video-jav.net

Czerwone maki

Hejnał Mariacki oznaczał koniec morderczej walki o Monte Cassino, ogłaszał jedno z największych zwycięstw polskich żołnierzy w II wojnie światowej. To Polacy zakończyli 5-miesięczne, krwawe zmagania.

Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Seria wystrzelona z niemieckiego karabinu maszynowego MG-34 uderzyła w skałę, za którą ukryli się trzej żołnierze z 2. Korpusu Polskiego. Nieprzyjemny gwizd rykoszetów, koziołkujących w powietrzu pocisków, oznaczał loterię. Trafi czy nie?

– Aaaaaaaaa!!!! Jezuuuu….  – major Tomasz Wilczyński obejrzał się przez ramię.

Wszędzie za jego plecami, między skałami i na gołej ziemi – gdzie kto mógł – ukryli się jego żołnierze. Wykorzystywali każdą, nawet najmniejszą osłonę. Wilczyński szukał wzrokiem, kogo dosięgła kula. Kilka metrów dalej, w skalistym kurzu, zwijał się z bólu jeden z jego ludzi. Wąska stróżka krwi spływała w dół i szybko znikała między kamieniami. Druga postać w pokrytym kurzem mundurze czołgała się do rannego.

Niemcy wykorzystywali okazję i strzelali ze wszystkich luf. Polacy odpowiadali oszczędnym ogniem. Szukali celu między skałami. Niemcy byli doskonale ukryci i ufortyfikowani. Polakom kończyła się amunicja, granatów już nie mieli. Magazynki z nabojami zabierali poległym kolegom. Wilczyński liczył w myślach straty i czekał na transport zaopatrzenia.

–  Dzisiaj zginęło 8, wczoraj 4, a przedwczoraj, wcześniej…?

– major gubił się już w czarnej statystyce. Obok niego siedział skulony ksiądz w mundurze. 34-letni ojciec Jan Tokarski. Modlił się szeptem za swoich dwóch kolegów. I prosił Boga, by oszczędził innych.

Fragment brytyjskiej kroniki filmowej z 1944r. dot. Bitwy o Monte Cassino

Kilkanaście objuczonych mułów wspinało się cierpliwie górską, wąską i kamienistą ścieżką na masywie Monte Cassino. Długie sterczące uszy zwierząt strzygły niespokojnie. Gdzieś z daleka, z góry dochodziły kanonada strzałów i głuche dudnienie, a poruszone powietrze przynosiło dziwny zapach, który wiercił w nozdrzach. Zwierzęta były pogodzone ze swoim losem. Zwieszone łby, krok za krokiem, kopyto za kopytem, codziennie, dzień po dniu… Nie reagowały nawet, gdy mijały szczątki rozkładających się pobratymców. Muł to wytrzymałe zwierzę. Doskonale nadaje się do transportu w górzystym terenie. Te hybrydy osłów i koni są nieocenione – wejdą tam, gdzie nie dojedzie żaden samochód. Nikt nie zliczy ile ton broni, amunicji, granatów, żywności wniosły na swoich grzbietach dla polskich żołnierzy walczących tam wysoko, na pierwszej linii. Polaków próbujących zdobyć stary klasztor, a właściwie jego ruiny i otworzyć aliantom drogę na Rzym.

Kto wie, jak by wyglądała bitwa o Monte Cassino, gdyby nie te muły…

– Dalej, dalej – bez specjalnego przekonania kilku poganiaczy mułów ciągnęło za uzdy, albo popędzało oporne zwierzęta cienkimi witkami.

Poganiaczy z kolei popędzał młody, 18 -letni chłopak, w płaskim hełmie i mundurze brytyjskiego kroju. Ale od Brytyjczyków odróżniał się biało czerwoną, zaokrągloną naszywką na ramieniu z wyraźnym napisem POLAND. Żołnierz czujnie rozglądał się wokoło. Nasłuchiwał. Doskonale znał już drogę, udało mu się ją pokonać wielokrotnie. I wiedział, że za chwilę zbliżą się do miejsca, w które doskonale wstrzelali się niemieccy artylerzyści. Chłopak, Marek Tokarski, bał się. Każdego dnia przeżywał tu swoje piekło.

Każdego dnia żegnał przyjaciół. Kto by się nie bał? Ale ciągnęło go na górę, do kolegów, którzy czekali na amunicję i wsparcie. Na górze czekał także jego starszy brat, kapelan dominikanin ojciec Jan. Więc Marek się spieszył. Do miejsca, doskonale rozpoznanego przez niemieckich artylerzystów i zrytego przez pociski, zostało kilkanaście metrów. Odwrócił się i machnął ręką do swoich kolegów.

 – Uwaga! Biegniemy na mój rozkaz! – krzyknął do swoich żołnierzy.

– Na ile pozwolą biec muły – wyszeptał już tylko do siebie. Przed nimi był najniebezpieczniejszy fragment drogi.

Fragment brytyjskiej kroniki filmowej z 1944r. dot. Bitwy o Monte Cassino

Strzelanina ucichła. Na skalistej ziemi leżały ciała dwóch Polaków. Major Wilczyński patrzył na nich z żalem pomieszanym z wściekłością. Wiedział, że koniec Niemców jest już bliski. Jeńcy mówili o olbrzymich stratach i fatalnym zaopatrzeniu oddziałów z pierwszej linii. I im szybciej Niemców dodusimy, tym lepiej dla jego ludzi – myślał Wilczyński.

– Teraz! Już! Już! Już! – krzyczał Tokarski. I sam ruszył pierwszy. Chciał wykorzystać krótką przerwę w artyleryjskiej nawale. Złapał za uzdę pierwszego muła i ciągnąc ile sił, przyspieszył kroku. Wiedział, że za chwilę znowu odezwą się działa lub moździerze i albo dociągnie do osłony ze skał albo…

Ludzie Wilczyńskiego patrzyli z góry na wysiłek żołnierzy Tokarskiego i poganiaczy mułów, gdy nad ich głowami przeleciały pierwsze pociski. Po chwili zaczęły padać w pobliżu kawalkady mułów.

Tokarski ciągnął swojego muła. Był już blisko skał, schronienia. Większość jego żołnierzy także. Pociski zaczęły padać celniej. Kilka zwierząt, jęcząc i charcząc, leżało już na ziemi. Za nimi skulili się pozostali żołnierze i poganiacze. Jeśli przeżyją pierwszą nawałę, dobiegną do skał.

Czerwone maki

Ojciec Jan wiedział, że na dole jest jego brat. Patrzył i modlił się, krzyczał w myślach. Widział kilka martwych mułów leżących na ziemi. Widział, jak szare sylwetki żołnierzy dobiegają do skał. I wiedział już, że najgorsze za nimi. Tokarski mógł teraz pod osłoną skał doczołgać się z zaopatrzeniem na pierwszą linię.

Tokarski policzył swoich ludzi. Byli wszyscy, zasapani, zdyszani, z draśnięciami – ale wszyscy.

– To cud – myślał. Wcześniej zawsze ktoś ginął, byli ranni.

– Ściągać z mułów toboły! – rozkazał.

– Teraz my będziemy mułami – uśmiechnął się lekko do swoich ludzi. Czołgając się na górę , między skałami dotarli do majora Wilczyńskiego.

Wilczyński i ojciec Jan patrzyli jak zza skały wyczołguje się Tokarski. Na plecach dźwigał spory ładunek. Duchowny ledwo rozpoznał swojego brata. Jego twarz i mundur były w kolorze skał i ziemi. Strużki potu rzeźbiły mu na twarzy głębokie kanały. W uśmiechu błyszczały zęby, śmiały się też oczy, białka świeciły jak latarnie na ciemnej ulicy . 18-latek też spostrzegł już swojego starszego brata.

Nagle ziemia zaczęła kipieć wokół młodego żołnierza. Ojciec Jan nie słyszał terkotu serii niemieckiego karabinu, nie słyszał swojego krzyku. Ale widział. I patrzył jak podskakują kamienie, patrzył jak jego brat wciąż się uśmiecha. Widział czerwony kwiat, który nagle zaczął przebijać się przez szarą skorupę jego munduru. Widział jak płaski hełm spada z jego głowy i czerwona plama zasłoniła wszystko.

Uśmiech i  oczy – zniknęły.

*1.         Polacy przechwycili nieprzyjacielski meldunek, że Niemcy będą uciekać z klasztoru. Ciężkie działa ostrzeliwały drogi ich ewentualnej ucieczki.

*2.         18 maja 1944 Polacy wkroczyli do opuszczonego klasztoru. Walki żołnierzy generała Władysława Andersa o Monte Cassino trwały prawie dwa tygodnie.

* 3.        Plutonowy Emil Czech przyłożył do ust kornet. Wokół niego stali żołnierze i alianccy korespondenci wojenni. Zbliżało się południe. Plutonowy był wzruszony i zdenerwowany. Wziął głęboki wdech. Spod murów zniszczonego klasztoru popłynął w dół Hejnał Mariacki. Pierwszy raz od wielu dni, do uszu żołnierzy dotarło coś innego niż huk eksplozji, wwiercające się w uszy odgłosy serii karabinów maszynowych i krzyki rannych.

Hejnał Mariacki oznaczał koniec morderczej walki o Monte Cassino, ogłaszał jedno z największych zwycięstw polskich żołnierzy w II wojnie światowej. To Polacy zakończyli 5-miesięczne, krwawe zmagania. Cena była straszna. Zginęło 923 żołnierzy a 2931 zostało rannych. Ale to tylko część ceny, jaką trzeba było zapłacić za to, co zrobili Niemcy 1 września i ich ówcześni sojusznicy, Rosjanie 17 września 1939 roku.

*1. Fakt historyczny

*2. Fakt historyczny

*3. Postać autentyczna, fakt historyczny.

Sławomir Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Polskie Monte Cassino

Monte Cassino należy do wszystkich Włochów. Ale Polacy mają wszelkie argumenty, żeby twierdzić, że Monte Cassino jest polskie.

Peter Caddick-Adams
Peter
Caddick-Adams
zobacz artykuly tego autora >
Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Peter Caddick-Adams – autor książki “Monte Cassino. Dziesięć armii, jedno zwycięstwo”.

Rozmawia Patrycja Michońska

Polskie Monte Cassino

Peter Caddick-Adams

Czyje jest Monte Cassino? Do kogo należy?

Oficjalnie mnisi zarządzają opactwem, ale administracyjnie należy ono do włoskiego rządu. Pierwsza odpowiedź na Pani pytanie może brzmieć tak: Monte Cassino należy do wszystkich Włochów. Ale Polacy mają wszelkie argumenty, żeby twierdzić, że Monte Cassino jest polskie. Znajduje się tam ogromy polski cmentarz wojskowy. Właściwie każdy skrawek tej ziemi został uświęcony przelaną krwią polskich żołnierzy. Jest więc polskie. Monte Cassino pozostaje też symbolem całej włoskiej kampanii podczas II wojny światowej – bardzo trudnej kampanii, w której dowódcy często nie wiedzieli, jak sobie poradzić z sytuacją.

Monte Cassino to bitwa, która toczyła się w jednym miejscu przez pięć miesięcy i wróciła do średniowiecznych metod – transport odbywał się za pomocą koni czy mułów. I w tym sensie – dodałbym jeszcze jedną odpowiedź – miejsce to należy do wszystkich, którzy tam walczyli.  Ale wracając do Polaków – korpus generała Andersa ma jeszcze jeden argument, dla którego może nazywać to miejsce i tę bitwę swoim. W korpusie Andresa było nie tylko kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy, ale i żeński korpus pomocniczy – w sumie 1200 Polek, które prowadziły ciężarówki, czy ambulanse. Ponadto 3000 młodych osób, niektórych nawet 13-sto, 14-letnich, zbyt młodych żeby walczyć, ale byli członkami pomocniczego korpusu pracy, który pomagał na zapleczu. Żadna inna armia nie miała takiego składu.

Wydaje się, że o drugiej wojnie światowej wiemy już wszystko. Czy było jednak coś, co Pana zaskoczyło przy poszukiwaniu materiałów do książki „Monte Cassino”?

Ludzie są tacy sami, niezależnie o jakim stuleciu mówimy. Sam prowadzę kilka żyć – jestem wykładowcą akademickim i jestem brytyjskim oficerem rezerwy. Służyłem w operacji w Bośni, Kosowie, Iraku czy Afganistanie. Charakterystyczna cecha tych operacji to działania koalicyjne – czasem w przedsięwzięciu bierze udział nawet 20 narodowości, które współpracują.

Przy pracy nad książką zdałem sobie sprawę, że Monte Cassino jest pierwowzorem współczesnych operacji wojskowych: 26 narodowości czy grup etnicznych pod brytyjskim dowództwem. To mnie zaskoczyło i myślę, że to jest nowe podejście do tej bitwy.

Polskie Monte Cassino

A z perspektywy czasu – jak Pan, jako żołnierz, dowódca – zachowałby się pod Monte Cassino?

Gdybym był dowódcą tych sił, w ogóle nie chciałbym walczyć pod Monte Cassino. Zresztą często słyszę pytania – po co walczyliśmy i dlaczego tak długo? Powody były dwa – po pierwsze teren, po drugie – pogoda. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, jak surowa potrafi być zima w tej części Włoch. Wydaje mi się, że „generał pogoda” w równym stopniu przyczynił się do tych pięciu miesięcy, co niemieccy żołnierze. I bardzo trudny teren – góry, rzeki, strumienie. Mam nadzieję, że moja książka pozwoli zrozumieć, co tam się działo. Staram się tak podchodzić do pisania o historii, jak do rozmowy z przyjaciółmi – nie są to wykłady eksperta, a po prostu opowieść. Mam nadzieję, że jest to ciekawe dla odbiorców i że zarazi ich historyczną pasją, że będą chcieli odkrywać swoją własną historię oraz, że przyczyni się to do budowania dumy narodowej.

Czy historia jest dziedziną życia, która nas może interesować?

Wydaje mi się, że to zainteresowanie wzrasta. Szukamy swoich korzeni, chcemy wiedzieć, skąd pochodzimy. Dzieje się to na ogromną skalę i na pewno nowoczesne technologie, jak internet – bardzo nam pomagają. Wiele osób ma krewnych za granicą, z którymi łatwo dziś utrzymywać kontakt.  W internecie udostępnione są różne archiwa – nie ruszając się z domu jesteśmy w stanie odnaleźć mnóstwo informacji. Na pewno zachęcanie do takiej dociekliwości należy do szkoły. Jeśli to się uda – mamy dobry start.

Czy jednak te poszukiwania historyczne nie ograniczają się do grupy zapaleńców historycznych? Gdybyśmy dziś na ulicy zrobili sondę dotyczącą najważniejszych dat z historii – prawdopodobnie nie bylibyśmy zadowoleni z odpowiedzi…

To na pewno prawda. Ale w XXI wieku dostaliśmy ważną lekcję – że jednostki też są ważne w historii: nie tylko generałowie, czy wielcy politycy, ale każdy z nas ma jakiś wpływ na historię. Widać to wyraźnie w historiach naszych rodzin, w dziejach naszych przodków – to też są  elementy wielkiej historycznej układanki.

Jeśli w szkole będzie się zachęcać, by uczniowie sięgali po wspomnienia swoich rodziców czy dziadków, po zapiski, pamiętniki rodzinne – to pasja do historii będzie obecna.

Historia to ludzie! I musimy zdać sobie sprawę z tego, że ludzie są tacy sami. Polak z XX wieku to ten sam Polak, który żyje w XXI wieku – technologia się zmienia, ale uczucia czy zachowania są takie same. W momencie, kiedy zdamy sobie sprawę, że ludzie z przeszłości to nie woskowe figury, tylko żyjące i czujące osoby, jesteśmy w stanie zachwycić się fascynująca historią. Kiedy spojrzymy 70 lat wstecz – polscy żołnierze pod Monte Cassino, byli takimi samymi ludźmi, jak my.


Książka “Monte Cassino. Piekło dziesięciu armii” ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak


Peter Caddick-Adams

Peter Caddick-Adams

Zobacz inne artykuły tego autora >
Patrycja Michońska-Dynek

Patrycja Michońska-Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Peter Caddick-Adams
Peter
Caddick-Adams
zobacz artykuly tego autora >
Patrycja Michońska-Dynek
Patrycja
Michońska-Dynek
zobacz artykuly tego autora >