Nasze projekty
Szymon Hołownia

Cud czy kuglarska sztuczka

Od jakiegoś czasu nie mogę przestać się zastanawiać, czy moje racjonalne wątpliwości nie blokują czegoś, co może przecież rozumowi się wymykać. Mój rozum ma święte prawo wątpić. Ale przecież on jednak nie obejmuje wszystkiego.

Reklama

Pod jedynym w Lusace przyzwoitym hotelem, na miejscu dla VIP-ów parkuje wielki, czarny dodge. Ochroniarze, zwykle nie dający zmarnować się żadnej okazji do żartów, natychmiast poważnieją, gdy tylko ich wzrok przemyka po lśniącej w słońcu karoserii. "Ooo, prorok z Zimbabwe przyjechał!" – poszeptują. Wszystko jasne, do stolicy zawitał kolejny szarlatan, który sprawnie mieszając chrześcijaństwo z czarną magią i elementami psychomanipulacji, za stosowną opłatą będzie robił ludziom wodę z mózgu. Ludzie nie będą zaś przesadnie zwracać uwagi na drobiazgi (takie choćby jak ochroniarz czuwający pod drzwiami hotelowego pokoju proroka – znak, że charyzmatami został ów „sługa Boży“ obdarzony dość wybiórczo, skoro sam nie umie ani przewidzieć ani odeprzeć zagrożenia). Przez kilka kolejnych dni będą się pojawiać sygnały o znajomych i znajomych znajomych, którzy wybrali się na występy proroka.

"Och, jak było cudownie! Och, jak się modliliśmy! Och, jak Bóg okazał swą moc! Och, jaki to święty człowiek!"

– pieją zgodnym chórem, ale zapytani, czy katolikom godzi się uczestniczyć w gusłach, wiją się w tłumaczeniach, które nie przekonują nawet ich samych.

Reklama
Reklama

 

Wpatruję się w nich z niedowierzaniem: są jak dziecko, które uciekło z lekcji fizyki, żeby skoczyć na bungee. Nie sprawdzają, czy lina ma atest, czy przedsiębiorca to nie oszust, tak bardzo chcą wyjść wreszcie poza słowa: doświadczyć na sobie, zobaczyć jak dzieje się z nimi coś, czego autorem nie są oni sami.

Cud czy kuglarska sztuczka

Reklama
Reklama

W Afryce takiemu prorokowi wolno wszystko. Boją się go klienci, boi policja – wychowani na animiźmie i przekonaniu, że z innym światem nie ma żartów, wolą nie ryzykować.

 

Pytanie – dlaczego nie dociera do nich oferta Boga, który proponuje im cuda bez zagrożenia fochami? A może kłopot w tym, że chrześcijaństwo z konkretnymi znakami Bożego działania już się nie kojarzy?

Reklama

Religia Jezusa to dziś dla wielu z nas etyczny system i Bóg, który jest za ścianą, który nigdy nie mówi i nie działa wprost.

 

Jasne, za czasów ziemskich zmagań Pana cuda szły jeden za drugim: chorzy zdrowieli, umarli wychodzili z grobów, chleby się rozmnażały, świnie masowo biegły do jeziora. Ale dziś możemy sobie tylko  o tym  porozmawiać. Karnawał już był,  teraz – do końca świata – będzie post. Bóg pokazał nam już wielkie cuda, więc nie będzie już tracił energii na robienie cudów małych.

Cud czy kuglarska sztuczka

Dla mnie samego kwestia cudów to jeden z najtrudniejszych obszarów wiary. Kiedyś lubiłem mówić, że skoro Jezus zmartwychwstał a ja codziennie widzę jak chleb zmienia się w Boga, żadne inne cuda nie są mi potrzebne. Omijałem msze o uzdrowienie, bo tam gdzie inni widzieli pięciu tych, którzy wstali z wózków ja widziałem tysiąc pięciu, którzy jednak z nich nie wstali.

 

Gdy dochodziły mnie słuchy o cudownych objawieniach w Medjugorje czy kroplach krwi na korporale w Sokółce, w pierwszym odruchu coś mnie autentycznie mierziło – czy to nie bluźnierstwo sugerować, że Wszechmocny miałby się uciekać do budowania w nas wiary przy zastosowaniu kuglarskich wręcz sztuczek?

Z drugiej strony nie mogę przecież na zdrowy rozum zakwestionować faktu, że chrześcijaństwo od początku było i na zawsze już będzie nie religią dyskursu, a religią znaków.

 

Skąd bierze się rosnąca w naszym kraju popularność dwóch włosko – brazylijskich kapłanów, którzy u siebie mają ponoć dar rozmnażania czekolady, a u nas masowo mocą Bożą uzdrawiają beznadziejne przypadki? Ano stąd, że ludzie instynktownie wyczuwają, że Bóg nie tylko gada, ale również działa. Apostołowie też pozyskiwali uczniów nie panelami dyskusyjnymi ale "ekstra" dodatkami w postaci chwilowych zawieszeń praw przyrody, paradoksalnych zjawisk. To prawo Boga, że chce mówić i w taki sposób. Trudny, bo cud każe wyczekiwać kolejnego cudu (czy wskrzeszony przez Jezusa Łazarz nie miał choć cienia nadziei, że kolejnym razem też wywinie się śmierci?). Trudny, bo gdy cud się nie wydarza, bywa najcięższym testem wiary (cud motywuje, jego brak demotywuje na maksa).

Cud czy kuglarska sztuczka

Doświadczyli tego chyba wszyscy, którzy kiedykolwiek modlili się o zdrowie dla swoich bliskich. A po ich odejściu mieli ochotę prosić Stwórcę, by zabrał już sobie te swoje "niezbadane wyroki" i całą resztę egzystencjalnej waty kręconej w takich sytuacjach przez Jego naziemny personel.

 

Od jakiegoś czasu nie mogę przestać się zastanawiać, czy moje racjonalne wątpliwości nie blokują jednak czegoś, co może przecież  rozumowi się wymykać. Mój rozum ma święte prawo wątpić. Ale przecież on jednak nie obejmuje wszystkiego. Nie pojadę do Sokółki wpatrywać się w korporał (choć robi to wielu moich naprawdę mądrych kolegów, których intuicji ufam), nie "nawrócę" się nagle na „prywatne objawienia“, nadal będę wyznawcą "liniowej" koncepcji cudu, przekonania że całe życie, to że Bóg w nim ze mną jest, jest cudem. Nie ma sensu więc szukać w nim jeszcze bardziej cudownych punktów.

Byłbym chyba jednak kretynem, gdybym na siłę zakręcał kran, nad którego źródłem nie mam żadnej kontroli. Nie wiem jakimi prawami rządzi się Boża ekonomia cudów. Nie wiem, dlaczego czasem Jego ręka się otwiera i na chwilę zmienia fragment ziemi w niebo, nie wiem dlaczego jedni są bardziej godni tak "tłustego" okazania im miłości, innym musi zaś wystarczyć dieta lekkostrawna.

 

Nie chcę o tym myśleć, nie chcę rozliczać Boga, bo to głupie. Nie umiałbym chyba jednak powiedzieć mu: zrób cud. Nie umiałbym chyba szturmować nieba, naprzykrzać się Bogu. A może z jakichś, nieznanych mi powodów, On chce żebym wierzył tak jak Eliasz, że z nieba jednak spadnie ogień, że syn wdowy wstanie z łóżka, żebym położył na Jego szalę cały swój (wątły) autorytet, mózg też oddał w Jego ręcę? Skoro wie wszystko, pewnie wie też dlaczego nie umiem wciąż zaryzykować jak słudzy, pomijany przez kaznodziejów drugi plan opowieści z Kany Galilejskiej. Jezus kazał im nalać do baniaków kilkaset (pewnie około pięciuset) litrów wody. Choć nie miało to sensu, a woda w tamtych warunkach naprawdę nie chodziła piechotą zrobili to bez szemrania. Następnie zanieśli tę wodę staroście weselnemu, świadomi, że – skoro to woda – pewnie dostaną w łeb. Nie wiemy – być może woda stała się winem nie zaraz po nalaniu, ale dopiero wtedy gdy oni w to uwierzyli.

Jeszcze za nimi nie nadążam, wiem już jednak od kogo chciałbym trzymać się z daleka. Głupio by było zobaczyć w lustrze wspomnianego kierownika kananejskiej imprezy, który sprawia wrażenie, że nawet gdyby zjawiła mu się przed oczami gadająca złota rybka, wzruszyłby ramionami i sięgnął po widelec, pytając czy wyfiletowana oraz po ile za kilogram.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite