video-jav.net

Żebrak Bożego Miłosierdzia

"Intuicja, kim On jest i że jest miłosierny, towarzyszyła mi od pierwszego spotkania z orędziem s. Faustyny, jeszcze na początku II wojny światowej" - mówił w wywiadzie kard. Franciszek Macharski. Kontemplacja tajemnicy Miłosiernego Boga była osią życia i trwającej 27 lat posługi arcybiskupa - seniora archidiecezji krakowskiej, który zmarł 2 sierpnia w krakowskiej klinice. Dziś zostanie pochowany w katedrze na Wawelu.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z rodziny krakowskich patrycjuszy

Był nieodłącznie zrośnięty z Krakowem – swoim rodzinnym miastem – iw uosabiał wszystko, co w nim najlepsze – tradycję, obyczaj, poczucie humoru, przeświadczenie, że pośpiech świadczy o braku dobrych manier. Urodził się 20 maja 1927 r., był czwartym, najmłodszym dzieckiem Leopolda, prawnika i właściciela znanej restauracji Hawełki i jego żony Zofii. Ustabilizowane i szczęśliwe życie rodziny przerwała wojna – dwunastoletni wówczas “Nusik” – tak mówiono na Franciszka w domu – musiał pracować zarobkowo, kontynuując naukę na tajnych kompletach. Cudem udało mu się uniknąć wywózki na roboty do Niemiec po przeprowadzonej w mieście łapance, dzięki dociekliwości i niezrozumiałej życzliwości niemieckiego oficera, który, po ustaleniu, że jest młodszy niż wskazuje na to jego wygląd, kazał wypuścić go do domu. Po latach mówił, że było w tym Boże Miłosierdzie, a także w tym, że rodzeństwo ocalało. Trudne lata powojenne połączyły się z wielkim bólem rodziny Macharskich – pod koniec okupacji zmarł ojciec rodziny.

 

Nie chciałem, żeby szedł sam

Zaraz po wkroczeniu sowietów do Krakowa osiemnastoletni Franciszek zgłosił się do księcia metropolity krakowskiego Adama Stefana Sapiehy, z prośba o przyjęcie do seminarium. Najbliżsi uznali to za rzecz oczywistą, gdyż Nusik był bardzo religijny, a pierwszą samodzielnie przeczytaną przez niego książką był modlitewnik. Po latach wyznał w wywiadzie, że zachwycała go zwyczajność Chrystus. Szczególnie scena drogi do Emaus przemawiała do jego wyobraźni. Po Zmartwychwstaniu Jezus zwyczajnie wyruszył w drogę, towarzysząc uczniom. Oni go nie poznali, potrzebowali na to czasu. – Nie chciałem, żeby był sam, dlatego wybrałem kapłaństwo – wyjaśniał dziesięciolecia później swoją decyzję. Zapragnął towarzyszyć Jezusowi.

W seminarium studiował z ludźmi, którzy mieli wpływ na całe jego życie, z którymi utrzymywał serdeczne kontakty – Karolem Wojtyłą, Andrzejem Deskurem, Marianem Jaworskim. Młodzi klerycy mieli nie tylko znakomitych profesorów, ale też znakomite wzorce osobowości kapłańskich, które uosabiał przede wszystkim niezłomny książę metropolita. W czasie okupacji niemieckiej był wzorem godności i odwagi, zaś gdy przyszedł stalinowski totalitaryzm także zachował nieugiętą postawę wobec nowych ciemiężycieli. Kard. Sapieha szczególnie troszczył się też o ubogich, o uciekinierów wojennych, o ofiary niemieckiego terroru.

Święcenia kapłańskie kleryk Franciszek Macharski otrzymał z rąk kard. Sapiehy w 1950 r. Wychowanie i wartości, wyniesione z domu rodzinnego idealnie harmonizowały z formacją seminaryjną, tworząc najwyższą próbę kapłaństwa.

Niezłomny

Próba charakteru, jakiej był poddany Franciszek Macharski trwała całe życie, ale pierwsza i poważniejsza z nich wydarzyła się krótko po święceniach – został wytypowany przez przełożonych na studia do Fryburga Szwajcarskiego (przełożeni docenili jego wybitną inteligencję, pracowitość, znajomość języków obcych), ale młody ksiądz odmówił współpracy z bezpieką, co było warunkiem otrzymania paszportu. Zamiast do Fryburga trafił do parafii Kozy koło Bielska. Musiał czekać kilka lat, aż do odwilży w 1956 r., żeby wyjechać na zagraniczne studia. Efektem jego pobytu we Fryburgu był doktorat, poświęcony duszpasterstwu we współczesnym Kościele.

Dokumenty, zgromadzone w IPN nie pozostawiają wątpliwości – z władzami PRL nigdy nie szedł na kompromisy, choć unikał też ostrej konfrontacji, w kontaktach z partyjnymi funkcjonariuszami był elegancki i uprzejmy, ale stanowczy. Specjaliści od łamania charakterów musieli szybko się zorientować, że ich wysiłki przeciągnięcia go na swoją stronę spełzną na niczym.

Po powrocie do Polski związał się z krakowskim seminarium. Był w nim ojcem duchowym, później rektorem. Na tym stanowisku zastała go radosna i zdumiewająca wiadomość – kard. Karol Wojtyła, jego kolega z seminarium, został papieżem.

Dwa miliony kilometrów

Ten wybór miał decydujący wpływ także na kościelną karierę ks. rektora Macharskiego – to on został następcą kard. Wojtyły na krakowskiej stolicy. Od Jana Pawła otrzymał w prezencie pektorał kard. Sapiehy oraz rękopis poematu “Stanisław”, w którym Autor napisał: Słowo nie nawróciło, nawróci krew”. Gdy papież zapytał swojego następcy, jakie zawołani biskupie wybrał, kard. Macharski odpowiedział: “Jezu, ufam Tobie”. Papież nic nie powiedział, długo wpatrywał się w swojego następcę w milczeniu.

Od samego początku posługa kard. Macharskiego była niełatwa. Po euforii, związanej z pierwszą pielgrzymką Jana Pawła do ojczyzny w 1979 r. i powstaniu “Solidarności” w 1980 ruch niepodległościowy został stłumiony stanem wojennym. Metropolita krakowski bronił prześladowanych, nawiedzał internowanych, otoczył opieką ich rodziny. Nigdy jednak nie przekroczył cienkiej linii – nigdy bez wyraźnych motywów nie ingerował w politykę.

Jego codziennością była troska o Kościół lokalny, wychowanie kolejnego pokolenia kapłanów, przybliżanie Kościoła do wiernych – w ciągu 27 lat erygował 200 parafii, udzielił święceń kilkuset kapłanom. W tym czasie przejechał 2 mln kilometrów, był wszędzie, ale przede wszystkim wśród ludzi biednych i słabych. To miłosierny Jezus uczył go widzieć w biednych, opuszczonych i chorych cierpiącego Jezusa. Pojawiał się w schroniskach dla bezdomnych, domach samotnych matek, na Wigiliach dla ubogich. Fundował kosztowne operacje i terapie ludziom, którzy nie byli w stanie sobie na to pozwolić.

Miał ogromny autorytet wśród współbraci biskupów, przez piętnaście lat był wiceprzewodniczącym KEP, członkiem jej Rady Stałej. Był laureatem polskich i zagranicznych nagród, m. in. Orderu Odrodzenia Polski czy francuskiej Legii Honorowej.

Jako człowiek, kochający sztukę bywał na spektaklach teatralnych, wystawach, szczególnie kochał muzykę i był bywalcem w Filharmonii. Lubił chodzić pieszo, mieszkańcy Krakowa nieraz widywali go, jak przechodzi ulicami miasta, zawsze ubrany w skromną księżowską sutannę, z niewielkim pektorałem na szyi. Miał subtelne poczucie humory, bywał samoironiczny, żartował ze swojego wzrostu i chudości. Gdy zachorował na raka, którego ostatecznie pokonał, wyjaśniał, że go zasuszył. Tłumaczył, że nie chodzi na plażę żeby dzieci nie pomyślały, że przyszła Kostucha. Kiedyś otaczającym go dziennikarzom i dziennikarkom z typowym dla siebie figlarnym uśmiechem nakładał na głowy swoja piuskę żeby sprawdzić, czy do nich pasuje.

Wiele osób, które miało z nim bezpośredni kontakt odnosiło wrażenie, że jest mistykiem. Zatapiał się w modlitwie, nieraz sprawiał wrażenie nieobecnego, kontemplującego tajemnicę Boga.

Życie daje się raz, albo kropla po kropli

Gdy w 2005 roku po przejściu na emeryturę zamieszkał w skromnym mieszkaniu przy klasztorze sióstr albertynek, wszyscy uznali to za rzecz naturalną – był zawsze wśród ubogich i oni byli mu najbliżsi. Nie wyłączył się całkowicie z bieżących wydarzeń, w miarę sił brał udział w życiu lokalnego Kościoła i ukochanego miasta. Nadszedł czas podsumowań pracowitego życia.

Zapytany w jednym z wywiadów, co było największą trudnością w czasie jego rządów biskupich, odpowiedział: Ja sam. Uważał, że biskup ma umierać i spod warstwy swoich wyobrażeń, ambicji, emocji i depresji, odnajdywać wolę Boga. Szukał jej kontemplując tajemnicę Bożego Miłosierdzia. Miniaturowy modlitewnik z tekstem Koronki do Miłosierdzia i reprodukcją obrazu Jezusa, namalowanego w Wilnie pod kierunkiem s. Faustyny, znany mu był jeszcze przed wojną. “‘Jezu, ufam Tobie’ – nie miałem wątpliwości w roku ’38, nie miałem i później, że te słowa kształtują moje kapłaństwo. Od powrotu ze Szwajcarii co miesiąc, 25. dnia – w miesięcznicę narodzin s. Faustyny i 5. – jej śmierci, udawał się do Łagiewnik i dyskretnie, po Mszy św., modlił się w klasztornej kaplicy. Był to jego prywatny i osobisty kult, gdyż orędzie św. Faustyny mocno do niego przemawiało.

To on wydał “Imprimatur” dla wydania jej “Dzienniczka”, w diecezji krakowskiej jako pierwszej na świecie zaczęto obchodzić drugą niedzielę wielkanocną jako niedzielę Miłosierdzia, jako biskup miejsca kontynuował proces beatyfikacyjny, rozpoczęty przez kard. Wojtyłę, doprowadził do wybudowania w rekordowym, dwuletnim okresie, bazylikę Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. “Akt zawierzenia świata Bożemu Miłosierdziu” był poniekąd zwieńczeniem także jego posługi, nie tylko Jana Pawła. Stanowili z papieżem niezwykły tandem duchowy – kard. Macharski czuwał nad rozwojem kultu w Kościele lokalnym, papież Wojtyła – w Kościele powszechnym. Obu hierarchów łączyła kontemplacja tajemnica Bożego Miłosierdzia i wspólna intuicja – że to najważniejszy komunikat, jaki Kościół ma przekazywać światu w porę i nie w porę.

Łączył to z postawą duchowego ubóstwa, której uczył się od swojego patrona – Biedaczyny z Asyżu i Biedaczyny z Krakowa – św. Brata Alberta. Mówił, że aby otworzyć się na Miłosierdzie trzeba nauczyć się żebrać. “Muszę być żebrakiem, stale żebrakiem, muszę błagać Boga o miłosierdzie dla innych, jakby Mu się narzucać. Muszę wejść w sposób życia żebraka i stać się wobec Boga żebrakiem – mówił w wywiadzie. – Tylko wtedy dostrzegę tę miłość, którą Bóg nieustannie mnie obdarza i, co najważniejsze, będą mógł ta miłością obdarować innych. Trudna to droga, ale zawsze szczęśliwa”.

Ta szczęśliwa droga zakończyła się 2 sierpnia w krakowskiej Klinice Uniwersyteckiej, gdzie trafił po utracie przytomności i upadku. W szpitalu zdążył go jeszcze odwiedził przebywający w Polsce Franciszek – kolejny papież miłosierdzia. W testamencie Kardynał polecił, by cały jego majątek został przeznaczony dla diecezji. I żeby pochowano go obok ukochanego księcia metropolity w katedrze na Wawelu. Patrząc na odsłoniętą kryptę zażartował kiedyś, że na nagrobku trzeba wyryć inskrypcję, że zaschnął w pokoju.


Alina Petrowa-Wasilewicz / Warszawa

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Promieniowało od niego misterium

„Kiedy raz odprawiałem Mszę św. z kard. Macharskim był przejęty, miałem wrażenie, jakby widział Niewidzialnego, promieniowało od niego wielkie misterium, wielka tajemnica” – mówi o. Leon Knabit OSB. Tyniecki benedyktyn swoje wspomnienia o zmarłym we wtorek kard. Franciszku Macharskim opublikował na swoim videoblogu.

Polub nas na Facebooku!

O. Leon Knabit OSB po raz pierwszy usłyszał o ks. Franciszku Macharskim w roku 1957. Ks. Stefan Knabit w latach 1956–1958 był kapelanem i rektorem Domu Diecezjalnego w podżywieckiej Pewli Małej. Spotkał tam parafianki z Kóz, gdzie wikariuszem był ks. Macharski. Późniejszy kardynał wyjechał właśnie na studia do Fryburga szwajcarskiego. Jego byłe parafianki prosiła kapelana Knabita, by – choć go nie zna – napisał do niego kilka przyjacielskich słów, bo ks. Franciszek czuje się samotny. O. Leon nie pamięta już ile tych listów napisał, ale podkreśla, że jedna z tych kobiet żyje do dziś i ciągle z wielkim szacunkiem i miłością wspomina ks. Franciszka – wikarego z Kóz w latach 1950-1956.

Gdy ks. Knabit został benedyktyńskim mnichem poznał się już osobiście z ks. Macharskim w Tyńcu. Od tego czasu regularnie się spotykali, bo o. Leon jako katecheta i proboszcz zaangażowany był w duszpasterstwo diecezjalne, a ks. Macharski był ojcem duchownym, wykładowcą a później rektorem w seminarium.

Gdy ks. Franciszek Macharski został metropolitą krakowskim o. Knabit napisał do niego serdeczny list z gratulacjami. Jak wspomina benedyktyn, przygotował dwie wersje: jedną zaczynającą się od „Wasza Ekscelencjo, najdostojniejszy nasz Arcypasterzu” i drugą z bardzo bezpośrednim zwrotem „Kochany Franku”. „Wybierz sobie co chcesz” – napisał o. Leon do abp. Macharskiego.

„Nie musiał cofnąć żadnego ze słów, które powiedział. Zawsze ważył słowa, wypowiadał się delikatnie – wolał nie skończyć, zostawić słuchaczom niedopowiedzenie, niż później się wycofywać czy wstydzić” – zwraca uwagę o. Knabit.

Wśród rozmaitych wydarzeń, które ojciec Knabit przechowuje w swej pamięci, jest i scena z czuwania pod oknem papieskim na Franciszkańskiej, gdy umierał Jan Paweł II. Kard. Macharski modlił się wraz z wiernymi, stojąc przed swym pałacem. Kiedy ludzie proponowali, że przyniosą mu krzesło, że powinien usiąść, kardynał dziwił się: „Czy ja komuś zasłaniam?”. I na wszelki wypadek wycofał się, by nikomu nie przeszkadzać.

O. Knabit wspomina, że jakieś trzy lata temu kard. Macharski przyjechał do Tyńca z sentymentalną podróżą. „Nie przypuszczałem wówczas, że to będą ostatnie odwiedziny w Tyńcu” – mówi o. Leon, który zaznacza, że kard. Macharski bardzo kochał Tyniec. Wyrazem tej miłości było ofiarowanie opactwu ornatu, w którym Jan Paweł II odprawił ostatnią Mszę św. na krakowskich Błoniach.

„Kiedy raz odprawiałem Mszę św. z kard. Macharskim był przejęty, miałem wrażenie, jakby widział Niewidzialnego, promieniowało od niego wielkie misterium, wielka tajemnica” – mówi tyniecki benedyktyn.

W czasie innej uroczystości, w której brali udział obaj – o. Knabit i kard. Macharski – metropolita poprosił mnicha: „stań przy mnie, to będę przy tobie lepiej wyglądał”. „Potem ludzie pytali, co to za gruby kardynał stoi koło o. Leona” – wspomina benedyktyn podkreślając poczucie humoru kard. Macharskiego.

„Powaga, niemalże mistyka, świadomość bardzo roztropnego i pokornego działania a jednocześnie wiele prostoty, zwyczajności a nawet humoru” – podsumowuje swoje wspomnienia o kard. Franciszku Macharskim o. Leon Knabit.


pra / Kraków