Z KRAJU

Przewodniczący Episkopatu Polski: Wspieram Białoruś wraz z jej pasterzami

- W kontekście napiętej sytuacji na Białorusi powinniśmy zachęcać wszystkich do pokojowego rozwiązania konfliktu – do zaprzestania agresji – do przebaczenia i dialogu a nade wszystko do modlitwy – apeluje abp Stanisław Gądecki, proszony przez KAI o refleksję na temat aktualnych wydarzeń w tym kraju. - Włączmy się w modlitwę w intencji naszych braci i sióstr za wschodnią granicą - zachęca

Polub nas na Facebooku!

A oto pełna treść wypowiedzi abp. Stanisława Gądeckiego dla KAI:

KAI: Tuż za naszą wschodnią granicą, na Białorusi, społeczeństwo po raz pierwszy od lat okazuje swoją podmiotowość. Manifestantom towarzyszą księża, we wszystkich kościołach sprawowane są Msze św. w intencji pokojowych przemian, a metropolita mińsko-mohylewski abp Tadeusz Kondrusiewicz wzywa do dialogu społecznego. Jak Ksiądz Arcybiskup postrzega te wydarzenia, jakie refleksje Mu towarzyszą, jakie nadzieje z nimi wiąże?

 

Abp Stanisław Gądecki: – Sposobem wyjścia z kryzysu na Białorusi są słowa Papieża Franciszka, który w minioną niedzielę powiedział: „Moją myślą zwracam się także do umiłowanej Białorusi. Uważnie śledzę sytuację powyborczą w tym kraju i apeluję o dialog, o odrzucenie przemocy, a także poszanowanie sprawiedliwości i prawa. Zawierzam wszystkich Białorusinów opiece Matki Bożej, Królowej Pokoju”.

Szczególnie ważny jest także apel, w którym katoliccy biskupi Białorusi, potępili każdy akt przemocy, zaapelowali o zakończenie agresji i rozpoczęcie dialogu dla dobra człowieka i całego społeczeństwa. Biskupi prosili o odprawianie w tych intencjach Mszy Świętych oraz o codzienną adorację Najświętszego Sakramentu w parafiach w intencji Białorusi, jej narodu i pokojowego zakończenia konfliktu. W duchu tych słów Ojca Świętego oraz biskupów katolickich Białorusi wspieram Białoruś wraz z wszystkimi jej pasterzami.

Wiemy, jakie jest nauczanie społeczne Kościoła katolickiego w temacie sposobu sprawowania władzy: „Władza polityczna powinna zapewniać uporządkowane i uczciwe życie wspólnoty, nie zastępując wolnego działania jednostek i grup, lecz normując je i ukierunkowując na realizację dobra wspólnego, powinna przy tym szanować i ochraniać niezależność podmiotów indywidualnych oraz społecznych. Władza polityczna jest narzędziem kierującym i koordynującym, za którego sprawą jednostki oraz organizmy pośrednie powinny zmierzać do porządku, w którym relacje, instytucje i procedury mają służyć integralnemu rozwojowi człowieka. Władza polityczna, czy to we wspólnocie […], czy też w reprezentujących państwo instytucjach, powinna być sprawowana zawsze w granicach porządku moralnego dla osiągnięcia dobra wspólnego, i to rozumianego dynamicznie, w zgodzie z porządkiem prawnym legalnie już ustanowionym lub takim, który dopiero powinien być ustanowiony. Wówczas jednak obywatele są zobowiązani do okazywania posłuszeństwa tej władzy zgodnie z sumieniem” (Kompendium Nauki Społecznej Kościoła, 394).

Polityka – mówi nauka społeczna Kościoła – jest jedną z najwyższych form miłości, gdyż jest służbą wspólnemu dobru. A „każdy człowiek – podkreśla papież Franciszek – który podejmuje się sprawowania władzy, powinien postawić sobie te dwa pytania: czy kocham mój lud, aby mu lepiej służyć? I czy jestem na tyle pokorny, aby wysłuchać opinii innych, żeby wybrać najlepszą drogę?”.

W kontekście napiętej sytuacji na Białorusi powinniśmy więc zachęcać wszystkich do pokojowego rozwiązania konfliktu – do zaprzestania agresji – do przebaczenia i dialogu a nade wszystko do modlitwy. Sami księża biskupi z Białorusi proszą nas przecież o modlitwę. A my – jako ludzie wierzący – wierzymy w moc modlitwy w myśl słów Chrystusa „Proście, a będzie wam dane”. Włączmy się więc w modlitwę w intencji naszych braci i sióstr za wschodnią granicą. Chrześcijanin, który nie modli się za sprawujących władzę, nie jest dobrym chrześcijaninem.

KAI/awo

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Z KRAJU

“Przeżyłem, aby dać świadectwo”. Dziś mija rok od burzy na Giewoncie

Julka, Jaś, Anna i nieznana nam z imienia mieszkanka Biłgoraja na Lubelszczyźnie. Każdy z inną historią, z różnych stron Polski 22 sierpnia rok temu wspinali się na Giewont. Dla każdego z nich ta góra stała się miejscem śmierci wskutek dramatycznej burzy, jaka tego dnia tuż po 13 przeszła nad zapełnionym turystami szczytem. Dla 157 innych osób - podobnym miejscem dramatu.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Tym, co wydarzyło się w czwartek 22 sierpnia 2019 r. tuż po godz. 13 przez kilka tygodni żyła  cała Polska. Żałoba obowiązywała w rejonie Zakopanego przez 3 dni. Najpierw w mediach poszła krótka informacja: burza na Giewoncie, jest porażenie piorunem. Natychmiast zaczęliśmy kojarzyć, że sierpień to szczyt sezonu turystycznego w Tatrach, z kilkugodzinnymi kolejkami osób czekających na wejście na naznaczoną gigantycznym krzyżem górę. I, że to może oznaczać wielką tragedię.

Potem było już tylko gorzej. Telewizje zaczęły pokazywać latający w tę i z powrotem śmigłowiec Sokół należący do TOPR-u, potem zapełniający się rannymi SOR szpitala w Zakopanem, pierwsze relacje poszkodowanych z tego co ich spotkało, migawki z akcji ratunkowej w strugach deszczu z szalejącej już niżej burzy. Informacje były coraz bardziej przerażające. 

 

– Do dziś się zastanawiam, czemu mimo trzech uderzeń pioruna – akurat ja przeżyłem. Pewnie chodzi o dawanie świadectwa – mówi ks. Jerzy Kozłowski, wikary z Dzierżoniowa, o którym było głośno przez kilka dni po dramatycznym czwartku na Giewoncie.

 

♦ Czytaj więcej: Burza szaleje, ksiądz udziela rozgrzeszenia

 

Tego dnia był ze znajomymi na szczycie, już szykując się do zejścia. I rzeczywiście jego postawa gotowości do duchowej pomocy współuczestnikom dramatu poruszyła wówczas wiele osób. 

Już zaczynaliśmy schodzić, gdy z daleka usłyszałem pierwszy grzmot. Pomyślałem, że będzie nieciekawie. Już w myślach rozgrzeszyłem wszystkich, których widziałem wokół siebie. Niedługo potem zostałem porażony po raz pierwszy. To był odruch, że wstałem i udzieliłem rozgrzeszenia na wypadek śmierci już na głos, wszystkim. Kierowało mną poczucie obowiązku, bo przecież jestem księdzem. Wiedziałem że pewnie jest wielu rannych, może zabici – opowiada dziś ks. Jerzy. 

Postawę ks. Jerzego zapamiętało wówczas wiele osób. Byli tacy, którym dopiero to publiczne rozgrzeszenie uświadomiło dramatyzm sytuacji. – Piorun uderzył w krzyż za mną. Żyję tylko dlatego, że nie zdążyłam dotknąć łańcucha. Pamiętam przerażający krzyk i księdza gdzieś za mną, udzielającego ogólnego rozgrzeszenia – mówiła wtedy telewizji Polsat News jedna z poszkodowanych.

 

Tego dnia o śmierć, podobnie jak on, otarło się na Giewoncie wiele osób. Jedni odpadali od ściany, w którą uderzył piorun, spadając w przepaść, inni zostali porażeni trzymając się metalowych łańcuchów, jeszcze inni dostawali jakimś odłamkiem skalnym, ponieważ wyładowania w niektórych miejscach działały jak eksplozja. W ciągu kilku minut rannych zostało na tym jednym, niewielkim obszarze ponad 150 osób. Bardzo szybko ujawniła się międzyludzka solidarność: mimo obrażeń ludzie udzielali innym pierwszej pomocy, ratownicy górscy porzucali urlopy, by ruszyć na ratunek poszkodowanym, pilot toprowskiego śmigłowca ryzykował życie, by zwozić na dół najbardziej poszkodowanych.

Wiele osób opowiadało mi potem, że przez to zdarzenie zaczęli więcej się modlić, i to nie tylko znajomi, ale też obcy ludzie – mówi ks. Jerzy Kozłowski. 

 

Jednak nie wszyscy tylko otarli się o śmierć. Wśród tych, którzy odpadli od ścian po pierwszym uderzeniu znalazły się cztery ofiary śmiertelne burzy na Giewoncie. Byli to wspomniani już 10-letnia Julka, która weszła na Giewont z rodzicami, i której mimo reanimacji pod szczytem nie udało się uratować; 13-letni Jaś, chłopiec z Tarnowa, który nie chciał tego dnia iść z rodziną w góry; 24-letnia Anna, która wędrowała z chłopakiem i osierociła 4-letnie dziecko oraz nieznana nam z imienia 46-letnia mieszkanka Biłgoraja. 

 

Wydarzenia sprzed roku do dziś uświadamiają mi, jak kruche jest nasze życie i jak aktualne są słowa Jezusa, że “nie znamy dnia ani godziny”. Na pewno dojrzalej patrzę na rzeczywistość śmierci, na pewno czuję się bliżej osób w żałobie, zwłaszcza, gdy przewodniczę pogrzebowi

– przyznaje dziś ks. Jerzy Kozłowski, jedna z ofiar tragedii na Giewoncie.  Z poparzeniami w wielu miejscach ciała, spowodowanymi aż trzema porażeniami piorunów, spędził w szpitalach kilka tygodni. Rehabilitacja trwała ponad 2 miesiące i do dziś nie jest w pełni sprawny. 

 

Mimo to kilka tygodni temu, za namową znajomych, ponownie ruszył na Giewont, aby sprawdzić, czy została w nim jakaś trauma. – Gdy tylko zobaczyłem już w niewielkiej odległości szczyt i krzyż na nim – miałem raczej pragnienie od razu tam iść, znów zobaczyć to miejsce, niż stamtąd uciekać – mówi dzisiaj. Przyznaje jednak, że pozostał mu lęk przed burzą, jeśli przeżywa ją na zewnątrz.

Takie wydarzenia zostawiają ślad w człowieku. Myślę, że znaczenie tego będę odkrywał jeszcze długo – mówi ks. Jerzy. 

 

Pamiętajmy dziś w modlitwie zwłaszcza o ofiarach tragedii oraz ich rodzinach.

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap