Nasze projekty

Nasi są wszędzie

Kilka tygodni temu pisałem o fascynującej przygodzie, jaka spotkała mnie na porannej mszy w warszawskiej bazylice Świętego Krzyża. Okazuje się, że charyzmat trafiania na liturgię, w której uczestniczą wierni zgoła niestandardowi, chyba mi się utrwala.

Reklama

Nasi są wszędzie

Podczas ostatniego pobytu w Rzymie wybrałem się na poranną eucharystię do znajdującego się jakieś dwieście metrów od Placu św. Piotra kościoła Ducha Świętego, który obecnie jest też rzymskim sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Poszedłem tam nie będąc pewien, czy uda mi się później tego dnia uczestniczyć we mszy w Bazylice św. Piotra, a ponieważ ostatecznie mi się udało, jestem zdania, że to czego doświadczyłem wcześniej, było potrzebne żeby otworzyć mi oczy i nosi znamiona eschatologicznego objawienia.

 

Reklama
Reklama

Już gdy wszedłem (jakieś dziesięć minut przed dzwonkiem) uwaga wiernych w świątyni orientowała się na dwa wyraziste punkty. Jednym był siedzący w prawej nawie człowiek w średnim wieku, który z dynamiką Piotra Skargi wygłaszał właśnie kazanie (po polsku) do siedzących w nawie lewej i udających, że to nie do nich, grupki czterech kleryków albo księży (zdradzały ich koloratki). Profesjonalnie modulował głos, to groźnie karcił, to – niemal zawodząc – błagał, pozwalał wybrzmieć retorycznym pauzom, wymachiwał zawieszoną w powietrzu ręką wyciągniętą w stronę biednych przedstawicieli kleru (drugiej nie mógł użyć, bo wypadłby z ławki). „Czcicie Jana Pawła II, a o świętej Faustynie zapominacie! Ale ona nie zapomni o was, o nie! Boże Miłosierdzie dosięgnie wszystkich, dlaczego wy księża tego nie głosicie?! No dlaczego? Ale Faustyna nierychliwa, ale sprawiedliwa. I Bóg też. I znajdzie was. Więc lepiej już głoście Boże Miłosierdzie, bo jak nie, to biada wam, księżyki!!!“.

 

W chwilach, gdy kaznodzieja zawieszał się w poszukiwaniu nowej, pobożnej frazy, którą mógłby wystrzelić w duchowieństwo (które zupełnie nie rozumiało, o co gościowi chodzi, gdyż było to duchowieństwo raczej cudzoziemskie), słowo daję, widziałem oczami duszy co najmniej kilku znanych mi homiletów. Ten człowiek idealnie odegrał i patetyczny ton, i emocje (ludzie zawsze lepiej słuchają, gdy się ich straszy, niż gdy się ich uczy), a treściowa zawartość też była tym, co wciąż za często słyszymy z naszych ambon: zatykającej szczelnie uszy ogólnopobożnościowej pianki.

Reklama
Reklama

fot. John

W lewej nawie miała jednak miejsce sytuacja o wiele ciekawsza. Mężczyzna po trzydziestce, włosy w kitkę, ubrany jak zamożniejszy turysta, markowe sandały, dobry plecak.

 

Reklama

Nigdy nie widziałem podobnego spektaklu. Ów człowiek podchodził do każdego po kolei bocznego ołtarza (w tym kościele jest ich osiem), a podchodząc reagował dosłownie jak dziecko, które wita się z niewidzianymi całe lata rodzicami. Gdyby nie kamienne balaski, przytulałby się pewnie do widniejących w ołtarzach obrazów. Najpierw promiennie się uśmiechał, później dosłownie drżąc cały z ekscytacji, rozkładał szeroko ręce, potrząsając nimi jakby widział, że postaci Maryi czy świętych, biegną by się z nim przywitać. Nie da się tego oddać w piśmie, gdyby w tym niemym filmie były jednak słowa, musiałaby pewnie brzmieć jakoś tak: „Och, o matko, o mój Boże, a kogóż my tu mamy!!! Jejku, czy wy wszyscy to widzicie?! Toż to sam Święty (dajmy na to Józef)! Mój kochany święty Józef! Fantastycznie! Tyle lat! Przyjacielu! Wspaniale! Jak ja się cieszę! No co za przygoda, co za spotkanie! Kochany święty Józef! Aaaaaa! Cudownie!!!“

Gdy coś go szczególnie wzruszyło – wyciągał ręce na wprost obrazów, jakby oddawał się im, albo chciał o coś prosić. Ołtarz po ołtarzu, przed każdym ta sama pantomima. Dosłownie oniemiałem. Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Pierwszy raz zobaczyłem na własne oczy, co musi dziać się ze świętym człowiekiem po śmierci. Ten człowiek przecież po prostu zwiedzał raj!

 

Pierwszy z mężczyzn przypomniał mi zaś, czym ów raj różni się od ziemi. I tu i tu relacja z innymi. W raju jednak wyszukująca w innym bycie piękno, dobro, wszystko co najlepsze i zachwycająca się tym. Na ziemi – skoncentrowana na stronie ujemnej, na wypominaniu tego, czego brakuje. Nie można wykluczyć, że ślady takiego myślenia leżą też u fundamentów piekła.

 

Dwóch mężczyzn (pominąłem starszą panią w seledynowym sweterku, różowych legginsach w Smerfetki i wielkiej kwiecistej konstrukcji na głowie, ale ona niczego mi nie objawiła), jak większość osób które na tym świecie dotknęła choroba i które swój czyściec przerobiły na ziemi, po śmierci z pewnością trafi do nieba. A ja muszę modlić się o to, bym mógł ich, pędzących już niebieską autostradą dogonić, bym mógł ich tam kiedyś spotkać. Wraz z całą trójką trafić ostatecznie do tej lewej nawy.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę