Stanisław Trojanowski, polski strażak, uczestniczył w akcji ratunkowej po zamachach na WTC 11 września 2001 roku. Widział śmierć swoich kolegów, a swój hełm z tamtego dnia podarował Janowi Pawłowi II. "Był tym człowiekiem, który jak nikt potrafił zrozumieć cierpienie" - wspominał.

Stanisław Trojanowski, polski strażak, który uczestniczył w gaszeniu pożarów i ratowaniu ludzi po zamachach terrorystycznych na Światowe Centrum Handlowe (WTC) w tym mieście w rozmowie z KAI przypomniał przebieg tamtych wydarzeń, wspomniał o śmierci swych kolegów i późniejszych losach tych, którzy przeżyli oraz wezwał do stałej pamięci o nich.
Z okazji 25. rocznicy ataków na WTC w Nowym Jorku przypominamy fragmenty rozmowy Waldemara Piaseckiego ze Stanisławem Trojanowskim, która została opublikowana w 2020 roku. 11 września 2001 r. korespondent „Kuriera lubelskiego” w USA był jedynym polskim dziennikarzem, który relacjonował bezpośrednio o sytuacji z miejsca ataku na wieże WTC w Nowym Jorku.
Waldemar Piasecki (KAI): Jesteś najbardziej znanym Polakiem bezpośrednio związanym z atakiem na Nowy Jork 11 września 2001 roku, bohaterem akcji ratunkowej, w której uczestniczyłeś jako strażak, uczczonym w Białym Domu, polskim Sejmie, Nagrodą Fryderyka TV Polonia za rozsławianie imienia Polski, opisywanym w amerykańskich książkach, pokazywanym w mediach. Jak z tym wszystkim żyjesz…
Stanisław Trojanowski: Jakby ci powiedzieć, żeby nikt się nie obraził… Mnie samego to nie obchodzi ani nie zajmuje. Ja to robię dla chłopaków, którzy wtedy oddali życie. A straż pożarna to są 343 osoby. Dodaj do tego ich żony, dzieci, krewnych, znajomych. To jest wielka rodzina. Ja w niej żyję i robię, co mogę dla niej. Nie dbam o siebie i ten cały szum dookoła mnie…
PRZECZYTAJ>>> Historia niezwykłego Krzyża z World Trade Center
Przeczytaj również
W pierwszą rocznicę tragedii odmówiłeś prezydentowi RP i nie przyleciałeś, mimo imiennego zaproszenia na polskie obchody rocznicy tej tragedii. Wielu Polaków było zaskoczonych…
Nie miałem nic przeciw Kwaśniewskiemu… Ale w World Trade Center poległ mój dowódca porucznik Glenn Wilkinson. Przez dziewięć godzin wyciągaliśmy jego ciało spod ruin. Rok później, 11 września, w naszej jednostce Engine 238 odsłanialiśmy tablicę ku jego pamięci. Gdzie miałem wtedy być? Z nim? Czy na salonach w Warszawie? Prezydenta i premiera Polski spotykałem potem na „Ground Zero”, na miejscu, gdzie było World Trade Center…
Porozmawiajmy o relacjach z innymi wielkimi tego świata. Co podarowałeś Janowi Pawłowi II?
W prezencie imieninowym na świętego Karola, 3 listopada 2004 roku przekazałem Mu w darze swój hełm strażacki z 11 września 2001.
Był on obiektem starań i zabiegów wielu muzeów zarówno w Nowym Jorku, jak i w całych Stanach. Również dowództwo polskiej Straży Pożarnej prosiło cię o przekazanie hełmu do muzeum pożarniczego w kraju. Wartość takiego precjozum na aukcji odpowiadała wtedy… cenie samochodu. Dlaczego trafił w ręce papieża?
Dzieci się nawet trochę „burzyły”, bo to pamiątka rodzinna, ale ja wiedziałem swoje. Nikomu innemu bym go nie oddał, tylko jemu… Po pierwsze, uważałem, że Jan Paweł II był jednym z uczestników naszej akcji na WTC. Po drugie, był tym człowiekiem, który jak nikt potrafił zrozumieć cierpienie, poświęcenie bliźniego i sens ofiary życia. Po trzecie, skoro tak cierpiał, chciałem Mu przez ten hełm dodać otuchy i siły do zmagania z chorobą.
Papież był wzruszony, przyjmując ten dar serca i błogosławił mu…
To była dla mnie najlepsza „zapłata” za cały 11 września… Będę o tym pamiętał zawsze.
Wyjąłem zza koszuli medalik, ucałowałem i przeżegnałem się. Z „firehouse’u” wyjeżdżałem na syrenie, światłach i całą mocą, jaką fabryka dała…
Jak zaczęła się dla ciebie tego dnia akcja?
Przyszedłem do mojej jednostki Engine 238 na Greenpoincie na ranną zmianę od 9:00 rano. Byłem tam już o 8:10. W pokoju wypoczynkowym stale włączony jest telewizor na miejskim kanale informacyjnym „New York 1”. Napiłem się kawy i poszedłem do swojego wozu, za który odpowiadałem jako kierowca, aby zrobić przegląd. Rutyna.
Nagle usłyszałem krzyk kolegi z wypoczynkowego: „Szybko do mnie! Zobaczcie, co się dzieje!”. Spojrzałem na zegarek. Była 8.52. Na ekranie pokazywali wieże World Trade Center w kłębach dymu. Komentarze były chaotyczne. Mówiono o uderzeniu jakiegoś samolotu i o błędzie w pilotażu. Kumple spojrzeli na mnie. Pomyśleli to samo, co ja: „Jedziemy!”.
Tylko my w mieście mieliśmy wóz o pojemności 12 tysięcy litrów do gaszenia pianą, a gdy pali się benzyna, to tylko piana wchodzi w grę. Centrum dowodzenia zadzwoniło o 9.05, gdy wóz był już gotowy do wyjazdu. Porucznik Glenn Wilkinson wydał komendę: „Do wozu”. Chłopaki wskoczyli. Do mnie powiedział, abym wybrał trasę dojazdową, jaką uważam. Zwykle najkrócej byłoby jechać przez Brooklyn Bridge, ale rozum podpowiadał: Most Manhattański, bo wszystko pakowało teraz na Brooklyński. Wyjąłem zza koszuli medalik, ucałowałem i przeżegnałem się. Z „firehouse’u” wyjeżdżałem na syrenie, światłach i całą mocą, jaką fabryka dała…
Byliśmy w połowie mostu, gdy radio podało o drugim uderzeniu w północną wieżę WTC. Zadzwoniła komórka. Z drugiej strony odezwał się młodszy syn Michałek (miał wtedy 16 lat). Powiedział mi: „Tato, kocham cię. Wróć bezpiecznie”. Zakręciły mi się łzy w oczach. Żeby nie myślał, że pękam, powiedziałem: „Wszystko pod kontrolą, kolego…”. Oczywiście, nic nie było pod kontrolą…
Co było potem?
Wóz dotarł w rejon ulic Liberty i West, gdzie był punkt dowodzenia. Dookoła wszystko było zakorkowane samochodami straży, policji i pogotowia. Wszyscy na siebie trąbili, krzyczeli, wyzywali się najgrubszymi przekleństwami, o krok od rękoczynów. Porucznik Wilkinson podjął decyzję: „Tlen na plecy. Po drugiej butli na zapas. Za mną!”. Starym zwyczajem stanąłem przy drzwiach wozu i całowałem każdego wyskakującego. Tradycja. Znaczy, jeśli pocałowany, to musi wrócić z akcji, żeby… odcałować. Nie zdążyłem pocałować tylko porucznika. Już pędził przez ulicę, więc głupio było gonić… Krzyknąłem tylko: „Kiss you, Glenn!”, żeby zadziałało i na niego. Musiałem zostać przy wozie.
Jakie mieliście zadanie?
Dotrzeć na 78. piętro WTC-1 i tam gasić. Załoga szła po schodach, mijając schodzących w dół pracowników. Ci krzyczeli, że to szaleństwo, że nas posyłają na śmierć. Chłopaki docierają. Żaden hydrant na piętrze nie działał. Szybami windowymi leje się płonąca benzyna. Rozpoczyna się ewakuacja przerażonych ludzi. Wyprowadzają całe piętro do hallu głównego. Wtedy coś wstrząsa budynkiem i następuje seria eksplozji. Lecą wszystkie szyby w hallu. Wybiegamy na zewnątrz. Patrzymy, a tu już nie ma WTC-2, jest tylko góra dymiącego gruzu. Glenn liczy ludzi. Brakuje jednego. Pyta, kto go widział ostatni i gdzie. Pędzi z powrotem do budynku. Ostatni raz widzę go przy życiu…
Co dalej?
Kiedy kurz trochę opadł, zaczynamy się liczyć. Nie ma tylko… Glenna Wilkinsona. Jest ten strażak, który pobiegł, aby go szukać. Ciarki przeszły mi po plecach. Szybka decyzja: „Musimy go znaleźć!”. Ruszyliśmy w kierunku West Street, tam dokąd pobiegł. Rzucamy się do przeszukiwania rumowiska. Strażacy podawali wodę, ale hydranty padały jeden po drugim, bo ciśnienie słabło. Żywych już nie znajdowaliśmy.
Około 21.55 krzyk: „Chłopaki, znalazłem Glenna!” To woła jeden z kolegów. Jest jakieś 70 metrów od miejsca, gdzie był wieżowiec. Dokopał się do zwłok. Na plecach butla tlenowa, odgarnął gruz, żeby zobaczyć jej numer. Widzi pierwszą cyfrę „5”. Tak zaczyna się numeracja w naszej jednostce. Potem: 2, 3, 8… Glenn.
Pognaliśmy po sprzęt. Podnośniki poduszkowe, rozpieracze hydrauliczne, piły tarczowe do cięcia metalu, młoty, kilofy… Tniemy kawałek rumowiska po kawałku. Mówię: „My cię tu, stary, nie zostawimy. Jedziesz z nami…” Tarcze pił palą się do białości, sypią iskrami. O północy przychodzą ludzie z dowództwa, żeby nas odesłać na odpoczynek. Mówimy im spokojnie: „Tu jest nasz dowódca. Nie odejdziemy bez niego”. Uparł się jeden taki, że mamy zejść. Wtedy podobno chciałem mu przy…dolić toporkiem. Nie pamiętam… Pozwolili zostać. O siódmej rano wyciągamy Glenna. Połowa ciała spalona. Niesiemy go na ramionach w kierunku wozu. Służby medyczne odbierają nam zwłoki. Nie pozwalają nam odwieźć do kostnicy, jak chcieliśmy… Chcę pocałować Glenna, ale Bóg nie daje siły…
ZOBACZ>>> Ojciec Mychal Judge w trakcie ataku na World Trade Center: „Jezu, proszę, zakończ to w tej chwilii”
Kiedy był pogrzeb?
Pochowaliśmy swego dowódcę 17 września 2001 roku. Dwa dni wcześniej odbył się pogrzeb kapelana straży pożarnej ks. Mychala Judge’a, uznanego oficjalnie za „ofiarę nr 1”. Zginął udzielając ostatniego namaszczenia umierającemu strażakowi, memu kumplowi Danny’emu Suhrowi. Po mojemu, to Danny był pierwszym poległym na ziemi. Wcześniej ginęli ludzie w wieżowcach, ale kto był pierwszym, nie da się ustalić. A tak naprawdę, to kapitanem pierwszego uprowadzonego samolotu, który uderzył w wieżę, był John Ogonowski. Z powodzeniem można by uznać jego pierwszeństwo. Wracając do pogrzebów – tego dnia, co ks. Judge’a, pochowano też szefa nowojorskiej straży pożarnej Petera Ganciego, który poległ, kierując akcją.
Na ilu pogrzebach strażackich byłeś?
Na stu siedemnastu…
Czy jest ktoś, kto był więcej razy?
Nie wiem. Rudolph Giuliani, legendarny burmistrz Nowego Jorku, uczestniczył w ponad 160 strażackich pożegnaniach, czasem nawet na trzech pochówkach dziennie. On jednak poruszał się opancerzoną limuzyną w obstawie, a ja jeździłem starym wysłużonym vanem. Ale to nie była rywalizacja. To był mój święty obowiązek. Oni zginęli 11 września 2001 roku, ja wyszedłem z akcji na World Trade Center cało. Być może dlatego, że oni zginęli.
Co się potem z tobą działo?
Do marca 2002 roku byłem na chorobowym. Pogruchotane plecy, zmarnowane płuca, duszności, plucie krwią. Spotkania z psychologiem, żeby zwalczyć depresję, koszmary nocne. Poszedłem na aut. Emerytura w wieku 47 lat.
A koledzy?
Ponad 600 zapadło na różne choroby, z tego przeszło 50 na raka. Zmarło już 64, kilkunastu popełniło samobójstwa. Ponad sto rodzin strażackich rozpadło się przez rozwody i separacje. Do psychiatrów i psychologów trafiło kilkadziesiąt osób… Itd. Wielu żyło z dnia na dzień, pili, szukali ratunku w spotkaniach z kumplami. To druga strona medalu naszego bohaterstwa, którym politycy napychają sobie gęby do patriotycznych przemówień.
[…]
Podobno na ruinach towarzyszyły wam podczas akcji plakaty obrazu Matki Boskiej, nazwanej potem Madonną z World Trade Center, która wspomagała ratowników?
Tak, to prawda. Nie wiadomo dokładnie, jak się pojawiły, kto je porozwieszał. Wiele się o nich mówiło. Bez wątpienia były wówczas znakiem otuchy i nadziei dla tych, którzy byli wtedy w tym piekle.. Jak później ustalono, były to reprodukcje obrazu „Our Lady of Universe” („Matki Bożej Wschświata”), wystawianego w nowojorskiej siedzibie ONZ w roku 2000, którego autorką jest meksykańska artystka Jacqueline Ripstein, katoliczka żydowskiego pochodzenia.
Mam go na ścianie…
Skoro mówisz, że go masz, to ja powiem skąd… Dostałeś go od nas, od strażaków nowojorskich, wraz ze strzępami flagi z wozu bojowego FDNY. Uważamy cię za „swojego człowieka”, który też był tego dnia w rejonie Ground Zero, który rozumie i pamięta – i nas strażaków, i to, co się 11 września działo.
Rozumiem i pamiętam. A czym pamięć o TYM jest dla ciebie?
Dwie sprawy. Po pierwsze, jak najwięcej opowiadaj o tym, co się wtedy zdarzyło. Wszędzie, gdzie możesz. Ludzie muszą wiedzieć, jak było naprawdę. Bo ta prawda oficjalna i telewizyjna to często pic na wodę i propaganda. Po drugie, to taka zwykła, codzienna pamięć, a nie jakieś dęte mowy do kamer telewizyjnych i dziennikarzy. Proste czyny: zapal znicz na grobie kumpla, zadzwoń do żony i zapytaj, czy nie potrzebuje pomocy, zabierz jego syna na mecz koszykówki czy bejsbola. Reszta jest w nas…
Dziękuję za rozmowę.
—–
Waldemar Piasecki (KAI Nowy Jork)









