video-jav.net

Kościół hamulcowym nauki? Bzdura!

Są w świecie rzeczy nierozłączne. Muzyka techno i hałas, krakowskie powietrze i smog, polskie pociągi i opóźnienia, krytyka Kościoła i zarzut antypostępowości lub wstecznictwa. Dziś zajmiemy się tym ostatnim

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W moim rodzinnym mieście, w jego bodaj najstarszej dzielnicy stoi bardzo ładna, ceglana świątynia. Kilkanaście lat temu po drugiej stronie ruchliwej ulicy, naprzeciw kościoła, postawiono jedno z największych w Polsce centrów handlowych, a dziś na samej granicy z parafią, nie więcej niż sto metrów od świątyni dobiega końca budowa hipernowoczesnego, przeszklonego biurowca. Na tle tych obiektów świątynia – choć bardzo ładna, zadbana przez wiernych i duchownych – wygląda jak stara łata doszyta do nowej marynarki. Aż kłuje w oczy.

Kościół przez duże K wśród Biurowców przez duże B wygląda oczywiście analogicznie nieprzystająco, po wczorajszemu. I chwała mu za to.

Bo Kościół z zasady się nie zmienia – taki stereotyp się do niego przykleił i choć wystarczy poświęcić minutę i prześledzić zdjęcia kolejnych papieży z ostatniego stulecia, żeby wiedzieć, że w tym zarzucie coś nie gra, wciąż ciężko go odlepić. Kościół zmienia się w swoim tempie i w swoim, głęboko przemyślanym kierunku. Dyktatura postępu, zmiany prowadzące donikąd, bezcelowe ganianie za własnym rewolucyjnym ogonem dla samego podtrzymania fermentu nigdy nie były i – co daj Boże! – nie będą głównymi wyznacznikami działalności Kościoła. Kościół ma inny, ważniejszy cel. I wie jak go osiągnąć. Zresztą pisałem już o tym tutaj.

I o ile wewnętrzna hermetyczność Kościoła, hamowanie własnego rozwoju i programowa niechęć do jakichkolwiek zmian przeciętnego, niezaangażowanego obserwatora debaty o Kościele nie angażuje w ogóle, o tyle Kościół hamujący rozwój nauki, czy zmiany w świecie zapala mu czerwoną lampkę. Kościół może sobie być wstecznikiem, ale we własnym sosie. Od nauki wara!

Kościół hamulcowym nauki? Bzdura!

Gdyby ten zakaz potraktować poważnie już w czasach średniowiecznych, gdy duchowni byli najbardziej wykształconymi ludźmi wszystkich europejskich społeczeństw, Roger Bacon nie zgłębiałby teorii szkieł wypukłych (stąd później okulary, teleskopy, mikroskopy), Mikołaj z Kuzy nie stworzyłby jednego z pierwszych – przyznajmy: prymitywnych – barometrów, dominikanin Jordanus Nemoriarus nie podarowałby nauce prawa dźwigni, a także dziesiątki innych księży-naukowców zatrzasnęłoby się w konfesjonałach i zakonnych celach zostawiając rozwój świata obmodlonemu przypadkowi. Gdyby ten zakaz potraktować poważnie w czasach współczesnych, nie mielibyśmy również teorii Wielkiego Wybuchu (autor: ks. Georges-Henri Lemaître), którą dziś grupa domorosłych antykreacjonistów przeciwstawia Księdze Rodzaju. Zabrakłoby też polskiej szkoły bioelektroniki (twórca: ks. Włodzimierz Sedlak) i paru innych ciekawostek.

Bo Kościół od wieków wierzył w słowa – dziś już trochę oklepane, ale ważne i niezwykle aktualne – otwierające encyklikę Fides et Ratio: Wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy.

Kopernik i Galileusz – te dwie postaci są tutaj jokerami w talii kontrargumentów i przykładów na antynaukowość Kościoła. Joker ma jednak to do siebie, że bywa zdradliwy.

Kopernik był kanonikiem, duchownym. Jeśli traktować tę postać w charakterze wymownego symbolu, warto zwrócić uwagę również na ten wymiar – obowiązki astronoma przeplatane obowiązkami katolickiego duchownego.

Zresztą sporo o stosunku Kościoła hierarchicznego do Kopernika-astronoma mówi nam pewna ciekawa historia. Otóż dzieło życia Kopernika O obrotach sfer niebieskich zostało wydane w roku 1543, na długo po zakończeniu prac. Jak tłumaczy Tadeusz Sierotowicz w swojej książce pt. Mikołaj Kopernik, astronom zwlekał z publikacją, ponieważ bał się niezrozumienia i wyśmiania. Zwierzał się z tych wątpliwości w liście do… papieża Pawła III, który sam go do tej publikacji zachęcił.

Równie dużo kontekstu rozjaśnia nam postać wspomnianego wyżej, starszego o ponad 70 lat od Kopernika Mikołaja z Kuzy, który jest autorem twierdzenia, że to nie Ziemia jest centrum wszechświata. Mimo tego odważnego stwierdzenia Kuzańczyk nie popadł w spór z inkwizycją, co wykazuje w swojej książce Kościół i nauka – konflikt czy współpraca? Jose Maria Riaza Morales SJ. Dlaczego więc Kościół miał ukarać tylko Kopernika?

Kościół hamulcowym nauki? Bzdura!

Co ciekawe i – w kontraście do stereotypowej wiedzy – paradoksalne, Kościół nigdy kategorycznie nie zakazał dzieła kopernikańskiego. Owszem, prawdą jest, że dzieło astronoma pojawiło się na Indeksie Ksiąg Zakazanych (po 73 latach od publikacji, ponad półwieczu swobodnej dystrybucji i dysput!), ale – jak zauważa bp Jacek Jezierski w artykule Trudności w kościelnej akceptacji myśli Kopernika – tylko z zarządzeniem drobnych korekt. Dzieło nigdy nie zostało potępione lub całkowicie zakazane.

Co do Galileusza, to gdyby przeprowadzić ankietę ze znajomości historii i wśród pytań umieścić prośbę o jeden fakt z jego życia i nauki, spora grupa badanych – idę o zakład – opowiedziałaby o śmierci naukowca spalonego przez inkwizycję na stosie. Jest to oczywiście okrutne kłamstwo, bo astronom w ostatnich latach swojego życia żył za pensję przyznaną przez papieża w willi pod Florencją. Karą było odmawianie psalmów pokutnych co tydzień przez 3 lata. Obie jego córki (nieślubne) w międzyczasie zostały zakonnicami. Podobne fakty szerzej omawiałem tutaj.

Warto pamiętać, że Kościół, nawet mając ogromne wątpliwości co do odkrycia astronoma, zachowywał cywilizowane zasady tak wobec teorii, jak i jej autora. W 1624 r. paryski parlament podarł tezy zwolenników Galileusza, wygnał ich i zakazał głoszenia teorii pod karą śmierci. W Rzymie nic podobnego nie miało miejsca.

To wszystko historia. A dziś?

Dziś również Kościół patronuje rozwojowi nauki i to nie tylko – jak można by przypuszczać – teologicznej. W zeszłym miesiącu w Watykanie zorganizowano konferencję naukową, pt. Ludzie i planeta, dotycząca poszanowania środowiska, ściśle związana z encykliką Laudato Si. Na wydarzenie zaproszono wielu niekoniecznie katolickich naukowców. Regularne organizowanie spotkań ludzi nauki pod auspicjami Kościoła to nie nowa jakość, a od wieków żelazna tradycja.

Oprócz tego w Watykanie funkcjonuje sieć specjalistycznych Rad, zajmujących się zadaną problematyką i przedstawianiem wyników swoich prac Kongregacjom oraz papieżowi, ale oczywiście klejnotem w koronie tej działalności jest Papieska Akademia Nauk zrzeszająca najwybitniejsze umysły świata nauki. Dość powiedzieć, że aktualnie w jej szeregach pracuje kilkunastu noblistów, a w 1986 roku jej członkiem został Stephen Hawking. Nie ma drugiej takiej organizacji na świecie.

Kościół wbrew obiegowym półprawdom ma zaskakująco dużo naukowych zasług do wpisania w życiorys. Szkoda, że na co dzień piszą go niespecjalnie życzliwi biografowie, bo nauka nigdy nie dorobiła się mecenasa takiej skali innego niż on.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Katecheza parafialna – świetny krok abpa Górzyńskiego

Decyzję arcybiskupa Górzyńskiego, Koadiutora Archidiecezji Warmińskiej w sprawie szkolnej i parafialnej katechezy oceniam ze wszech miar pozytywnie i z optymizmem kibicuję jej realizacji

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Przypomnę, że Kuria Diecezjalna opublikowała komunikat, który ma być odczytany podczas mszy św. 30 sierpnia, a w którym arcybiskup informuje o nowej formule katechizacji szkolnej. Według tego programu uczniowie oprócz katechezy szkolnej w standardowym wymiarze godzin będą zobowiązani do pojawiania się na parafialnych spotkaniach. Na pytanie po co, odpowiada podział zasygnalizowany w zawiadomieniu.

Od 1 września szkolne lekcje religii w podstawówkach, gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych mają się skupiać na przekazywaniu wiedzy, na nauce treści. Formowanie religijne, liturgiczne, a przede wszystkim przygotowanie do przyjęcia sakramentów świętych ma zostać ze szkolnym nauczaniem zintegrowane przez proboszcza oraz przejęte przez duszpasterzy i parafialnych animatorów. Jak czytamy w komunikacie: Chodzi zatem nie tylko o przekazanie wiedzy o religii, co ma miejsce w szkole, ale i o wychowanie w wierze Kościoła oraz wtajemniczenie w jego istotę. Autor dodaje: Preferowane powinny być metody, które nie koncentrują się na przekazie treści intelektualnych, lecz na kształtowaniu umiejętności oraz wychowaniu liturgicznym i modlitewnym.

Lecz droga obrana przez I Synod Archidiecezji Warmińskiej, który zasugerował takie rozwiązanie, jest trudna. Z dwóch powodów.

Katecheza parafialna - świetny krok abpa Górzyńskiego

Po pierwsze, spotkania parafialne będą bardzo odległe od lekcji – nie będą mogły mieć wpływu na szkolną ocenę (nie prowadzą ich ci sami katecheci), co pomoże bagatelizować dyscyplinę. Ponadto skład grup personalnie będzie odbiegał od składu klas i – co szczególnie ważne na ponadgimnazjalnym etapie nauczania – będzie się odbywał w parafii zamieszkania, a nie jak szkolne rekolekcje, blisko szkoły. Synchronizacja z poszczególnymi placówkami może więc stanowić dla proboszcza – lub tego, na kogo sceduje on swój obowiązek – twardy orzech do zgryzienia. Tym bardziej, że jeśli sprowadzi się do comiesięcznych wieczornych spotkań, może spowodować, że grupa katechetyczna dubluje przyparafialne grupy formacyjne. Wtedy pojawi się na nich jedynie młodzież służąca już przy ołtarzu, należąca do oazy i innych grup. I nikt z zewnątrz.

Po drugie, problem mogą stanowić świeccy animatorzy – nieprzygotowani, bez misji kanonicznej mogą (choć oczywiście nie muszą) w krótkim czasie uczynić takie spotkanie stratą czasu i przykrym obowiązkiem. Piszę to z perspektywy doświadczeń Archidiecezji Katowickiej, gdzie od kilku lat w takiej formie funkcjonuje przygotowanie do sakramentu bierzmowania. I – pozostając delikatnym – nie wszędzie rozwiązanie to jest fortunne.

Widzę jednak powody, dla których taka decyzja arcybiskupa jest krokiem jak najbardziej pożądanym.

Po pierwsze – zmianie ulegnie poziom. Jeżeli duszpasterze potraktują swój obowiązek poważnie, nie zrzucą jego realizacji na dobroduszną młodzież i nie powtórzą patologii, w których podręczniki do religii zastępują filmy lub zabawy na pobliskim boisku, szkolne lekcje religii zyskają cenną alternatywę. Odpowiedzialność jest jednak o wiele większa, bo w takich okolicznościach łatwiej ucznia zrazić do Kościoła. Ponadto rezygnacja z uczestnictwa z religii przyparafialnej jest łatwiejsza oraz praktycznie pozbawiona formalnych konsekwencji.

Katecheza parafialna - świetny krok abpa Górzyńskiego

Po drugie, ważniejsze – wierzę, że odpowiedzialne przeprowadzenie ucznia przez kilkanaście lat takiej katechizacji, poza wiedzą i umiejętnościami przekaże młodemu człowiekowi rzecz, wydaje mi się, kluczową: przekonanie, że wiara chrześcijańska nie wyraża się w hermetycznie zamkniętych czterech ścianach własnego poglądu, nie jest sprawą prywatną i ściśle wiąże się z Kościołem. Wiara wymaga, obliguje i nie ogranicza się do dwóch lekcji tygodniowo, a katolikiem nie jest się na pokaz lub z przymusu. To być może najcenniejsza lekcja.

Wreszcie po trzecie, najważniejsze i co – nie ukrywam – najmocniej mnie cieszy. Jeśli podział wykazany w komunikacie zostanie potraktowany przez twórców programu radykalnie, żadne utyskiwania na klerykalizację oświaty, propagandę i religijną indoktrynację dzieci nie będą miały logicznej racji bytu. W szkole przekazywana będzie sucha, szeroka wiedza o chociaż jednym z najważniejszych filarów europejskiej cywilizacji (filozofii greckiej i rzymskiego prawa wszak powszechnie się nie uczy), do czego przyszły wykształcony Europejczyk ma pełne prawo. Z kolei kształtowanie moralne, liturgiczne i ogólna formacja religijna zostaną przeniesione do salek. Dlatego ci, którzy chcą lekcje religii całkowicie wykluczyć z programu nauczania, stracą główny cel ataków.

I przy tej okazji warto się chwilę zatrzymać. Arcybiskup Górzyński przypomina fakt, który portale lewicowe nieszczególnie chętnie cytują – nauczanie religii w Polsce zawsze znajdowało się w wykazie szkolnych przedmiotów, nawet podczas zaborów.

Jedynym wyjątkiem były czasy rządów komunistycznych, kiedy przez ponad 30lat nie było katechezy szkolnej.  W tym kontekście daje sporo do myślenia.

Jak będzie, zobaczymy. Ale na papierze warmińskie rozwiązanie wygląda wcale nieźle i liczę, że jeśli poligon doświadczalny pozytywnie zweryfikuje pierwsze próby, na podobne regulacje zdobędą się inne diecezje.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >