video-jav.net

Jubileusz Chrztu Polski. Czy mamy co świętować?

Chrzest Polski obrósł wieloma szkodliwymi narracjami tendencyjnie odrzucającymi jakąkolwiek wielkość duchową tego wydarzenia. Wiele środowisk utrzymuje, że był to akt tylko polityczny, na dodatek okupiony zbyt wielkimi stratami. Czy rzeczywiście przyjęcie chrześcijaństwa było pyrrusowym zwycięstwem Mieszka?

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Warto już na początku uświadomić sobie fundamentalną prawdę, dotyczącą tego wydarzenia: nie wiemy o nim prawie nic! Jak utrzymują historycy, jedyna pewność dotyczy faktu chrztu św., który przyjął polski władca jednocześnie włączając w rodzinę chrześcijańską cały naród. Nie znamy szafarza chrztu, nie znamy miejsca, ani nawet daty rocznej – umieszczenie tego aktu na polach lednickich 14 kwietnia 966 r. to tylko najbardziej prawdopodobne przypuszczenia historyków i archeologów. Podobnie niemal żadna teza dotycząca okoliczności chrztu i politycznych argumentów przemawiających za jego przyjęciem nie jest współcześnie przyjmowana jako pewnik. Na każdym etapie potykamy się o stertę wątpliwości.

 

Autorytarne wykluczanie wymiaru duchowego i deprecjonowanie na tej podstawie roli chrztu w kształtowaniu się państwa i narodu należy zdecydowanie ocenić jako życzeniowe nadużycie

W związku z tym trudno jest podjąć obliczoną na uzyskanie jednoznacznych odpowiedzi dyskusję o przyczynach i reperkusjach takiej decyzji władcy. Tym bardziej krępującą jest pewność części medialnych komentatorów, którzy tonem mentora pouczają, że wartość przypisywana temu wydarzeniu jest przesadzona lub nawet że upamiętnianie go jest skandalem. Nie ulega oczywiście wątpliwości, że chrzest Polski miał swoje polityczne konsekwencje i ponieważ tylko one z perspektywy Mieszka mogły być przewidywalne, ma sens założenie, że były zamierzone i że to one doprowadziły do tego wydarzenia. Niemniej, autorytarne wykluczanie wymiaru duchowego i deprecjonowanie na tej podstawie roli chrztu w kształtowaniu się państwa i narodu należy zdecydowanie ocenić jako życzeniowe nadużycie.

 

Matejko_Christianization_of_Poland

“Zaprowadzenie chrześcijaństwa”, olej na desce, Jan Matejko, 1889r., Zamek Królewski w Warszawie

 

Brutalne nawrócenie

Faktem zdecydowanie godnym ubolewania jest nasze stereotypowe wyobrażenie na temat wydarzeń następujących bezpośrednio po przyjęciu chrztu św. Żyjemy w przekonaniu, że w bardzo krótkim czasie, niemal błyskawicznie nastąpiła wymuszona ogniem i mieczem zmiana – odejście od pogaństwa na rzecz służalczej misji wobec Kościoła. Tymczasem mamy tutaj do czynienia ze skomplikowanym procesem, lecz z dużą dozą prawdopodobieństwa można postawić tezę, że wymuszenie na mieszkańcach kraju Polan przyjęcia chrześcijaństwa nie było konieczne. Jak pisze profesor Tomasz Jasiński: “raczej wszystko wskazuje na to, że nie bardzo żałowano dawnych bogów”. Przywiązanie do pogańskich wierzeń nie było silne, co więcej – wiara Kościoła nie była Polanom obca ze względu na sąsiedztwo z czeskim – a zatem chrześcijańskim – Śląskiem. Sama idea monoteizmu również trafiła wśród Polan na podatny grunt.

 

Skoro jednak po wprowadzeniu chrześcijaństwa nieznany, Trójjedyny Bóg pozwolił Polanom zwyciężać, pragmatyczne spojrzenie nakazało szaremu, średniowiecznemu Kowalskiemu pójść za nowym, potężniejszym Bogiem. Podobna logika kierowała zresztą Mieszkiem I, o czym za chwilę.

Warto ponadto zwrócić uwagę na realizm, charakteryzujący pogańskie wierzenia. Przykłady można znaleźć również na kartach Starego Testamentu. Wierzenie w potężnego bożka na żadnej szerokości geograficznej nie wykluczało przyjęcia do wiadomości istnienia Boga, który jest obcy, bo wyznawany przez inne plemię. Często w takich sytuacjach przeprowadzano coś na kształt pojedynków, które miały udowodnić siłę i pozwolić wierzącemu wybrać. Skoro jednak po wprowadzeniu chrześcijaństwa nieznany, Trójjedyny Bóg pozwolił Polanom zwyciężać, pragmatyczne spojrzenie nakazało szaremu, średniowiecznemu Kowalskiemu pójść za nowym, potężniejszym Bogiem. Podobna logika kierowała zresztą Mieszkiem I, o czym za chwilę.

Co do brutalności chrystianizacji również nie ma żadnych twardych dowodów – palenie osad i niszczenie bożków nie było w tym czasie niczym szczególnym, a mogło świadczyć raczej o chęci radykalnego odcięcia się od pogańskiej przeszłości. Zresztą pojawiają się w tym temacie argumenty przemawiające raczej za delikatnością ewangelizatorów. Już św. Metody, odpowiadając na nieprzychylne przyjęcie przez potężnego księcia Wiślan, upominał go, wróżąc mu klęskę, jednak do niczego nie go przymuszał. Oczywiście trudno wierzyć w identyczny obrót spraw ponad wiek później, już po chrzcie Mieszka, ale takie historie zadają kłam założeniu, że chrystianizacja ziem polskich musiała przybrać krwawy obrót.

 

Na marginesie tych rozważań, historia przyjęcia misjonarzy przez Wiślan przekreśla narrację, która odbiera wydarzeniom Wielkiej Soboty 966 r. wyjątkowość. Istnieją bowiem teorie głoszące, że chrześcijaństwo było zauważalnie obecne na terenach polskich na długo przed Mieszkiem. Świat faktów archeologicznych całkowicie odrzuca tę tezę m.in. z powodu braku śladów chrześcijańskich obrządków pogrzebowych, które przecież musiałyby zaistnieć, gdyby wiara Kościoła nie była marginalna.

 

Dobro-wolność?

MieszkoDagome

Mieszko I, portret Jana Matejki

Kolejną wątpliwość konstruuje się wokół dobrowolności decyzji Mieszka. Powstaje pytanie, czy polityczne argumenty nie przybrały raczej kształtu groźby, niż worka pełnego korzyści. Choć nie da się całkowicie odrzucić tej tezy, wydaje się ona bardzo wątpliwa. Jak zaznacza Philip Earl Steele w swojej książce “Nawrócenie i chrzest Mieszka I” – wszystkie średniowieczne źródła opisujące chrzest władcy Polan podkreślają dobrowolność i samodzielność tej decyzji. Nie ma powodów twierdzić, że kronikarze polscy, a tym bardziej niemieccy mieli powód, by przemilczeć jakieś ograniczenie wolności Mieszka w podjęciu tej decyzji czy to z rąk czeskich, niemieckich, czy nawet papieskich.

Podobnym torem idzie logika przedstawiająca Mieszka I, jako człowieka sterowanego jedynie bieżącymi, politycznymi przymusami, który przyjąłby nawet islam, gdyby ktoś zaproponował mu płynące z tej konwersji korzyści. Tymczasem nie da się nie zauważyć radykalnej utraty zaufania do pogańskich bożków i przyjęcia strony potężniejszego Boga. Odnotowane przez historyków zaangażowanie władcy Polski we wspieranie działalności misyjnej, w masową budowę świątyń, aż wreszcie sama relacja Galla Anonima piszącego o powolnym, ale pilnym przyswajaniu prawd chrześcijaństwa, pozwalają nam wierzyć, że pisząc o Mieszku, piszemy o człowieku autentycznie nawróconym; nie świętym, ale ochrzczonym neofitą z wyraźnie zarysowanymi i nigdy w pełni nie odrzuconymi pogańskimi zapędami.

 

Uwierzył

Z współczesnej perspektywy trudno przecenić korzyści płynące z chrztu Mieszka. Istnieje jednak tendencja przypisująca politycznym powodom zbyt wielką wagę w procesie rozumowania średniowiecznego władcy. Świadczy to oczywiście o dobrej politycznej intuicji przedstawiciela rodu Piastów, lecz takie wnioskowanie często pomija prosty fakt: Mieszko nie był jasnowidzem!

 

Przyjęcie chrześcijaństwa nie było dla Mieszka koniecznością bez alternatywy.

Mieszko nie był zależny od możnowładców czeskich czy niemieckich w takim stopniu, aby musiał być im posłuszny, nie występowała również sprzeczność interesów polskich i interesów większych narodów ościennych. Mariaż z Dobrawą doszedł do skutku przed chrztem, co pokazuje, że sakrament inicjacji w ostateczności nie był konieczny. Założenie, że Mieszko potrzebował umocnienia swojej władzy i zwiększenia posłuszeństwa poddanych poprzez kościelne imprimatur również jest naiwne – zwiększanie swoich wpływów powagą obcej religii nie miałoby szans odnieść jakichkolwiek skutków. Zresztą pochwałę mieszkowej sprawności zarządzania państwem niejaki Ibrahim Ibn Jakub zawiózł aż na daleki Półwysep Iberyjski. Z pewnością zatem przyjęcie chrześcijaństwa nie było dla Mieszka koniecznością bez alternatywy.

Trudno przyjmować, że wszystkie pozytywne konsekwencje wyboru chrześcijaństwa na państwowy sztandar były zaplanowane przez władcę. Ponieważ zatem Mieszko nie był zdolny przewidzieć przyszłych politycznych korzyści lub ich braku, a żadne współczesne mu okoliczności nie zmuszały go do przyjęcia wiary Kościoła, nie warto odrzucać – jak to się często czyni – tezy, że chrzest był wynikiem jego nawrócenia.

 

Chrzest źródłem polskości

Dobrawa

Dobrawa Przemiślidka, portret Jana Matejki

Jerzy Łojek – historyk i działacz opozycyjny w okresie PRL – z perspektywy tysiąclecia polskiej państwowości ocenia decyzję Mieszka bardzo dosadnie: “Akt dokonany w 966 roku jest po dziś dzień najważniejszym i najbardziej decydującym posunięciem polityczno-kulturowym w całej historii Polski”. Trudno się nie zgodzić z takim postawieniem sprawy. Wystarczyłby bowiem mały szczegół, delikatna zmiana azymutu, a kompas historii pokazałby Polsce zupełnie inny kierunek, być może prowadzący poza nawias.

 

Nietrudno wyobrazić sobie alternatywę dla opisywanych wydarzeń i konsekwencje, jakie wprowadziłaby taka zmiana na kartach historii. Dla przykładu: 22 lata później miał miejsce chrzest Rusi, a książę Włodzimierz przyjął chrześcijaństwo w innym – prawosławnym – obrządku. Odpowiedź na pytanie, co by się stało, gdyby Mieszko poszedł w jego ślady, odwlekając chrzest przez dwie dekady, jest trudna do udzielenia, ale nie można wykluczyć, że droga ta prowadziłaby na śmietnik historii. Tak twierdzi np. prof. Henryk Samsonowicz.

Zwykliśmy przyjmować za pewnik fakt zaistnienia państwa polskiego. Tymczasem – jak pisze wspomniany już przeze mnie prof. Jasiński – “W IX w. i w pierwszej połowie X w. nie było zatem ścisłych przesłanek, które określałyby, jakie państwa wykształcą się z plemion zamieszkujących te tereny. Brzmi to jak herezja, ale nie musiało wcale powstać państwo polskie”. Przyjęcie chrześcijaństwa stanowiło milowy krok ku stworzeniu organizmu państwowego z mozaiki dryfujących po mapie plemion. To wokół krzyża zbudowano wspólnotę narodową.

 

Czy tego chcemy, czy nie – Kościół w czasie rozbiorów i wszelkich okupacji był w dużej mierze spoiwem narodu, na co nie miałby szans, gdyby nie decyzja Mieszka I

I w tym aspekcie historia się powtarza. Czy tego chcemy, czy nie – Kościół w czasie rozbiorów i wszelkich okupacji był w dużej mierze spoiwem narodu, na co nie miałby szans, gdyby nie decyzja Mieszka I. Co ciekawe, jak sugeruje Łukasz Kobeszko, to właśnie obchody tysiąclecia chrztu św. w najdramatyczniejszych chwilach narodu polskiego pozwoliło na odrodzenie się poczucia wspólnoty, co “de facto zainicjowało budowę zrębów społeczeństwa obywatelskiego. Kilkanaście lat później zaowocowało to powstaniem masowego ruchu „Solidarność”, który nieodwołalnie zmienił Polskę i Europę.”

Jak się okazuje, chrzest Mieszka I miał i wciąż przynosi konsekwencje, które nie miały prawa przyśnić się średniowiecznemu władcy.

 

polska_960

 

Wdzięczność historii

Nie ma najmniejszego powodu, aby godzić się na deprecjonowanie decyzji Mieszka. Decyzji, dzięki której na zawsze zapamięta go wdzięczna, polska historia.

Przyjęcie religii chrześcijańskiej stało się – podobnie jak w Rzymie w IV w. – społecznym spoiwem. Różnica polega jednak na tym, że o ile Cesarstwo miało już za sobą lata świetności i potrzebowało nowej osi budowy wspólnoty, o tyle Polska dopiero się rodziła i jej potrzeba zgromadzenia wokół jednej idei wynikała z odmiennych przyczyn.

Wykluwający się organizm państwowy skorzystał na chrześcijaństwie jako na czynniku integracyjnym. I chociaż, wobec toczących się nieustannie sporów historycznych, trudno udawać, że kwesta chrztu Polski jest sprawą bez pytajników, a wydarzenia z końca pierwszego millenium były tak idealne, że graniczyły ze świętością, nie ma najmniejszego powodu, aby godzić się na deprecjonowanie decyzji Mieszka.

Decyzji, dzięki której na zawsze zapamięta go wdzięczna, polska historia.


Wiele informacji zawartych w tekście zaczerpnięte jest ze źródeł i opracowań umieszczonych na stronie chrzest966.pl, którą niniejszym tekstem polecam.


Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Meksykańskie rewolucje papieża

W tekście dotyczącym spotkania Franciszka z patriarchą Cyrylem, napisałem, że wśród wydarzeń, które będą rezonować jeszcze długo po powrocie z Meksyku z pewnością znajdzie się reprymenda Franciszka skierowana do hierarchów tamtejszego Kościoła. Nie upłynęło wiele czasu, a pierwsze echa zaczęły głośno rozbrzmiewać.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

13 lutego papież Franciszek wygłosił zdecydowanie jedno z najmocniejszych przemówień swojego pontyfikatu. Tego dnia skierował do meksykańskich biskupów słowa emocjonalne, krytyczne i bardzo odległe od jakiegokolwiek wyważenia. Najłatwiej streścić je cytatem: Nie potrzebujemy książąt, tylko wspólnoty świadków Chrystusa! Przemówienie spotkało się oczywiście z dużym niezadowoleniem duchownych, ale również ze sporym zaskoczeniem – choć Franciszek dał się już poznać jako kategoryczny sędzia, jego słowa ocenione zostały jako nieproporcjonalne.

 

Choć trudno być sędzią we własnej sprawie, meksykański episkopat jest relatywnie zadowolony z funkcjonowania tamtejszego Kościoła. Główne grzechy hierarchów i przeszkody w głoszeniu Chrystusa, jakie wymienił Franciszek (m.in. duma, brak przejrzystości, ciążenie ku korupcji) według nich w żaden sposób nie charakteryzują tego, z czym zmaga się lokalny Kościół. Pozostają zatem dwie opcje – albo Franciszek za pomocą tego wystąpienia chciał trafić do ogółu biskupów na całym świecie, co jest mało prawdopodobne ze względu na raczej niską medialność tego spotkania albo diagnoza meksykańskich biskupów na temat kondycji własnej wspólnoty jest zbyt optymistyczna.

 

meksyk

 

Warto podkreślić, że obiektywnie Kościół meksykański nie wygląda źle na poziomie statystycznym – czterech na pięciu obywateli kraju to zadeklarowani katolicy, a ruchy sekularystyczne i antyklerykalizm to zjawiska stosunkowo marginalne. Czyżby zatem papież popełnił błąd?

 

Dziś, po miesiącu od płomiennego wystąpienia papieża, nadal trudno to ocenić. Magazyn meksykańskiej archidiecezji Desde la fe staje w obronie i delikatnie kontruje narrację papieża sugerując puentą tekstu, że Głowa Kościoła uległa podszeptom złych doradców. Jest rzeczą oczywistą, że papież nie wie wszystkiego o wszystkim i że korzysta z rady swoich ekspertów oraz że rzetelnie przygotowuje się do swoich apostolskich podróży. Wydaje się zatem niemożliwe, by Franciszek nie wiedział, co mówi, do kogo i w jaki sposób, a to sugerowałaby rozbieżność ocen.

 

Wydaje się, że kluczem do oceny intencji Franciszka jest wspomniany wyżej tygodnik wydawany pod patronatem arcybiskupa stolicy kraju. Duchowny jest stereotypowo uważany za przeciwieństwo ideału kapłańskiego ubóstwa i skromności, któremu hołduje papież Franciszek. Nie jest tajemnicą, że kard. Norberto Rivera Carrera posiada liczne powiązania z elitą polityczną, co przy obecnej linii Stolicy Apostolskiej ma mu wróżyć rychłe opuszczenie najbardziej prestiżowej funkcji w meksykańskiej hierarchii. W 2012 roku, gdy papież Benedykt XVI wybrał wizytę w diecezji innej niż prowadzona przez kard. Carrerę, sugerowano, że za tą decyzją stoją te same przesłanki, które zmotywowały Franciszka do ostrego przemówienia.

 

meksyk

 

Uczciwość wymaga jednak wzmianki o bezkompromisowości kardynała, który bez wahania nałożył ekskomunikę na polityków popierających ustawę zezwalającą na aborcję do końca pierwszego trymestru ciąży, za co został publicznie pochwalony przez urzędującego wtedy papieża Benedykta XVI.

 

Jak widać, trudno o jednoznaczną ocenę tej nie czarno-białej postaci.

 

Powyższa historia odsłania jednak kolejne rzeczy, których dowiadujemy się o papieżu Franciszku u progu czwartego roku pontyfikatu. Wbrew powszechnemu przekonaniu o nieustającej łagodności, cichości i cierpliwości, Wikariusz Chrystusa potrafi oraz pragnie być konkretny, ostry i bardzo stanowczy. Choć nie mamy pewności, czy rzeczywiście kard. Carrera jest uosobieniem dla szerokiej grupy adresatów papieskich upomnień, pewne jest, że na listę kategorycznych zakazów Franciszka dołącza zasiadanie przy suto zastawionym stole władzy. Szczególnie wtedy, gdy wierni cierpią niedostatek w wyniku piętnowanej przez Franciszka tzw. kultury odrzucenia.

 

To ważna lekcja nie tylko dla meksykańskich biskupów, ale też dla hierarchów lub po prostu chrześcijan całego świata.

 

Biada nam, pasterzom, jeśli pozwalamy Oblubienicy Chrystusa błądzić, ponieważ porozstawialiśmy namioty tam, gdzie nie sposób znaleźć Oblubieńca – spuentował swoje przemówienie Franciszek. Kościół wygodnych pasterzy, którym nie chce się biegać za owcami stoi na antypodach jego wyobrażeń o chrześcijańskiej wspólnocie.

 

Jeśli ktoś miał co do tego wątpliwości, po meksykańskiej wizycie nie ma prawa ich mieć.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >