Nasze projekty
Sławomir Dynek

Czerwone maki

Hejnał Mariacki oznaczał koniec morderczej walki o Monte Cassino, ogłaszał jedno z największych zwycięstw polskich żołnierzy w II wojnie światowej. To Polacy zakończyli 5-miesięczne, krwawe zmagania.

Reklama

Seria wystrzelona z niemieckiego karabinu maszynowego MG-34 uderzyła w skałę, za którą ukryli się trzej żołnierze z 2. Korpusu Polskiego. Nieprzyjemny gwizd rykoszetów, koziołkujących w powietrzu pocisków, oznaczał loterię. Trafi czy nie?

– Aaaaaaaaa!!!! Jezuuuu….  – major Tomasz Wilczyński obejrzał się przez ramię.

Wszędzie za jego plecami, między skałami i na gołej ziemi – gdzie kto mógł – ukryli się jego żołnierze. Wykorzystywali każdą, nawet najmniejszą osłonę. Wilczyński szukał wzrokiem, kogo dosięgła kula. Kilka metrów dalej, w skalistym kurzu, zwijał się z bólu jeden z jego ludzi. Wąska stróżka krwi spływała w dół i szybko znikała między kamieniami. Druga postać w pokrytym kurzem mundurze czołgała się do rannego.

Reklama

 

Niemcy wykorzystywali okazję i strzelali ze wszystkich luf. Polacy odpowiadali oszczędnym ogniem. Szukali celu między skałami. Niemcy byli doskonale ukryci i ufortyfikowani. Polakom kończyła się amunicja, granatów już nie mieli. Magazynki z nabojami zabierali poległym kolegom. Wilczyński liczył w myślach straty i czekał na transport zaopatrzenia.

–  Dzisiaj zginęło 8, wczoraj 4, a przedwczoraj, wcześniej…?

Reklama

– major gubił się już w czarnej statystyce. Obok niego siedział skulony ksiądz w mundurze. 34-letni ojciec Jan Tokarski. Modlił się szeptem za swoich dwóch kolegów. I prosił Boga, by oszczędził innych.

 

Fragment brytyjskiej kroniki filmowej z 1944r. dot. Bitwy o Monte Cassino

Reklama

Kilkanaście objuczonych mułów wspinało się cierpliwie górską, wąską i kamienistą ścieżką na masywie Monte Cassino. Długie sterczące uszy zwierząt strzygły niespokojnie. Gdzieś z daleka, z góry dochodziły kanonada strzałów i głuche dudnienie, a poruszone powietrze przynosiło dziwny zapach, który wiercił w nozdrzach. Zwierzęta były pogodzone ze swoim losem. Zwieszone łby, krok za krokiem, kopyto za kopytem, codziennie, dzień po dniu… Nie reagowały nawet, gdy mijały szczątki rozkładających się pobratymców. Muł to wytrzymałe zwierzę. Doskonale nadaje się do transportu w górzystym terenie. Te hybrydy osłów i koni są nieocenione – wejdą tam, gdzie nie dojedzie żaden samochód. Nikt nie zliczy ile ton broni, amunicji, granatów, żywności wniosły na swoich grzbietach dla polskich żołnierzy walczących tam wysoko, na pierwszej linii. Polaków próbujących zdobyć stary klasztor, a właściwie jego ruiny i otworzyć aliantom drogę na Rzym.

Kto wie, jak by wyglądała bitwa o Monte Cassino, gdyby nie te muły…

– Dalej, dalej – bez specjalnego przekonania kilku poganiaczy mułów ciągnęło za uzdy, albo popędzało oporne zwierzęta cienkimi witkami.

 

Poganiaczy z kolei popędzał młody, 18 -letni chłopak, w płaskim hełmie i mundurze brytyjskiego kroju. Ale od Brytyjczyków odróżniał się biało czerwoną, zaokrągloną naszywką na ramieniu z wyraźnym napisem POLAND. Żołnierz czujnie rozglądał się wokoło. Nasłuchiwał. Doskonale znał już drogę, udało mu się ją pokonać wielokrotnie. I wiedział, że za chwilę zbliżą się do miejsca, w które doskonale wstrzelali się niemieccy artylerzyści. Chłopak, Marek Tokarski, bał się. Każdego dnia przeżywał tu swoje piekło.

 

Każdego dnia żegnał przyjaciół. Kto by się nie bał? Ale ciągnęło go na górę, do kolegów, którzy czekali na amunicję i wsparcie. Na górze czekał także jego starszy brat, kapelan dominikanin ojciec Jan. Więc Marek się spieszył. Do miejsca, doskonale rozpoznanego przez niemieckich artylerzystów i zrytego przez pociski, zostało kilkanaście metrów. Odwrócił się i machnął ręką do swoich kolegów.

 – Uwaga! Biegniemy na mój rozkaz! – krzyknął do swoich żołnierzy.

– Na ile pozwolą biec muły – wyszeptał już tylko do siebie. Przed nimi był najniebezpieczniejszy fragment drogi.

 

Fragment brytyjskiej kroniki filmowej z 1944r. dot. Bitwy o Monte Cassino

Strzelanina ucichła. Na skalistej ziemi leżały ciała dwóch Polaków. Major Wilczyński patrzył na nich z żalem pomieszanym z wściekłością. Wiedział, że koniec Niemców jest już bliski. Jeńcy mówili o olbrzymich stratach i fatalnym zaopatrzeniu oddziałów z pierwszej linii. I im szybciej Niemców dodusimy, tym lepiej dla jego ludzi – myślał Wilczyński.

 

– Teraz! Już! Już! Już! – krzyczał Tokarski. I sam ruszył pierwszy. Chciał wykorzystać krótką przerwę w artyleryjskiej nawale. Złapał za uzdę pierwszego muła i ciągnąc ile sił, przyspieszył kroku. Wiedział, że za chwilę znowu odezwą się działa lub moździerze i albo dociągnie do osłony ze skał albo…

 

Ludzie Wilczyńskiego patrzyli z góry na wysiłek żołnierzy Tokarskiego i poganiaczy mułów, gdy nad ich głowami przeleciały pierwsze pociski. Po chwili zaczęły padać w pobliżu kawalkady mułów.

 

Tokarski ciągnął swojego muła. Był już blisko skał, schronienia. Większość jego żołnierzy także. Pociski zaczęły padać celniej. Kilka zwierząt, jęcząc i charcząc, leżało już na ziemi. Za nimi skulili się pozostali żołnierze i poganiacze. Jeśli przeżyją pierwszą nawałę, dobiegną do skał.

 

Czerwone maki

Ojciec Jan wiedział, że na dole jest jego brat. Patrzył i modlił się, krzyczał w myślach. Widział kilka martwych mułów leżących na ziemi. Widział, jak szare sylwetki żołnierzy dobiegają do skał. I wiedział już, że najgorsze za nimi. Tokarski mógł teraz pod osłoną skał doczołgać się z zaopatrzeniem na pierwszą linię.

 

Tokarski policzył swoich ludzi. Byli wszyscy, zasapani, zdyszani, z draśnięciami – ale wszyscy.

– To cud – myślał. Wcześniej zawsze ktoś ginął, byli ranni.

– Ściągać z mułów toboły! – rozkazał.

– Teraz my będziemy mułami – uśmiechnął się lekko do swoich ludzi. Czołgając się na górę , między skałami dotarli do majora Wilczyńskiego.

 

Wilczyński i ojciec Jan patrzyli jak zza skały wyczołguje się Tokarski. Na plecach dźwigał spory ładunek. Duchowny ledwo rozpoznał swojego brata. Jego twarz i mundur były w kolorze skał i ziemi. Strużki potu rzeźbiły mu na twarzy głębokie kanały. W uśmiechu błyszczały zęby, śmiały się też oczy, białka świeciły jak latarnie na ciemnej ulicy . 18-latek też spostrzegł już swojego starszego brata.

 

Nagle ziemia zaczęła kipieć wokół młodego żołnierza. Ojciec Jan nie słyszał terkotu serii niemieckiego karabinu, nie słyszał swojego krzyku. Ale widział. I patrzył jak podskakują kamienie, patrzył jak jego brat wciąż się uśmiecha. Widział czerwony kwiat, który nagle zaczął przebijać się przez szarą skorupę jego munduru. Widział jak płaski hełm spada z jego głowy i czerwona plama zasłoniła wszystko.

Uśmiech i  oczy – zniknęły.

*1.         Polacy przechwycili nieprzyjacielski meldunek, że Niemcy będą uciekać z klasztoru. Ciężkie działa ostrzeliwały drogi ich ewentualnej ucieczki.

*2.         18 maja 1944 Polacy wkroczyli do opuszczonego klasztoru. Walki żołnierzy generała Władysława Andersa o Monte Cassino trwały prawie dwa tygodnie.

* 3.        Plutonowy Emil Czech przyłożył do ust kornet. Wokół niego stali żołnierze i alianccy korespondenci wojenni. Zbliżało się południe. Plutonowy był wzruszony i zdenerwowany. Wziął głęboki wdech. Spod murów zniszczonego klasztoru popłynął w dół Hejnał Mariacki. Pierwszy raz od wielu dni, do uszu żołnierzy dotarło coś innego niż huk eksplozji, wwiercające się w uszy odgłosy serii karabinów maszynowych i krzyki rannych.

 

Hejnał Mariacki oznaczał koniec morderczej walki o Monte Cassino, ogłaszał jedno z największych zwycięstw polskich żołnierzy w II wojnie światowej. To Polacy zakończyli 5-miesięczne, krwawe zmagania. Cena była straszna. Zginęło 923 żołnierzy a 2931 zostało rannych. Ale to tylko część ceny, jaką trzeba było zapłacić za to, co zrobili Niemcy 1 września i ich ówcześni sojusznicy, Rosjanie 17 września 1939 roku.

 

*1. Fakt historyczny

*2. Fakt historyczny

*3. Postać autentyczna, fakt historyczny.

 

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite