło. Ja jestem tylko małym osłem, by móc posługiwać najpierw przy budowie tego hospicjum, potem przy jego utrzymaniu. Tego rodzaju zaangażowanie jest bowiem jak odpowiedzialność za rodzinę, za własny dom. Wiemy, że musimy zapewnić pacjentom stale to wszystko, czego potrzebują. Jak własnym dzieciom.

 

Zacznijmy więc od podstawowego pytania: dlaczego Polacy budują na Litwie hospicjum? Jak to możliwe, że w kraju takim jak Litwa – zestawianym często obok Polski pod względem rozwoju – nie było do tej pory ani jednego miejsca opiekującego się terminalnie chorymi?

Więcej, nie było w ogóle opieki paliatywnej w naszym rozumieniu! Nie było nawet litewskiego słowa, którym można by określać miejsce takie jak hospicjum. Niestety Litwa o wiele wolniej wychodzi z pozostałości po świecie dawnej republiki radzieckiej niż Polska z dziedzictwa PRL. Tam naprawdę żyje się biedniej. Wieloletnie zaniedbania i styl działania państwa totalitarnego – odrzucającego wszystkich słabych i chorych – ciągną się do dzisiaj. Do czasu przyjazdu siostry Michaeli na Litwę nikt o opiece nad umierającymi po prostu nie myślał. A już zwłaszcza o opiece nad umierającymi dziećmi. A umiera ich na Litwie, z powodu nieuleczalnych chorób, ponad 120 w ciągu roku.

 

Jedno z nich spotkała na swojej drodze s. Michaela Rak…

Tak, i to spotkanie opowiadamy teraz niemal jak przypowieść. Do hospicjum prowadzonego przez nią przyszła pewnego razu mama, która za rękę trzymała słabiutkiego chłopczyka…

 

…”Patrząc mi w oczy powiedział: Mam raka. Pomożesz mi?, i zaczął płakać. Wzięłam go na kolana, przytuliłam i też płakałam. Obiecałam: „Pomogę ci”. To opowieść samej siostry.

To jej “tak, pomogę” przypomina mi Maryjne “Fiat”, niech mi się stanie. Powiedziała “pomogę”, choć nie miała żadnych warunków, by tę prośbę spełnić. To hospicjum jest budowane na tym jednym słowie, na jednej zgodzie. Na zgodzie, by uczestniczyć w dziele Boga.

 

Na to dzieło wskazuje kilka znaczących zbiegów okoliczności, prawda?

Hospicjum dla dorosłych, które siostra otworzyła w 2006 r. powstało rzut beretem od Ostrej Bramy w Wilnie. To nie wszystko. Siostry z Polski wraz z zadaniem stworzenia takiego miejsca dostały zabytkową plebanię bł. ks. Michała Sopoćki! Tę samą, na której mieszkał malarz, malujący pierwszy wizerunek Jezusa Miłosiernego! Tę samą, do której przychodziła św. Faustyna, aby opowiadać swoje spotkania z Jezusem. W tym “zbiegu okoliczności” siostra znalazła znak dla swojej posługi: ukazywania oblicza Jezusa Miłosiernego w twarzach najsłabszych, umierających, wykluczonych. Poprzez dostęp do dobrej opieki na ostatniej prostej ich życia przywraca im godność.

 

Czy to jej działanie zainspirowało już innych na Litwie?

Zdecydowanie. Siostra jest tam osobą bardzo rozpoznawalną, jak i sama idea budowy hospicjum też. Przyczyniła się nawet do zaprzestania prac nad ustawą legalizującą na Litwie eutanazję. Zrobiła wielki szum medialny, zaprosiła dziennikarzy, polityków do hospicjum, żeby sami porozmawiali o temacie eutanazji z tymi, którzy umierają na nieuleczalne i pełne cierpienia choroby. W związku z tym, że temat był gorący, dziennikarze rzeczywiście przyjechali. To był dla wszystkich pierwszy raz, gdy zobaczyli na żywo jakieś hospicjum, opiekę paliatywną. Do tego zetknęli się z wszystkim, co hospicjum towarzyszy: resocjalizacją więźniów, którzy pracują przy chorych, młodymi wolontariuszami i darmowością.

 

I co ci umierający powiedzieli im na temat eutanazji?

Oczywiście, że nie chcą umierać. Że nie chcieliby z takiej możliwości skorzystać! Nie było nikogo wśród nich, kto by taką możliwość w ogóle rozważał!

 

Poskutkowało…

Tak, tamten projekt upadł, ale nadal powstają kolejne tego rodzaju pomysły. Siostra jednak czuwa, robi swoje. Upowszechnia pomysł opieki paliatywnej w całym kraju przez różne akcje, do których włączają się ludzie z całej Litwy, jak np. sadzenie żonkili. Akcji jest dużo, ale najważniejsza jest opowieść przekazywana z ust do ust: jest miejsce, w którym śmierć nie ma ostatniego słowa.

 

Robi więc trochę taką robotę, jaką u nas podjął ks. Jan Kaczkowski?

Tak, oni się zresztą bardzo przyjaźnili, a wiem, że przyjaźnią się nadal. Siostra przecież często z duszami rozmawia. Ma z kim, bo odprowadziła już do Pana ponad 8 tys. ludzi! Rozmawia więc też na pewno z ks. Kaczkowskim. Rzeczywiście mają podobne zadanie: przypominać nam o temacie śmierci, oswajać go w sposób chrześcijański. Cywilizacja liberalna temat śmierci usuwa albo z niego kpi, ale my przecież od czasu Zmartwychwstania Jezusa i zesłania Ducha świętego żyjemy w czasie zbawionym! Nie musimy patrzeć na temat śmierci z lękiem. Jasne, że się boimy, ale nie musimy na tym się zatrzymywać. Siostra podchodzi do momentu umierania bardzo poważnie, jak do sakramentu, rzeczy najważniejszej.

 

“Most do nieba”…

Właśnie dlatego tak nazwaliśmy akcję. Chodzi o most, po którym umierający łatwiej, spokojniej przejdą do nieba. S. Michaela biega po tym moście tam i z powrotem. Pragnie by ludzie nie wchodzili do nieba jako niewolnicy, tylko jako pogodzeni, bez ciężaru. Żeby po śmierci umieli Chrystusa rozpoznać przez podobieństwo do miłości, jakiej doznali w tym hospicjum. Nawet jeśli Go nie znali w ciągu całego życia, bo nikt im Go nie przepowiadał, to jest szansa, że rozpoznają Go po miłości, której doznali tutaj. Siostra Michaela i wolontariusze robią jednak wszystko, aby w tym hospicjum nie było człowieka, który by nie rozpromienił się w miłości.

 

I słyszałam, że zdarzają się cuda…

Zdarzają się często. Historia pewnej pary narzeczonych, historie godzących się po latach członków rodziny… A ja cały czas mam przed oczami twarz pewnej osoby, która tam umierała. Wcześniej przeżyła bombardowania w Donbasie. Po ucieczce stamtąd dowiedziała się, że ma raka, umiera. Nigdy nie zapomnę jej łez wdzięczności w hospicjum. Po ludzku patrząc jej życie było bez sensu, wszystko w ruinie, ciągle na walizkach, a teraz na dodatek umiera. Ale to był człowiek wdzięczny. To wszystko zdziałała darmowa miłość, jaką został otoczony w tym hospicjum.

 

A tę darmową miłość dają tam wolontariusze. Kim oni są? Skąd się biorą?

Przychodzą z różnych kierunków. Częściowo to studenci medycyny, którzy chcieli zrobić praktykę i zostali na dłużej. Częściowo to też osoby, które zaczęły tu pracować “za karę”, w ramach jakiegoś wyroku za zachowanie – i też zostali, bo zakochali się w tym miejscu. Są więźniowie, byli i obecni, którzy pracując tutaj i służąc umierającym odkryli swoją godność, bo tu poczuli się nieoceniani i ważni. Są też wreszcie harcerze czy niezrzeszeni młodzi, którzy dowiedzieli się o tym miejscu od swoich przyjaciół. Źródeł ich napływu jest bardzo wiele.

 

I rozumiem, że rąk do pracy nie brakuje?

Pracy tam jest tak dużo, że ludzi do niej zawsze będzie za mało. Siostra ma ciągle mnóstwo pomysłów, co jeszcze dobrego można zrobić. Zwłaszcza teraz, gdy powstaje oddział dziecięcy hospicjum. Umierające dzieci to przecież zupełnie inny temat, niż umierający dorośli. Także pracy zawsze dla nowych ludzi będzie tam pod dostatkiem. Most do nieba nie jest tylko jeden – jest ich tyle, ile serc.

 

Każdego roku na Litwie z powodu nieuleczalnych chorób umiera ponad 120 dzieci. Do dziś nie ma dla nich odpowiedniego miejsca. Most do Nieba to pierwsze hospicjum dla dzieci na Litwie. Dzięki Fundacji Aniołów Miłosierdzia, dzięki Wam powstanie miejsce, w którym nieuleczalnie chore dzieci będą wstępować na drogę do nieba. Otoczone miłością rodziny i przyjaciół. Chcemy im służyć do końca.

 

Grzegorz Kiciński

Grzegorz Kiciński

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Grzegorz Kiciński
Grzegorz
Kiciński
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

“Rób co chcesz, ale nie proś mnie o pieniądze”

– Czas i pieniądze zainwestowane w młodych nigdy nie są stracone – mówi ks. Andrzej Tuszyński, prezes radomskiego Centrum Stowarzyszenia Młodzieży “Arka”.

ks. Andrzej Tuszyński
ks. Andrzej
Tuszyński
zobacz artykuly tego autora >
Otylia Sałek
Otylia
Sałek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

"Rób co chcesz, ale nie proś mnie o pieniądze"
– Czas i pieniądze zainwestowane w młodych nigdy nie są stracone – mówi ks. Andrzej Tuszyński, prezes radomskiego Centrum Stowarzyszenia Młodzieży “Arka”.

Stowarzyszenie Centrum Młodzieży “Arka” działa w Radomiu od 16 lat. 1300 wolontariuszy rozwija w niej swoje pasje i talenty. Dzięki zaangażowaniu prezesa, ks. Andrzeja Tuszyńskiego “Arka” jest liderem w zakresie pozyskiwania funduszy na działalność dobroczynną w regionie radomskim. Uczy młodych ludzi zaangażowanych w inicjatywy kościelne odpowiedzialności za swoje decyzje, także finansowe.

 

Skąd czerpiecie pomysły na działanie Arki? To raczej inicjatywa młodych czy wychodzenie naprzeciw ich potrzebom?

W zasadzie jedno i drugie. W Arce kierujemy się zasadą „nic dla młodzieży bez młodzieży”. Jeśli chodzi o zarząd i stowarzyszenie to dużo ludzi podpowiada nam różne rozwiązania i pomysły. My żyjemy w świecie, wśród ludzi, widzimy, co im jest potrzebne. Planujemy teraz reaktywację kawiarni w jednym z dawnych punktów Arki. I to jest projekt z inicjatywy młodzieży. Młodzi ludzie powiedzieli wprost, że chcą miejsca, w którym mogliby się bezpiecznie i kulturalnie bawić, bez alkoholu i narkotyków. Na podstawie ich wypowiedzi można wnioskować, że mają jakieś przykre doświadczenia z tego typu miejscami rozrywki. Tę kawiarnię będą prowadzić młodzi dla młodych, dla tych, którzy żyją wartościami. Będzie miejsce na spotkanie, koncerty, wystąpienia.

Mamy 1300 wolontariuszy. Arka będzie istnieć dopóki będzie ich słuchać, od początku była dedykowana ludziom młodym. Dla mnie najsmutniejsze jest gdy przychodzę do Arki i jest pusto, nikogo nie ma. Od razu zastanawiam się, czemu, co poszło nie tak. Odróżnia nas od innych instytucji to, że to nie jest miejsce pracy ale miejsce pasji. To miejsce dla młodych, przestrzeń, w której można rozwijać swoje talenty. 

 

A poza rozwojem można powiedzieć, że także ocala tych młodych ludzi.

Dokładnie tak. 20 lat temu, kiedy zaczynaliśmy pracę centrum, usłyszeliśmy czytania o biblijnej Arce. Mogę z pewnością powiedzieć, że przez ten czas kilka osób Arka uratowała – czy to od więzienia, czy uzależnienia. Jestem przekonany, że dla tych paru osób było warto takie centrum wolontariatu utworzyć. 

 

Takie przedsięwzięcie jak Arka wymaga chyba sporych nakładów finansowych. Jak sobie z tym radzicie?

Bardzo ważni są w tym względzie darczyńcy i bardzo ważny jest też 1%, ale teraz naszym priorytetem jest takie funkcjonowanie Arki, byśmy byli w stanie sami sfinansować nasze projekty. Organizujemy szkolenia i warsztaty, ale staramy się sami na nie zapracować. Obecnie prowadzimy Międzynarodowe Centrum Wolontariatu, w którym poza bazą noclegową jest miejsce na organizację spotkań w wynajętych salach, z możliwością zapewnienia wyżywienia. Oczywiście pojawia się tu młodzież z wolontariatów międzynarodowych, ale z tego miejsca mogą korzystać praktycznie wszyscy, czy indywidualnie, czy grupowo. Przygotowujemy się teraz do organizacji różnego rodzaju uroczystości rodzinnych – komunii, chrztów, przyjęć. 

 

Jak reagują dobroczyńcy Arki na propozycję pomocy?

Mamy spore grono zaufanych osób, które stale nas wspierają, to relacje wypracowane przez lata współpracy. Często jest to wsparcie nie tylko finansowe, ale także konkretna pomoc materialna czy prawnicza, księgowa. Jak reagują? Dzisiaj w biznesie bardzo ważny jest aspekt społeczny, darczyńcy chętniej wspierają zaufane organizacje, chcą wspomagać to, co rzeczywiście jest wartościowe. Nasza działalność jest bardzo konkretna i przedsiębiorcom pokazuję konkretne jej owoce – jeśli dziś nie zaopiekujemy się młodymi, to jutro będziesz miał porysowany samochód albo po prostu nie będziesz się czuł bezpiecznie. 

 

 

A czy jako instytucja działająca przy Kościele nie spotykacie się z negatywnymi głosami na temat obrotu finansami?

Pojawiają się nieprzychylne reakcje, ale to naprawdę rzadkość. Niestety najwięcej ze strony księży, którzy mnie pytali, czy to na pewno ma sens, po co się tak męczyć dla młodzieży. Ja uważam, że inwestycja w młodych to inwestycja w przyszłość. To nie są nigdy stracone pieniądze. W Stowarzyszeniu pieniądze są sprawą bardzo transparentną, mamy raporty, kontrole, działamy przejrzyście. Nie pozwoliłbym na to, aby pieniądze były pozyskane nieuczciwie albo nierozważnie wydanie. 

 

Temat biznesu i zarządzania pieniędzmi w Kościele to chyba wciąż temat trudny. Jak temu zaradzić?

Pieniądze nie są czymś złym, jeśli się je dobrze wykorzystuje. My w Kościele mamy jakiś lęk, blokadę przed rozmawianiem o pieniądzach. Może przydałoby się więcej rad parafialnych, które pomagałyby w dobrym, mądrym zarządzaniu pieniędzmi. Ludzie są przekonani, że Kościół ma potężne zasoby pieniężne, ale tak naprawdę Kościół jest biedny. Oprócz budynków i ziem, Kościół nie prowadzi bardzo szeroko działalności zawodowej. Dziś nie ma wielu katolickich placówek medycznych czy edukacyjnych. Za parę lat ludzie będą się bogacić a Kościół będzie ubożał. Widzimy to na przykładzie Europy zachodniej. Proces laicyzacji postępuje, a kraje są świetnie rozwinięte. My myślimy, że to nas nie spotka, że Polska jest krajem katolickim i głęboko wierzącym, a tak naprawdę może i do nas taka mentalność przyjść. 

 

Można powiedzieć, że Arka uczy przedsiębiorczego podejścia do inwestowania w to, co dobre. Ludzie wierzący powinni się takiej uczyć takiej postawy.

Dla mnie największą mobilizacją było spotkanie z biskupem [bp Jan Chrapek, w latach 1999-2001 ordynariusz diecezji radomskiej – przyp. red.]. Poszedłem od niego z prośbą o wsparcie finansowe. Byliśmy w trudnej sytuacji, nie mieliśmy na prąd, gaz. Przede mną wszedł zakonnik z tą samą sprawą – on prowadził kuchnię dla ubogich. Usłyszałem przez drzwi, jak biskup mówi do niego, że św. Franciszek to by się wstydził przyjść do biskupa z prośbą o pieniądze, tylko by sobie sam poradził. Zanim wszedłem, wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Kiedy przyszła moja kolej, jedyne, co przyszło mi do głowy, by powiedzieć to „jak się ksiądz biskup czuje?” na co ten odpowiedział „o, przynajmniej jeden, który nie przyszedł po pieniądze”. Przy innym spotkaniu powiedział mi „rób co chcesz, ale nie proś mnie o pieniądze”. Od tamtej pory wiedziałem, że będziemy musieli z młodzieżą zapracować na pomoc, trochę się natrudzić, że to nie może być takie proste. Dzięki temu w Arce bardzo szanujemy pieniądze – bo one nie przychodzą nam łatwo, każdą złotówkę do wydania trzeba przemyśleć. To też uczy nas odpowiedzialności. 

 

I to uczy także odpowiedzialności młodych.

Tak, a nawet mamy kilku wolontariuszy, którzy w poprzednich latach korzystali z pomocy Arki a dziś sami jej pomagają. To w wielu przypadkach ludzie, którzy założyli własne firmy, prowadzą działalność i są chętni do wspierania. 

 

Gdzie znajduje ksiądz siłę na te wszystkie inicjatywy?

Ja mówię w ten sposób – jeśli coś jest dziełem Pana Boga, to się ostanie. Jeśli nie, to znaczy że nie było to potrzebne i trzeba iść dalej. Siła zawsze przychodzi z góry. Ja jestem szczęśliwym człowiekiem, bo lubię to, co robię i lubię tych, z którymi pracuję. Mam wokół siebie ludzi z pasją i to przynosi owoce. Z 25 lat kapłaństwa 20 lat poświęciłem pracy młodzieży. Jeśli to już działa 20 lat, to znaczy że jest to potrzebne.  

 

ks. Andrzej Tuszyński

ks. Andrzej Tuszyński

Prezes Stowarzyszenia Centrum Młodzieży „Arka” w Radomiu. Od wielu lat w działania społeczne angażuje młodzież, studentów i osoby starsze. Swoją pasją zaraża społeczność lokalną.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Otylia Sałek

Otylia Sałek

Z wykształcenia psycholog, z zamiłowania śpiewaczka, z Bożego (jak ufa) zamierzenia redaktor portalu Stacja7.pl. Wielbicielka muzyki liturgicznej, kawy i "Przyjaciół" oraz żywy dowód na to, że da się lubić Warszawę i Kraków jednocześnie.

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Andrzej Tuszyński
ks. Andrzej
Tuszyński
zobacz artykuly tego autora >
Otylia Sałek
Otylia
Sałek
zobacz artykuly tego autora >