Goło i wesoło

Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, że jest sezon ogórkowy, niech zerknie na debatę, która wybuchła na wieść o tym, że Agnieszka Radwańska (z grupą sportowców) pokazała się nago w piśmie promującym zdrowy tryb życia.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

To naprawdę jest zabawne, obserwować jak z takiej dupereli robi się dramat w trzech aktach i wyciąga wnioski odnośnie nie tylko zbawienia tenisistki, co i kondycji polskiego katolicyzmu. Ba, łączy się to zgrabnie nawet ze sprawą księdza Lemańskiego (konstatując, że Kościół jest tak zacofany, że nie dość że tępi proboszcza z Jasienicy to jeszcze lęka się Radwańskiej bez majtek).

Cały ten cyrk zawdzięczamy w znacznej mierze dyżurnym stróżom naszej moralności, budującym swoją popularność na tym, że w ciągu dziesięciu minut są w stanie precyzyjnie ocenić do kamery każdą drzazgę w oku bliźniego (skromnie pomijając przy tym zawsze wątek zmagań z belkami zalegającymi ich własne oczodoły). Czytając wszystkie te jeremiady o „osobistym upadku Radwańskiej”, lamenty brzmiące tak, jakby tenisistka zdecydowała się co najmniej zostać prostytutką, mam wrażenie, że komuś chrześcijaństwo pomyliło się z islamem, skromność z pruderią, a apostolska żarliwość – z pychą. Bo trzeba jej mieć w sobie sporą dawkę, by z takim zacięciem i swadą walić w grzesznika jak popadnie, zamiast (jeśli już) skupić się na rozmowie o grzechu.

Pytanie, czy on tam w ogóle był?

Niech pani Radwańska rozstrzyga to ze swoim spowiednikiem. Ja mogę powiedzieć co nieco o moim odbiorze tego co zrobiła, a jest on zasadniczo taki, że ani mnie to ziębi, ani grzeje. Gdyby była okazja, pewnie chętnie pogadałbym ze sportsmenką co dla niej, kobiety, żyjącej w XXI wieku i przyznającej się do wiary, oznacza skromność, jak ją definiuje, gdzie i dlaczego kreśli jej granice. Jestem autentycznie ciekaw, jak o tym myśli. Docierają do mnie argumenty tych, którzy mówią: to nie był „Playboy“, to pismo sportowe, przesłanie jest proste: będziesz ćwiczył, możesz mieć tak zgrabne ciało. Ktoś inny powie: tani chwyt, wiadomo wszak, że nagość zawsze przyciąga nie tyle bezinteresownych miłośników piękna Bożego stworzenia, ale takich, którzy na widok nagiej pupy z miejsca odczuwają chuć. Cóż, to chyba jednak nie problem Radwańskiej, a takich ludzi. Oni powinni się leczyć.

Goło i wesoło

My tej terapii im nie ułatwiamy. Stawiam tezę, że wszyscy ci, którzy dziś krzyczą, że Radwańska swoją sesją „rozerotyzowuje” rzeczywistość, „rozerotyzowują” ją jeszcze bardziej. Zamiast uczyć, że nagość nie równa się rozpusta (gdyby była, to po każdym powrocie z Papui, gdzie większość ludzi biega nago nie wychodziłbym z konfesjonału), że do każdego takiego przypadku trzeba podejść indywidualnie, spokojnie, zbadać intencje i kontekst (bo co innego gdy rozbiera się tenisistka, co innego kiedy zakonnica). Niby pomstują, że z seksu zrobiono dziś synonim oddychania i fundament relacji (bo zrobiono i to absurd), że o seksie mówią dziś wszyscy, nakręcają jednak ten sam mechanizm, tylko że z drugiej strony. Z takimi samymi wypiekami też wciąż gadają o seksie, tyle że o „tym właściwym”.

Czy tylko ja znam świeckich i księży, którym Dekalog zredukował się do szóstego przykazania? Którzy nawet, gdy mówią (albo piszą) o pięknie miłości, zmieniają to w monograficzne wykłady o seksualnych „rób tak” i „tak nie rób”? Którzy próbując je uwznioślać, redukują jednak ludzkie relacje do wygranego moralnego meczu? Znam kapłana, który postanowił uczyć młodych ludzi przedmałżeńskiej czystości poprzez budowanie mitologii nocy poślubnej. A ja się zastanawiam: dlaczego on upadla swoich podopiecznych, robiąc z nich napalonych obłąkańców, których należy tresować komunikatem: „teraz abstynencja, ale później – stary – bania taka, że ci kapcie spadną”?! Dlaczego nie poświęci tyle czasu ubóstwu i posłuszeństwie, co czystości? Wolę, gdy ksiądz jest wybitnym specjalistą od Jezusa a nie od teologii poślubnych nocy. Naiwnie wierzę, że najpewniejsza droga do moralności wiedzie przez zakochanie się w Jezusie. Bo uczenie ludzi najpierw moralności, owszem, ma głęboki sens, ale zbawić wcale ich nie musi (faryzeusze wkładali wiele wysiłku w moralność, ale w wyścigu do nieba przegoniła ich niemoralna kobieta, która opamiętała się bo bardzo umiłowała Pana).

Goło i wesoło

Wracając do pani Radwańskiej. Mówią mi dziś: oziębły starzec, jak ty, się nie zgorszysz, ale zgorszy się niewinne pacholę. Niewinne pacholę nie wiedziałoby nawet, że może się panią Radwańską w basenie zgorszyć, gdybyś – drogi bracie i siostro – z takim ogniem w swych zdrowych moralnie oczach nie tłumaczył mu, że takie zagrożenie istnieje. Nie robił z tej sesji owocu zakazanego, który tym bardziej smakuje im gwałtowniej jest z rąk wyrywany. To po pierwsze.

Po drugie: gdy słyszę potępienia, że „po chrześcijańsku nie zachowała swojej nagości dla swojego męża”, myślę że to ciekawa implementacja do chrześcijaństwa islamskiej mentalności. W chrześcijaństwie bowiem nie samo patrzenie na nagą kobietę jest grzechem, co POŻĄDLIWE PATRZENIE na nią. Naga kobieta nie jest złem, złem jest to co dzieje się na ten widok w mojej chorej głowie. Czy moi znajomi w Papui, niewinnie i od wieków biegający nago lub półnago, przez całe życie kąpią się w moralnym brudzie?

Podsumowując: rozumiem, że ktoś może mieć z roznegliżowaniem kłopot obyczajowy, ma taką wrażliwość, nagość narusza jego granice, sprawa jasna – ma prawo, nie ma o czym dyskutować. Zadaniem chrześcijanina nie jest chyba jednak automatyczne ubranie wszystkich, czy tego chcą czy nie chcą. On musi uważać, by nie pakować się tam, gdzie jego słabe punkty łatwo wyprodukują grzech, ale musi też umieć wyjść z pruderii ponad kreskę, nie poprzestać na unikaniu zła, musi robić dobro! W tym przypadku: nauczyć się wreszcie patrzeć na drugiego człowieka (nawet jeśli jest nagi) tak jak patrzy na niego Pan Bóg. A nie jak napaleniec (robienie z człowieka „napaleńca ukierunkowanego słusznie” to też nie jest to o co chodzi, mam wrażenie). I tyle.

Goło i wesoło

I jeszcze last but not least – nie wolno też łamać trzciny nadłamanej. Wysyłanie teraz pani Radwańskiej do piekła, odmawianie jej prawa do bycia katoliczką, lamentowanie nad „upadkiem“ jest dla mnie kolejnym przykładem na to jak infantylnie przeżywamy nasz świat. W którym najpierw delegujemy na kogoś jakieś cechy, oznaczamy go jako wzór, a później – gdy się potknie – próbujemy go wymazać i spalić, bo przecież tak zawiódł nasze oczekiwania, tak bardzo chcieliśmy by był lepszy od nas. Głoszenie Ewangelii to nie oblepianie krzyżykami celebrytów. Bezpiecznie jest uznać, że mamy jeden wzór: Jezusa Chrystusa, a wszyscy jesteśmy braćmi.

Zanim wykluczy się kogoś z akcji "Nie wstydzę się Jezusa", warto zadać sobie pytanie: czy Jezus wykluczyłby panią Radwańską ze swojej akcji, z głoszenia Ewangelii? Przyłączyłby się do kamienujących, czy zaleciłby im poświęcenie tej samej energii na rachunek własnego sumienia? O zdrowie moralne narodu zadbano, a kto zadba o duszę pani Radwańskiej? Która – wymłócona zdalnie i bezlitośnie przez miłujących ją współbraci w wierze – może nagle odnaleźć w sobie ochotę by trzymać się od nich, od Kościoła z daleka.

 

 
 

 
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Skończcie tę wojnę

Im więcej wokół doniesień o kolejnych odsłonach sporu ks. Lemańskiego z abp. Hoserem, tym większą mam ochotę odwrócić się, by nie patrzeć na to zawstydzające widowisko.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Znam paru księży z diecezji warszawsko – praskiej, wiem jak byli wkurzeni na ks. Lemańskiego. Kapłana, który zrobił mnóstwo dobrych rzeczy, ale wiele też popsuł ze względu na swój hiperemocjonalny i niezwykle wyczulony na punkcie własnej osoby charakter. Nie traktowali go jednak – co niepokojące – jak brata, który po prostu jest trudny, trzeba wziąć na niego poprawkę, uruchomić w sobie potencjał wielkoduszności, a czasem po prostu machnąć ręką, ustąpić. Oni widzieli w nim wroga. Takich głosów sporo wokół siebie miał pewnie abp Hoser, gdy podejmował zadziwiającą w swojej ostrości decyzję o emerytowaniu 52 – letniego jasienickiego proboszcza.

Zrobił to mimo wielu prób mediacji podejmowanych przez wybitnych przedstawicieli Kościoła, świeckich i duchownych. Wiem z pierwszej ręki, że szły one naprawdę dobrze, wszystko było na jak najlepszej drodze do polubownego rozwiązania sprawy. W pewnym momencie to abp Hoser zrezygnował jednak z rozmowy, wybrał broń atomową, dekret. Do czego miał formalne prawo, tylko po co z niego na tym etapie korzystał?

Skończcie tę wojnę

Ilość szkód, jakie wywoła wybrane przezeń rozwiązanie będzie przecież znaczna. Po pierwsze (choć nie najważniejsze): Kościół będzie w tym ogórkowym okresie miesiącami na językach wszystkich lewaków, którzy z ks. Lemańskiego już czynią swój kolejny sztandar i armatę, będą nią teraz walić w nas jak popadnie i kreślić absurdalne obrazy rozłamu Kościoła. Po drugie (znacznie ważniejsze): wepchnie w jeszcze większe tarapaty człowieka, który zamiast kreować dobro, zajmie się teraz pielęgnowaniem własnych zranień i korespondencją z Watykanem.

Wszelkie sankcje wymierzane w Kościele są z natury „poprawcze“, mają być wyrazem troski o błądzącego człowieka. Od pasterza, ojca diecezji można było więc oczekiwać nie tyle zaspokajania gniewu współksięży czy ultrakonserwatywnych środowisk (których ks. Lemański nie wkurzał doktrynalnymi błędami, bo te trudno mu zarzucić, ale pokazywaniem się w miejscach uznanych za nieczyste), co troski o konkretnego człowieka. Ks. Lemański to przecież nie jakiś defraudant, czy molestator, to dobry, nieprzeciętny kapłan, który po prostu ma równie nieprzeciętny dar działania ludziom na nerwy, a którego główną wadą jest to, że gdy się nakręci zachowuje się jak pięcioletni Jaś i traci zdolność oceny kto jest wrogiem a kto przyjacielem (czego i ja padłem przecież ofiarą).

Skończcie tę wojnę

Stawiam tezę, że w tym sporze w znacznie większej mierze chodzi dziś już o psychologię, nie o teologię (bo obaj duchowni patrzyli w tym samym kierunku, choć z bardzo różnych stron). Arcybiskup mógł pokazać, jak się nie zacietrzewić, a mądrze ustąpić, nie dolewać oliwy do ognia, zamiast odstrzeliwania wybrać metodyczną pracę „w ludziach”. Zrobić wszystko by budować kapłaństwo ks. Lemańskiego, a nie wystawiać je na próbę.

Ks. Lemański też rzecz jasna mógłby zachować się inaczej. W swoim oświadczeniu wraca dziś refleksyjnie do momentu swoich święceń kapłańskich, wspomina jak wyraźnie odczuł wtedy, że ma służyć Kościołowi. Nie dostrzega drugiej, mniej romantycznej strony tego wydarzenia. Z własnej nieprzymuszonej woli zostając księdzem, świadomie zgodził się na to, że jako kapłan wchodzi w strukturę, w zależności, w Kościół nie księdza Lemańskiego, a Jezusa Chrystusa, który autonomiczną decyzją władzę na ziemi powierzył swoim – czasem genialnym, a czasem mniej udanym uczniom. Wiedziały gały, co brały.

Musiał też wiedzieć, że Kościół to nie korporacja ani klub piłkarski, gdzie rządzi żelazna logika, że kto wygrał, ten ma rację. Ksiądz Lemański znacznie więcej dobra (dla Kościoła, który kocha i dla obserwujących bliźnich) zrobiłby, gdyby zamiast biegać ze skargą po programach Moniki Olejnik i serwisach Tomasza Lisa oraz bawić się ze swoim szefem w formalne gierki, po prostu powiedział: nie zgadzam się z tą decyzją, ale w duchu posłuszeństwa ją przyjmuję. Zajmę się tym, do czego zostałem święcony, bo duszpasterstwo jest dla mnie ważniejsze od publicystyki (nawet słusznej), a dobro wspólne od mojego.

Korzystając z tego, że dziś jest newsem (jutro nie będzie), pochodzi po mediach, atakując abp Hosera opowieściami o tym, co stało się podczas ich prywatnej rozmowy parę lat temu.

Robi to znów strasznie niemądrze, w klimacie: „wiem, ale nie powiem”, pozwalając dziennikarzom na snucie absurdalnych sugestii, że może chodziło o jakieś zachowania seksualne.

Nie chodziło o nie. Trzeba apelować, do tych którzy wiedzą i mają moralne prawo ogłosić co się stało, żeby jak najszybciej przerwali ten obłęd krzywdzenia Kościoła i dorabiania mu kolejnej gęby! Ja nie mogę podawać detali, domyślam się jednak, że nie o czyny tu chodzi, a o słowa. I o gniew. O to, że arcybiskup Hoser, być może wyprowadzony z równowagi, odezwał się do ks. Lemańskiego bardzo niekulturalnie, poniżej wszelkich akceptowanych między dojrzałymi ludźmi standardów.

Staram się zrozumieć dwie strony sporu. Rozumiem ks. Lemańskiego, bo wiem co to znaczy czuć się ofiarą niezrozumienia. Widzę też, ile dobrego zrobił i ile może jeszcze zrobić swoją żarliwą wiarą i wrażliwością. Podobnie jak mnie, ciągnie go na peryferia, do ludzi do których Kościół rzadko dociera. Rozumiem też jednak abp Hosera, bo mnie też ks. Lemański potrafił wkurzyć swoim brnięciem w zaparte najmądrzejszego pierwszoklasisty, który będzie się skarżył wszystkim naokoło i odgryzał.

Skończcie tę wojnę

Wciąż nie widzę jednak powodu, dla którego dwóch dobrych, mądrych księży o silnych osobowościach miałoby się dalej boczyć. Dlaczego nie mogą pokazać całemu światu jak chrześcijanie rozwiązują spory? Strzelać fochy albo pisać dekrety (albo cytować Ewangelię, że już się przecież upomniało grzesznika) to potrafi każdy. Ks. Lemański zamiast żalić się teraz na prawo i lewo jak został obrażony, może by wreszcie wybaczył, abp. Hoser – okazał wielkoduszność i cierpliwość? Panowie, Drodzy Księża, czy wy naprawdę nie widzicie, jak daliście się wciągnąć w myślenie, które dziś zainfekowało wielu świeckich i duchownych Polaków, że mianowicie trwa teraz u nas jakaś wojna?

Jak skończyć ten obłęd?

Moja śp. babcia, która przeszła przez życie bez cienia konfliktu z kimkolwiek i dlatego została zapamiętana przez nas jako święta, miała w zwyczaju powtarzać: „ustąp głupiemu, a otrzymasz trzysta dni odpustu”. Ta formuła jest genialna, bo pozwala obu stronom nie zmieniać oceny drugiej strony, a jedynie wykonać pierwszy, otwierający a nie zamykający ruch.

Panowie, Drodzy Księża, na co jeszcze czekacie?

 

 
 

 
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >