video-jav.net

Za wszelką cenę

Pracuje w mediach, bo wszyscy wokół mówili, że ma do tego talent. Dołożyła pracowitość. Kiedy miała przeskoczyć kolejny szczebelek na ścieżce kariery – dramatycznie zabrakło pewności siebie. Deficyt znikał po lampce wina. Potem po dwóch, trzech, kilku, kto by tam liczył. O spotkaniu, które przerwało ten ciąg opowiada Marta, dziennikarka, lat 32.

Joanna
Maleńka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W mojej pierwszej pracy, na II roku studiów, po pierwszym miesiącu miałam wrażenie, że najtrudniejsze, co mnie w niej spotyka, to nadążyć za moimi szefami w… piciu. W taki sposób, aby jednocześnie nie wypadać z omawianych poważnych tematów po – mojej jednej a ich kilku – lampkach koniaku, wina czy czegokolwiek, co tam się jeszcze pojawiało w tle.

Na szczęście nie próbowałam z nimi ścigać się na mocne głowy a oni szybko zauważyli, że pożytku ze mnie nie będzie, jeśli na spotkaniach służbowych będą i mnie do picia namawiać. Dali spokój. Pięć lat później, pracując w innej redakcji zupełnie innego pisma, usłyszałam od redaktorki, którą podziwiałam: "Po lampce wina cudownie mi się pracuje". To zdanie i błogi uśmiech na twarzy tej pięknej kobiety nie wiedzieć czemu wróciły mi przed oczy, kiedy parę lat później w kolejnej redakcji stanęłam przed wyzwaniem, moim zdaniem ponad moje siły. Z drugiej strony – bardzo chciałam spróbować. Z trzeciej strony – nie mogłam odmówić, bo zlecenie dostałam od naczelnego, i już.

Żeby napisać zlecony reportaż, musiałam rozmawiać z kilkunastoma osobami, z których kilka to takie sławy, że w rozmowie z nimi – wcześniej pracowałam w dziale miejskim, później na stanowisku, na którym nie musiałam sama kontaktować się z bohaterami tekstów – łamał mi się głos po pierwszym "dzień dobry". Miałam do wyboru: albo nawalę, albo zwariuję z napięcia, albo coś wymyślę. "Po lampce wina świetnie mi się pracuje" – właśnie wtedy wróciło mi to zdanie. Wypiłam lampkę, i drugą – pierwsza rozmowa poszła świetnie. Przed kolejną więc – znów. I tak przez trzy tygodnie pracy nad trudnym tekstem, od którego zależało moje być albo nie być w tej redakcji. Wypiłam w tym czasie więcej niż przez poprzedzające ten tekst dwa lata. Może nawet trzy. Nigdy nie zwracałam większej uwagi na to, ile piję, bo nigdy to nie był temat numer 1 (choć abstynentką nie byłam). Tekst został przyjęty, wskoczyłam z nim szczebelek wyżej w redakcyjnej hierarchii. Ego podbudowane, kolejna butelka otwarta, bo przecież było co świętować.

Za wszelką cenę

Był jeszcze facet poznany na jednym z portali randkowych. Na jednym z portali, bo wcześniej mocno zawiedziona miłość: zakochany po uszy okazał się – mówiąc dyskretnie – mieć zobowiązania.  Po trzech miesiącach niemal codziennych spotkań z tym z portalu, przegadanych na lanczach, śniadaniach albo do zamknięcia lokalu kolacjach – okazał się kimś owszem, zauroczonym, ale niezobowiązująco jednak, bo… , powtórka z rozrywki. Lampka – chciałabym napisać, ale chcąc być szczerą: butelka – wina wydawała się ratunkiem przed totalnym załamaniem. W życiu osobistym.

W zawodowym też była ratunkiem. Prosty sposób na zbicie stresu, zabicie smutku i rozczarowania, uwolnienie błyskotliwej riposty, poczucia humoru – tak bardzo cenionych przez kolejnych rozmówców do kolejnych tekstów. Przez wiele miesięcy sprawdzał się doskonale.

Tyle że ja z miesiąca na miesiąc coraz bardziej czułam się tak, jakby jedna część mnie pięła się w górę, druga – wciąż skulona ze strachu – została gdzieś daleko z tyłu.

Ani się obejrzałam, pić zaczęłam, żeby w ogóle móc żyć w tym świecie, do którego tak aspirowałam, a z czasem – w ogóle żyć. Dotąd wszystko pięknie, elegancko i nie sprawiało kłopotów. Aż zaczęły się kłamstwa, bo… a to  nie mogłam iść na spotkanie, a to do pracy, na imprezę nawet. Straciłam całkowicie kontrolę nad swoim piciem. Wymówki, izolacja, zacieranie śladów, pogłębiająca się samotność, rozpacz, bezsilność i świadomość, że nie mogę o tym nikomu powiedzieć, bo stracę wszystko.

Nie chcę opisywać prób walki z nałogiem, obietnic, jakie sobie składałam, dni, kiedy leżałam bez siły, nie mogąc iść nie tylko do pracy, ale w ogóle wyjść z domu po coś do jedzenia. O roku, dwóch, prawie trzech – które nie wiadomo kiedy minęły. O tym, że moje koleżanki zdążyły wyjść za mąż, albo wyjść z małżeństwa, urodzić dziecko i nawet nauczyć je chodzić. Nie wiem, kiedy minęły te dni, bo ja wciąż myślałam: "jutro o tym pomyślę", albo: "nie mam siły o tym teraz myśleć",  a żeby nie myśleć, piłam.  Byłam za dobra w pracy i zbyt pozbierana w życiu (pozornie, bo ilość nieodebranych awizo, zaniedbanych płatności, spóźnionych reakcji na to i owo mogłabym zgłosić do księgi rekordów Guinessa), żeby komuś chciało się zauważyć, że coś jest nie tak. Każdy patrzy w swój monitor, każdy leci za swoim motylem, zdobywa swoje góry – nie ma kiedy zauważyć, że drugi zdycha co wieczór i co rano. A jeśli nawet – znaleźć sposób, by się zatroszczyć i pomóc, skoro sam nie prosi. Raz czy dwa poszłam na spotkania AA, dziwnie się tam czułam. Potem znów ze trzy razy, do innej grupy. I na terapię trzy razy w tygodniu po trzy godziny. Mili ludzie, ale i ich nie chciałam oszukiwać: nie umiałam przestać pić.

Himalaje poczucia winy. Kiedyś chodziłam do kościoła, jak się zaczęło z tym piciem na ostro, przestałam. Żeby i Bogu nie ściemniać. Zostałam sama. Pojawiły się myśli, żeby z tym skończyć raz na zawsze. Ciemność. Opuszczenie. Bo wciąż piłam sama i wciąż nikt o tym nie wiedział. A jak ktoś coś być może zauważył – udawał że nie widzi, skoro ja nic nie mówiłam. Zresztą po co miałby widzieć? Co miałby z tym widzeniem zrobić? Najpierw elegancka samotność szybko więc zmieniła się w bezradność w pijackim widzie.

Za wszelką cenę

Na ostrym kacu, któregoś z kolei takich ranków, trzęsąc się od dreszczy pod kołdrą, myśląc o tym, że czas ze sobą skończyć, bo nie ma ratunku, zobaczyłam coś dziwnego: że Jezus siada na brzegu mojego łóżka, poprawia kołdrę i po prostu ze mną jest. Nie robi wyrzutów, nie mówi, że wszystko zmarnowałam, że zniszczyłam swoją szansę, że zawiodłam i nic już ze mnie nie będzie. Nie mówi nic, ale jest i ucisza rozpacz we mnie. To było tak dojmujące i tak realne, że ten dzień spędziłam wprawdzie w łóżku, ale już nie myśląc o śmierci, a tylko o tym, aby się wyspać.

Rano umyłam się, ubrałam, zadzwoniłam do znajomego księdza, prosząc o spowiedź. Potem Msza, śniadanie. Potem praca, obiad, praca i kolacja. Potem walka ze sobą, by po byle stresie nie polecieć po kieliszek, ale po pierwszym i drugim trudnym wytrzymaniu "na stopie", po kilku nieudanych z mojej strony, udanych z Jego interwencjach (biegłam do sklepu zawsze czynnego – a tam przyjęcie towaru, więc zamknięty; innym razem – napis na drzwiach: zaraz wracam), podjęłam decyzję: nie piję.  Poszłam na adorację przy Placu Zbawiciela w Warszawie i powiedziałam: Jezu, dziękuję Ci, że mną nie wzgardziłeś, kiedy ja sama sobą byłam załamana. Jeśli  chcesz, żebym żyła i żebym żyła inaczej, poprowadź mnie, bo ja nie wiem jak. I nie wiem, jak wiedzieć, że to Ty mnie prowadzisz, więc weź to pod uwagę, proszę..

To było osiem miesięcy temu. W tym czasie zdarzyła mi się jedna wpadka. Nie piję. Jak mam słabszy dzień, czytam wywiady ze Stanisławą Celińską. A ostatnio świetną książkę Caroline Knapp: Picie. Opowieść o miłości – dla mnie nie tyle o piciu, co demaskująca styl życia, którego mi lepiej się wystrzegać, bo do picia mnie prowokuje. Zaczynam terapię ponownie, tym razem połączoną z indywidualną. Uwierzyłam, że komuś zależy na mnie bardziej niż wszystkim innym, łącznie ze mną samą. Nawet jeśli inni myślą, że tamtego dnia, kiedy Jezus poprawiał mi kołdrę, mi się przywidziało. Ale nigdy nie czułam się tak zaakceptowana. I tak przez nikogo zaskoczona prostą miłością. Wystarczyło, by znaleźć sens do… jeszcze nie wiem dokładnie do czego, ale na pewno do życia.

 

 

Joanna Maleńka

Zobacz inne artykuły tego autora >
Joanna
Maleńka
zobacz artykuly tego autora >

Zakonnica starsza niż niepodległość świętowała urodziny

Jedna z najstarszych zakonnic w archidiecezji krakowskiej, s. Adamina Koczur skończyła 104 lata. 81 lat temu jubilatka wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim.

Polub nas na Facebooku!

Pochodząca z Andrychowa s. Adamina od 1992 r. przebywa na emeryturze w Wadowicach. Wcześniej, od 1975 r. do 1984 pełniła funkcję przełożonej wadowickiego Domu Zakonnego i Domu Opieki. Od 1976 była odpowiedzialna za budowę nowego domu. Placówka miała służyć starszym siostrom jak i podopiecznym. W 1983 budynek stanął w stanie surowym.

Obecnie dom służy siostrom emerytkom. Działa tu także Dom Opieki im. św. Brata Alberta. Siostry prowadzą także kuchnie dla bezdomnych w Wadowicach i Andrychowie.

Siostra Adamina Maria Koczur urodziła się 6 września 1914 r. w Andrychowie. Gdy miała 23 lata, wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Albertynek w Krakowie. Przy obłóczynach otrzymała imię Adamina.

Zdaniem przełożonej wadowickiego domu, ponad stuletnią jubilatkę cechuje wielki hart ducha, pokorna mądrość i niezwykła ufność w opiekę Bożą. „Siostra nadal służy Panu Bogu i ludziom przede wszystkim modlitwą” – zapewniła s. Urszula.

S. Adamina została ochrzczona w kościele św. Macieja w Andrychowie, gdzie przynieśli ją 2 dni po urodzeniu rodzice – Karolina i Franciszek.

KAI/ad

Studiuj Biblię online. Ruszyła platforma e-learningowa

Chcesz pogłębić wiedzę o swojej ulubionej księdze Pisma Świętego? Interesujesz się biblistyką? Portal Orygenes, skupiający najlepszych polskich biblistów uruchamia Uniwersytet Biblijny online!

Polub nas na Facebooku!

Na nowo powstałej platformie e-learningowej do końca roku znajdzie się łącznie 80 kursów obejmujących różne poziomy zaawansowania wiedzy biblijnej u słuchaczy. Na starcie jest ich 52. Razem będzie to tylko w tym roku 500 godzin wykładów w różnej formie: wideo, audio i tekstu. Pomysłodawcy Uniwersytetu zapewniają, że wykładów będzie systematycznie przybywać, a wszystkie będą bezpłatnie dostępne dla wszystkich zainteresowanych.

– Idea powołania takiej “uczelni” zrodziła się kilka lat temu, gdy odkryliśmy, jak wielką rolę w docieraniu Słowa Bożego do ludzi zaczął odgrywać Internet. Dostrzegliśmy jednocześnie, jak bardzo brakuje treści prezentujących rzetelną wiedzę biblijną, przy jednocześnie dużym zainteresowaniu Polaków tą tematyką – mówi ks. Mateusz Wyrzykowski, współtwórca Uniwersytetu Biblijnego. Dodaje, że często spotykał się z potrzebą “szkoły przenośnej”, zgłaszaną przez mieszkańców wsi czy małych miejscowości, dla których udział w zajęciach organizowanych przez ośrodki takie jak KUL, UAM czy UKSW jest niemożliwy.

Podkreśla, że – tak jak na zwykłym uniwersytecie – wszystkie dostępne słuchaczom materiały będą oznaczane stopniem zaawansowania, tak by coś dla siebie znaleźli wszyscy: zarówno ci, którzy szukają inspiracji do własnej Lectio Divina, jak i ci, którzy podstawy biblistyki mają już za sobą, a chcą pogłębić wiedzę już posiadaną.

Twórcami treści dostępnych na Uniwersytecie są najwybitniejsi bibliści w Polsce, tacy jak ks. prof. Waldemar Chrostowski, ks. prof. Janusz Kręcidło, bp prof. Michał Janocha, siostra dr Judyta Pudełko, dr Danuta Piekarz, dr Piotr Zaremba, dr Marcin Majewski i wielu innych. Część wykładów została przygotowana specjalnie na potrzeby Uniwersytetu, a część powstała przy okazji różnych głoszonych przez nich wykładów czy konferencji.

Uniwersytet Biblijny jest całkowicie otwarty: nie trzeba płacić czesnego, zapisywać się na listy chętnych czy dopasowywać swój plan zajęć do planu wykładów różnych wykładowców. Na razie nie ma też egzaminów, choć twórcy nie wykluczają, że będą jakieś formy sprawdzania wiedzy zdobytej przez studentów czy wystawiania dyplomów ukończenia. – Możliwość przeprowadzania testów na naszej platformie istnieje, ale jest jeszcze w fazie organizacyjnej – przyznaje ks. Mateusz Wyrzykowski.
Twórcy mają w planach również uruchomienie aplikacji ułatwiającej dostęp do materiałów multimedialnych.

ad/Stacja7

Sakramenty 18+

Dorośli ludzie przez 9 miesięcy spotykają się na przygotowaniu do Chrztu, Komunii i Bierzmowania. Co ich przyciąga? Dlaczego decydują się na przyjęcie sakramentów w dorosłym życiu?

Polub nas na Facebooku!

Kurs przygotowujący osoby dorosłe do chrztu i bierzmowania, który od kilku lat pomagam organizować, trwa dziewięć miesięcy. Dziewięć długich miesięcy. Za każdym razem nie mogę się nadziwić, że wciąż znajdują się chętni i chętne do tego, żeby wziąć w nim udział. Bo co może być pociągającego w cotygodniowych późnowieczornych spotkaniach z początkowo zupełnie obcymi ludźmi? Otóż przynajmniej dwie rzeczy.

 

Długo, czyli porządnie 

To chyba najczęstszy argument podawany przez osoby, które wybierają długi kurs. Wiedzą, o co proszą (w chrzcie otrzymają przecież nowe życie, w bierzmowaniu – dary Ducha!), dlatego chcą mieć czas na przygotowanie się do sakramentu i pogłębienie swojej wiary. Długie miesiące przygotowań naprawdę działają na korzyść – pozwalają przyjrzeć się swoim motywacjom, zacieśnić relację z Bogiem i lepiej Go poznać.

 

Doświadczenie (mikro)Kościoła 

Dzięki temu, że kurs trwa tak długo, jest nie tylko przestrzenią do wzrastania w wierze, lecz także do wytworzenia prawdziwej wspólnoty wierzących. Zazwyczaj bierze w nim udział kilkadziesiąt osób, z których tylko część przygotowuje się do sakramentów – reszta im w tym towarzyszy. A są wśród nich zakonnicy i świeccy – małżeństwa, narzeczeni i single, młodzi i starsi. Różnią się (czasem skrajnie) “stażem wiary” i wrażliwością, bliskie są im odmienne duchowości. Wszyscy razem tworzą cudownie różnorodny mikro-Kościół złożony z ludzi, którzy są w drodze.

 

Kurs, jak co roku, odbywa się w warszawskim kościele św. Jacka. Organizują go i prowadzą bracia dominikanie (z pomocą grupy świeckich). Potrwa od października do czerwca. Spotkania odbywają się co tydzień, we wtorkowe wieczory. Na każde spotkanie składają się: modlitwa, konferencja i rozmowa w kilkuosobowej grupie. Częścią kursu są też dwa wyjazdy weekendowe pod Warszawę w listopadzie i w marcu.


Katarzyna Pliszczyńska

 

Watykan ogłosił nową konstytucję apostolską o Synodzie Biskupów

W Watykanie ogłoszono dziś konstytucję apostolską "Episcopalis communio", dotyczącą instytucji Synodu Biskupów. Jedną z wprowadzanych przez nią nowości jest ustanowienie konsultacji poprzedzających Synod, a także postanowienie, że dokument końcowy Synodu ma udział w nauczaniu zwyczajnym Ojca Świętego.

Polub nas na Facebooku!

Nowa konstytucja apostolska przewiduje obok istniejących dotychczas zgromadzeń zwyczajnych, nadzwyczajnych (w sytuacjach wymagających pilnego przemyślenia) i specjalnych (dla określonych obszarów geograficznych) także, gdy wymagają tego motywy natury ekumenicznej przeprowadzenie innych zgromadzeń synodalnych.

Ojciec Święty może wezwać na zgromadzenie synodalne także inne osoby, nie będące biskupami, sam w każdym przypadku określając ich rolę.

Papież może postanowić, aby zgromadzenie synodu odbywało się w kilku etapach oddalonych do siebie czasowo.

W nowej konstytucji apostolskiej mowa o trzech fazach Synodu: przygotowawczej, celebratywnej i realizacyjnej.

W fazie przygotowawczej przewiduje się konsultacje ludu Bożego odbywające się w Kościołach partykularnych, a także w zakonach, stowarzyszeniach wiernych, pozostawiając sekretariatowi generalnemu Synodu Biskupów także możliwość innych form ich przeprowadzenia.

Nowa konstytucja apostolska przewiduje możliwość zwołania zgromadzenia przedsynodalnego (tak jak to miało miejsce w przypadku rozpoczynającego się 3 października Synodu o młodzieży).

Mówiąc o fazie celebratywnej przypomniano, że obradom Synodu zawsze przewodniczy Ojciec Święty, mianując jednego albo więcej przewodniczących delegowanych. Synod pracuje podczas kongregacji generalnych oraz w małych kręgach. Możliwa jest także okresowo swobodna wymiana zdań na temat rozpatrywanych kwestii. Wskazano, że owocem prac sesji Synodu jest dokument końcowy. Jeśli jest on wyraźnie zaaprobowany przez ojców synodalnych i przez Ojca Świętego, to ma udział w papieskim nauczaniu zwyczajnym. Jeśli zgromadzenie synodalne zostanie wyposażone przez Biskupa Rzymskiego w głos decydujący, zgodnie z kanonem 343 Kodeku Prawa Kanonicznego i kiedy dokument końcowy jest ratyfikowany i promulgowany przez Następcę św. Piotra uczestniczy w papieskim nauczaniu zwyczajnym. W takim przypadku dokument końcowy jest opublikowany z podpisem Ojca Świętego oraz członków Synodu.

Omawiając część realizacyjną Synodu konstytucja apostolska wskazuje na rolę sekretariatu generalnego oraz Rady Zwyczajnej Sekretariatu Generalnego. Polecono, aby Sekretariat Generalny Synodu Biskupów przygotował instrukcję dotyczącą sprawowania zgromadzeń synodalnych. Ojciec Święty postanowił, że nowa konstytucja apostolska wchodzi w życie z chwilą jej opublikowania w watykańskim dzienniku „L’Osservatore Romano”.

KAI/ad

Mocni w Duchu opowiadają o św. Stasiu Kostce

"Zajarałem się nauką dopiero na III roku i wtedy odkryłem, że jestem kozakiem z języków obcych" - tak zdaniem Mocnych w Duchu św. Stanisław Kostka mógłby dziś opowiadać o sobie swoim obecnym rówieśnikom. Jeśli chcesz posłuchać pełnej historii Stasia na żywo, dziś w Warszawie u jezuitów na Rakowieckiej zespół opowie ją jeszcze raz.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W rolę św. Stasia Kostki, wyglądającego jak współczesny raper, wciela się Kuba z zespołu Mocni w Duchu z Łodzi. W pierwszej osobie opowiada językiem współczesnych raperów – choć nie rapuje – życie świętego w taki sposób, by słuchacze usłyszeli w tej historii podobieństwa do siebie. W ten sposób historię św. Stasia opowiadali już w marcu w Warszawie, podczas diecezjalnego Dnia Młodzieży (wideo poniżej)

 

 

W dniu święta św. Stanisława Kostki oraz z okazji jego roku i 450 rocznicy urodzin powtórzą swój pomysł dziś w Warszawie. Wszystko odbędzie się w sanktuarium św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, gdzie o 18 Mszę św. dla młodzieży odprawi biskup Michał Janocha. Bezpośrednio zaś po Eucharystii zespół Mocni w Duchu poprowadzi uwielbienie i będzie opowiadać o św. Stanisławie. 

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Potrafisz marzyć? Jedź do Panamy!

– Do Panamy zaproszeni są wszyscy ci, którzy potrafią marzyć i wierzą, że dzięki młodym ludziom może narodzić się coś nowego – mówi gospodarz przyszłorocznych 34. Światowych Dni Młodzieży, arcybiskup Panamy José Domingo Ulloa Mendieta w wypowiedzi dla papieskiej Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia.

Polub nas na Facebooku!

– Zachęcamy młodych ludzi do tego by odkryli, jak ważne jest osobiste spotkanie. Myślę, że jednym z najpiękniejszych doświadczeń ŚDM jest odkrycie, że tysiące młodych z różnych narodów kontynentów gromadzą się, by wspólnie doświadczać tego spotkania ze sobą nawzajem, ale przede wszystkim z Jezusem – mówi abp José Domingo Ulloa Mendieta w krótkim wywiadzie dla Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia. Jak podkreśla, zdolność młodych do tego, by marzyć, to inspiracja dla całego Kościoła – Do Panamy zaproszeni są wszyscy ci, którzy potrafią marzyć i wierzą, że dzięki młodym ludziom może narodzić się coś nowego (…) wiemy, że pomimo wielu trudności, są oni zawsze zdolni do marzeń.

Pytany o oczekiwania w związku z nadchodzącym spotkaniem młodych, wyraża nadzieję, że młodzi pielgrzymi opowiedzą rówieśnikom w Panamie o swoich doświadczeniach bycia katolikami.

– Mam nadzieję, że pielgrzymi pomogą nam zachować marzenia, że Kościół i świat mogą być jeszcze lepszymi. Że dadzą nowe siły całemu Kościołowi Ameryki Centralnej, byśmy tak jak Maryja byli zdolni do przyjęcia od Boga wezwania do misji – podkreśla hierarcha.

Główne wydarzenia 34. ŚDM Panama 2019 odbędą się w dniach 22-27 stycznia 2019 r. pod hasłem “Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!” (Łk 1,38). Zgodnie z tradycją spotkań młodych, uczestnicy z całego świata gromadzą się wspólnie podczas pięciu głównych uroczystości: Mszy św. na otwarcie, ceremonii powitania papieża, Drogi Krzyżowej, czuwania z Ojcem Świętym i niedzielnej Mszy św. Posłania wieńczącej spotkanie.

Dni w Diecezjach, które poprzedzą spotkanie w stolicy kraju, odbędą się od 17 do 21 stycznia 2019 na terenie Panamy, a także sąsiedniej Kostaryki. Ze względu na skomplikowaną sytuację społeczno-polityczną, z organizacji Dni w Diecezjach wycofała się Nikaragua, pomimo wielkiego zaangażowania tamtejszych diecezji i zaawansowanych przygotowań do przyjęcia pielgrzymów.


KAI/ot

500 portretów osób z Zespołem Downa na Times Square

Z inicjatywy amerykańskiego stowarzyszenia National Down Syndrome Society, 500 portretów osób z Zespołem Downa wyświetlono w minion sobotę na jednym z ekranów górujących nad nowojorskim Times Square.

Polub nas na Facebooku!

Inicjatywa, którą nagłośniła m.in. francuska Fundacja Jerôme Lejeune’a, miała na celu zwrócenie uwagi na obecność w społeczeństwie osób z trisomią 21.

Fotografie zaprezentowane na najsłynniejszym placu Nowego Jorku wybrano spośród ponad 2,4 tys. zdjęć nadesłanych przez internautów, w ramach kampanii zorganizowanej przez National Down Syndrome Society. Godzinna prezentacja video zawierała zdjęcia zarówno dzieci, młodzieży, jak i dorosłych z Zespołem Downa.

Wydarzenie było częścią dorocznej kampanii organizowanej przez to stowarzyszenie na rzecz osób z trisomią 21. Tego dnia w ramach kampanii ulicami Nowego Jorku przeszedł też charytatywny marsz 24. New York City Buddy Walk z udziałem kilku tysięcy osób. Ubiegłoroczna edycja marszu zaowocowała zbiórką 130 tys. Dolarów na potrzeby osób z z Zespołem Downa.

Prezentacja zdjęć i spacer charytatywny zapoczątkowały miesiąc wrażliwości na potrzeby osób z Zespołem Downa.


KAI/ot

Powstanie katolicki Erasmus?

Podczas zgromadzenia plenarnego Rady Konferencji Biskupich Europy (CCEE) padła propozycja utworzenia katolickiego programu na wzór Erasmusa.

Polub nas na Facebooku!

Wiceprzewodniczący CCEE przypomniał, że tematem zgromadzenia był „duch solidarności w Europie” i że odbywało się ono w Polsce – kraju, gdzie słowo “solidarność” zrobiło karierę. Wskazał, że w XIX w solidarność rozumiano w sposób antagonistyczny wobec miłości chrześcijańskiej, jako połączenie sił jakiejś grupy, np. związkowców, w walce o swe interesy materialne. Gdy jednak powstał w Polsce ruch „Solidarność” dokonało się przewartościowanie tego pojęcia i solidarność zaczęła żyć w symbiozie z wizją miłości chrześcijańskiej, jako działania na rzecz drugiego człowieka i razem z drugim człowiekiem, a nie przeciwko drugiemu człowiekowi. Bardzo się do tego przyczynili: papież Jan Paweł II i ks. prof. Józef Tischner. Dokonała się chrystianizacja pojęcia solidarności – zaznaczył metropolita poznański.

Zwrócił uwagę, że katolicki wolontariat jest trzecim wymiarem życia Kościoła (obok nauczania i uświęcania) jako forma diakonii, stanowiącej zwrot ku innym ludziom, wbrew skrajnej indywidualizacji, która zamyka człowieka w sobie. Przywołał też opinię zwierzchnika Greckokatolickiego Kościoła Ukraińskiego abp. Światosława Szewczuka, który podkreślił, iż na Ukrainie wolontariat laicki jest czynny tam, gdzie nie ma niebezpieczeństwa utraty życia, natomiast wolontariat chrześcijański także tam, gdzie taka groźba istnieje. Humanista może być dobrym człowiekiem, ale nie do tego stopnia, żeby ofiarować swoje życie za drugiego człowieka – wskazał abp Gądecki.

Żeby wolontariat miał kształt chrześcijański, niezbędna jest formacja sumień. Gdy się jej zaniedba, wolontariat traci chrześcijańską motywację i staje się laickim. Chodzi tu o inspirację jaką jest chrześcijańska miłość, która nie jest uczuciem, lecz wzoruje się na miłości Jezusa Chrystusa, oddającego życie za ludzi. – Chrystus jest pierwowzorem każdego wolontariatu chrześcijańskiego – powiedział przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.

Jego zdaniem możliwa i potrzebna jest solidarność między Kościołami w Europie. Biskupi zaproponowali powołanie katolickiego odpowiednika europejskiego programu Erasmus, by pomóc Kościołom w prowadzeniu wymiany młodzieży i jej kształceniu, co – jak zauważył abp Gądecki – dokonuje się już w Polsce wobec młodych ludzi zza wschodniej granicy.

Pytany o problemy związane z migracją, hierarcha wskazał, że postawą chrześcijańską jest wyciąganie ręki do potrzebujących. Jednocześnie podkreślił, że solidarność to coś więcej niż pomoc, to także „nieszerzenie strachu” przed przybyszami, który rozsiewa się, aby samemu nadal prowadzić wygodne życie. Cały świat jest jednym domem, którym zarządzamy, troszcząc się o innych ludzi, także tych o innych przekonaniach i kulturze.

Metropolita poznański przyznał, że integracja migrantów nie zawsze jest łatwa. Jako przykład trudności podał opór władz Wiednia przed postawieniem na Kahlenbergu pomnika króla Jana III Sobieskiego, motywowany obawą o reakcję mieszkających w Austrii muzułmanów.

Z mocą podkreślił jednak różnicę między uchodźcami, którym trzeba pomóc, bo są zagrożeni śmiercią, a migrantami zarobkowymi, co do których każde państwo winno się kierować dobrem wspólnym. Uznał, że przyjęcie w Polsce 1,5 mln migrantów zarobkowych z Ukrainy jest przykładem roztropności, gdyż ludzie ci mają podobną kulturę i łatwo im nauczyć się naszego języka.

Z kolei przewodniczący CCEE kard. Angelo Bagnasco podkreślił, że Kościół jest tą instytucją w Europie, która dysponuje największą liczbą wolontariuszy, a mówi o tym nie po to, żeby się przechwalać, lecz aby wyrazić im swą wdzięczność. Wskazał, że najgłębszym źródłem wolontariatu jest Trójca Święta, gdyż Bog jest miłością i z Niego wypływa miłość do braci.

Arcybiskup Genui zauważył, że solidarność jest konstytutywną częścią ludzkiej natury. Może także przyczynić się w Kościele do odnowy duszpasterstwa i ewangelizacji. A odnowienie solidarności w naszych wspólnotach wiary i wspólnotach państwowych może z kolei prowadzić do ustanowienia właściwych relacji między państwami. – Solidarność jest właściwą i niezbywalną drogą rozwiązywania problemów krajowych, międzynarodowych i światowych – przekonywał włoski hierarcha.

Poinformował, że uczestnicy zgromadzenia plenarnego CCEE wysłali list do papieża Franciszka, by okazać mu swoją solidarność i zapewnić o modlitwie w obliczu „całkowicie niesprawiedliwych” oskarżeń, z jakimi się spotyka. Zapowiedział również, że przyszłoroczne zgromadzenie odbędzie się w Santiago de Compostela w Hiszpanii.


KAI/ot

Rozkminy filozoficzne [4]: Nauka i wiara. Kto ma rację?

Czy między wiarą i nauką istnieje napięcie? Zapraszamy na kolejny odcinek "Rozkmin filozoficznych"

ks. Marek Dobrzeniecki
ks. Marek
Dobrzeniecki
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

 

“Rozkminy filozoficzne” to cykl, który pokazuje, że można mówić prostymi słowami o nawet najbardziej skomplikowanych kwestiach. Prowadzi go ks. dr Marek Dobrzeniecki, wykładowca Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie. W pierwszym sezonie “Rozkmin filozoficznych” porusza kilka kwestii dyskusyjnych między tym, co mówi wiara Kościoła a faktami naukowymi. Będzie to m.in. teoria ewolucji, pochodzenie zła czy kwestie związane z ekologią.

 

ks. Marek Dobrzeniecki

ks. Marek Dobrzeniecki

(ur. w 1980 r. w Warszawie) – kapłan Archidiecezji Warszawskiej, przyjął święcenia kapłańskie w 2009 roku. Obronił doktorat na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Fryburskiego (w Szwajcarii). Od 2014 roku wykłada filozofię na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie oraz w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Od 2014 roku zastępca redaktora naczelnego „Warszawskich Studiów Teologicznych”. Od 2015 roku pracuje w parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu – Sanktuarium Diecezjalnym bł. ks. Jerzego Popiełuszki

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Marek Dobrzeniecki
ks. Marek
Dobrzeniecki
zobacz artykuly tego autora >

Szalony taniec zakonnic podbija internet

Szalony taniec setek zakonników i zakonnic, nagrany w sobotę w Krakowie przed koncertem zespołu niemaGOtu, zyskuje w sieci coraz większą popularność. Daje obraz atmosfery, która panowała podczas III Kongresu Młodych Konsekrowanych.

Polub nas na Facebooku!

Koncert zespołu niemaGOtu był częścią procesji z relikwiami, która przeszła 15 września przez Kraków jako element 4-dniowego wydarzenia. Uczestniczyło w niej ok. 900 osób konsekrowanych, z różnych zgromadzeń i stowarzyszeń świeckich, zarówno męskich jak i żeńskich. Film z nagraniem tańca, wrzucony na profil Facebookowy zespołu, cieszy się coraz większą popularnością. 

 

 

W barwnej procesji idącej przez Kraków uczestnicy Kongresu nieśli relikwie świętych założycieli swoich zgromadzeń. Wielu przechodniów wyrażało zdziwienie, że zakonnicy i zakonnice potrafią się tak spontanicznie cieszyć i bawić. – To bardzo pozytywny widok. Rzuca się w oczy, że są szczęśliwi. Taki Kościół kocham – mówił w rozmowie z KAI Paweł Karczewski, student z Wrocławia, który spędzał w Krakowie ostatnie dni wakacji.

 

Mural z ks. Sopoćko na 10-piętrowym bloku

Wyniesiony na ołtarze 10 lat temu ks. Michał Sopoćko został bohaterem olbrzymiego muralu na jednym z bloków w Białymstoku. Inicjatywa wyszła od zarządzającej budynkiem Białostockiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

Polub nas na Facebooku!

Autorem projektu muralu jest twórca Gdańskiej Szkoły Muralu Rafał Roskowiński. W skład ekipy malującej weszli jego studenci z Lublina i Gdańska. Mural przedstawia bł. ks. Michała Sopoćkę – patrona miasta Białystok – trzymającego różaniec i “Dzienniczek” s. Faustyny. Sama święta jest zresztą również obecna – jej twarz widać w poświacie po lewej stronie głowy Błogosławionego.

Prace na ścianie 10-piętrowego bloku na osiedlu Białostoczek, zlokalizowanego nieopodal Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, rozpoczęły się 27 sierpnia, zaś zostały zakończone 7 września. Od 11 września mural widać w pełni, ponieważ zdemontowano już rusztowanie, służące artystom.

W rozmowie z lokalnym portalem Bia24 Rafał Roskowiński powiedział, że inicjatywa stworzenia takiego muralu wyszła od władz zarządzającej budynkiem Białostockiej Spółdzielni Mieszkaniowej. – Jestem tu malarzem dworskim, wykonuję zlecenie, jakie dostałem ze Spółdzielni Mieszkaniowej BSM. Zrobiłem projekt, zaakceptował go proboszcz sanktuarium i myślę, że podołam zadaniu – opowiadał artysta jeszcze przed rozpoczęciem prac.

Obraz powstał niemal naprzeciwko Sanktuarium Bożego Miłosierdzia na Białostoczku, gdzie niemal dokładnie 10 lat temu wieloletni przewodnik duchowy św. Faustyny został beatyfikowany. Białostocczanie darzą go wielką czcią od początku, szczególnie od marca 1989 r. kiedy to – zdaniem wielu – właśnie ks. Sopoćko wyprosił w niebie cud ocalenia miasta od zagłady wskutek wycieku chemicznego. Właśnie wtedy wykoleił się przejeżdżający przez Białystok towarowy skład cystern, przewożących 99-procentowy chlor. Bardzo prawdopodobnym było, że wskutek wypadku trucizna wycieknie i stworzy toksyczną chmurę, która zabije niemal wszystkich mieszkańców miasta. Tak się jednak nie stało i od początku wielu białostocczan uznawało ten fakt za cud wyproszony przez związanego z miastem ks. Sopoćkę. Przyszły święty jeszcze za życia często przechadzał się tym nasypem kolejowym odmawiając różaniec.

Ks. Michał Sopoćko został wyniesiony na ołtarze w Białymstoku 28 września 2008 r. przez papieża Benedykta XVI.

ad/Stacja7

Młodzi z aureolą

Czy mając dwanaście, piętnaście czy osiemnaście lat można pójść za Jezusem na całość, na śmierć i życie? Nastolatkowie z aureolami przekonują nas, że wiek nie ma znaczenia – liczy się miłość!

Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Urodzona się w szacownej, rzymskiej rodzinie śliczna 12-letnia Agnieszka miała wielu kandydatów do małżeństwa. I wybrała – ale jej Oblubieniec nie był dostrzegalny ludzkim okiem. Swoją decyzją wzbudziła furię w jednym z niedoszłych narzeczonych. I nic dziwnego – przegrać z którymś z rywali to w końcu żaden wstyd, ale z niewidzialnym Jezusem? Zawiedziony młodzieniec postanowił się zemścić. Agnieszkę oskarżono o bycie chrześcijanką, co u progu IV wieku było prawie równoznaczne z wyrokiem śmierci. Sędzia namawiał ją, prosił, groził, w końcu rozniecił ogień i przyniósł narzędzia tortur – nic z tego. Agnieszka patrzyła spokojnie i nie zmieniała swojego zdania. Aby ją upokorzyć, odesłano ją do domu publicznego, gdzie – jak głosi legenda – wzbudziła taki szacunek, że żaden z bywalców nie odważył się do niej zbliżyć. A gdy w końcu znalazł się jeden śmiałek, upadł porażony ślepotą. Agnieszka wróciła przed oblicze sędziego, który skazał ją na ścięcie. Św. Ambroży pisał później, że „udała się na miejsce kaźni szczęśliwsza niż inne, które szły na swój ślub”. Swojego Oblubieńca ukochała bardziej, niż życie.

 

Czesiek, Franek, dwóch Edków i Jarogniew, zwany Jaroszem. Poznali się w salezjańskim oratorium w Poznaniu – tam razem bawili się, uczyli i modlili. I stamtąd poszli razem, najpierw na dwuletnią tułaczkę po gestapowskich więzieniach, aż w końcu na śmierć. Najmłodszy miał 19 lat, najstarszy 23. O takich, jak oni, mówi się dziś: Kolumbowie. Zamiast umawiać się na pierwsze randki i martwić się, jak powiedzieć rodzicom o dwójce z polskiego, musieli uczyć się ukrywania przed niemieckimi łapankami i stawiania oporu okupantom, działając w konspiracji. Przez rok służyli w szeregach Narodowej Organizacji Bojowej, ale we wrześniu 1940 roku zostali zadenuncjowani i oskarżeni o zdradę stanu. Więzieni i torturowani, nie stracili młodzieńczej pogody ducha. Franek Kaźmierski w jednym z grypsów do Edka pisał: „Ja się mego humoru jeszcze nie pozbyłem, jeszcze figle płatam”. Ale to, co najważniejsze, działo się w ich sercach. Dojrzewali, zbliżając się coraz bardziej do Tego, który już na wolności pociągnął ich do Siebie. Edek Klinik w liście do siostry pisał: „Dzisiaj, mając już za sobą duży okres szkoły życiowej, patrzę inaczej na świat, gdyż więzienie bardzo zmienia człowieka. Dla niejednych staje się szkodliwym, dla innych zbawiennym. Ja i moi koledzy możemy powiedzieć, że dla nas jest i będzie tym drugim”. Cierpienie ofiarowali za swoich prześladowców, a wyrok skazujący na śmierć przyjęli ze spokojem. Z listów, pisanych na kilka chwil przed śmiercią, przebija pełna zgoda na Bożą wolę i radość z bliskiego spotkania z Panem. Zaopatrzeni sakramentami, zostali zgilotynowani 24 sierpnia 1942 roku.

 

Jaki ojciec, taki syn. Od kiedy Augustyn Yu Chin-gil usłyszał o Chrystusie, robił wszystko, aby Kościół katolicki dotarł do Korei. Dzięki jego staraniom na „Ziemię porannej ciszy” trafili pierwsi misjonarze. Swojego syna, Piotra Yu Tae-ch’ŏl, wychowywał pomimo sprzeciwów swojej żony zgodnie z wartościami, które wyznawał. Piotr był we wszystkim posłuszny matce, ale w sprawach wiary zaufał swojemu ojcu. Tak bardzo, że kiedy w lipcu 1839 roku Augustyn został aresztowany na fali prześladowania koreańskich chrześcijan, 13 – letni Piotr sam oddał się w ręce władz. W więzieniu nikt nie zważał na jego młody wiek – biciem i torturami usiłowano go zmusić do wyrzeczenia się wiary. Chłopiec nie ugiął się i do końca zachował pogodę ducha i odwagę, która zawstydzała dorosłych. Został uduszony w więzieniu 31 października 1839 roku.

 

Wyrwać się do szkoły w dużym mieście – który nastolatek nie marzy o takiej możliwości? Do domu daleko, do rozrywek blisko. Ale 14-letni Staszek Kostka nie interesował się tańcami i spotkaniami towarzyskimi. Ten pochodzący z Rostkowa młody szlachcic miał jeden cel – zostać księdzem. Wiedeńskie kolegium jezuitów wydawało się spełnieniem jego marzeń! Ale rzeczywistość okazała się trudniejsza. Jezuici nie przyjmowali nikogo bez zgody rodziców, a na nią Staszek, przygotowywany do przejęcia rodzinnego majątku, nie mógł liczyć. Głos powołania okazał się jednak silniejszy od woli najbliższych. Aby spełnić swoje pragnienie, Staszek wyruszył najpierw do Augsburga, potem do Dylingi, aby w końcu – po pieszej przeprawie przez Alpy – dotrzeć do Rzymu. Poruszeni jego determinacją jezuici przyjęli go do nowicjatu. Swoją pokorą, dojrzałością i rozmodleniem ujął swoich zakonnych braci. Sielanka nie trwała długo – po dziecięciu miesiącach w nowicjacie ciężko zachorował. Zmarł 15 sierpnia 1568 roku. Wyniesiono go na ołtarze jako pierwszego członka Towarzystwa Jezusowego – wyprzedził nawet samego Ignacego!

 

Agnieszka Huf

Agnieszka Huf

Z urodzenia (i przekonania!) – Ślązaczka. Z zawodu – psycholog. Z pasji – bibliofil, człowiekolub, autostopowiczka. A to wszystko traci na znaczeniu wobec najważniejszego: z woli Ojca – dziecko Boże. Uczestniczka Akademii Dziennikarstwa 2017/18.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agnieszka Huf
Agnieszka
Huf
zobacz artykuly tego autora >