Nominacje do tegorocznej nagrody dziennikarskiej „Ślad”

Monika Białkowska, Barbara Gruszka-Zych i Tomasz Terlikowski zostali w tym roku nominowani do Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka. Nazwisko laureata „Śladu” 2020 poznamy w połowie września.

Polub nas na Facebooku!

Nominacje do tegorocznej nagrody dziennikarskiej „Ślad”
Monika Białkowska, Barbara Gruszka-Zych i Tomasz Terlikowski zostali w tym roku nominowani do Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka. Nazwisko laureata „Śladu” 2020 poznamy w połowie września.

Zgłoszenia kandydatów do Nagrody napłynęły z kilkunastu redakcji. Kapituła Nagrody na posiedzeniu 24 czerwca 2020 r. spośród 19 kandydatów nominowała trzy osoby. Są to:

Monika Białkowska, dziennikarka „Przewodnika Katolickiego”, autorka wideobloga „PRZEWODNIK 24. Reportaż z wycinków świata” – za szczerość, dojrzałość, wrażliwość i teologiczną kompetencję w podejmowaniu trudnych dla Kościoła tematów i opisywaniu znaków czasu. Kapituła doceniła nowatorską formę internetowej aktywności Moniki Białkowskiej w czasie epidemii COVID-19, a także jej publicystykę w serwisie Więź.pl.

Barbara Gruszka-Zych, poetka, reportażystka i dziennikarka „Gościa Niedzielnego” – za wkład w dialog współczesnego Kościoła ze światem kultury, inspirujące wywiady i doskonałe reportaże dotykające problemów zwykłych ludzi. Kapituła doceniła delikatność i wrażliwość Barbary Gruszki-Zych w opisywaniu nawet najtrudniejszych historii, jej wzorowy warsztat dziennikarski i lekkie pióro.

Tomasz Terlikowski, dziennikarz, publicysta i autor książek – za prezentowaną od wielu lat odwagę i konsekwencję w dążeniu do wewnętrznego oczyszczania się Kościoła. Kapituła doceniła tegoroczny zbiór wywiadów Tomasza Terlikowskiego „Tylko prawda nas wyzwoli. Przyszłość Kościoła katolickiego w Polsce”. Z uznaniem przyjęto wiele jego artykułów, które pobudzają do myślenia, oraz – co u dziennikarzy rzadkie – jego umiejętność przyznawania się do błędów.

Laureata Nagrody „Ślad” 2020 poznamy podczas Gali, która odbędzie się – o ile pozwoli na to sytuacja epidemiczna – w połowie września w Domu Arcybiskupów Warszawskich.

Nagroda Dziennikarska „Ślad” im. bp. Jana Chrapka przyznawana jest od 2002 r. Laureatami jej dotychczasowych edycji byli kolejno: Ewa K. Czaczkowska, Grzegorz Polak, Stefan Wilkanowicz, ks. Jerzy Szymik, Marek Zając, Szymon Hołownia, ks. Marek Gancarczyk, ks. Kazimierz Sowa, Anna Gruszecka, Tomasz Królak, Jacek Moskwa, Krzysztof Ziemiec, ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka, Tomasz Rożek, Alina Petrowa-Wasilewicz, Brygida Grysiak, ks. Andrzej Draguła i Tomasz Krzyżak.

W ubiegłym roku w gronie nominowanych była także Aneta Liberacka, redaktor naczelna portalu Stacja7.pl.

Patronem nagrody jest bp Jan Chrapek (1948–2001), człowiek mediów i przyjaciel środowiska dziennikarskiego. Był on członkiem zgromadzenia księży michalitów, doktorem teologii, wybitnym duszpasterzem i znanym naukowcem w zakresie współczesnych mediów. Studiował w Lublinie i Louvain. W latach 1983–1986 byt redaktorem naczelnym miesięcznika „Powściągliwość i Praca”, w okresie 1986–1992 był przełożonym generalnym zgromadzenia księży michalitów. Autor licznych publikacji z zakresu teologii pastoralnej, zwłaszcza środków społecznego przekazu, m.in. „Recepcja programów TV przez młodzież” i „Kościół a media”. Przez wiele lat wykładał na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1992 do 1994 r. był biskupem pomocniczym drohiczyńskim, w latach 1994–1999 biskupem pomocniczym toruńskim. Od 1999 roku do swojej tragicznej śmierci w wypadku samochodowym – biskup radomski.

Organizacją Gali Nagrody „Ślad” zajmuje się Stowarzyszenie na rzecz Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka, powołane przez członków Kapituły Nagrody „Ślad”.

KAI, zś/Stacja7

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Wzór niezachwianej wiary. W październiku beatyfikacja ks. Jana Machy

- Jeden z gestapowców widząc, że ks. Jan nie pomstuje na znęcających się nad nim oprawców, powiedział o nim: „To jest albo święty albo idiota!” – opowiada o 28-letnim kapłanie, który w październiku zostanie wyniesiony na ołtarze, postulator procesu beatyfikacyjnego, ks. Damian Bednarski.

Polub nas na Facebooku!

Wzór niezachwianej wiary. W październiku beatyfikacja ks. Jana Machy
- Jeden z gestapowców widząc, że ks. Jan nie pomstuje na znęcających się nad nim oprawców, powiedział o nim: „To jest albo święty albo idiota!” – opowiada o 28-letnim kapłanie, który w październiku zostanie wyniesiony na ołtarze, postulator procesu beatyfikacyjnego, ks. Damian Bednarski.

Jan Macha był pełnym życia i aktywizmu młodym człowiekiem, z drużyną szczypiornistów Azoty Chorzów dwukrotnie zdobył mistrzostwo Polski, a zaraz po święceniach, na początku wojny zorganizował na Śląsku olbrzymią sieć pomocy, za co został zgilotynowany. „Umieram z czystym sumieniem, żyłem krótko ale uważam, że cel swój osiągnąłem…” – napisał w pożegnalnym liście.


Marcin Przeciszewski (KAI): Polska niebawem będzie mieć kolejnego męczennika w osobie ks. Jana Machy, młodego kapłana archidiecezji katowickiej, który ma zostać wyniesiony na ołtarze 17 października br. w Katowicach. Na czym polegała świętość tego zaledwie 28-letniego księdza?

Ks. Damian Bednarski: Ks. Jan Macha był postacią z pewnością wyjątkową. Zaledwie na początku swej posługi kapłańskiej oddał życie, za to, że odważył się pomagać najbardziej potrzebującym w mrocznym czasie okupacji nazistowskiej. Był przekonany, że stanięcie po stronie dobra i wybór miłości bliźniego są sprawą priorytetową.

Był młodym kapłanem, wyświęconym w czerwcu 1939 r. tuż przed wybuchem wojny. We wrześniu 1939 r. został wikarym w pierwszej swej i jedynej zarazem parafii, i zaledwie w ciągu kilku miesięcy spontanicznie zebrał wokół siebie mnóstwo młodych ludzi. Miał wyjątkowy charyzmat przyciągania młodych do siebie i „zarażania” ich swoim entuzjazmem. Na wielką skalę zorganizował sieć pomocy, która objęła kilka tysięcy osób. Śledzony przez gestapo, świadom niebezpieczeństwa nie zdezerterował. We wrześniu 1941 roku jego misja została brutalnie przerwana. Aresztowano go, umieszczono w więzieniu, a w grudniu 1942 r. wykonano wyrok śmierci.

Jestem przekonany, że w czasach współczesnych potrzeba wyraźnych świadków miłości heroicznej i dlatego tym większa jest wartość jego przykładu życia i niezachwianej wiary, czemu dał świadectwo. Oczywiście, można się zastanawiać dlaczego akurat ten ksiądz został wybrany z grona innych i dziś jest włączany do grona błogosławionych, tyle lat po swojej śmierci. Każdy święty ma swój czas. A jeśli jest to postać, która ma się „wybić” na ołtarze, gdyż Pan Bóg tego chce, to tak się stanie!

 

No właśnie, wielu polskich, także śląskich kapłanów oddało podczas wojny życie w obronie wiary i polskości. Jako pierwszy został beatyfikowany a później kanonizowany o. Maksymilian Kolbe. Jan Paweł II wyniósł na ołtarze w 1999 r. 108 męczenników II wojny światowej, w większości kapłanów. Co zadecydowało o tym, że w październiku będziemy świadkami beatyfikacji tego właśnie młodego kapłana?

Niewątpliwie wielu kapłanów w czasie II wojny światowej, także na Śląsku – podobnie jak ks. Jan Macha – pomagało charytatywnie i włączało się w konspiracyjną działalność pomocową. Znamy księży, którzy tutaj na Śląsku pomagali w tym czasie, chociażby ks. Ignacy Jeż, który był wtedy wikarym w Chorzowie Batorym, a służył u męczennika, bo jego proboszcz został zabrany do więzienia a potem zginął w obozie. Wiemy, że ks. Bolesław Kominek, który wówczas pracował w kurii katowickiej również organizował taką pomoc. Z kolei ks. Paweł Macierzyński z Bierunia Starego organizował pomoc dla więźniów obozu koncentracyjnego w Auschwitz i za to sam został uwięziony i zamordowany.

Postać i działalność młodziutkiego ks. Jana Machy na tym tle była fenomenem. Miała znacznie szerszy charakter i skupiła wokół siebie większą ilość ludzi. Ale tym co przeważyło o wyborze akurat jego do procesu beatyfikacyjnego, były nie tylko dokonania w sferze charytatywnej, co jego postawa po aresztowaniu, aż do momentu męczeńskiej śmierci. Mówią o niej zachowane źródła w postaci jego listów oraz świadectwo kapelana więziennego, który mu towarzyszył w ostatniej drodze.

Z listów ks. Jana Machy pisanych do bliskich z celi więziennej gdzie oczekiwał wyroku, przebija zaufanie do Boga, poddanie się woli Bożej i brak wewnętrznego buntu. Nie znajdziemy tam śladów rozczarowania w rodzaju: „dałem swe serce, zrobiłem tyle dobrego, a tymczasem chcą mnie zamordować”… Wielu ludzi w takiej sytuacji przeżywa załamanie i bunt, nieraz traci wiarę. Tymczasem postawa ks. Jana w więzieniu, w trakcie prześladowań, tak jak wcześniej jego zaangażowanie charytatywne, budzi jednoznaczny podziw. Jest to postawa dojrzała i warta naśladowania, prosta i naturalna, ale heroiczna. I to były główne motywy wszczęcia procesu beatyfikacyjnego.

 

Przyjrzyjmy się bliżej konspiracyjnej, a chyba głównie charytatywnej działalności ks. Jana Machy bezpośrednio po wybuchu wojny.

25 czerwca 1939 r. Jan Macha przyjmuje święcenia kapłańskie. Z początkiem września zostaje skierowany do parafii św. Józefa w Rudzie Śląskiej, gdzie proboszczem był ks. Jan Skrzypczyk. Szybko proboszcz zauważył jak gorliwego i świetnego ma współpracownika. Gdy dowiedział się o jego śmierci z bólem stwierdził: „w osobie ks. Jana Machy straciłem najlepszego wikarego i prawdziwego pocieszyciela w okresie mojego tułactwa”. Dodać należy, że ks. Skrzypczyk podczas okupacji musiał opuścić Rudę i się ukrywać.

Jak każdy ksiądz Jan Macha włącza się w życie duszpasterskie, pomimo, że było ono coraz bardziej ograniczane przez Niemców. Prowadzi posługę sakramentalną, głosi Słowo Boże, organizuje w możliwym zakresie spotkania parafialne różnych grup. Wkrótce dostrzega jak wielkie są wokół potrzeby, zwłaszcza w rodzinach, które tracą swoich jedynych żywicieli: ojca, brata. Są to rodziny aresztowanych bądź ukrywających się byłych powstańców śląskich, którzy zostali poddani okrutnym prześladowaniom. Są to rodziny tych, którzy poszli na wojnę w wojsku polskim, a wracając trafiają do niemieckich więzień i obozów. Pozostają kobiety i dzieci, znajdujące się w bardzo trudnej sytuacji, często bez środków do życia. Ks. Jan Macha odpowiada na to spontaniczną akcją pomocy. Najpierw robi to sam, a niebawem gromadzą się wokół niego młodzi sodalisi, harcerze, studenci, członkowie KSM. Pomoc polegała na tym, że zbierano środki materialne, żywność, pieniądze, wreszcie kartki na żywność, która była racjonowana. Rodziny byłych powstańców czy innych prześladowanych pozbawione były nawet kartek na żywność. Ks. Macha ze współpracownikami zbiera to wszystko: żywność, lekarstwa, pieniądze i dyskretnie dostarcza poszkodowanym rodzinom. Tworzyli listy najbardziej potrzebujących. Każdy z członków podlegających mu grup dostarczał te dary konkretnym osobom, najczęściej podrzucając pod drzwi, aby zachować anonimowość. Ten krąg osób zaangażowanych w pomoc coraz bardziej się rozszerza, działa na terenie nie tylko jego parafii w Rudzie Śląskiej, ale kilkunastu śląskich miejscowości aż po Opolszczyznę. W kręgu działalności ks. Machy, jak obliczają historycy, mogło znajdować się kilka tysięcy osób.

W pewnym momencie działalność ks. Machy zauważa Polskie Państwo Podziemne, które na Śląsku buduje swoje struktury. Jego przedstawiciele nawiązują z nim kontakt. Akcja zainicjowana przez ks. Jana Machę zostaje włączona w struktury państwa konspiracyjnego pod nazwą „Opieka społeczna”, jednocześnie znajdując pomoc z jego struktur. Był to pion cywilny Państwa Podziemnego, który nie zajmował się walką zbroją, dywersją czy sabotażem.

Niemcy, dostrzegając, że ks. Macha prowadzi tak szeroką działalność, zaczynają się domyślać, że może mieć kontakt z polską konspiracją. Zaczynają się nim interesować. Na wiosnę 1941 r. zostaje dwukrotnie wezwany na przesłuchanie, ale wypuszczony na wolność. Wówczas Niemcy nie mieli na niego jeszcze żadnego haka. Jednak po kilku miesiącach 5 września 1941 r. ks. Macha zostaje aresztowany na dworcu w Katowicach. Gestapowcy znajdują też przy nim listy osób, którym pomagał oraz inne dokumenty świadczące o organizacji zbiórek. W tym samym dniu aresztowanych zostaje kilku innych członków stworzonej przez niego sieci. Ks. Macha więziony jest najpierw z Mysłowicach, a potem w Katowicach. Zostaje mu przestawiony akt oskarżenia, w którym prowadzona przezeń działalność charytatywna zostaje zakwalifikowana jako zdrada stanu i działanie przeciwko państwu niemieckiemu.

 

Skąd taka kwalifikacja działalności czysto charytatywnej?

– To nie może dziwić, gdyż wszelka działalność, która nie byłaby koncesjonowana przez Niemców, była zakazana. Zaraz na początku okupacji polskiej części Śląska, Niemcy przejęli istniejącą tam kościelną Caritas. Nawiasem mówiąc, dokładnie tak samo w latach 50. postąpili komuniści. Jasne jest, że podporządkowane Niemcom struktury Caritas pomagały wyłącznie tym, którym okupanci chcieli pomagać. A rodzinom powstańców, czy byłych polskich żołnierzy, podporządkowana okupantowi Caritas oczywiście nie mogła pomagać. Ks. Macha działa więc równolegle, poza strukturami Caritas. Tworzy alternatywną strukturę charytatywną wobec tej, która była dopuszczona przez Niemców. To było przez okupanta traktowane jako duże niebezpieczeństwo, wszelka działalność tego typu była uważana przez za niedopuszczalną i „de facto” skierowaną przeciwko niemieckiemu państwu.

Zresztą, Kościół katolicki na ziemiach polskich, także w dawnej polskiej części Śląska, traktowany był właśnie w taki sposób. Udało mi się dotrzeć do wypowiedzi decydentów niemieckich, np. Himmlera, który instruował swych podwładnych, aby wszelką działalność nastawionych pro polsko duchownych traktować jako zdradę stanu, aby pokazywać, że są oni przeciwnikami państwa niemieckiego. Odnosząc się do postaw prezentowanych przez ks. Machę i jemu podobnych Heinrich Himmler, szef gestapo, stwierdzał: „Aparat III Rzeszy nie może wykreować ich na męczenników, ale ma ich pokazać jako przestępców. Obraz wyznania wiary w Chrystusa należy usunąć, a służących Kościołowi zniesławić jako politykujących urzędników kościelnych, których postępowanie jest „zdradą stanu, a przy tym szczytową formą zakłamania”.

 

Jak przebiega pobyt ks. Machy w więzieniu?

To w sumie 15 miesięcy, od 5 września 1941 do 3 grudnia 1942 r., kiedy został zgilotynowany. Jest to niezwykły okres w jego życiu, dostarczający wielu dowodów na świętość. Z treści jego listów, które się zachowały, wiemy, że zachowuje tam ogromny spokój, a współwięźniom na ile może, udziela posługi duszpasterskiej. Nawet będąc w więzieniu postarał się o odnowienie jurysdykcji, która pozwoliła mu spowiadać współwięźniów. Przez cały ten czas nie mógł odprawiać Mszy św.

Mszy świętych nie mógł sprawować nawet potajemnie, tak jak to bywało w sowieckich łagrach, bo w więzieniu był pod ciągłym nadzorem. Zupełnie niemożliwe było wyprodukowanie wina w takich warunkach czy zdobycie hostii. Pozwolono mu jedynie na posiadanie i odmawianie brewiarza. Zachował się różaniec ks. Jana, który sam zrobił ze sznurków wyciągniętych z siennika i krzyżyk zrobiony z drzazg wydłubanych z pryczy więziennej. Dopiero po przeniesieniu z więzienia mysłowickiego do Katowic mógł regularnie korzystać z posługi kapelana więziennego. Wielką radością była dla niego spowiedź. Raz w tygodniu mógł przyjmować komunię św.

Dobrze odnosił się do swoich oprawców. Jeden z gestapowców widząc, że ks. Jan nie pomstuje na znęcających się nad nim oprawców, powiedział o nim: „To jest albo święty albo idiota!”. Bo nie tylko cierpliwie znosi te cierpienia, ale błogosławi ich i dobrze życzy tym, którzy się nad nim znęcali.

 

Ksiądz jako postulator procesu beatyfikacyjnego dokładnie poznał duchową sylwetkę ks. Jana Machy. Kim on był jako człowiek i kapłan, czym się szczególnie wyróżniał, jaki był na co dzień? Jaki typ duchowości reprezentował? W czym wyrażał się jego szczególny związek z Jezusem?

– Był zupełnie normalnym młodym człowiekiem, pełnym życia, aktywizmu, działał w drużynie sportowej szczypiornistów Azoty Chorzów, grał w piłkę ręczną. Z tą drużyną zdobył mistrzostwo Śląska i dwa razy mistrzostwo Polski. Lubił tańczyć, grał na skrzypcach. Był duszą towarzystwa. A jednocześnie od lat młodzieńczych był blisko Pana Boga i blisko Kościoła, choć nigdy nie był ministrantem. Uczestniczył natomiast w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży, gdzie wygłaszał pogadanki, należał też do Róży różańcowej. Bliska mu była duchowość maryjna.

A w tym wszystkim był bardzo wrażliwy i wyczulony na potrzeby innych. Potrafił sobie odjąć od ust, aby drugiemu pomóc. Takie są świadectwa z czasów, gdy był jeszcze w domu rodzinnym. Podobne mamy z seminarium.

 

A powołanie kapłańskie, jak ten moment powołania do kapłaństwa wyglądał w jego przypadku?

Wychowywał się bardzo wierzącej śląskiej rodzinie i miał wujka salezjanina, brata mamy. I to chyba były te inspiracje, aby podjąć tę drogę. Nie ma natomiast świadectwa mówiącego, dlaczego nagle ten młody chłopak zdecydował się na kapłaństwo. Myślę, że była to normalna droga wzrostu duchowego w rodzinie, a później tych grupach czy wspólnotach, w jakich uczestniczył, chociażby w KSM.

A kiedy już podjął decyzję, był bardzo konsekwentny, chociaż początkowo nie został przyjęty do Seminarium Śląskiego w Krakowie. A było to nowe seminarium dla Śląska, utworzone w Krakowie ze względu na bliskość znakomitego wydziału teologicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Seminarium miało jednak tylko 140 miejsc. Jan Macha zgłasza się za późno i … nie zostaje przyjęty, jest mu smutno ale nie zraża się i idzie na Wydział Prawa UJ. Przez rok tam studiuje ale bez większego zaangażowania, widać, że jest to czas na przeczekanie i nie przystępuje do egzaminów. Po raz drugi puka do furty seminarium w 1934 r. i zostaje przyjęty.

Podczas studiów teologicznych i formacji seminaryjnej postrzegany jest jako człowiek aktywny i z dużą wrażliwością na bliźnich, chętny do różnego rodzaju zaangażowania. Włącza się w działalność studenckiej „Pomocy Bratniej” (popularny „Bratniak”), a gdy bp Stanisław Adamski w seminarium zakłada Akcję Katolicką, to pierwszy wstępuje do niej kleryk Jan Macha.

 

A jeśli mielibyśmy scharakteryzować jego duchowość?

Reprezentuje typową śląską pobożność, nie egzaltowaną, ale mocno stąpającą po ziemi, gdzie modlitwa, bliskość z Panem Bogiem, łączy się bezpośrednio z działaniem. Jest to duchowość otwarta na człowieka i jego potrzeby. Przy tym jest lubiany i zawsze jest duszą towarzystwa. Kocha życie i cieszy się nim wraz z innymi.

Jako młody kapłan, ks. Jan Macha okazywał nie tylko nadzwyczajną zdolność praktykowania wiary, ale szukał sposobów przekazywania jej tym, którzy zostali powierzeni jego trosce duszpasterskiej. Zachowały się wszystkie kazania ks. Jana, gdyż przygotowywał je na piśmie. Są one po polsku i po niemiecku, bowiem w czasie okupacji od pewnego momentu musiał głosić po niemiecku. W sumie jest ich około sześćdziesięciu. Cechuje je solidne umocowanie w Piśmie Świętym. To zakorzenienie w modlitwie ujawniło się później w więzieniu, kiedy brakowało mu dostępu do sakramentów. Z bólem pisze wówczas, że nie może się spowiadać, że słyszy dzwony bijące w pobliskim kościele w Wielki Czwartek, a nie może obecny przy ołtarzu wraz ze innymi kapłanami.

Był też człowiekiem wielkiej nadziei, nawet w najtrudniejszych „beznadziejnych” sytuacjach. W listach z więzienia do rodziny nie tylko nie skarży się na swój los, ale próbuje nadzieję umacniać w swoich bliskich. W jednym z listów pisze: „Mam wielką nadzieję w miłosierdziu Bożym i Opatrzności Boskiej, kogo Bóg kocha dla tego szuka schronienia”…

 

Wielkie wrażenie sprawia jego ostatni list, napisany w celi na kilka godzin przed śmiercią…

Ten list jest faktycznie jest dowodem jego głębokiej duchowości, wręcz świętości. Po pierwsze pokazuje w nim, że po ludzku nie ma sobie nic do zarzucenia. „Umieram z czystym sumieniem, żyłem krótko ale uważam, że cel swój osiągnąłem…” – pisze. A potem zwracając się do bliskich, dodaje: „Nie rozpaczajcie! Idę teraz do Wszechmocnego, On mnie osądzi. Wszystko będzie dobrze. Bez jednego drzewa las lasem zostanie. Bez jednej jaskółki wiosna też zawita, a bez jednego człowieka świat się nie zawali.[…] Pozostało mi bardzo mało czasu. Może jeszcze jakie trzy godziny, a więc do widzenia! Pozostańcie z Bogiem. Módlcie się za Waszego Hanika”. Z tego tekstu tchnie niezwykły pokój, a jest to list pisany na 4 godziny przed śmiercią.

 

Jak wyglądał ten szczególny moment, jak zachowywał się skazaniec?

Zachowało się świadectwo kapelana więziennego, który towarzyszył ks. Janowi i wszystkim tym współwięźniom, którzy zostali zamordowani wraz z nim. 2 grudnia 1942 r. dwunastu osadzonych z katowickiego więzienia usłyszało, że tej nocy wyrok zostanie wykonany. Sprowadzono kapelana ks. Joachima Beslera. Z jego relacji wiemy, co się tam działo, bo dwadzieścia lat po wojnie poproszono go, by zapisał swoje wspomnienia z tych wydarzeń. Na szczęście robił na bieżąco notatki w tzw. czerwonym notesie. Pamiętał, że przybył do więzienia po dwudziestej. Towarzyszył im, gdy jedli ostatnią kolację, gdy pisali pożegnalne listy do rodzin, potem ich spowiadał.

Kapelan więzienny relacjonował: „Wkrótce potem skazańcy zostali pozbawieni swoich ubrań, można powiedzieć symbolicznie odarci z szat, narzucono na ich umęczone ciała papierowe koszule i wyprowadzono przez dziedziniec więzienia do specjalnego pomieszczenia, gdzie stała gilotyna”. Dalej kapłan odnotował: „Pozostałem, żeby jeszcze na ostatniej drodze udzielić absolucji. Pamiętam, jak prowadzono ks. Machę i jak podniósł po raz ostatni oczy ku niebu gwiaździstemu i znikł w drzwiach kaźni śmierci”. Piętnaście minut po północy – o czym informuje księga zgonów – ostrze gilotyny przecięło jego ziemskie życie.

 

Przejdźmy do kwestii męczeństwa za wiarę, bo ona jest kluczowa. Pamiętam dyskusje, jakie toczyły się przy okazji procesu beatyfikacyjnego ks. Jerzego Popiełuszki. Niektórzy dowodzili, że było to zabójstwo na tle politycznym, a nie męczeństwo za wiarę. Czy w przypadku ks. Machy też były takie wątpliwości?

Na portalu janmacha.gosc.pl jest mój artykuł, w którym odnoszę się do tej kwestii. Stawiam pytanie czy został skazany na śmierć za dzieła miłosierdzia, czy za zdradę stanu? Czy jako Polak czy jako kapłan? Musiałem się z tego „tłumaczyć” w Watykanie. Ks. Jan Macha będąc Polakiem i angażując się na rzecz swojej ojczyzny, pomagając ludziom, umarł za wiarę, choć nikt od niego nie wymagał zaparcia się wiary, tak jak bywało to w starożytności. Został zamordowany za dzieła miłości świadczone innym. A pozostaje to w ścisłym związku z postawą chrześcijańską. „Jezus mówi: bądźcie miłosierni, wszystko, to co uczyniliście jednemu z tych braci najmniejszych, Mnieście uczynili”… . Ks. Jan za to waśnie został zamordowany, że nie ustał, że nie poddał się świadcząc miłosierdzie potrzebującym. Robił to wszystko jako kapłan posłuszny Kościołowi i jego misji. Znał wypowiedź papieża Pius XI, który w 1937 roku w encyklice „Mit brennender Sorge”, skierowanej przeciwko narodowemu socjalizmowi, skrytykował antykościelną politykę Hitlera, a zarazem zwrócił się z apelem do kapłanów, by w obliczu ideologii narodowosocjalistycznej nie sparaliżował ich lęk, by nie zaniechali wspierania najbardziej potrzebujących. To właśnie realizował ks. Jan.

A wyrok śmierci otrzymał, gdyż nie podporządkował się prawu niemieckiemu. A dlatego nie podporządkował się, że jako chrześcijanin i jako kapłan ponad prawem stawiał sumienie. Zareagował po kapłańsku, jak dobry pasterz. Zatroszczył się o owce. Niemieccy naziści, jak wszyscy inni prześladowcy Kościoła, maskując swoje prawdziwe zamierzenia nie występowali jawnie przeciw Bogu i Kościołowi, ale twierdzili, że trzeba zrobić porządek z tymi kapłanami, którzy występują przeciw władzy, przeciw państwu. I w tym właśnie kręgu znalazł się ks. Jan Macha. Proces, który był prowadzony przeciwko niemu, prowadzony był co prawda w kategoriach politycznych i akt oskarżenia zawiera zarzut zdrady stanu. Jednak ze świadectw jasno wynika, że ks. Macha został aresztowany, był prześladowany i skazany na śmierć jako kapłan i organizator opieki społecznej, który był niekwestionowanym autorytetem wśród młodych, pociągając ich do realizacji chrześcijańskiej idei caritas.

Zarzuty mu stawiane należy więc odczytywać w kontekście ataków na Kościół i duchowieństwo. Najbardziej aktywnych księży starano się wyeliminować ze społeczeństwa – i szukano prawnych podstaw do ich aresztowania i zabicia. Tak było też w przypadku duchownych niemieckich, np. ks. Bernarda Lichtenberga z Berlina, później błogosławionego. Istniał plan oskarżenia Kościoła o zdradę stanu. A ks. Jan Macha jako kapłan, który się wybijał, denerwował Niemców, że ciągnie za sobą młodych… Motywem tej zbrodni była też chęć zastraszenia innych. Musiał zostać zabity.

 

Co działo się z pamięcią o ks. Janie po jego śmierci? Czy można mówić o symptomach kultu?

Podczas wojny pamięć o nim istniała, ale w ograniczonym wymiarze, przede wszystkim w rodzinie, w rodzinnej parafii jak i w parafii, gdzie był wikarym. Rodzina pieczołowicie przechowała wszystkie pamiątki jakie miała po ks. Janie. Nie było jego grobu, gdyż ciało zostało spalone prawdopodobnie w Auschwitz. Były za to listy od niego, różaniec, sutanna, brewiarz i inne przedmioty jakie po nim pozostały. To, co ze sobą miał w więzieniu, zostało oddane bliskim. Natomiast ciało spalono i zabroniono jakiejkolwiek formy uroczystego pogrzebu. Odbyła się tylko cicha msza przy pustym katafalku w kościele i bez organów.

Po wojnie, w 1945 r. w jednym z pierwszych numerów wznowionego „Gościa Niedzielnego” został opublikowany jego ostatni list, przetłumaczony na polski. W kolejnych numerach „Gościa” została przypomniana sylwetka męczennika. Jego rocznikowy kolega ks. Konrad Szweda, zresztą b. więzień Dachau, napisał o nim piękny artykuł: „Bohaterstwo”. W 1951 r. jego koledzy rocznikowi ufundowali symboliczny pomnik na cmentarzu w Chorzowie Starym. Była to odpowiedź na życzenie wyrażone w jego ostatnim liście, gdzie napisał, że pragnie aby urządzono na cmentarzu „cichy zakątek, żeby od czasu do czasu ktoś o mnie wspomniał i zmówił za mnie »Ojcze nasz«.” Poza tym, od czasu do czasu pamięć o ks. Janie pojawiała się w różnych wspomnieniach, nawet w prasie emigracyjnej. Jego historię i przejmujący list zamieściła w swej książce Benedicta Kempner pisząca w latach sześćdziesiątych XX wieku o kapłanach postawionych przed trybunałem hitlerowskim.

 

 A czy można mówić o jakiś elementach kultu, stwierdzonych podczas procesu beatyfikacyjnego?

W czasie procesu ujawniły się osoby, które czcząc go jako męczennika, modliły się za jego wstawiennictwem. Ludzie przychodzili też licznie na jego symboliczny grób na cmentarzu. Zaczęły się też pojawiać pewne znaki działania Sługi Bożego, czego dowodem było wyproszenie różnych łask, nie wyłączając uzdrowień. Świadectwa te zostały dołączone do Positio. Nie były jednak badane jako cuda, gdyż proces o męczeństwo tego nie wymaga. Zresztą takie świadectwa wyjątkowych łask pojawiają się stale nowe.

 

Jak będzie wyglądała uroczystość beatyfikacyjna? Czy nie jest ona zagrożona z powodu epidemii, podobnie jak beatyfikacja kard. Stefana Wyszyńskiego? Jak wyglądają przygotowania na Śląsku oraz w całej Polsce?

Do beatyfikacji przygotowujemy się od momentu, kiedy papież podjął decyzję, że będzie ona możliwa. Następnie abp Wiktor Skworc w porozumieniu z sekretariatem stanu Stolicy Apostolskiej ustalił datę beatyfikacji ks. Jana na 17 października 2020 r. Legatem papieskim będzie prefekt Kongregacji ds. Świętych kard. Angelo Becciu.

Organizacją uroczystości zajmuje się powołany przez abp. Skworca specjalny komitet powołany do przygotowania beatyfikacji. Poszczególne działania i inicjatywy są opracowywane i koordynowane przez sekcje: formacyjną (modlitewną, ewangelizacyjną, katechetyczną), liturgiczno-muzyczną, promocyjną (medialną, graficzno-wydawniczą) oraz logistyczno-ekonomiczną. Kiedy jednak ruszyliśmy z tymi pracami, przyszła zaraza. Nie oznaczało to bynajmniej, że spoczęliśmy na laurach. Każdy z nas w swoim wymiarze pracuje.

 

Sama uroczystość beatyfikacyjna gdzie się odbędzie?

W Katowicach w katedrze Chrystusa Króla 17 października br. o 10-tej. Wokół niej mają być rozstawione telebimy i ufamy, że sektory dla wiernych. Oczywiście zobaczymy na co pozwoli epidemia, gdyż na razie Śląsk jest mocno zainfekowany. Spodziewamy się też delegacji z Niemiec, tym bardziej, że nasz arcybiskup od lat jest członkiem kościelnej Grupy Kontaktowej polsko-niemieckiej.

 

Jakim wzorem świętości jest ks. Jan Macha. Jako zwykli śmiertelnicy co możemy zrobić, by iść po jego śladach?

Potrzebne nam są trwałe punkty odniesienia i wyraźne świadectwo tych, którzy oddali życie z miłości do Chrystusa. To może pomóc nam odnowić zapał wiary. Męczennicy, ich postawa, wybory, podejmowane decyzje, rezygnacja z łatwego życia, są widocznym przykładem, w jaki sposób zaangażować całe swoje życie w wyborze miłości wobec Boga i bliźnich. Także dziś, kiedy coraz trudniej oprzeć się stylowi życia promującemu to, co łatwe i przyjemne.

W czasach współczesnych potrzeba wyraźnych świadków miłości heroicznej i dlatego tym większa jest wartość jego przykładu życia i niezachwianej wiary. Jest wzorem dla współczesnych ludzi, którzy chcą nadać sens swojemu życiu i nie zadowalać się tym, co ulotne, często negatywne, zaproponowane przez współcześnie dominujące trendy.

I jeszcze jedno. Ks. Jan Macha ma być patronem Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego. To niezwykle ważna wskazówka dla seminarzystów i młodych kapłanów: masz trwać wiernie w powołaniu, być wrażliwym na Boga i wyczulonym na ludzką biedę.

 

KAI

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Copy link
Powered by Social Snap