Za wszelką cenę

Pracuje w mediach, bo wszyscy wokół mówili, że ma do tego talent. Dołożyła pracowitość. Kiedy miała przeskoczyć kolejny szczebelek na ścieżce kariery – dramatycznie zabrakło pewności siebie. Deficyt znikał po lampce wina. Potem po dwóch, trzech, kilku, kto by tam liczył. O spotkaniu, które przerwało ten ciąg opowiada Marta, dziennikarka, lat 32.

Joanna
Maleńka
zobacz artykuly tego autora >

W mojej pierwszej pracy, na II roku studiów, po pierwszym miesiącu miałam wrażenie, że najtrudniejsze, co mnie w niej spotyka, to nadążyć za moimi szefami w… piciu. W taki sposób, aby jednocześnie nie wypadać z omawianych poważnych tematów po – mojej jednej a ich kilku – lampkach koniaku, wina czy czegokolwiek, co tam się jeszcze pojawiało w tle.

Na szczęście nie próbowałam z nimi ścigać się na mocne głowy a oni szybko zauważyli, że pożytku ze mnie nie będzie, jeśli na spotkaniach służbowych będą i mnie do picia namawiać. Dali spokój. Pięć lat później, pracując w innej redakcji zupełnie innego pisma, usłyszałam od redaktorki, którą podziwiałam: "Po lampce wina cudownie mi się pracuje". To zdanie i błogi uśmiech na twarzy tej pięknej kobiety nie wiedzieć czemu wróciły mi przed oczy, kiedy parę lat później w kolejnej redakcji stanęłam przed wyzwaniem, moim zdaniem ponad moje siły. Z drugiej strony – bardzo chciałam spróbować. Z trzeciej strony – nie mogłam odmówić, bo zlecenie dostałam od naczelnego, i już.

Żeby napisać zlecony reportaż, musiałam rozmawiać z kilkunastoma osobami, z których kilka to takie sławy, że w rozmowie z nimi – wcześniej pracowałam w dziale miejskim, później na stanowisku, na którym nie musiałam sama kontaktować się z bohaterami tekstów – łamał mi się głos po pierwszym "dzień dobry". Miałam do wyboru: albo nawalę, albo zwariuję z napięcia, albo coś wymyślę. "Po lampce wina świetnie mi się pracuje" – właśnie wtedy wróciło mi to zdanie. Wypiłam lampkę, i drugą – pierwsza rozmowa poszła świetnie. Przed kolejną więc – znów. I tak przez trzy tygodnie pracy nad trudnym tekstem, od którego zależało moje być albo nie być w tej redakcji. Wypiłam w tym czasie więcej niż przez poprzedzające ten tekst dwa lata. Może nawet trzy. Nigdy nie zwracałam większej uwagi na to, ile piję, bo nigdy to nie był temat numer 1 (choć abstynentką nie byłam). Tekst został przyjęty, wskoczyłam z nim szczebelek wyżej w redakcyjnej hierarchii. Ego podbudowane, kolejna butelka otwarta, bo przecież było co świętować.

Za wszelką cenę

Był jeszcze facet poznany na jednym z portali randkowych. Na jednym z portali, bo wcześniej mocno zawiedziona miłość: zakochany po uszy okazał się – mówiąc dyskretnie – mieć zobowiązania.  Po trzech miesiącach niemal codziennych spotkań z tym z portalu, przegadanych na lanczach, śniadaniach albo do zamknięcia lokalu kolacjach – okazał się kimś owszem, zauroczonym, ale niezobowiązująco jednak, bo… , powtórka z rozrywki. Lampka – chciałabym napisać, ale chcąc być szczerą: butelka – wina wydawała się ratunkiem przed totalnym załamaniem. W życiu osobistym.

W zawodowym też była ratunkiem. Prosty sposób na zbicie stresu, zabicie smutku i rozczarowania, uwolnienie błyskotliwej riposty, poczucia humoru – tak bardzo cenionych przez kolejnych rozmówców do kolejnych tekstów. Przez wiele miesięcy sprawdzał się doskonale.

Tyle że ja z miesiąca na miesiąc coraz bardziej czułam się tak, jakby jedna część mnie pięła się w górę, druga – wciąż skulona ze strachu – została gdzieś daleko z tyłu.

Ani się obejrzałam, pić zaczęłam, żeby w ogóle móc żyć w tym świecie, do którego tak aspirowałam, a z czasem – w ogóle żyć. Dotąd wszystko pięknie, elegancko i nie sprawiało kłopotów. Aż zaczęły się kłamstwa, bo… a to  nie mogłam iść na spotkanie, a to do pracy, na imprezę nawet. Straciłam całkowicie kontrolę nad swoim piciem. Wymówki, izolacja, zacieranie śladów, pogłębiająca się samotność, rozpacz, bezsilność i świadomość, że nie mogę o tym nikomu powiedzieć, bo stracę wszystko.

Nie chcę opisywać prób walki z nałogiem, obietnic, jakie sobie składałam, dni, kiedy leżałam bez siły, nie mogąc iść nie tylko do pracy, ale w ogóle wyjść z domu po coś do jedzenia. O roku, dwóch, prawie trzech – które nie wiadomo kiedy minęły. O tym, że moje koleżanki zdążyły wyjść za mąż, albo wyjść z małżeństwa, urodzić dziecko i nawet nauczyć je chodzić. Nie wiem, kiedy minęły te dni, bo ja wciąż myślałam: "jutro o tym pomyślę", albo: "nie mam siły o tym teraz myśleć",  a żeby nie myśleć, piłam.  Byłam za dobra w pracy i zbyt pozbierana w życiu (pozornie, bo ilość nieodebranych awizo, zaniedbanych płatności, spóźnionych reakcji na to i owo mogłabym zgłosić do księgi rekordów Guinessa), żeby komuś chciało się zauważyć, że coś jest nie tak. Każdy patrzy w swój monitor, każdy leci za swoim motylem, zdobywa swoje góry – nie ma kiedy zauważyć, że drugi zdycha co wieczór i co rano. A jeśli nawet – znaleźć sposób, by się zatroszczyć i pomóc, skoro sam nie prosi. Raz czy dwa poszłam na spotkania AA, dziwnie się tam czułam. Potem znów ze trzy razy, do innej grupy. I na terapię trzy razy w tygodniu po trzy godziny. Mili ludzie, ale i ich nie chciałam oszukiwać: nie umiałam przestać pić.

Himalaje poczucia winy. Kiedyś chodziłam do kościoła, jak się zaczęło z tym piciem na ostro, przestałam. Żeby i Bogu nie ściemniać. Zostałam sama. Pojawiły się myśli, żeby z tym skończyć raz na zawsze. Ciemność. Opuszczenie. Bo wciąż piłam sama i wciąż nikt o tym nie wiedział. A jak ktoś coś być może zauważył – udawał że nie widzi, skoro ja nic nie mówiłam. Zresztą po co miałby widzieć? Co miałby z tym widzeniem zrobić? Najpierw elegancka samotność szybko więc zmieniła się w bezradność w pijackim widzie.

Za wszelką cenę

Na ostrym kacu, któregoś z kolei takich ranków, trzęsąc się od dreszczy pod kołdrą, myśląc o tym, że czas ze sobą skończyć, bo nie ma ratunku, zobaczyłam coś dziwnego: że Jezus siada na brzegu mojego łóżka, poprawia kołdrę i po prostu ze mną jest. Nie robi wyrzutów, nie mówi, że wszystko zmarnowałam, że zniszczyłam swoją szansę, że zawiodłam i nic już ze mnie nie będzie. Nie mówi nic, ale jest i ucisza rozpacz we mnie. To było tak dojmujące i tak realne, że ten dzień spędziłam wprawdzie w łóżku, ale już nie myśląc o śmierci, a tylko o tym, aby się wyspać.

Rano umyłam się, ubrałam, zadzwoniłam do znajomego księdza, prosząc o spowiedź. Potem Msza, śniadanie. Potem praca, obiad, praca i kolacja. Potem walka ze sobą, by po byle stresie nie polecieć po kieliszek, ale po pierwszym i drugim trudnym wytrzymaniu "na stopie", po kilku nieudanych z mojej strony, udanych z Jego interwencjach (biegłam do sklepu zawsze czynnego – a tam przyjęcie towaru, więc zamknięty; innym razem – napis na drzwiach: zaraz wracam), podjęłam decyzję: nie piję.  Poszłam na adorację przy Placu Zbawiciela w Warszawie i powiedziałam: Jezu, dziękuję Ci, że mną nie wzgardziłeś, kiedy ja sama sobą byłam załamana. Jeśli  chcesz, żebym żyła i żebym żyła inaczej, poprowadź mnie, bo ja nie wiem jak. I nie wiem, jak wiedzieć, że to Ty mnie prowadzisz, więc weź to pod uwagę, proszę..

To było osiem miesięcy temu. W tym czasie zdarzyła mi się jedna wpadka. Nie piję. Jak mam słabszy dzień, czytam wywiady ze Stanisławą Celińską. A ostatnio świetną książkę Caroline Knapp: Picie. Opowieść o miłości – dla mnie nie tyle o piciu, co demaskująca styl życia, którego mi lepiej się wystrzegać, bo do picia mnie prowokuje. Zaczynam terapię ponownie, tym razem połączoną z indywidualną. Uwierzyłam, że komuś zależy na mnie bardziej niż wszystkim innym, łącznie ze mną samą. Nawet jeśli inni myślą, że tamtego dnia, kiedy Jezus poprawiał mi kołdrę, mi się przywidziało. Ale nigdy nie czułam się tak zaakceptowana. I tak przez nikogo zaskoczona prostą miłością. Wystarczyło, by znaleźć sens do… jeszcze nie wiem dokładnie do czego, ale na pewno do życia.

 

 

Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Joanna Maleńka

Zobacz inne artykuły tego autora >
Joanna
Maleńka
zobacz artykuly tego autora >
WIARA

Sukces nie jest żadnym z imion Boga

Jak nie potrafisz kochać ludzi, kiedy Cię odrzucają, nie wolno ewangelizować!

Bp Grzegorz Ryś
Bp Grzegorz
Ryś
zobacz artykuly tego autora >
Bp Grzegorz Ryś

Bp Grzegorz Ryś

Zobacz inne artykuły tego autora >
Bp Grzegorz Ryś
Bp Grzegorz
Ryś
zobacz artykuly tego autora >

Francja: prymas zaprosił do katedry rozwiedzionych

Prymas Galii kard. Philippe Barbarin zaprosił do swej katedry w Lyonie katolików żyjących w separacji, rozwiedzionych oraz rozwiedzionych, którzy zawarli nowe, niesakramentalne związki małżeńskie. Podczas spotkania, które odbyło się 15 października, przedstawił im „drogi rozeznawania” ich sytuacji, zaproponowane przez papieża Franciszka w adhortacji apostolskiej „Amoris laetitia”.

Wcześniej podobne spotkania odbyły się w dwóch innych francuskich diecezjach: Rouen i Hawr. Miały one na celu konkretne wprowadzanie w życie wskazań papieskiego dokumentu.

Kard. Barbarin na początku siedział wśród uczestników spotkania i wraz z nimi wysłuchał sześciu świadectw. Po czym podszedł do mikrofonu i poprosił swych słuchaczy o przebaczenie za wszystkie zranienia spowodowane „osądami i brutalnym odrzuceniem” w Kościele.

Wyjaśniając powód zorganizowania tego spotkania, zacytował fragment adhortacji: „Zachęcam wiernych, którzy żyją w sytuacjach skomplikowanych, aby z ufnością podchodzili do rozmowy ze swoimi duszpasterzami oraz osobami świeckimi oddanymi Panu. Nie zawsze znajdą u nich potwierdzenie swoich własnych idei i pragnień, ale na pewno otrzymają światło, które im pozwoli lepiej zrozumieć to, co się dzieje, i będą mogli odkryć drogę dojrzewania osobistego. Zachęcam też duszpasterzy, aby słuchali z miłością i spokojem, ze szczerym pragnieniem, aby dojść do sedna dramatu osób i zrozumieć ich punkt widzenia, aby im pomóc żyć lepiej i rozpoznać swoje miejsce w Kościele” (AL 312).

Kardynał przyznał, że bardzo lubi te zdania, gdyż „nie mówią one, że wszystko będzie łatwe, ani że problemy i cierpienia znikną jak za dotknięciem magicznej różdżki”. Wskazują natomiast, że konieczne jest słuchanie i „szacunek dla obecnie przeżywanej miłości”. – Wołanie, które najczęściej słyszę w kwestii rozpadu małżeństw oraz nowych sytuacji małżeńskich i rodzinnych, pochodzi od osób, które czują się osądzone, niezrozumiane, wykluczone (to słowo chyba najczęściej powraca), stały się niepotrzebne w Kościele, który jednak pozostaje ich rodziną i który zawsze powinien być wspólnotą braci – stwierdził prymas Galii.

Opowiedział następnie o spotkaniu 80 kapłanów archidiecezji liońskiej z papieżem Franciszkiem, które odbyło się na początku października. – Kiedy zapytałem księży, na jaki temat chcieliby, aby papież przemawiał, jednogłośnie odpowiedzieli, że o ósmym rozdziale „Amoris laetitia” [dotyczącym rozeznawania trudnych sytuacji małżeńskich, towarzyszenia takim parom i włączania ich w życie Kościoła – KAI] – ujawnił prymas Galii.

Zrelacjonował, że podczas spotkania z księżmi papież apelował, by patrzeć przede wszystkim na osobę, a nie na jej sytuację małżeńską, poznać jej osobistą historię, a także unikać „języka nakazów i zakazów”. Przyznał zarazem, że to pragnienie wyjęcia „prawdy o małżeństwie” z „kaftana regulacji”, bez zmiany samego nauczania Kościoła, rodzi u niektórych niezrozumienie i zagubienie (mówią: „Zrzucanie całej odpowiedzialności duszpasterskiej na barki księży jest dla nich zbyt wielkim ciężarem”), ale też nadużycia (mówią: „Wreszcie nasze żądania zostały wysłuchane. Każdy robi to, co chce”).

 

 

Hierarcha przyznał, że Franciszek otworzył „trudną drogę”. Ale zdając sobie sprawę z tych „raf”, papież zaproponował drogę pojednania. Wyszedł od przekonania, że „mały krok, pośród wielkich ludzkich ograniczeń, może bardziej podobać się Bogu niż poprawne na zewnątrz życie człowieka spędzającego dni bez stawiania czoła poważnym trudnościom” (AL 305). Aby „rozmontować karykaturalne schematy” Franciszek kładzie więc nacisk na okazanie pomocy przez wspólnotę Kościoła poprzez „poświęcony czas, słuchanie, uwagę, miłosierdzie”. Ci bowiem, którzy chcą ogólnego zakazu przyjmowania Eucharystii przez rozwiedzionych żyjących w nowych związkach, jak i ci, którzy odrzucają jakiekolwiek kościelne zasady w tej dziedzinie, zajmują „stanowisko uproszczone”. Tymczasem poświęcenie czasu na dogłębne wysłuchanie osoby o „krętej drodze życia”, naznaczonej cierpieniem i rozpadem więzi oraz spojrzenie na to w świetle słowa Bożego jest „wysokim wymaganiem”.

Nauczanie Kościoła, kontynuował kardynał, nie jest prawem państwowym i „nie można go sprowadzić do kryteriów tego, co dozwolone, zabronione czy obowiązkowe”. Mówi o tym punkt 304 „Amoris laetitia”, inspirując się myślą św. Tomasza z Akwinu, który ukazując normę ogólną, dostrzegał też niezwykłą różnorodność sytuacji osobistych i konkludował: „Im bardziej schodzi się w szczegóły, tym więcej mnoży się wyjątków”.

Ale kiedy duszpasterz mówi: „U mnie nie ma problemu, dogadamy się”, to nie dokonuje uważnej analizy sytuacji człowieka w świetle słowa Bożego. – Potrzebne jest wspólne podjęcie duchowego wysiłku w postawie wzajemnego słuchania i modlitwy. Jest to wymagające. I nigdy to praktyczne rozeznanie „w obliczu konkretnej sytuacji nie może być podnoszone do rangi normy” (AL 304). Prawo cywilne, przepisy kodeksu drogowego czy prawo podatkowe dotyczą wszystkich bez wyjątku, podczas gdy norma moralna lub duszpasterska nigdy nie ma zastosowania do wszystkich przypadków szczegółowych. Jednak to praktyczne rozeznanie dokonane w obliczu konkretnej sytuacji nie może stać się normą ogólną – tłumaczył kard. Barbarin.

Przywołał doświadczenie francuskiego poety Charles’a Péguy, którego żona odmawiała zawarcia sakramentu małżeństwa i który z tego powodu nie mógł w czasie Mszy przyjmować Komunii św. Są też sytuacje przeciwne, gdy „osoba rozwiedziona żyjąca w nowym małżeństwie nie potrafi znieść tego, że nie może przyjmować Komunii i w końcu postanawia (…), że nie będzie już chodzić na Mszę”. – Byłoby absurdalnym i nieludzkim nadal wymachiwać przed nią znakiem zakazu. Prowadziłoby to ją do jeszcze większego rozdźwięku i zamknięcia w rozgoryczeniu – zauważył arcybiskup Lyonu.

Wskazał, że „jeśli ktoś żyje w takiej sytuacji i świadomie postanawia przyjmować Komunię”, nikt go nie będzie osądzał. Nie jest to „dowód laksyzmu”. Trzeba bowiem przyjąć i kochać każdego takim, jaki jest, tam, gdzie jest, osobiście towarzyszyć mu w jego duchowej walce i modlić się za niego. A jednocześnie tłumaczyć, by „dobrze zrozumiał organiczną jedność między sakramentami”, które są ze sobą związane „logiką nowego i wiecznego przymierza, które Jezus zawarł wydając za nas swoje ciało”.

– Każdy widzi, jaki krok może dziś uczynić, czy może, czy też jeszcze nie może wejść na drogę wskazywaną mu przez Kościół, aby iść naprzód i podążać za Panem jako uczeń. Niektóre osoby ta droga wiary poprowadzi do przyjmowania Komunii, innych do uczestniczenia w Mszy św. bez przyjmowania Komunii, jak w przypadku Charles’a Péguy. Bóg dał mu siłę, łaskę; płomienne bogactwo duchowe jego pism, które porusza nas tak samo po stu latach, prawdopodobnie wiele zawdzięcza tej duchowej walce, którą prowadził z godną podziwu wiernością – mówił prymas Galii.

Wskazał, że „od dawna w moralności chrześcijańskiej istnieje słówko techniczne «epikeia»”, które wskazuje, że „można pominąć normę, uznawaną za słuszną, kiedy stanie się jasne, że jej ścisłe wprowadzenie w życie doprowadziłoby do jeszcze większej szkody dla osoby”.

 

"Małżeństwo potrzebuje dobregu PR-u"

 

Kard. Barbarin podkreślił, że „dopuszczenie do Komunii św. zawsze było w Kościele delikatnym problemem”, dotyczącym wszystkich wiernych. Za Franciszkiem przypomniał, że Eucharystia „nie jest nagrodą dla doskonałych, lecz szlachetnym lekarstwem i pokarmem dla słabych”. Ukazał jednocześnie potrzebę godnego przyjmowania Komunii św. Za centurionem z Ewangelii powtarzamy: „Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Z kolei św. Paweł przestrzega, że „kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny będzie Ciała i Krwi Pańskiej”.

– Chrześcijanie wschodni mają żywe poczucie tego wymogu. Przed przyjęciem Komunii odmawiają inną niż my modlitwę, ale która odzwierciedla ten sam problem naszej wewnętrznej (nie)godności w chwili przyjmowania tego sakramentu: „Przyjmij mnie dzisiaj, Synu Boży, jako uczestnika tajemnej Twojej Wieczerzy, gdyż nie zdradzę Twoim wrogom tajemnicy, ani też nie pocałuję Ciebie jak Judasz, lecz jak łotr wyznaję Ciebie: «Wspomnij mnie, Panie, w królestwie Twoim»”. Widać, że nasi bracia chrześcijanie wschodni przyjmują Komunię z drżeniem i w poczuciu sytuacji dobrego łotra, ukrzyżowanego u boku Jezusa – podkreślił prymas Galii.

 

Zachęcił też do zastanowienia się nad znaczeniem słowa „Tora”, jego zdaniem źle tłumaczonego jako „Prawo”. – Tora jest nauczaniem, ojcowskim słowem, które Bóg daje swoim dzieciom, aby oświecić ich życie. A my zrobiliśmy z niego przykazania, przepisy! To w pewnym sensie prostsze, ale nie sądzę, by było zgodne z pragnieniem Boga, z duchem Jego słowa. Kiedy papież Franciszek prosi nas o odejście od kategorii tego, co wolno i tego, co zabronione, z pewnością nie chce umniejszać lub zatracać mocy słowa Bożego. Chce natomiast, by – oświecony przez to słowo, zachęcony przez duszpasterzy i przez całą braterską wspólnotę Kościoła – każdy szedł swoją drogą, pomimo nieuniknionych życiowych pomyłek, z odwagą, czasem w cierpieniu, ale zawsze z nadzieją – powiedział arcybiskup Lyonu.

 

Zachęcił „uczniów Pana”, znajdujących się w sytuacji rozpadu małżeństwa, by patrzyli na swe życie w „logice przymierza”. – Każdy widzi, czy może, czy też nie może zmienić swą życiową sytuację – zauważył hierarcha. Zachęcił jednocześnie do spotykania się ze swoim proboszczem lub innym księdzem, który „będzie potrafił przyjąć swego brata, swą siostrę jako pasterz”, a także do stawania w świetle słowa Bożego, które jednocześnie daje pociechę i stawia pod znakiem zapytania. – Niech fakt nieprzyjmowania Komunii nie przeszkadza zwłaszcza w wiernym uczestnictwie w Eucharystii, szczególnie w Dniu Pańskim, wraz z całą braterską wspólnotą Kościoła. Łaska spływa obficie na tego, kto cierpi, bo czuje, że przerasta go Boże wezwanie w tajemnicy swego życia – zapewnił kard. Barbarin.

Prosił swych słuchaczy, by nie opuszczały ich dwa przekonania: pierwsze – że Bóg ich zawsze kocha bezwarunkową miłością, drugie – że Kościół pozostaje ich rodziną, w której nie tylko znajdą pomoc, ale za sprawą cierpień swej drogi życiowej mogą wnieść mocne świadectwo, które poruszy serca wielu innych.

 

Na koniec wezwał duszpasterzy, by kierowali się czterema słowami kluczami adhortacji „Amoris laetitia”: przyjąć, towarzyszyć, rozeznawać i integrować. Prosił, by pomagali tym, którzy znajdują się w sytuacji rozpadu małżeństwa w odnalezieniu swego miejsca w Kościele i we wzrastaniu w miłości Bożej. – W Kościele wszyscy są potrzebni – zakończył prymas Galii słowami Benedykta XVI.

 


pb (KAI/la-croix.com/lyon.catholique.fr) / Lyon

Katolicka Agencja Informacyjna

W niedzielę rusza festiwal Muzyka Wiary – Muzyka Pokoju

„Muzyka Wiary – Muzyka Pokoju” to nowy festiwal muzyczny, który 22 października rozpocznie się w Warszawie. Nowe stołeczne wydarzenie będzie przestrzenią improwizacji i innego niż dotychczas spojrzenia na muzykę sakralną. Usłyszymy m.in.: legendarny zespół Osjan, Kwadrofonik, Karolinę Cichą, Bester Quartet, Wacława Zimpla z formacją LAM, Sebastiana Wypycha i zespół Bastarda. Wydarzenie organizowane przez Centrum Myśli Jana Pawła II potrwa do 28 października.

Festiwal „Muzyka Wiary – Muzyka Pokoju” nawiązuje do spotkania międzyreligijnego w Asyżu poprzez muzykę czerpiącą z przestrzeni sakralnych różnych kultur.

“W „Muzyce Wiary – Muzyce Pokoju” tworzymy przestrzeń artystycznych poszukiwań dla twórców, którzy są otwarci na tradycje różnych kultur i religii, i którzy jednocześnie chcą te tradycje wyrazić współczesnymi środkami. Zapraszamy ich do sięgnięcia po eksperyment i improwizację. Chcemy razem z nimi i z naszą publicznością – mówiąc za naszym Patronem – podać sobie ręce, którym obca jest przemoc, a gotowe są nieść pomoc i ulgę potrzebującym – mówi dr Michał Łuczewski dyrektor programowy Centrum Myśli Jana Pawła II.

Muzyczna międzyreligijna podróż rozpocznie się koncertem interpretacji pieśni i motetów Piotra z Grudziądza. W niedzielę, 22 października, na scenie Studia Polskiego Radia im. Władysława Szpilmana wystąpi zespół Bastarda (Paweł Szamburski, Tomasz Pokrzywiński i Michał Górczyński).

Z kolei 24 października w ewangelicko-augsburskim kościele pw. św. Trójcy przy placu Małachowskiego usłyszymy legendarną grupę Osjan w swoim najsilniejszym składzie: Jacek Ostaszewski, Wojciech Waglewski, Radosław Nowakowski i Milo Kurtis. Dzień później na Pradze (25 października), w katedrze św. Floriana, wystąpi Sebastian Wypych, któremu towarzyszyć będą jemeńska śpiewaczka Rasm Al-Mashan oraz mistrz afrykańskiej kory Buba Kuyateh z Gambii.

26 października na dziedzińcu kamienicy artystycznej przy ul. Foksal 11 usłyszymy koncert Karoliny Cichej i Elżbiety Rojek „Jeden/Wiele”. 27 października w studiu S2 Polskiego Radia wystąpi Wacław Zimpel z formacją LAM. Zespołowi towarzyszyć będzie światowej sławy mistrz hinduskiego instrumentu perkusyjnego ghatanu Giridhar Udupa.

28 października w tym samym miejscu zespół Kwadrofonik zaprezentuje przygotowany specjalnie na Festiwal projekt „Echa pojednania”. Wieczorem 29 października w Muzeum Historii Żydów Polskich Bester Quartet zmierzy się z „Księgą aniołów” Johna Zorna. Zespołowi towarzyszyć będzie Jorgos Skolias, Magdalena Pluta i Tomasz Ziętek.

– Transowe afrykańskie bębny i wirujące tybetańskie młynki modlitewne, wielogłosowe pieśni prawosławia czy magiczne wręcz skale judaizmu, melodyczne recytacje Koranu, a obok nich chorał gregoriański ze średniowiecznych katedr, to był i jest najważniejszy w dziejach ludzkości dźwiękowy komunikat wysyłany do Istoty Najwyższej. Chcemy Cię nazwać, chcemy, abyś nas usłyszał i wysłuchał – mówi Miron Zajfert, dyrektor artystyczny festiwalu.

26 października, w wigilię historycznej modlitwy o pokój w Asyżu, w warszawskich świątyniach rozbrzmi wielowyznaniowa modlitwa o pokój. Jak podkreślają organizatorzy, punktem wyjścia w myśleniu o festiwalu były słowa Jana Pawła II wypowiedziane na początku spotkania w Asyżu w październiku 1986 roku: Nasze spotkanie jest tylko potwierdzeniem, że ludzkość (…) angażując się w wielką sprawę pokoju, winna sięgać do swych najgłębszych i najbardziej życiodajnych źródeł (…). Mamy pewność, iż po to, aby świat stał się wreszcie miejscem prawdziwego i trwałego pokoju, oprócz środków ludzkich i ponad nimi potrzeba gorącej, pokornej i ufnej modlitwy.

Dla upamiętnienia tamtego wydarzenia i w zgodzie z jego duchem, organizator festiwalu zaprosił przedstawicieli różnych wyznań warszawskich do odmówienia modlitwy o pokój, która zabrzmi 26 października w kościołach katolickich, kościele ewangelicko-augsburskim św. Trójcy, prawosławnej Katedrze Metropolitalnej św. Marii Magdaleny, meczecie w Ośrodku Kultury Muzułmańskiej, Synagodze im. Nożyków i buddyjskiej świątyni Zen Kanoon.

 

Festiwal poprzedzi debata „Po co nam muzyka?”, w której zaproszeni przez Barbarę Schabowską goście: dr Beata Bolesławska, Karolina Cicha, dr Michał Łuczewski, Miron Zajfert i Marcin Majchrowski będą dyskutować o relacji muzyki i wiary. Muzyka wymaga słuchania. I słuchania wymaga dialog, który – zgodnie z nauczaniem Jana Pawła II – jest jednym z filarów pokoju – mówi Marcin Nowak, koordynator festiwalu.

– W naszym spotkaniu zastanowimy się także nad tym, czy muzyka faktycznie łagodzi obyczaje i pomaga budować kulturę spotkania i pokoju – mówi Marcin Nowak. Spotkanie odbędzie się 19 października w barze Studio.

Z kolei 23 października w kinie Muranów uczestnicy Festiwalu będą mogli obejrzeć specjalne projekcje filmowe.

W niedzielę 29 października, w ostatni dzień Festiwalu w kościele św. Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu odbędzie się spektakl słowno-muzyczny „Źródła pokoju”, w którym wezmą udział Komarnicka-Klynstra oraz Redbad Klynstra-Komarnicki. Całość refleksji dopełniają utwory Pawła Szamburskiego składające się na program „Ceratitis Capitata”.

Festiwal zorganizowany przez Centrum Myśli Jana Pawła II dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Szczegóły i rezerwacja bezpłatnych wejściówek: www.muzykawiary.pl

 


mip (KAI/CMJPII) / Warszawa

Katolicka Agencja Informacyjna

Bp Szyrokoradiuk za wprowadzeniem sił pokojowych ONZ w wsch. Ukrainie

"Konflikt zbrojny na wschodniej Ukrainie trwa, nawet jeśli już dawno zniknął on z nagłówków mediów. Każdego dnia giną ludzie, każdej nocy słychać strzały" - powiedział bp Stanisław Szyrokoradiuk w wywiadzie dla austriackiej agencji katolickiej Kathpress. Biskup charkowsko-zaporoski powiedział, że pomimo złożoności sytuację w tamtym regionie jednoznacznie trzeba nazwać "wojną". Zaznaczył, że nadal widzi "realną szansę na pokój" pod warunkiem, że Europa i wspólnota międzynarodowa nie opuszczą Ukrainy.

Prezydent Ukrainy Petro Poroszenko przemawiając niedawno w ukraińskim parlamencie – Radzie Najwyższej oświadczył, że wprowadzenie sił pokojowych ONZ na całe terytorium opanowanego przez prorosyjskich separatystów Donbasu mogłoby być przełomowym momentem w rozwiązaniu konfliktu. Bp Szyrokoradiuk w pełni popiera propozycję prezydenta. Przypomniał, że konflikt w Donbasie wynika z faktu, że Rosja chce prowadzić własne interesy w sąsiednim kraju jakim jest Ukraina i jest masowo obecna w postaci swoich żołnierzy i broni. Rozmieszczenie międzynarodowych sił pokojowych byłoby “realistyczną drogą dla rozwiązania konfliktu, na którą jest przygotowana miejscowa ludność’.

Zdaniem biskupa pokój na Ukrainie ma ogromne znaczenie dla Europy. Dzięki sankcjom wobec Rosji Unia Europejska znacznie pomogła Ukrainie i pełni kluczową rolę jeśli chodzi o przyszłości kraju. “Jak musi wyglądać pomoc dla Ukrainy to muszą rozważyć politycy ponieważ naszym zadaniem jako Kościoła jest modlić się o to” – powiedział bp Szyrokoradiuk. Dodał, że Ukraińcy nie mają wątpliwości, że dążą do integracji z UE przy tym nie mając przed oczami fałszywych iluzji, jakoby była ona “rajem”.

Zauważył, że w samej Ukrainie, po trzech i pół roku trwania, stan wojny stał się normalnością.”Ludność przywykła już do cierpień. W innych częściach kraju życie toczy się normalnie, ludzie żyją i pracują. W ostatnich miesiącach silnie wzrosło poczucie jedności i solidarności” – zaznaczył bp Szyrokoradiuk. Zwrócił uwagę, że spośród oficjalnych 1,7 miliona uchodźców wewnętrznych niektórzy powrócili do swoich domów, nawet jeśli znajdują się one w pobliżu toczących się walk. Państwo udziela im wsparcia, które starcza im jedynie na przetrwanie.

 

Biskup charkowsko-zaporoski zaznaczył, że nie tylko wojna na wschodzie stanowi główny problem Ukrainy. “Korupcja to także wojna” – stwierdził biskup. “Chociaż rząd wezwał do walki z nią, to te zapowiedzi do tej pory praktycznie nie przyniosły żadnych rezultatów. Obywatele nie mogą tylko lamentować, ale muszą wspierać politykę” – stwierdził bp Szyrokoradiuk, który osobiście aktywnie brał udział w “rewolucji godności” na kijowskim Majdan w 2013 r. Wskazał na pewne postępy w reformowaniu państwa, takie jak rządowy projekt opieki medycznej, w celu wprowadzenia ogólnego systemu ubezpieczeń zdrowotnych czy reformę sądownictwa, które powoli postępują do przodu.

Bp Szyrokoradiuk, który z ramienia episkopatu przewodniczy Caritas ( Caritas-Spes) na Ukrainie, z troską wyraża się o sytuacji humanitarnej w różnych regionach, przede wszystkim w tych objętych wojną. “W samym Charkowie ponad 100 tys. uchodźców mieszka w kontenerach i koszarach, z których 18 tys. to dzieci. Wiele z nich nie ma odzieży zimowej” – powiedział. Wskazał na znaczne zubożenie ludności. Produkt krajowy brutto na jednego mieszkańca wynosi obecnie ok. 2,3 tys. dolarów amerykańskich. Ośrodki Caritas-Spes stale rozdają potrzebującym żywność, lekarstwa, artykuły higieny i odzież.

 


tom (KAI) / Kijów

Katolicka Agencja Informacyjna

Abp Gądecki: potrzeba poważnej formacji duchowej kandydatów do kapłaństwa

Dwudziestu dwóch nowych kleryków rozpoczęło formację w Arcybiskupim Seminarium Duchownym w Poznaniu. – Im trudniejsze czasy, tym bardziej potrzebne jest wołanie o dogłębną formację wewnętrzną i intelektualną kleryków – mówił do uczestników inauguracji abp Stanisław Gądecki.

W poznańskim seminarium duchownym kształci się obecnie 77 alumnów. Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski życzył im, by podejmowane przez nich wysiłki prowadziły do poważnego życia duchowego, „takiego, które by promieniowało i przemieniało lud Boży im powierzony”.

Metropolita poznański dzielił się swoimi spostrzeżeniami po spotkaniu Rady Konferencji Episkopatów Europy w Mińsku. Abp Gądecki wskazywał na wkład świętych Benedykta, Cyryla i Metodego oraz Teresy Benedykty od Krzyża na kształtowanie współczesnej Europy, podkreślił, iż dzieło europejskie znajduje swoje „wcielenie w chrześcijaństwie”, wskazywał, że przyszłość Europy zależy od umiejętności wychowania do dialogu i do prawdy.

Wykład inauguracyjny wygłosił ks. prof. Paweł Zając, który zastanawiał się nad możliwością łączenia naukowych poszukiwań z wrażliwością na nadprzyrodzoność. Prowincjał oblatów Maryi Niepokalanej przekonywał, że asceza badacza-historyka powinna zostać pogodzona z ukierunkowaniem na mistykę.

 

W homilii podczas mszy św., która poprzedziła uroczystość inauguracyjną, ks. prof. Janusz Nawrot przekonywał kleryków, że Kościół oczekuje od nich posłuszeństwa biskupowi i siły wiary w czasach, kiedy chętnie atakuje się Kościół.

„Bóg oczekuje od was tej siły wiary i ducha, ponieważ zadania, które was czekają po otrzymaniu święceń, są ogromne” – mówił ks. prof. Nawrot. „Pomijajcie to wszystko, co może was osłabiać i nie rozmieniajcie na drobne wartości waszego powołania” – przekonywał kleryków poznański biblista.

Arcybiskupie Seminarium Duchowne to jedno z najstarszych seminariów w Polsce. Zostało utworzone przez bp. Adama Konarskiego w 1564 r., rok po uchwałach Soboru Trydenckiego, nakazującego biskupom tworzenie seminariów.

Siedziba uczelni znajduje się na Ostrowie Tumskim, w pobliżu katedry i rezydencji arcybiskupa metropolity poznańskiego, a klerycy odbywają studia na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza.

 


ms / Poznań

Katolicka Agencja Informacyjna

Fenomen Mszy za Ojczyznę

To dzięki nim ks. Jerzy stał się słynny w całej Polsce, a stopniowo także i za granicą. Właśnie Msze w intencji Ojczyzny okazały się swoistym fenomenem, ale też jego wielkim powołaniem. One też stały się przyczyną późniejszych prześladowań ks. Popiełuszki, nagonki w prasie, oskarżeń władz, a w konsekwencji jego męczeńskiej śmierci

Milena Kindziuk
Milena
Kindziuk
zobacz artykuly tego autora >

Zaczął je odprawiać na samym początku stanu wojennego, w styczniu 1982 roku. Kontynuując ideę podjętą przez ks. Teofila Boguckiego, ówczesnego proboszcza parafii św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu, odnosił się do tradycji historycznej, znanej jeszcze w Polsce średniowiecznej, kiedy to modlono się za króla i wojsko, a w późniejszych wiekach o wolność i niepodległość kraju.

W każdą ostatnią niedzielę miesiąca, ks. Jerzy Popiełuszko stawał przy ołtarzu już nie tylko przed hutnikami, studentami czy lekarzami, ale przed całą Polską. Na Msze za Ojczyznę przybywało tak wielu ludzi, że świątynia nie mogła ich zmieścić. Gromadzili się w pobliskim parku, na ulicy, wokół parkanu. Przyjeżdżali nie tylko z Warszawy i okolic, ale także z najdalszych zakątków Polski.

Co decydowało o tak wielkiej popularności tych Mszy?

 

 

Niepowtarzalna oprawa

Jak wspominają ich uczestnicy, największe wrażenie robiła na nich atmosfera. Z jednej strony ponury czas stanu wojennego, wokoło budy milicyjne i spacerujący po ulicach żołnierze z pałkami i bronią w rękach, z drugiej zaś kawałek wolnej Polski, kiedy to wszyscy byli po jednej stronie, wsłuchani w słowa ks. Jerzego.  Do tego – niepowtarzalna oprawa: dekoracja kościoła korelowała z czytaniami i z Ewangelią, musiała pasować do treści kazania i sprzyjała modlitwie. Ks. Popiełuszko wciągał też do współpracy znanych aktorów: Maję Komorowską, Annę Nehrebecką, Kazimierza Kaczora, Marię Homerską, Romę Szczepkowską, Leona Łochowskiego, Krzysztofa Kolbergera, Andrzeja Łapickiego, Jerzego Zelnika, i wielu innych. Prosił, by ktoś z nich przeczytał fragment Pisma Świętego lub psalmu oraz tekst modlitwy wiernych. Wybierał też dla nich fragmenty najbardziej znanych utworów klasyki literackiej.

 

 

Modlitwę za Ojczyznę łączył z obchodami rocznic narodowych powstań czy innych ważnych dat w naszych dziejach. Także do swoich homilii wplatał rozważania na temat patriotyzmu zaczerpnięte z nauczania Jana Pawła II bądź Prymasa Wyszyńskiego.

Na tych Mszach z miesiąca na miesiąc pojawiało się coraz więcej transparentów, które wołały o ludzką godność, poszanowanie wolności, o prawdę.  Niekiedy unoszono w górę krzyże albo tylko ręce z palcami ułożonymi w kształcie litery „V” – na znak zwycięstwa. To robiło duże wrażenie. Na zakończenie Mszy za Ojczyznę zaś Polacy śpiewali zawsze tę samą pieśń: Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana. Ta pieśń, intonowana przez niedawno zmarłego Leona Łochowskiego, stała się swoistym hymnem tych Mszy Popiełuszkowych.

 

 

Odchodziła nienawiść, wracała nadzieja

Ale Msze za Ojczyznę przede wszystkim były dla Polaków miejscem wyciszenia i głębokiej modlitwy. Także czasem wielu powrotów do wiary i do Kościoła. Nawróceń i spowiedzi po kilkunastu, a nawet po kilkudziesięciu latach.

Te właśnie spowiedzi świadczyły o tym, że ksiądz Jerzy  miał w sobie jakąś wewnętrzną siłę, by zawładnąć tłumem, by człowieka przyciągnąć – do Boga i do Kościoła.

Tak jak aktor na scenie, tak on stawał przy ołtarzu – choć nie był przecież artystą, nie robił niczego na pokaz, nie wykonywał spektakularnych gestów. A ludzie, jak dzieci, z ufnością wpatrywali się w ołtarz. Przestawali się śpieszyć, narzekać, złorzeczyć. I zaczynali się modlić.

Uczył Polaków trudnej modlitwy. Opartej o przykazanie miłości nieprzyjaciół. Na przykład wtedy, gdy głośno zwracał się do Boga słowami:„ Chcemy wszystkim naszym winowajcom przebaczać, jak Ty przebaczasz nam nasze winy…”. W sercach wielu ludzi pojawiała się konsternacja. Nie bardzo potrafili pogodzić konieczność przebaczania w zestawieniu z krzywdami, których doznawali od przedstawicieli władzy. Ale w końcu klękali przy kratkach konfesjonału, wyzbywając się z serc nienawiści.

 

 

Wdzięczni za odzyskaną nadzieję, zaczynali też masowo przysyłać do ks. Jerzego listy (wysyłane pocztą, internetu wtedy nie było). Były to listy z podziękowaniami. Na przykład: “W okresie psychicznego załamania z powodu ciężkich warunków życia, uczestniczenie w każdej Mszy świętej w intencji Ojczyzny dodaje mi siły, przynosi uspokojenie, budzi nadzieję na lepsze jutro”. Ktoś inny pisał: “Dziękuję za homilie, które wzmacniają moją wiarę, pomagają żyć, wychowywać dzieci”; „Nie umiem zamknąć w słowach swej wdzięczności do Księdza, że pomógł mi usłyszeć Boga, ale chciałabym, żeby Ksiądz wiedział, że teraz dźwigam swój krzyż z wdzięcznością i nadzieją na lepsze jutro i zwycięstwo prawdy – a prawdą jest Bóg”.

W podobnym tonie były inne listy: „Serdeczne Bóg zapłać za wszystko, co Ksiądz dla nas, zwykłych ludzi, robi. Homilie Księdza wypełnione są nieraz cierpką, gorzką, a przede wszystkim smutną Prawdą. Prawdą, której tak nam brakowało i nadal brakuje. Ale zawierają także Nadzieję”.

Ludzie pisali o swojej przemianie duchowej, nawróceniu, dziękowali za słowa otuchy, za wsparcie:

“Piszę ten lisy z potrzeby serca. Chciałabym podziękować księdzu za piękne nabożeństwa i modlitwy, które co miesiąc napełniają moje serce otuchą, nadzieją i wiarą. Sprawy i fakty nabierają ponownie właściwych proporcji. Dzięki nim czuję, że nasze problemy, lęki, ból i niepokój możemy tylko powierzyć Bogu i głęboko ufając w Jego dobroć i sprawiedliwość przetrwać ten ciężki okres. Serdeczne Bóg zapłać”;

“Jesteśmy pod głębokim wrażeniem przepięknych Mszy świętych odbywających się w parafii św. Stanisława Kostki. Przychodzimy na nie z całymi rodzinami. Umacniają one nas w wierze”.

Treść tych listów mówi sama za siebie.

 

 

Charyzma

W kazaniach podczas Mszy za Ojczyznę ks. Jerzy często przywoływał słowa św. Jana Pawła II. Niekiedy wręcz trawestował jego przemówienia: „Nie możesz zrozumieć sam siebie, sensu swojego istnienia bez Chrystusa”. Było to nawiązanie do słów Ojca Świętego wypowiedzianych w czasie pierwszej pielgrzymki do ojczyzny w 1979 roku na placu Zwycięstwa w Warszawie. Przywoływał też fragmenty dzieł literackich. Ale nie wygłaszał nigdy wielkich rozpraw teologicznych albo filozoficznych. Mówił jasnym, prostym językiem, dalekim od patosu i egzaltacji. „Jak zrozumieją mnie robotnicy, to zrozumieją także profesorowie” – wyznał kiedyś jednemu z przyjaciół.

– Miał niezwykły talent: skupiał wokół siebie nie tylko ludzi prostych, ale i wykształconych – podkreślał biskup Zbigniew Kraszewski.

Każde kazanie dojrzewało w jego umyśle bardzo powoli. Gdy je napisał, dawał do przeczytania różnym ludziom, prosił o oceny, sugestie.  Chętnie słuchał, co inni mają na ten temat do powiedzenia. Oczekiwał też słów krytyki. Przyjmował ją od najbliższych, tych, którym ufał, licząc na szczerość intencji.

 

 

O ocenę swych kazań prosił często księdza Zdzisława Króla z warszawskiej kurii:

– Jurek przychodził do mnie z napisanym tekstem, czasami o coś pytał, prosił o radę, był otwarty na wszelkie sugestie. Później dowiedziałem się, że konsultował kazania także z innymi. Wielu ludziom czytał je po prostu przed wygłoszeniem. Bardzo zależało mu, aby jego słowa odbierane były jako niosące otuchę, nadzieję, by dodawały siły. Ludzie chyba to wyczuwali i dlatego się do niego garnęli. Niewątpliwie miał jakąś charyzmę.

Nikogo też w kazaniach bezpośrednio nie atakował. Mówił o tym, czym ludzie żyli na co dzień, o czym rozmawiali przy stole, w kolejce czy autobusie. Po prostu o aktualnych ludzkich problemach, troskach i cierpieniach. I choć kazania pozornie pozbawione były emocji, w jego ciepłym głosie i charakterystycznym sposobie mówienia było coś, co sprawiało, że te słowa trafiały prosto do serca. Czuło się, że mówi ktoś, kogo bardzo bolą krzywdy wyrządzane innym, kto chce być z ludźmi w trudnych chwilach, by podtrzymać ich na duchu.

– Nie mówił rzeczy rewelacyjnych. A jednak budziło to podziw i szacunek. Często kazania przerywano mu oklaskami. Był człowiekiem, który mówił prawdę i który nie bał się mówić prawdy. Przestrzegał, że jednego się należy obawiać: zdrady Chrystusa za kilka srebrników jałowego spokoju – wspomina biskup Zbigniew Kraszewski.

 

 

Właściwie nie wiadomo, jak to się stało, że ten młody, 35-letni zaledwie kapłan, fizycznie słaby, mizerny i schorowany, o ascetycznych rysach twarzy, zgromadził wokół ołtarza tak ogromne tłumy. Słusznie ks. Andrzej Santorski określił, że jest to po prostu charyzma: “Miał charyzmat mobilizowania ludzi do wiary, nadziei i miłości”.  Polacy wsłuchiwali się w treść tych kazań z jakimś niewytłumaczalnym namaszczeniem, a później prosili ks. Jerzego o tekst i powielali go rozdając sobie nawzajem.

Msze za Ojczyznę naprawdę zrodziły swoisty fenomen.

 


Wydanie o ks. Jerzym Popiełuszce tworzymy dzięki współpracy z Jego muzeum w Warszawie


Milena Kindziuk

Milena Kindziuk

Zobacz inne artykuły tego autora >
Milena Kindziuk
Milena
Kindziuk
zobacz artykuly tego autora >

Dialog na receptę

Do poniedziałku, do 18.40 strajkowali lekarze rezydenci. I stażyści. W imieniu całej służby zdrowia, ale tylko oni. Od 18:40 Porozumienie Zawodów Medycznych wchłonęło protest, a to wszystko w dniu 39. rocznicy wyboru kardynała Karola Wojtyły na papieża Jana Pawła II. Te wydarzenia mają ze sobą więcej wspólnego niż mogłoby się wydawać. Łączy je słowo „dialog”

Małgorzata Steckiewicz
Małgorzata
Steckiewicz
zobacz artykuly tego autora >

„Dialog to coś więcej niż wymiana poglądów, krytyka, spór, kłótnia, czy coś podobnego. Dialog zaczyna się od spotkania człowieka z człowiekiem, od cierpliwego słuchania, zadawania pytań, aż po możliwość wypowiedzenia się. Tak rozumiany dialog zakłada otwartość i dobrą wolę oraz wzajemny szacunek. Jak bardzo potrzebujemy tego w naszych rodzinach, relacjach sąsiedzkich i w miejscach pracy.”

 

Jak bardzo! Chciałoby się powtórzyć za świętym Janem Pawłem II nazywanym Papieżem Dialogu, który łączył ludzi różnych wyznań, podglądów i kolorów skóry. Chętnych do takiego, zdefiniowanego przez papieża Polaka dialogu, nie widać. Jeżeli okaże się inaczej, chętnie uderzę się w pierś. Od ponad roku lekarze rezydenci protestują. W czerwcu zeszłego roku wychodzili na ulice z transparentami “Za powołanie nie kupię chleba, dość wolontariatu”; “Twoja krew, mój pot, nasze łzy”. Było ponad sto spotkań z parlamentarzystami. Akcja wysyłania do przedstawicieli władz pism z propozycjami uzdrowienia służby zdrowia. Rozmowy z byłym już wiceministrem zdrowia Jarosławem Pinkasem. Nic nie pomogło. Nic się nie zmieniło. Mur rósł. Cegła po cegle. Mur niezrozumienia i żądań.

 

Decyzja o głodówce, rozpoczętej 2 października i nadal rotacyjnie prowadzonej, zapadła po informacji o śmierci lekarki z Niepołomic. 28-letnia kobieta zmarła w trakcie drugiego (bez przerwy) 12-godzinnego dyżuru. „Rozpoczynamy protest głodowy, bo ochrona zdrowia w Polsce umiera” – napisali wtedy na Facebooku przedstawiciele Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. Nie chcę tu rozstrzygać, czy lekarka zmarła z przepracowania. Nie chcę też rozstrzygać, czy chciała czy musiała wziąć dwa dyżury bez minuty przerwy.

 

 

Faktem jest, że zdarzają się lekarze pracujący 300 godzin miesięcznie.
Faktem, że zarabiają w prywatnych lecznicach.
Faktem jest też, że pracują w tym czasie na kilku etatach.
Ale faktem jest też, że mają etaty.
Ale faktem jest też, że za ich edukację płacimy my wszyscy. Korzystamy nie wszyscy.

 

Na liście lekarskich postulatów są między innymi żądania zwiększenia nakładów na służbę zdrowia do 6,8% PKB w ciągu trzech lat (dla porównania na armię to wydatek 2% PKB), zmniejszenia kolejek, zwiększenia personelu i podwyżki dla lekarzy rezydentów i stażystów. Zwiększenie wydatków na służbę zdrowia planuje też ministerstwo zdrowia (w tym roku to już rekordowe 4,7% PKB) do 6%PKB, ale w dłuższym czasie. Podwyżki też ma w planach, ale nie takie, jakich chcą rezydenci. Każdy z nas nie chce czekać na lekarza w nieskończoność i być zapisanym na rehabilitację pół roku po zdjęciu gipsu.

 

16 października od przedstawicieli Porozumienia Zawodów Medycznych usłyszeliśmy, że przejmują protest rezydentów. Jaki dialog był między nimi? Czy ich postulaty będą wspólne? Komu to połączenie wyjdzie na zdrowie? Na odpowiedzi musimy poczekać. Na razie wiemy, że dialogu nie ma między lekarzami a ministerstwem zdrowia. Konstanty Radziwiłł powołał zespół do spraw systemowych rozwiązań finansowych w ochronie zdrowia, przyszłości kadr medycznych i sposobu ich wynagradzania. Stworzenie takiego ciała zapowiedziała po spotkaniu z rezydentami premier Beata Szydło. Pierwsze jego posiedzenie 20 października w Centrum Partnerstwa Społecznego “Dialog” w Warszawie o godz. 10.

 

Ma być spotkanie, czy będzie dialog człowieka z człowiekiem?

 

Małgorzata Steckiewicz

Małgorzata Steckiewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Małgorzata Steckiewicz
Małgorzata
Steckiewicz
zobacz artykuly tego autora >

Bracia zakonni spotkali się na Jasnej Górze

O tym, jak głosić współczesnemu światu Chrystusa rozważają na Jasnej Górze bracia zakonni zgromadzeni na 35. Ogólnopolskiej Pielgrzymce. Bracia podczas konferencji i wykładów w sposób szczególny rozważają słowa hasła Roku Duszpasterskiego w Polsce „Idźcie i głoście”.

Prawie co dziewiąty zakonnik w Polsce to brat zakonny. Z dobrowolnego wyboru nie przygotowują się do kapłaństwa i nie przyjmują święceń prezbiteratu. Swoje powołanie realizują poprzez wypełnianie charyzmatu danego zgromadzenia – najczęściej wykonują codzienne różnorodne posługi od ogrodnika do dyrektora szkoły. Do ich zadań należy także niezastąpiona pomoc w codziennym funkcjonowaniu klasztorów i domów zakonnych. Bracia podejmują również ważne zadania w parafiach oraz w katechizacji. Podkreślają, że ich głównym celem jest oddziaływanie na innych przez sumienną pracę i wytrwałą modlitwę.

 

Przed wspólnotami życia konsekrowanego stoją dziś bardziej niż kiedykolwiek wyzwania związane z funkcjonowaniem społeczeństwa. Wspólnoty zakonne, oparte na ślubach czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, są w konfrontacji ze współczesną mentalnością nadmiernej konsumpcji, odrzucania autorytetów oraz braku wierności podejmowanym zobowiązaniom. W tej sytuacji osoby konsekrowane chcą na nowo odkrywać swe charyzmaty, aby świadczyć o spełnianiu się obietnic Chrystusowej Ewangelii.

 

Podczas pielgrzymki braci zakonnych na Jasną Górę o. dr Filemon Janka zauważył, że posługa bracka jest w Kościele bardzo ważna, cenna i piękna – Jest to posługa wyjątkowa, ale też wymagająca wyjątkowego poświęcenia, stąd pewnie kryzys powołań dotyczy w sposób szczególny tej sfery życia zakonnego – zwrócił uwagę prowincjał poznańskiej prowincji Braci Mniejszych.

 

Posługa bracka, to codzienna praca w ciszy i cieniu jednak, wyjątkowo blisko człowieka – zwrócił uwagę brat Izaak Kapała, przeor Opactwa Benedyktynów w Lubiniu. Dodał też, że dziś braciom obok radości rozwijającego się powołania osobistego życzyć należy wzrostu powołań. – Posługa braci jest pierwszą wizytówka każdego domu, bo posługują na futrach, gdzie potencjalny pielgrzym przybywa – podkreślił brat Kapała.

Oprócz wymiaru modlitewno-formacyjnego spotkanie Braci Zakonnych ma też charakter integracyjny. Dzięki pielgrzymce poznają inne zakony, różne duchowości. W programie 35. Ogólnopolskiej Pielgrzymki Braci Zakonnych tradycyjnie znalazły się: Msze św., Droga Krzyżowa, Koronka do Miłosierdzia Bożego, Różaniec, Apel Jasnogórski, a także konferencje, których prelegentami byli: o. dr Filemon Janka, franciszkanin z Poznania oraz o. Stanisław Rudziński, paulin, kustosz Zbiorów Sztuki Wotywnej na Jasnej Górze.

 

Na zakończenie dwudniowej pielgrzymki abp Wojciech Polak – prymas Polski – przewodniczył Mszy św. w intencji braci zakonnych zgromadzonych na Jasnej Górze.

 

Według statystyk Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonów Męskich zakony męskie w Polsce to wspólnota składająca się z 12152 zakonników, z których 1360 to bracia. Najwięcej powołań brackich odnotowują franciszkanie.


mir/Radio Jasna Góra / Częstochowa

KAI

KS. JERZY POPIEŁUSZKO

Naśladował Chrystusa. Do końca

W śmierci ks. Jerzego Popiełuszki Kościół zobaczył męczeństwo za wiarę

ks. Przemysław Śliwiński
ks. Przemysław
Śliwiński
zobacz artykuly tego autora >

Sophi School niewiele z pozoru zrobiła: brała udział w produkcji i rozpowszechnianiu ulotek, które miały społeczeństwu niemieckiemu uświadomić, że dzieje się w nim coś złego. Że działania nazistów to ludobójstwo. Proces był błyskawiczny, egzekucja – niezgodnie z prawem – wykonana natychmiast. Sophie School z organizacji Białej Róży została ścięta, podobnie jak jej brat i kolega, na gilotynie.

Ten niewielki z pozoru czyn, nie mający nic wspólnego z agresją, z przemocą, z ryzykowaniem życia, bardzo szybko został doceniony. Dziś ta młoda Niemka z Monachium jest symbolem niezwykłej odwagi w obronie wartości ludzkich.

Ks. Jerzy Popiełuszko zginął z pozoru z bardzo podobnych motywów. Zresztą wielu jest ludzi takich jak Sophi, jak ks. Jerzy: często anonimowych, do dziś niedocenionych, którzy nie milczą, gdy dzieje się zło.

 

Ks. Jerzy Popiełuszko podczas rozmowy z młodzieżą w kwietniu 1984 roku | Zdjęcie dzięki uprzejmości Muzeum ks. Jerzego Popiełuszki w Warszawie

 

A jednak beatyfikacja i kanonizacja męczennika to nie order przypinany przez Kościół za oddanie życia w obronie Ojczyzny, nie nagroda za odwagę.

A jednak beatyfikacja i kanonizacja męczennika to nie order przypinany przez Kościół za oddanie życia w obronie Ojczyzny, nie nagroda za odwagę. Proces beatyfikacyjny ks. Jerzego miał odpowiedzieć na jedno zasadnicze pytanie: czy kandydat na ołtarze zginął za wiarę, czy zginął – naśladując do końca Jezusa Chrystusa. Śmierć za “sprawę” to za mało.

Cały proces beatyfikacyjny zmierza do tego, by potwierdzić świętość. Najpierw czyni to ośmioosobowy kongres konsultorów teologów, potem biskupów i kardynałów z Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, w końcu ostatnie i tak naprawdę jedynie wiążące słowo należy do papieża, który oczywiście korzysta z opinii wyrażonych przez biegłych bądź biskupów.

 

Biegli pracujący w Kongregacji to ludzie, którzy – jak mówił jeden z postulatorów – zrobiliby niesamowite kariery pracując na uniwersytetach. A jednak całe swoje życie poświęcili właśnie ocenianiu przygotowywanych przez postulatorów (pod kierunkiem promotorów sprawiedliwości) różnych Positio. Myli się ten, kto uważa, że każdy proces beatyfikacyjny czy kanonizacyjny kończy się “sukcesem”. Ta świętość, łaska męczeństwa albo łaska heroiczności cnót, musi być za każdym razem udowodniona. “Positio” musi zawierać nie opinie, ale konkretne fakty, które to weryfikują. To praca naukowa o najwyższych standardach akademickich.

“Positio” o męczeństwie ks. Popiełuszki trafiło do Kongregacji w czerwcu 2008 roku. Biegli mieli otrzymać wszystko co potrzebne, by wyrobić sobie opinię o męczeństwie ks. Jerzego. Jakikolwiek brak informacji, jakakolwiek wątpliwość czy brak odpowiedzi na jakieś pytanie skutkowałyby koniecznością dopracowania dokumentu. Nie mówiąc o tym, że każdy z ósemki biegłych może na podstawie pełnej informacji mieć inne przekonanie, czy męczeństwo za Chrystusa faktycznie było, czy nie. W takim wypadku dochodzi do dyskusji. Wszystkie wątpliwości biegłych są potem przekazywane kardynałom i biskupom, a ci – również wyrabiając swoje opinie za i przeciw – całą dokumentację i informację przekazują papieżowi.

 

Miejsce na “Tamie we Włocławku”, z którego funkcjonariusze PRL zrzucili związanego ks. Jerzego Popiełuszkę do wody | fot. M. / WikimediaCommons / CC BY-SA 3.0

 

Positio nie jest zwykłą pracą naukową

Positio nie jest zwykłą pracą naukową zawierającą biografię kandydata na ołtarze. To opracowanie dość ściśle sformatowane na potrzeby Kongregacji. W przypadku męczennika, kluczowe są trzy rozdziały, które odpowiadają na pytania o męczeństwo materialne (jaki był faktyczny przebieg prześladowania oraz śmierci męczeńskiej oraz czy była między nimi więź przyczynowo-skutkowa), męczeństwo formalne od strony sprawcy (czy prześladowcy działali z nienawiści do wiary; motyw zemsty albo wyeliminowania politycznego przeciwnika nie wystarcza, by mówić o męczeństwie) oraz męczeństwo formalne od strony ofiary: musi przyjąć tę śmierć w imię Chrystusa (nie np. za Ojczyznę, “za sprawę”) oraz nie żywić nienawiści do prześladowców. To wszystko musi być poparte faktami, konkretami, świadectwami. Czyjeś opinie, interpretacje, przypuszczenia nie wytrzymają wysokich naukowych kryteriów.

Przy okazji warto wspomnieć, że trwający proces kanonizacyjny ks. Jerzego nie polega już na weryfikowaniu męczeństwa. W przypadku każdego męczennika jedyną właściwie badaną sprawą będzie cud, który – według prawa regulującego sprawy kanonizacyjne – musiał nastąpić po beatyfikacji.

 

W śmierci ks. Jerzego Popiełuszki biegli jednomyślnie rozeznali męczeństwo za Chrystusa.

W śmierci ks. Jerzego Popiełuszki biegli jednomyślnie rozeznali męczeństwo za Chrystusa. Podobnie jak biskupi i kardynałowie, podobnie jak papież. Mimo że wiele było podejrzeń – ale w opiniach publicystów – że śmierć Popiełuszki miała charakter polityczny, okazało się, że ks. Jerzy Popiełuszko kierował się tą samą motywacją, która kierowała też życiowymi wyborami pierwszych męczenników za Chrystusa.

I to jest najważniejsze: świadomość, że na ołtarze został wyniesiony ktoś, kto naśladował Chrystusa do końca. Ta jednomyślność bardzo krytycznego gremium watykańskiej kongregacji mówi tu dużo. Ks Jerzy, prześladowany za wiarę oddał życie jak Chrystus.

 


Wydanie dot. ks. Jerzego Popiełuszki tworzymy dzięki współpracy z Jego muzeum w Warszawie


ks. Przemysław Śliwiński

ks. Przemysław Śliwiński

Kapłan Archidiecezji Warszawskiej. Pochodzi z Lubawy. Ukończył studia specjalistyczne na Wydziale Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Santa Croce w Rzymie. Jesienią 2013 roku, objął stanowisko rzecznika prasowego Archidiecezji Warszawskiej oraz dyrektora Archidiecezjalnego Centrum Informacji. Wykłada edukację medialną w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Na Stacji7.pl jest autorem wielu artykułów oraz popularnego cyklu Jutro Niedziela.

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Przemysław Śliwiński
ks. Przemysław
Śliwiński
zobacz artykuly tego autora >

Dlaczego papież udziela wywiadów?

Niebawem we Włoszech ukaże się zbiór ośmiu wywiadów, których Franciszek udzielił naczelnemu dwutygodnika włoskich jezuitów „La Civilta Cattolica”, księdzu Antonio Spadaro. Książka nosi tytuł "Teraz stawiajcie pytania". Papież stwierdził, że udzielanie wywiadów to jeden ze sposobów komunikowania jego posługi.

Franciszek przypomina, że po raz pierwszy z ks. Spadaro rozmawiał w sierpniu 2013 roku. Papież przyznaje, że pierwsza odpowiedź była odmowna: instynktownie obawiał się tego wywiadu. „Później poczułem, że mogę mu zaufać, że musiałem mieć zaufanie. I zgodziłem się” – wspomina.

 

Mówiąc o wywiadach w czasie lotu samolotem, gdy rozmawia z towarzyszącymi mu dziennikarzami, podczas tzw. konferencji prasowych “w przestworzach”, papież stwierdza, iż zdaje sobie sprawę, że powinien być ostrożny. „Proszę zawsze Ducha Świętego zanim zaczną się pytania i będę odpowiadać. Ale tak, jak nie mogę zapomnieć o ostrożności, nie mogę również stracić zaufania. Wiem, że może mnie to osłabić, ale muszę liczyć się z tym niebezpieczeństwem”.

 

W innym miejscu Franciszek stwierdza: „Gdybym nie miał zaufania, nie udzielałbym wywiadów: dla mnie jest to oczywiste. To jeden ze sposobów komunikowania mojej posługi”. Następnie dodaje: „Łączę te rozmowy w formie wywiadów z codziennymi kazaniami u św. Marty, która jest – możemy powiedzieć – moją parafią. To porozumienie z ludźmi jest mi potrzebne. Cztery razy w tygodniu odwiedza mnie tam dwadzieścia pięć osób z jakiejś rzymskiej parafii, razem z innymi”.

 

Na związek wywiadów z homiliami, wygłaszanymi w kaplicy rezydencji, zwraca uwagę Alberto Melloni, który jest autorem krótkiego komentarza, zamieszczonego na łamach rzymskiego dziennika „La Repubblica”, przynoszącego dziś fragmenty papieskiego wstępu. Włoski historyk Kościoła zwraca uwagę, że kazania te „ukazują przepaść, jaka dzieli przepowiadanie Ewangelii od psychosentymentalnego ple-ple, jakie słyszy się często z ambony albo w mediach”. W samych wywiadach zaś, zwraca uwagę, jest to wszystko, czego według niektórych teologów brakuje Bergoglio: „teologia fundamentalna, eklezjologia oraz dokładna idea liturgii”.

 

Wracając do papieskiego wstępu do zbioru „jezuickich wywiadów”, trzeba przytoczyć jego własną uwagę, że „udzielanie wywiadu to nie wstępowanie na katedrę: to spotkanie z dziennikarzami, którzy często zadają pytania stawiane przez ludzi. Odpowiada mi także rozmowa z niewielkim czasopismem i z popularną prasą. Czuje się wtedy bardziej jeszcze we własnym sosie. W tych razach bowiem słyszę pytania i niepokoje zwyczajnych ludzi. (..,). Dla mnie wywiady są dialogiem, a nie wykładem (…) Według mnie wywiad jest częścią rozmowy Kościoła z dzisiejszym człowiekiem”.


sal (KAI Rzym) / Rzym

KAI

KS. JERZY POPIEŁUSZKO

Męczeństwo oczami oprawców

Otoczony przez szpicli, nękany, szczuty, śledzony, podsłuchiwany i podglądany, wyszydzany, opluwany, torturowany i wreszcie zamordowany. Życie Męczennika. Czas księdza Jerzego...

Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Bali się go. Bali się bardziej niż on ich. Więc zaciskali pętlę – powoli, metodycznie – władcy PRL-u, generałowie Wojciech Jaruzelski i Czesław Kiszczak. I do walki z jednym księdzem zapędzili Służbę Bezpieczeństwa z oficerami i zdrajcami spoza resortu. Dołączyli cały aparat propagandowy z telewizją, radiem i gazetami. Otoczyli ks Popiełuszkę. Cel był jeden: złamać i uciszyć niepokornego kapłana, rozpędzić ludzi gromadzących się na Mszach za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu.

Prokuratorskie oskarżenia nic nie dały. Przesłuchania – także nic. Prowokacja w mieszkaniu przy ul. Chłodnej, gdzie SB podrzuciła kompromitujące materiały m.in. amunicję i antypaństwowe ulotki – bez efektu. Ksiądz Popiełuszko nie został złamany. Ostatnią możliwością uporania się z nim była śmierć. Morderstwo.

 

Jedna z ostatnich Mszy świętych odprawionych przez ks. Jerzego Popiełuszkę, Bytom, 8 X 1984 | Zdjęcie dzięki uprzejmości Muzeum ks. Jerzego Popiełuszki w Warszawie

 

Ostatnia droga ks. Jerzego rozpoczęła się 19 października 1984 roku. Kapelan Solidarności na zaproszenie Duszpasterstwa Ludzi Pracy, przyjechał do bydgoskiej parafii pw. Świętych Polskich Braci Męczenników. Tego samego dnia wracał do Warszawy. Swoją ofiarę upatrzyli mordercy, trzej oficerowie MSW: kapitan Grzegorz Piotrowski, porucznik Leszek Pękala i porucznik Waldemar Chmielewski. Byli funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa, IV departamentu MSW zwalczającego Kościół.

Co dokładnie się wtedy stało? Jak wyglądały ostatnie chwile życia księdza Jerzego? Kto bił, kto wiązał, kto zadał decydujący cios? Czy może z tamy we Włocławku oprawcy wrzucili do Wisły żywego jeszcze kapłana? Problem w tym, że historycy muszą opierać się na relacji morderców, którzy kluczyli i kłamali oraz na zmanipulowanym Procesie Toruńskim. Nawet jeśli nie poznamy nigdy szczegółów – to wiadomo na pewno, że ostatnie chwile, godziny czy minuty życia kapłana były drogą cierpienia. Nawet jeśli oprzemy się tylko i wyłącznie na relacjach morderców.

 

Czy można sobie wyobrazić, co czuł ks. Jerzy Popiełuszko gdy go porwali? Gdy bili, straszyli, wyzywali? Gdy zamykali w bagażniku samochodu i wieźli w nieznane? Gdy wiązali tak, by dusił się przy próbie rozluźnienia więzów… To jest tak przerażająca próba… Ale to był finał męczeństwa ks Jerzego. Długi i straszny finał.

 

Ks. Jerzy w Bydgoszczy odprawia ostatnią w swoim życiu Mszę. Około godziny 22.00 zielony volkswagen golf odjeżdża sprzed kościoła. Za kierownicą siedzi Waldemar Chrostowski. Obok niego ksiądz Jerzy Popiełuszko. Są obserwowani przez trzech mężczyzn w jasnoszarym fiacie 125 p. Prowadzi Pękala, obok niego siedzi Chmielewski, z tyłu dowodzący nimi Piotrowski. Fiat rusza za golfem.

Akcja była zaplanowana. Jeszcze w Warszawie Chmielewski dobrał sobie milicyjny mundur i białą czapkę. Miał wyglądać na milicjanta z drogówki. Mieli ze sobą także latarkę z czerwonym światłem. Wszystko było gotowe, by zatrzymać golfa w drodze. I porwać księdza. Ale czy do porwania i zastraszenia potrzebne były dodatkowe rzeczy przygotowane na zlecenie Piotrowskiego: tablice rejestracyjne na zmianę, sznurek do skrępowania księdza, plaster dzięki któremu można było zakneblować Popiełuszkę, eter, kajdanki, pistolety i… worek z kamieniami do obciążenia ciała?

 

Miejsce na “Tamie we Włocławku”, z którego oprawcy zrzucili związanego ks. Jerzego Popiełuszkę do wody | fot. SebastianM / WikimediaCommons / CC BY-SA 2.5

 

“No! Ubieraj się!” – Piotrowski wydał komendę Chmielewskiemu. Mordercy cały czas mieli w zasięgu wzroku zielonego golfa. Chmielewski założył kurtkę z dystynkcjami sierżanta, włożył na głowę czapkę i wziął w dłoń latarkę. Sprawdził jeszcze czy czerwone światło działa. Kończyły się właśnie ostatnie chwile wolności ks. Jerzego. Pędzący za nimi fiat migał światłami. Po chwili zrównał się z golfem. Szyba po stronie pasażera w fiacie osunęła się w dół. W oknie pojawiła się postać w milicyjnej, białej czapce. Błysnęło czerwone światło latarki. Chrostowski nie stanął. Jechał dalej. Fiat wyprzedził golfa, zajechał mu drogę i zaczęli zwalniać. Golf ich wyprzedził, jednak po chwili Chrostowski zatrzymał samochód. Pękala stanął kilka metrów za nim.

Udawali milicyjną kontrolę drogową. Ale już tylko przez chwilę. Najpierw do fiata przyprowadzono Waldemara Chrostowskiego. Został skuty kajdankami i zakneblowany szmatą. Zwitek musiał być wepchnięty głęboko, bo Chrostowski z trudem oddychał, charczał. Po chwili w pobliżu samochodu morderców stał ksiądz Jerzy. Protestował. Nie chciał wsiąść.

Z jednej strony ciemny las. Z drugiej ciemna droga. Nie ma świadków. Nikt nie przyjdzie z pomocą.

 

Tu padają pierwsze ciosy. Pękala siedzi w samochodzie. Za kierownicą. Pogłaśnia radio, żeby nie słuchać charczenia Chrostowskiego. Jednak mimo brzęczącego głośno radia, dochodzą go głuche odgłosy bicia. “Otwórz bagażnik” – słyszy po chwili. Dźwignia znajduje się w aucie i Pękala nie wysiadając, otwiera. Z tyłu dochodzą dźwięki przesuwanych przedmiotów. W bagażniku powstaje miejsce dla księdza…

Samochód drgnął i osiadł na tylnych kołach… Popiełuszko leżał w bagażniku.

Chmielewski z Piotrowskim wsiedli do auta. Fiat ruszył. Skuty kajdankami Chrostowski małym palcem chwyta niepostrzeżenie za klamkę. Czeka na okazję. Szansa na ucieczkę pojawia się, gdy dostrzega na poboczu dwie osoby stojące przy motocyklu. Ciągnie klamkę i wypycha drzwi. Wypada na zewnątrz. Turla się. Wstaje i biegnie w kierunku ludzi. Jest wolny. Wyskoczył z pędzącego samochodu przy prędkości 80-100 km na godzinę. Skończyło się tylko na otarciach i podartej marynarce… I na dodatek kajdanki na prawym ręku puściły… Dużo tego szczęścia.

“Grzej rurę!” – rzucił któryś do Chmielewskiego. Ten wcisnął pedał gazu do oporu. Esbecy nie zatrzymali się, by łapać uciekiniera. Jedynego świadka swojej zbrodni.

 

Odzyskał przytomność. Ból. Szum kół na szosie. Ciemno. Ciasno. Duszno. Śmierdzi. Bagażnik od środka. Popiełuszko ściśnięty w ciemności bagażnika zaczyna walczyć. Rozpycha się. Uderza w klapę. Trzej w fiacie słyszą uderzenia z bagażnika.

“Popiełuszko z tyłu się tłucze! Oprzytomniał…” – mówi Chmielewski do kolegów. Zatrzymali auto.

 

Pogrzeb księdza Jerzego Popiełuszki na terenie kościoła św. Stanisława Kostki w Warszawie | fot. Andrzej Iwański / WikimediaCommons / CC BY-SA 3.0

 

Czuł, że samochód stanął. Zmysły pracują jak oszalałe. Ciało czuje i słyszy. Drganie auta. Ktoś wysiada. Kroki. Klapa bagażnika leci w górę. Zmęczone duchotą i smrodem płuca chwytają hausty nocnego powietrza. Oczy zmęczone ciemnością. Ciosy. Ciosy pałką. Do nieprzytomności***. Klapa opada. W drodze na tamę będzie jeszcze kilka takich postojów. Podczas jednego z nich Popiełuszko ucieka, ale zostaje złapany. Jest bity i powalony na ziemię. Oprawcy związują księdza. Popiełuszko jest już bardzo słaby. Tylko jęczy. “Kamulki do nóg. I do wody” – miał powiedzieć kapitan Piotrowski. Koniec szans. Mordercy jadą w kierunku tamy we Włocławku.

Tama. Pusto. Mordercy podchodzą do barierki. Patrzą w dół na lustro wody. Wracają do auta i rozglądają się. Nie ma świadków. Klapa bagażnika w górę. Ostatni raz. Ksiądz Jerzy, skatowany i zakneblowany, leży z głową w lewej części bagażnika. Podkulone więzami nogi są z prawej. Trzy pary rąk chwytają kapłana. Jeszcze sutanna zaczepia o zamek bagażnika, ale mordercy są silniejsi. Sutanna puszcza. Pęka ostatnia nić. We trzech niosą go do barierki. Przerzucają.

 

Leci w dół. Spętany. Kamulki w worku u nóg. Otwiera się czarna toń. Kamulki ciagną w dół. Bezlitośnie. Cicho. Gasną kręgi na wodzie.

 

***Ksiądz Jerzy Popiełuszko został straszliwie skatowany. Był torturowany. Trudno było nawet rozpoznać ciało podczas identyfikacji. Twarz była posiniaczona, zmasakrowana. Sekcja wykazała duże obrażenia narządów wewnętrznych. Na szyi księdza Jerzego wisiał krzyżyk.

 


Wydanie dot. ks. Jerzego Popiełuszki tworzymy dzięki współpracy z Jego muzeum w Warszawie


Sławomir Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Papież: Jak powstrzymać głód i migrację?

- Zdaniem niektórych, aby rozwiązać problem głodu na świecie, wystarczy zredukować liczbę ludzi, których trzeba nakarmić. Jest to jednak rozwiązanie fałszywe, jeśli weźmie się pod uwagę skalę marnotrawstwa żywności i wzorce konsumpcji. Łatwo jest redukować, dzielenie się wymaga natomiast nawrócenia i dlatego jest trudniejsze – mówił Papież podczas wizyty w FAO