video-jav.net

Za wszelką cenę

Pracuje w mediach, bo wszyscy wokół mówili, że ma do tego talent. Dołożyła pracowitość. Kiedy miała przeskoczyć kolejny szczebelek na ścieżce kariery – dramatycznie zabrakło pewności siebie. Deficyt znikał po lampce wina. Potem po dwóch, trzech, kilku, kto by tam liczył. O spotkaniu, które przerwało ten ciąg opowiada Marta, dziennikarka, lat 32.

Joanna
Maleńka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W mojej pierwszej pracy, na II roku studiów, po pierwszym miesiącu miałam wrażenie, że najtrudniejsze, co mnie w niej spotyka, to nadążyć za moimi szefami w… piciu. W taki sposób, aby jednocześnie nie wypadać z omawianych poważnych tematów po – mojej jednej a ich kilku – lampkach koniaku, wina czy czegokolwiek, co tam się jeszcze pojawiało w tle.

Na szczęście nie próbowałam z nimi ścigać się na mocne głowy a oni szybko zauważyli, że pożytku ze mnie nie będzie, jeśli na spotkaniach służbowych będą i mnie do picia namawiać. Dali spokój. Pięć lat później, pracując w innej redakcji zupełnie innego pisma, usłyszałam od redaktorki, którą podziwiałam: "Po lampce wina cudownie mi się pracuje". To zdanie i błogi uśmiech na twarzy tej pięknej kobiety nie wiedzieć czemu wróciły mi przed oczy, kiedy parę lat później w kolejnej redakcji stanęłam przed wyzwaniem, moim zdaniem ponad moje siły. Z drugiej strony – bardzo chciałam spróbować. Z trzeciej strony – nie mogłam odmówić, bo zlecenie dostałam od naczelnego, i już.

Żeby napisać zlecony reportaż, musiałam rozmawiać z kilkunastoma osobami, z których kilka to takie sławy, że w rozmowie z nimi – wcześniej pracowałam w dziale miejskim, później na stanowisku, na którym nie musiałam sama kontaktować się z bohaterami tekstów – łamał mi się głos po pierwszym "dzień dobry". Miałam do wyboru: albo nawalę, albo zwariuję z napięcia, albo coś wymyślę. "Po lampce wina świetnie mi się pracuje" – właśnie wtedy wróciło mi to zdanie. Wypiłam lampkę, i drugą – pierwsza rozmowa poszła świetnie. Przed kolejną więc – znów. I tak przez trzy tygodnie pracy nad trudnym tekstem, od którego zależało moje być albo nie być w tej redakcji. Wypiłam w tym czasie więcej niż przez poprzedzające ten tekst dwa lata. Może nawet trzy. Nigdy nie zwracałam większej uwagi na to, ile piję, bo nigdy to nie był temat numer 1 (choć abstynentką nie byłam). Tekst został przyjęty, wskoczyłam z nim szczebelek wyżej w redakcyjnej hierarchii. Ego podbudowane, kolejna butelka otwarta, bo przecież było co świętować.

Za wszelką cenę

Był jeszcze facet poznany na jednym z portali randkowych. Na jednym z portali, bo wcześniej mocno zawiedziona miłość: zakochany po uszy okazał się – mówiąc dyskretnie – mieć zobowiązania.  Po trzech miesiącach niemal codziennych spotkań z tym z portalu, przegadanych na lanczach, śniadaniach albo do zamknięcia lokalu kolacjach – okazał się kimś owszem, zauroczonym, ale niezobowiązująco jednak, bo… , powtórka z rozrywki. Lampka – chciałabym napisać, ale chcąc być szczerą: butelka – wina wydawała się ratunkiem przed totalnym załamaniem. W życiu osobistym.

W zawodowym też była ratunkiem. Prosty sposób na zbicie stresu, zabicie smutku i rozczarowania, uwolnienie błyskotliwej riposty, poczucia humoru – tak bardzo cenionych przez kolejnych rozmówców do kolejnych tekstów. Przez wiele miesięcy sprawdzał się doskonale.

Tyle że ja z miesiąca na miesiąc coraz bardziej czułam się tak, jakby jedna część mnie pięła się w górę, druga – wciąż skulona ze strachu – została gdzieś daleko z tyłu.

Ani się obejrzałam, pić zaczęłam, żeby w ogóle móc żyć w tym świecie, do którego tak aspirowałam, a z czasem – w ogóle żyć. Dotąd wszystko pięknie, elegancko i nie sprawiało kłopotów. Aż zaczęły się kłamstwa, bo… a to  nie mogłam iść na spotkanie, a to do pracy, na imprezę nawet. Straciłam całkowicie kontrolę nad swoim piciem. Wymówki, izolacja, zacieranie śladów, pogłębiająca się samotność, rozpacz, bezsilność i świadomość, że nie mogę o tym nikomu powiedzieć, bo stracę wszystko.

Nie chcę opisywać prób walki z nałogiem, obietnic, jakie sobie składałam, dni, kiedy leżałam bez siły, nie mogąc iść nie tylko do pracy, ale w ogóle wyjść z domu po coś do jedzenia. O roku, dwóch, prawie trzech – które nie wiadomo kiedy minęły. O tym, że moje koleżanki zdążyły wyjść za mąż, albo wyjść z małżeństwa, urodzić dziecko i nawet nauczyć je chodzić. Nie wiem, kiedy minęły te dni, bo ja wciąż myślałam: "jutro o tym pomyślę", albo: "nie mam siły o tym teraz myśleć",  a żeby nie myśleć, piłam.  Byłam za dobra w pracy i zbyt pozbierana w życiu (pozornie, bo ilość nieodebranych awizo, zaniedbanych płatności, spóźnionych reakcji na to i owo mogłabym zgłosić do księgi rekordów Guinessa), żeby komuś chciało się zauważyć, że coś jest nie tak. Każdy patrzy w swój monitor, każdy leci za swoim motylem, zdobywa swoje góry – nie ma kiedy zauważyć, że drugi zdycha co wieczór i co rano. A jeśli nawet – znaleźć sposób, by się zatroszczyć i pomóc, skoro sam nie prosi. Raz czy dwa poszłam na spotkania AA, dziwnie się tam czułam. Potem znów ze trzy razy, do innej grupy. I na terapię trzy razy w tygodniu po trzy godziny. Mili ludzie, ale i ich nie chciałam oszukiwać: nie umiałam przestać pić.

Himalaje poczucia winy. Kiedyś chodziłam do kościoła, jak się zaczęło z tym piciem na ostro, przestałam. Żeby i Bogu nie ściemniać. Zostałam sama. Pojawiły się myśli, żeby z tym skończyć raz na zawsze. Ciemność. Opuszczenie. Bo wciąż piłam sama i wciąż nikt o tym nie wiedział. A jak ktoś coś być może zauważył – udawał że nie widzi, skoro ja nic nie mówiłam. Zresztą po co miałby widzieć? Co miałby z tym widzeniem zrobić? Najpierw elegancka samotność szybko więc zmieniła się w bezradność w pijackim widzie.

Za wszelką cenę

Na ostrym kacu, któregoś z kolei takich ranków, trzęsąc się od dreszczy pod kołdrą, myśląc o tym, że czas ze sobą skończyć, bo nie ma ratunku, zobaczyłam coś dziwnego: że Jezus siada na brzegu mojego łóżka, poprawia kołdrę i po prostu ze mną jest. Nie robi wyrzutów, nie mówi, że wszystko zmarnowałam, że zniszczyłam swoją szansę, że zawiodłam i nic już ze mnie nie będzie. Nie mówi nic, ale jest i ucisza rozpacz we mnie. To było tak dojmujące i tak realne, że ten dzień spędziłam wprawdzie w łóżku, ale już nie myśląc o śmierci, a tylko o tym, aby się wyspać.

Rano umyłam się, ubrałam, zadzwoniłam do znajomego księdza, prosząc o spowiedź. Potem Msza, śniadanie. Potem praca, obiad, praca i kolacja. Potem walka ze sobą, by po byle stresie nie polecieć po kieliszek, ale po pierwszym i drugim trudnym wytrzymaniu "na stopie", po kilku nieudanych z mojej strony, udanych z Jego interwencjach (biegłam do sklepu zawsze czynnego – a tam przyjęcie towaru, więc zamknięty; innym razem – napis na drzwiach: zaraz wracam), podjęłam decyzję: nie piję.  Poszłam na adorację przy Placu Zbawiciela w Warszawie i powiedziałam: Jezu, dziękuję Ci, że mną nie wzgardziłeś, kiedy ja sama sobą byłam załamana. Jeśli  chcesz, żebym żyła i żebym żyła inaczej, poprowadź mnie, bo ja nie wiem jak. I nie wiem, jak wiedzieć, że to Ty mnie prowadzisz, więc weź to pod uwagę, proszę..

To było osiem miesięcy temu. W tym czasie zdarzyła mi się jedna wpadka. Nie piję. Jak mam słabszy dzień, czytam wywiady ze Stanisławą Celińską. A ostatnio świetną książkę Caroline Knapp: Picie. Opowieść o miłości – dla mnie nie tyle o piciu, co demaskująca styl życia, którego mi lepiej się wystrzegać, bo do picia mnie prowokuje. Zaczynam terapię ponownie, tym razem połączoną z indywidualną. Uwierzyłam, że komuś zależy na mnie bardziej niż wszystkim innym, łącznie ze mną samą. Nawet jeśli inni myślą, że tamtego dnia, kiedy Jezus poprawiał mi kołdrę, mi się przywidziało. Ale nigdy nie czułam się tak zaakceptowana. I tak przez nikogo zaskoczona prostą miłością. Wystarczyło, by znaleźć sens do… jeszcze nie wiem dokładnie do czego, ale na pewno do życia.

 

 

Joanna Maleńka

Zobacz inne artykuły tego autora >
Joanna
Maleńka
zobacz artykuly tego autora >

Kiosk boski czyli autorski przeglad zagranicznej prasy religijnej (26.10.2012)

26.10 - jak co tydzień Szymon Hołownia przedstawia przegląd prasy opatrując go swoim niebanalnym komentarzem. Przeczytaj i sprawdź "czym żyje świat".

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Argentyna. Ochrzcij, bierzmuj i kliknij

Kolejna argentyńska diecezja, Moron, dołączyła do działającego już m.in. w stołecznej archidiecezji Buenos Aires elektronicznego rejestru sakramentów. Oprócz odnotowywania chrztów, ślubów i pogrzebów w parafialnych księgach, wyposażeni w podpis elektroniczny proboszczowie będą wpisywać dane do superbezpiecznej komputerowej sieci, dzięki której każdy inny proboszcz w kraju będzie mógł sprawdzić, jakie sakramenty przyjął dany delikwent.

Do tej pory standardem (również w Polsce) jest papierowy obrót kościelnymi dokumentami. Chcąc dajmy na to zawrzeć ślub należy zgłosić się do parafii swojego chrztu, gdzie w księgach ustala się, czy zostaliśmy ochrzczeni i bierzmowani. Nawet jeśli zostaliśmy bierzmowani gdzie indziej, proboszcz kościoła w którym do tego doszło ma obowiązek zawiadomić (listownie) parafię chrztu. Ten analogowy system, świetnie sprawdzający się przed erą tanich linii lotniczych, musi jednak odejść do lamusa, stwarzać będzie bowiem coraz więcej problemów (jakim jest np. obieg dokumentów w przypadku kogoś, kto chrzcił się w Afryce, bierzmował w Europie a żenić będzie się w Stanach – a co jeśli na poczcie wcięło gdzieś listy z Australii, zawiadamiające, że miesiąc wcześniej zawodnik coś komuś już ślubował gdzie indziej?). Prędzej czy później będzie musiał objąć cały glob.

Producenci oprogramowania już mogą zacierać ręce, budowa bazy danych na półtora miliarda ludzi to przedsięwzięcie większe od zorganizowania Facebooka. Zastępy nowych Zuckerbergów in spe z pewnością zaczną więc już niebawem mamić hierarchów, opowiadając im przy tym ile fajnych opcji można do takiego rejestru dodać. W Argentynie pozwala on m.in. na tworzenie statystyk, wysyłanie okolicznościowych życzeń osobom obchodzącym rocznice sakramentów, projektowanie dla nich indywidualnej ścieżki kontaktu i nauczania religijnego, ma też podobno proste funkcje społecznościowe i pozwala parafiom informować się nawzajem o wydarzeniach. Kilknij: "Amen".

Irlandia. "The Priests" – lepiej nie wiedzieć, że mogło być lepiej

"The Priests" słynne śpiewacze trio północnoirlandzkich proboszczów rusza w przedświątęczną trasę koncertową. Ich debiutancka płyta rozeszła się w ponadtrzymilionowym nakładzie. Tym razem odwiedzą głównie Wielką Brytanię, Stany i Kanadę. Do Polski znów nie zawitają. Może to i dobrze, może lżej będzie słuchać wokalnych dokonań rodzimych faroszów. Czego uszy nie słyszą, tego sercu nie żal.

Watykan. Remanentu w papieskiej szafie odcinek sto ósmy  

Podczas uroczystości kanonizacyjnych w Rzymie papież ogłosił świętymi między innym bł. Kateri Tekakwithę z plemienia Mohawków, pierwszą rdzenną Amerykankę z aureolą i bł. Pedro Alungsoda, filipińskiego katechistę zamęczonego na Guam w XVII wieku. Przy tej okazji w Stanach podnosły się głosy niektórych Indian oburzonych tym, że ludzie Kościoła – ich zdaniem – współpracowali z najeźdźcami w mordowaniu Indian, a teraz wybierają sobie spośród nich świętych. Na Guam z kolei  co niektórzy gotują się faktem, że Filipińczycy "podebrali" im świętego (św. Pedro ma już być patronem filipińskiej młodzieży).

Nie uchybiając niczego powadze wspominanych dyskusji, uwaga katolickiego gadżeciarza biegnie jednak gdzie indziej. Znawcom tematu nie umknęło, że podczas uroczystości Benedykt XVI pokazał się światu odziany w tzw. fanon. Koledzy zachodni dziennikarze stanęli wobec tego faktu bezradni – my wyjaśniamy. Papieski fanon to naramienna, dwuwarstwowa chusta wykonana z jedwabiu przetykanego złotą nicią. Wywodzi się z używanego już w ósmym wieku tzw. anabolagium. Jedną jej część umieszcza się pod szatami papieża, drugą na zewnątrz. Owszem, jest ładna, ale jaka jest jej symbolika – trudno ustalić. Prawdopodobnie mogła być zbliżona do humerału. To z kolei używana do dziś biała naramienna chustka, którą ksiądz zakłada pod albę nie tylko po to by spod ornatu nie było widać świeckiej koszuli, ale i po to by ochronić głowę (na którą kiedyś zakładano humerał) od roztargnień, ubrać ją w "hełm zbawienia".

Fanon papieski wyszedł z użycia wraz z reformą liturgii po Soborze Watykańskim II, z szafy wyciągnął go na początku lat 80. Jan Paweł II, ale po jednorazowym użyciu, z powrotem go do niej schował. Benedykt XVI słynie z zamiłowania do odkurzania starych liturgicznych "ciuchów", zwolennicy tego typu działań widzą w tym kolejny przejaw jego miłości do starej, przedsoborowej liturgii, krytycy nie bardzo rozumieją po co ten pokaz kościelnej mody. Osobiście lokuję się pomiędzy nimi, nie mogąc czasem oprzeć sie wrażeniu, że papiescy ceremoniarze nieco przesadzają, z drugiej jednak nie mogąc nie docenić wrażliwości Benedykta XVI na piękno jakie powinno towarzyszyć sprawowaniu liturgii.

Niemcy. Prof Hans Kung patrzy na siebie w kamieniu

Papieża za zbytnie przywiązanie do pompy, splendoru i pochodzących nawet z czasów medycejskich szat skrytykował ostatnio w wywiadzie dla "The Guardian" jeden z czołowych katolickich dysydentów, prof. Hans Kung. Reporter gazety zauważył przytomnie, że prof. Hans Kung wygłaszając te stanowcze sądy patrzył na zainstalowany w swoim ogrodzie naturalnych rozmiarów pomnik prof. Hansa Kunga, ufundowany przez prowadzoną przez prof. Hansa Kunga fundację.

Francja. Lefebryści wyrzucili Willamsona

Lefebryści wydalili wreszcie ze swojego grona przeszkadzającego w dialogu z Rzymem kontrowersyjnego biskupa Richarda Williamsona, przekonanego (i co gorsza – chętnie dzielącego się tym przekonaniem), że "Protokoły Mędrców Syjonu" to szczera prawda, a komory gazowe to hipoteza historyków. Do niedawna (dopokąd Benedykt XVI nie podjął dialogu z tym jedynym prawdziwym, ortodoksyjnym i katolickim środowiskiem w Galaktyce), bp. Williamson był ekskomunikowany. Teraz został wydalony z Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Pytanie więc jaki będzie teraz jego kościelny status? Ot, zagwozdka – nielegalny biskup z zawieszoną ekskomuniką wyrzucony z ekskomunikującego wszystkich poza swoimi własnymi członkami stowarzyszenia?

Watykan/Irlandia. Siostra prezydent atakuje

Sprawa w sam raz dla Mary McAleese. Była prezydent Irlandii, profesor prawa karnego, robi obecnie doktorat z prawa kanonicznego na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Podczas promocji swojej książki "Quo Vadis? Collegiality in Code of Canon Law" w Dublinie, opowiadała, że – choć w widocznym miejscu nosi zawsze pierścionek zaręczynowy i ślubną obrączkę – przynajmniej raz w tygodniu jakiś ksiądz zwraca się do niej per "proszę siostry", czyli jak do zakonnicy. Kapłanom nie chce zmieścić się w głowie, że ktoś poza ludźmi "z branży" mógłby chcieć studiować prawo kanoniczne, regulujące zasady kościelnego życia.

Na promocji było też jednak poważnie. McAleese mówiła o swojej wizji niedosytów w kolegialności Kościoła, który wciąż zarządzany jest jej zdaniem niemalże jednoosobowo. Ostatni Sobór wyraźnie wskazujący, że naczelnym organem władzy w Kościele jest kolegium biskupów, zatrzymał się w pół kroku i nie zostawił narzędzi, które pozwoliłyby egzekwować tę zasadę w codziennym życiu i zarządzaniu. Jakby hierarchowie bali się, że owa kolegialność ruszy szparko do przodu i urwie głowę rzymskiemu prymatowi, z którą przecież wcale nie musi się kłócić. McAleese nie postuluje rewolucji, a nieco szersze delegowanie odpowiedzialności z Rzymu na dół. Wspomina też dwa kanony prawa kanonicznego zalecające wiernym, by informowali swoich pasterzy o swoich potrzebach i pragnieniach, w tym kontekście postuluje też stworzenie w Kościele przestrzeni do wewnętrznej debaty nad sprawami, które części z nas wydają się istotne.

McAleese znana jest np. z tego, że bardzo lubi dyskutować o możliwości udzielania święceń kapłańskich kobietom, za co kiedyś strasznie ją zresztą zjechał (usunięty później za nieudolne rozplątywanie skandali pedofilskich) kardynał Bernard Law, mówiąc że "żal mu Irlandii, która ma takiego prezydenta" i próbując wykorzystać w celu "nawrócenia" McAleese "ortodoksyjną" katolicką intelektualistkę Mary Ann Glendon, co musiało być żenujące dla obu skonfrontowanych dam. McAleese zastrzega jednak, że niezmiennie jest katoliczką, chce jednak mieć prawo zadawać pytania i wspólnie z Kościołem szukać na nie odpowiedzi. Jeśli będzie to robiła równie dynamicznie co do tej pory – o tej pani z pewnością jeszcze usłyszymy.

Wielka Brytania. Biskup walczy z dzikim kapitalizmem

Biskup Thomas McMahon z diecezji Brentwood (północno – zachodni Londyn) napisał list do firmy John Lewis, zarządzającej siecią popularnych sklepów z meblami, ubraniami i zabawkami, apelując by zrewidowała decyzję o zmianie umów z armią trzech tysięcy osób sprzątających sklepy, które dzięki tej zmianie zarabiałyby o dwa funty na godzinę mniej. Biskup wsparł tym samym akcję organizacji społecznych, kościołów i gmin muzułmańskich działających wspólnie na rzecz zapewniających socjalne minimum płac dla imigrantów zaharowujących się często na śmierć w brytyjskiej stolicy.

RPA. Nie żyją przez zemstę królika

Potwierdzają się plotki, którymi od kilku tygodni żyje pół wierzącej Afryki. Cały świat słyszał o zabiciu 16. sierpnia przez policję 34. górników z kopalni platyny Lonmin Marikana koło Johannesburga. Okazuje się, że strajkujący robotnicy poprosili o wsparcie lokalnego znachora, który naciął ich skórę i wtarł w rany magiczne zioła, przekonując że dzięki tej procedurze osiągną pełną kuloodporność. Nie osiągnęli jej, bo przed konfrontacją z policją zabili biegającego po okolicy królika, który to czyn – zdaniem znachora – skasował ich nabyte dzięki jego wysiłkowi cudowne właściwości.

USA. Wojna na żarty. Romney górą

W Nowym Jorku odbył się doroczny bankiet im. Alfreda Smitha, połączony ze zbieraniem funduszy na programy zdrowotne prowadzone przez katolicką archidiecezję Nowego Jorku. Wzięli w nim (tradycja) udział obaj kandydaci na prezydenta i kardynał Nowego Jorku Timothy Dolan znany ze swego rubasznego usposobienia. Zanim zaczęły się będące tradycją tej imprezy wzajemne docinki i żarty, kardynał wygłosił jednak mocną mowę, apelując do kandydatów (a zwłaszcza do Obamy, z którym idą na noże w sprawach światopoglądowych), żeby zatroszczyli się o tych, którzy są – jak pozwala powiedzieć język angielski "un" (w języku polskim na ich opisanie należy użyć dwóch przedrostków "nie" i "bez"): bezrobotni, nieubezpieczni, niechciani, nienarodzeni, nielegalni, bezdomni, niezdrowi, niedożywieni, niedokształceni". W luźniejszej części wieczoru kardynał Dolan sugerował, że w zasadzie od obu panów niczego nie oczekuje (my katolicy mamy bowiem przecież wiceprezydenta Bidena i wiceprezydenta in spe Ryana).

Romney żartował, że przygotowywał się do tych wyborów i debat nie pijąc alkoholu od 65. lat (jako mormon i tak nie może tego robić), sugerował też, że niechętne mu media po tej kolacji i tak napiszą pewnie iż "Kościół wspiera Obamę a Romney je z bogatymi". Co ważne – wyraźnie opowiedział się za obroną życia nienarodzonych. Obama próbował nadążać, a komentując swoją słabą formę podczas pierwszej prezydenckiej debaty stwierdził, że wspaniale się na niej wyspał, dzięki czemu teraz jest wypoczęty i gotowy do walki.

USA. Jezus wolałby Romneya?

Amerykańscy biskupi im bliżej wyborów, tym wyraźniej wskazują, że katolicy powinni głosować na Romneya. Jakże cudownym przeżyciem byłoby zorganizowanie wycieczki do Stanów niektórym moim kolegom (i jednej koleżance z  pewnego liberalnego dziennika) przekonanym, że Polska to kraj gdzie Kościół bywa najbardziej rozpolitykowany  na świecie. Niechby posłuchali słynnego biskupa z Illinois Daniela Jenky, który zasłynął porównywaniem Obamy do Hitlera (tak, tak, Tim Rohr z mojej ostatniej książki nie był pierwszy), a teraz kazał proboszczom czytać list pasterski, w którym wyjaśnia, że głosowanie na Obamę jest równoznaczne moralnie z czynem tych, co skazali na śmierć Chrystusa. Biskup z Alaski Edward J. Burne porównał poparcie jakiego Joe Biden udziela prawom aborcyjnym do popierania handlu ludźmi i poddał w wątpliwość jego katolicyzm, po demokratach ostro przejechał się też bp David Ricken z Wisconsin.

Biskupi mogą, więc ja też wygłoszę oświadczenie, skoro już jestem przy klawiaturze, nieprawdaż. Otóż zawsze jak lew będę bronił (bo jestem w stanie to zrobić) tezy, że ambona jest ostatnim miejscem, na którym powinno uprawiać się politykę. Do końca świata będą pewnie jednak na nim tacy hierarchowie, którzy widząc przed sobą włączony mikrofon nie odpuszczą sobie skomentowania "Wiadomości" zamiast głosić przezeń Ewangelię. Równie długo istnieć na nim będą z pewnością ich adwersarze ze środowisk tzw. postępowych katolików, którzy – czy w Polsce, czy Stanach (jak tu James Salt z organizacji Catholics United) – zawsze wyciągają przeciw politykującym hierarchom żelazny argument: "bo to odstrasza młodych ludzi". Stosowanie narzędzia: "bo coś spodoba się młodym" vs. "bo coś nie spodoba się młodym" to dowód kompletnej impotencji intelektualnej, niezależnie od tego kto po nie sięga. Chrześcijaństwo to nie płyn na trądzik lub napój. Jest atrakcyjne bo niesie w sobie prawdę, nie odwrotnie.

Wielka Brytania. Z łodzi podwodnej do łodzi Piotrowej

Internetowa strona diecezji Clifton (miasto Bristol i okolice) donosi, że pracę w charakterze sekretarza zaczyna w niej właśnie Nick Tarr, były wiceprezes ds. technologii przyszłości w koncernie Rolls – Royce. Za 65. tysięcy funtów rocznie będzie dostosowywał działania diecezji do zmieniających się szybko wymagań stawianych organizacjom dobroczynnym czy wyznaniowym szkołom, będzie też koordynował całość formalno – prawnych działań lokalnego Kościoła. Wątpliwości komentatorów budzi fakt, że pan Tarr swoje kompetencje szlifował w firmie produkującej m.in. silniki do wojskowych odrzutowców i reaktory do atomowych łodzi podwodnych, a wyścig zbrojeń nie jest od jakiegoś czasu ideą specjalnie wspieraną przez nasz Kościół.

Austria. Felix Baumgartner – katolicy podbijają stratosferę

Jest kolejny dowód na antyreligijną obsesję mediów. Cały świat ekscytował się stratosferycznym wyczynem Felixa Baumgartnera, nikt nie wspomniał jednak, że ów austriacki ekscentryk, były wojskowy, miłośnik pięknych kobiet (oficjalna przyszła żona – Nicole Oetl, była miss Dolnej Austrii, poprzednia oficjalna narzeczona prezenterka Katsuchka Altmann) i skoków ze wszystkiego co ma więcej niż dziesięć pięter, jest – czego się wcale nie wstydzi – głęboko wierzącym katolikiem, czego dowiódł, gdy skacząc (nielegalnie) z prawej ręki słynnego Jezusa w Sao Paulo, pozostawił najpierw na jego ramieniu kwiaty, znak głębokiej czci dla Zbawiciela. "Chwała na wysokości" nie zaśpiewał pewnie tylko dlatego, że goniła go policja.

Ten subiektywny przegląd stanowi efekt lektury tytułów i serwisów: "The Tablet", "The Universe", "The Catholic Herald", "The Southern Cross", ucanews.com, ncronline.org, zenit.org, misna.org,  catholicnewsagency.org, cisanewsafrica.com

Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >