Nasze projekty

Podróżowanie samolotem w PNG to zapach

W tym kraju nie ma dróg, latają więc wszystkie klasy społeczne, poziomy wykształcenia, nawyki. Gdy dziś o piątej rano siedziałem przy gejcie w australijskim Cairns, dwa krzesła obok usiadł mężczyzna, którego woń wprawiła w autentyczny popłoch wszystkich w promieniu – nie przesadzam – stu metrów.

Reklama

O wrażeniach jakich dostarcza przesiadka w porcie lotniczym w Port Moresby, stolicy Papui Nowej Gwinei, pisałem w ostatniej książce. I tym razem kluczem do sukcesu okazała się strategia. Zając, żeby nie zostać zjedzony musi zachowywać się jak wilk, wprawiając swym tupetem prawdziwe wilki w osłupienie. Potrwa ono – ufamy – wystarczająco długo, by się przed ich nosami przemknąć.

 

Maszeruję więc pewnym krokiem, robię dużo hałasu, wydaję polecenia tonem nie znoszącym sprzeciwu. Zamiast trząść się przed rzeczywistością, biorę ją za twarz. Pseudoochroniarze i pseudokierowcy czyhający na zagubionych podróżnych robią krok do tyłu. Fajni, mili, pomocni ludzie – sprzedawcy telefonów, reprezentaci hoteli, bagażowi – uśmiechają się ze zrozumieniem.

Reklama
Reklama

 

Droga do terminala krajowego, z którego mam polecieć do Wewak, obłożona jest żebrakami, którzy nie mieli ze sobą co zrobić w mieście, postanowili więc szukać szansy w tymczasowości lotniska. Wymieszali się z koczującymi podróżnymi, którzy nie załapali się na lot (w PNG jest dwóch głównych przewoźników, do wyboru: jeden sprzedaje trzy razy więcej biletów niż ma miejsc, drugi ma rozbijające się pięć razy za często samoloty).

Podróżowanie samolotem w PNG to zapach

Reklama
Reklama

Znam już ten terminal, tu lepi się wszystko: podłogi, ściany, nawet odblaskowe kamizelki ochroniarzy, którzy wysmarowują mój boarding odciskami palców i mażą po nim artystyczne esy floresy. Za kontrolą bezpieczeństwa wielka sala, coś w rodzaju kina, w której w rozpadających się fotelach siedzi tłum próbujący zrozumieć, co rzęzi głośnik, który co chwila i tak z hukiem wysiada. Dwa monitory wyświetlają ciąg przypadkowych cyfr. „Gejt“ to oblepione tłustym kurzem drzwi, rozsuwane z hukiem gdy do uwijających się jak w ukropie pracowników (słowo daję, nie wiem jaką drogą) dotrze info, że jakiś samolot jest już gotowy do startu.

 

Trzy godziny czekania, zrywania się co chwila z fotela, by potwierdzić u miłej pani, czy ten zgrzyt i pisk w głośnikach to może już Wewak. Jest! Głupi zawsze ma szczęście: trzy dni temu po intensywnych deszczach pas startowy w Wewak spłynął w dolinę, teraz podobno jakoś udało się go zalepić.

Reklama

 

Podróżowanie samolotem w PNG to zapach. W tym kraju nie ma dróg, latają więc wszystkie klasy społeczne, poziomy wykształcenia nawyki. Gdy dziś o piątej rano siedziałem przy gejcie w australijskim Cairns, dwa krzesła obok usiadł mężczyzna, którego woń wprawiła w autentyczny popłoch wszystkich w promieniu – nie przesadzam – stu metrów.

Ja naprawdę wiem, jak pachnie człowiek. Znam aromat izby przyjęć w nocy z piątku na sobotę, zapach biedy i bezdomności, woń śmierci, przerobiłem w tej dziedzinie wiele w różnych okolicznościach świata. Ale tym razem nawet mój mózg zaczął odliczanie: do utraty przytomności pięć minut. Cztery. Trzy. Czuję się jak wtedy, gdy parę lat temu w Meksyku po raz pierwszy zjadłem papryczkę jalapenio – nie mam twarzy, totalny paraliż. Kątem oka zerkam na siedzącą obok mnie papuaską damę i towarzyszącego jej biznesmena: im została już najwyżej minuta.

 

Nagle – cud: pan pomylił samoloty a do nas przyszedł tylko sobie „popachnieć“. Zapach zniknął, zostaje pytanie: Matko i Ojcze, co robić w takich sytuacjach?! To naprawdę istotny dylemat, nie ma co kokietować, że go nie przerabiamy: jak praktykować miłość bliźniego, gdy bliźni – powiedzmy to bez zawijania w polityczną poprawność – maskarycznie wprost śmierdzi?

Podróżowanie samolotem w PNG to zapach

W Polsce pewnie okazałbym dezaprobatę, zakładałbym, że ktoś mógł zachować się inaczej (co słusznie piętnował ostatnio Marcin Meller po swoich doświadczeniach w upalne dni w warszawskim metrze). Tu nie mogę mieć pewności, że była intencja, a więc i wina. Temperatury naprawdę są zabójcze i po dniu bez kontaktu z wodą każdy stanowi realne zagrożenie. A może ten człowiek ma jedno ubranie, od dawna jest w podróży, po prostu nie miał jak się „oprać“?

 

Na lotnisku mogę się jeszcze gdzieś dyskretnie przemieścić, udać, że czegoś zapomniałem, odegrać scenkę, tak żeby wszystko wyglądało przypadkowo i nikomu nie było przykro. Ale co zrobić w samolocie?

 

Na trasie do Wewak trafiam na niemal identycznego sąsiada. Ja siedzę przy oknie, on od przejścia. Nie ma ucieczki. Po kwadransie kombinowania, wybieram obronę przez atak: zagaduję – to górnik, lecący do domu po miesiącu spędzonym w kopalni w drugiej części kraju. Po dwóch godzinach lotu i międzylądowaniu w Madang, jesteśmy kolegami, a ja jestem bogatszy o fascynujący życiorys (rzecz na osobny wpis w dzienniku).

 

Recepta na nie dające się przezwyciężyć międzyludzkie bariery jest więc chyba identyczna jak ta, która pozwala przeżyć na lotnisku w Moresby. Gdy widzisz mur – dodaj gazu i po prostu go przebij. Zamiast bać się sytuacji, przejmij nad nią kontrolę. Zamiast opierać relacje z ludźmi o odruch, choć nie jest łatwo, spróbuj wziąć się w garść, iść głębiej, poznać świat, o którym nie miałbyś pojęcia, gdybyś z miejsca uciekł.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę