video-jav.net

Dwie bitwy Ewy Felińskiej

Jej życie było standardowe do pewnego momentu – ot, panna z drobnej kresowej szlachty litewskiej, po kształceniu domowym zamążpójście, rodzenie dzieci, doglądanie gospodarstwa, pacierze i praca

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Owszem, była jedną z wielu, ale była niezwykła, bo była pierwszą Polką, zesłaną na Sybir za działalność patriotyczną, autorką unikatowych pamiętników i tysięcy listów, matką kolejnego pokolenia, spragnionego wolności, w tym Szczęsnego Felińskiego, arcybiskupa Warszawy, zesłańca. Ewa Felińska – prababka wszystkich kobiet niepodległych, prekursorka, wzorzec, pionier.

Ewa Wendorffówna przyszła na świat w latach upadku Rzeczpospolitej. Pochodziła z zubożałej szlachty i choć rodzina dysponowała bardzo skromnym majątkiem, otrzymała coś, co nazywamy dziś kapitałem kulturowym – edukację, formację, wpojenie trwałych wartości, które dają siłę nawet w najsurowszych klimatach Syberii. Jako kilkuletnia dziewczynka została przekazana krewnym, którzy zapewnili jej naukę czytania, pisania, katechizmu, gry na instrumentach oraz języka francuskiego, nauczanego przez rodowitą „madame”. W domach swych krewnych poznała Józefa Ignacego Kraszewskiego, autora popularnych powieści historycznych i Salomeę Becu, matkę Juliusza Słowackiego. Literatura była od najmłodszych lat była jej pasją.

Gdy miała osiemnaście lat wyszła za Gerarda Felińskiego, szlachcica z Wołynia, który ujął ją ogładą i zainteresowaniami literackimi. Rodzina była zafascynowana literaturą, a brat męża Alojzy pisał dramaty i wiersze i był autorem pieśni „Boże, coś Polskę”. Prawdopodobnie także z powodu wspólnych zainteresowań małżeństwo było udane. „Byłam zupełnie zadowolona, mąż był dla mnie dobry, uprzejmy, delikatny, nie przykrzył sobie w moim towarzystwie, owszem, szukał go, rozdzielał się ze mną każdą myślą… był wyrozumiały na małe moje doświadczenie” – wyznała po latach.

Przed zamążpójściem przeżyła czas bardzo głębokiego religijnego zachwytu i wahała się, czy nie wstąpić do klasztoru. „Modlitwa sprawiała mi rozkosz, zalewając serce pociechą, unosząc ducha wysoko. W tym usposobieniu niczego sobie bardziej nie życzyłam jak umrzeć co prędzej, bo bałam się utracić w dalszym życiu  to usposobienie ducha, które tak lekko unosiło się ku niebu i łączyło z Bogiem”. Ostatecznie perswazje krewnych poskutkowały, decyzja o małżeństwie zapadła, ale Ewa do końca życia zastanawiała się, czy nie odrzuciła wielkiej łaski.

Jej szczęście było naznaczone licznymi cierpieniami – czworo pierwszych dzieci zmarło w dzieciństwie, przez tereny, gdzie małżonkowie mieli majątki, przechodziły wojska, trzeba było opuścić dwór w Wojutynie, błąkać się po Galicji, ich dwór spłonął, podpalony przez mściwego poddanego, upadło Powstanie Styczniowe, a po latach mąż, który rzadko bywał w domu, bo pracował jako urzędnik w sądzie, zakochał się w jakiejś kobiecie. W zmiennych kolejach losu Ewa po prostu wykonywała swoje obowiązki. Choć wcześniej tego nie umiała, opanowała do perfekcji sztukę prowadzenia gospodarstwa, a że była gospodynią roztropną i oszczędną, bo nawet ubrania szyto i dziergano z własnego lnianego płótna i wełny, wiązała koniec z końcem i odkładała na kształcenie dzieci, co było jej priorytetem. Urodziła jeszcze trzech synów i trzy córki. Dzieci kochała miłością wymagającą i wpoiła im dwie miłości: do Boga i Polski. Była bardzo łagodną panią z dworu, dobrze traktowała swoich poddanych, pomagała im, udzielała porad. A także leczyła, była świetną pielęgniarką, miała talent i wyczucie, zaś wiedzę uzupełniała dzięki książce „Sztuka przedłużania życia ludzkiego”.

Małżeństwo z Gerardem trwało dwadzieścia dwa lata, po jego śmierci przeniosła się do Krzemieńca żeby zapewnić synom dobre wykształcenie. Właśnie tu zaczęła się jej niezwykła historia, bo zaangażowała się w pracę konspiracyjnego Stowarzyszenia Ludu Polskiego Szymona Konarskiego pełniąc rolę sekretarza, odpowiadającego za zagraniczną korespondencję. Po wykryciu spisku została aresztowana, a po rocznym śledztwie, skazana na „wieczne zesłanie” do Berezowa nad północny brzeg rzeki Obi, tysiące kilometrów od domu i rodzinnych stron. W najdłuższą podróż życia wyruszyła 11 marca 1839. Miała wówczas czterdzieści sześć lat.

Jej historia przepadłaby zapewne w mrokach zapomnienia, wspominano by o niej tylko w związku z jej wybitnym synem, ale ona pozostawiła trwały ślad – była pierwszą kobietą zesłaną na Sybir za własną działalność, napisała pamiętniki o swoich przeżyciach, dała świadectwo nieprzeciętnej osobowości, talentu, zmysłu obserwacji.

„W pierwszych dobach ‘podróży’ opuszczała mnie cała odwaga, gdy tylko spoglądałam za siebie. Przerażało porównanie nikłej cząstki drogi przebytej z ogromem przestrzeni do pokonania. Ale człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja. Po tygodniu podróż wydawała mi się tak naturalna jak wszystkie codzienne czynności. Nic już nie  czułam – ani bólu, ani żalu, wstrętu, czy bodaj zniecierpliwienia” – wspominała podróż do Berezowa.

W kraju zostawiła sześcioro dzieci i bardzo chorą starą matkę. Czy musiała angażować się w konspirację, mając takie obowiązki? Widać musiała, co więcej, jej otoczenie było tego samego zdania, a krewni wraz z wpływowymi obywatelami ziemskimi regionu wzięli na wychowanie jej dzieci.

„Moje położenie sprawiło, że doszłam do pewnego kresu, nabyłam dziwnej niezależności, która pozwala obojętnie patrzeć na rzeczy, w innej sytuacji budzące niepokój, czy nawet grozę. Nazwałabym ten stan rozkoszą nieszczęścia”. W drodze poznawała przedstawicieli różnych narodów i kultur, porównywała święta wielkanocne na północy Imperium z tym, do czego przyzwyczaiła się w ojczyźnie. „Najuboższy, ale i najbogatszy, pospieszy powitać podróżnego, podzielić się święconym, poczęstować mięsem, czy go brakuje, czy też zbywa. Bo gość w dom, to Bóg w dom. Westchnęłam po cichu do Boga, aby nigdy nie dopuścił, by cudzoziemszczyzna wygnała od nas ten obyczaj narodowy, bratający przyrodzoną gościnność z religijnymi obrzędami”.

W drodze otrzymała dowód heroicznej solidarności. Jej towarzyszka niedoli, Józefa Rżążewska, która została zesłana do Tarry, miejsca znacznie bardziej cywilizowanego i z lepszym klimatem, ze względu na Ewę Felińską zażądała zmiany miejsca zesłania do Berezowa, oddalonego od Tarry ponad tysiąc osiemset kilometrów. Dla obu kobiet zaczęły się jednostajne dni w obcym pejzażu i zabójczym klimacie.

Po dwóch latach została przeniesiona do Saratowa, gdzie dołączyła do niej najstarsza i szczególnie ukochana córka Paulina, kolejna dzielna niewiasta, która zaopiekowała się rodzeństwem po zesłaniu matki. I kolejna tragedia – śmierć ukochanej córki.

Do ojczyzny wróciła po czterech latach, gdyż objęły ją kolejne amnestie. Zamieszkała w swym majątku, dźwigała go po latach zaniedbań. Skromna, otoczona nimbem dzielnej niewiasty, która zapłaciła wysoką cenę za swój patriotyzm. Była wziętą pisarką, a jej wspomnienia stały się prawdziwym bestsellerem. Pewnie nie miała świadomości, ale stała się postacią kultową, autorytetem dla tysięcy czytelniczek. Miała czas na refleksje nad życiowymi wyborami. „Uważam, że w naszym położeniu pamięć i świadectwo osób, które własnymi oczami śledziły bieg dziejów, są absolutnie konieczne do utrzymania i zachowania tożsamości narodu naszego. Niech nigdy nie nastanie dzień, w którym przyszłe pokolenie miałoby się odwrócić od przeszłości swojej, jako od tego, co jest mu obce, obojętne – dlatego, że nieznane!” – pisała. Wiedziała już, że gdy przegrywa się na polach bitew, trzeba kontynuować walkę kulturą, którą trzeba przechować, rozwinąć, podać dalej.

Nie doczekała wyniesienia do godności metropolita warszawskiego swojego syna Zygmunta Szczęsnego. Zmarła w wieku sześćdziesięciu pięciu lat w swoim majątku.”Cnota jej przez ogień doświadczenia przeszła i w tak licznych próbach hartu nie straciła. Córka, żona, matka, pani domu, przyjaciółka, we wszystkim wzorowa była… Zaiste wszystkie dobra przez nią nam przyszły” – napisał Zygmunt o matce. Czterdzieści cztery lata po jej zsyłce poszedł w jej ślady, wieziony na Sybir w kibitce, za karę za zbyt odważną obronę ofiar Powstania Styczniowego.

„Idźcie do Katedry,( …) pochylcie swoje głowy u jego sarkofagu, a zobaczycie: tam leży Człowiek, o którym mówiono, że przegrał, a to jest – Zwycięzca!” – pisał kardynał Stefan Wyszyński o swoim poprzedniku abp. Felińskim. Mógłby to samo powiedzieć o jego matce. Nie doczekała niepodległej Polski. Przegrała, ale w galerii kobiet niepodległych jej portret powinien inaugurować łańcuch niezwyciężonych Polek była jego mocnym ogniwem.

 

Korzystałam ze strony ewafelinska.pl stworzonej przez Martę Gambin-Żbik

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >
KOBIETA

Chiara Petrillo. Gdzie znaleźć taką księżniczkę?

Straciła dwoje dzieci, zanim zaszła w trzecią ciążę. Gdy dziecko okazało się zdrowe, stwierdzono nowotwór u niej. Poznajcie historię nowej kandydatki na świętą - Chiary Corbelli Petrillo.

Maria Górczyńska
Maria
Górczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dziecięce marzenie

Chiara Corbella Petrillo przyszła na świat w Rzymie 9 stycznia 1984 r. Była zwyczajną dziewczyną – miała wielu znajomych, których “zarażała” serdecznością i pogodą ducha. Nie była jednak typem przywódcy. W szkole nigdy nie zgłaszała się na ochotnika. Wychowywała się w rodzinie chrześcijańskiej, chodziła też na spotkania wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym. Gdy miała 7 lat, napisała na widokówce znad morza: “Maryjo i Jezusie, proszę Was, żebym została świętą”. Wiele wskazuje na to, że jej prośba niebawem się spełni, gdyż właśnie ruszył jej proces beatyfikacyjny.

 

Bądź wola Twoja
18-letnia Chiara poznała przyszłego męża Enrico Petrillo podczas wakacyjnego pobytu w Medżiugorie. Para szybko zaręczyła się, jednak wkrótce pojawiły się między nimi pierwsze kryzysy. Narzeczeni nawet zerwali ze sobą. Bardzo przeżywała rozstanie, zrozumiała wtedy, że Bóg nie chce jej ograniczać, ale pragnie dać to, co uczyni ją naprawdę szczęśliwą. Po 6 latach burzliwego związku Chiara i Enrico wzięli ślub. Mężczyzna wspomina, że znajomi zachwycali się pięknem i elegancją jego żony. – Gdzieś ty znalazł taką księżniczkę? – pytali.

Młoda mężatka szybko zaszła w ciążę. Pierwsze badanie USG wykryło u dziecka bezmózgowie. Jednak małżonkowie bez cienia wątpliwości przyjęli córeczkę Marię Grazię Letizię (grazia – „łaska”, letizia – radość), która zmarła pół godziny po urodzeniu. Na pogrzebie dziecka jednak, Chiara i Enrico w pełnym zawierzeniu, wychwalali i dziękowali Bogu za wszystko, co ich spotkało.

Widziałem mszę żałobną Marii. Rodzice śpiewali i chwalili Boga przez całą mszę. To było jedno z najpiękniejszych doświadczeń w moim życiu – mówił Gianluigi De Palo, przyjaciel Chiary i Enrico.

Kilka miesięcy później okazało się, że znów spodziewają się dziecka, tym razem chłopca. Lekarze wykryli jednak, że mały ma poważne wady genetyczne, m.in. brak nóg. Młodzi rodzice jednak w pełnym zawierzeniu Panu Bogu z utęsknieniem czekali na narodziny synka. Pogrzeb Dawida odbył się w podobnej atmosferze, jak wcześniej pożegnanie małej Marii.

 

 

Słodkie jarzmo, lekkie brzemię

Niedługo później Pan obdarzył ich trzecim dzieckiem. Chiara i Enrico wraz z bliskimi cieszyli się, że tym razem ciąża rozwijała się prawidłowo. Ich radość nie trwała jednak długo. W piątym miesiącu ciąży u Chiary zdiagnozowano nowotwór języka. Lekarze chcąc ją ratować naciskali na chemioterapię, jednak odmówiła, nie chcąc narażać życia i zdrowia synka. Na chemioterapię i radioterapię zdecydowała się zaraz po urodzeniu małego Franciszka, niestety było już za późno na wyleczenie. W wyniku postępów choroby nowotworowej Chiara straciła jedno oko. Nigdy jednak nie żałowała swojej decyzji. Wiedziała, że jej dni na ziemi są policzone, ale pomimo ogromnej tęsknoty za życiem, była pełna pokoju i ufności w Bożą Opatrzność.

 

“To, czego Bóg chce dla nas jest o wiele piękniejsze niż to, o co moglibyśmy prosić, używając własnej wyobraźni” – napisała na tej samej widokówce, na której jako 7-latka wyraziła swoje pragnienie zostania świętą.

 

Według męża właśnie ostatnie miesiące jej życia, wypełnione leczeniem, cierpieniem i modlitwami o uzdrowienie, były pomimo bólu najpiękniejszymi w ich życiu. Chiara często powtarzała zdanie Jezusa z Ewangelii: “jarzmo moje jest słodkie, a brzemię – lekkie”. Przypomniała je również w napisanym do swojego małego synka liście.

Rankiem w dniu, w którym Chiara zmarła, ona i jej mąż wspólnie modlili się jeszcze przed Najświętszym Sakramentem. W pewnym momencie Enrico ze łzami zapytał żony: Czy to jarzmo, który nosisz, jest naprawdę tak słodkie, jak mówił Pan? – Tak, jest słodkie – odpowiedziała z uśmiechem Chiara. “Ta słodycz była jej, nie moja – tłumaczył potem jej mąż. – To ona umierała, nie ja. Pan rzeczywiście daje łaskę w stosownej chwili. I rzeczywiście widziałem, że umierała szczęśliwa. Doskonale wiedziała, dokąd idzie”.

 

Druga Joanna Beretta Molla
Chiara Corbelli Petrillo zmarła 3 czerwca 2012 r., mając zaledwie 28 lat. Na jej pogrzeb przybyły tłumy, a mszę żałobną koncelebrowało ponad 100 kapłanów. Za pośrednictwem internetu oglądały ją tysiące osób na całym świecie. Podczas ceremonii wikariusz papieski dla diecezji rzymskiej, kard. Agostino Vallini, nazwał Chiarę „drugą Joanną Berettą Mollą”.

Podkreślano też jej radość życia i jej bezgraniczne zaufanie Bogu. Grób Chiary mieści się na rzymskim cmentarzu Verano, a wierni modlą się o łaski za jej wstawiennictwem.

 

Miłość zwyciężyła śmierć
18 lipca 2018 r. w Rzymie rozpoczął się proces beatyfikacyjny Chiary Corbelli Petrillo. – Świecka kobieta i matka rodziny, żona i mama o ogromnej wierze w Boga – czytamy w dokumencie ogłaszającym rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego.

 

Duchowni podkreślają, że postawa młodej Włoszki jest “latarnią światła nadziei, świadectwem ogromnej wiary w Boga, który jest dawcą życia, a także przykładem miłości większej od lęku i od śmierci”.

Maria Górczyńska

Maria Górczyńska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Maria Górczyńska
Maria
Górczyńska
zobacz artykuly tego autora >