video-jav.net

Wywiad z o. Pawłem Kozackim – nowym prowincjałem polskich dominikanów

„Oprócz głoszenia Słowa w wymiarze apostolskim i misyjnym ważne będą też dla nas kwestie tożsamościowe. Świat się zmienia, pewne formy życia zakonnego słabną, bo albo przestaliśmy być gorliwi, albo nie pasują do czasu, w którym się znajdujemy. Pojawiają się pytania kim mamy być, jak funkcjonować” – mówi w rozmowie z KAI o. Paweł Kozacki OP, który 1 lutego został wybrany prowincjałem Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego.

Polub nas na Facebooku!

Przed nowym prowincjałem polskich dominikanów stoi wyzwanie przygotowania jubileuszu 800-lecia ustanowienia zakonu, a także przejęcie odpowiedzialności za braci i klasztory dominikańskie na Ukrainie. W Polsce natomiast o. Kozacki chciałby wzmocnić duszpasterstwa przy klasztorach dominikańskich.

Publikujemy rozmowę z o. Pawłem Kozackim OP

KAI: Jakie wnioski płyną po tych dwóch tygodniach kapituły?

– Generalnie zauważam chęć instytucjonalizacji naszych przedsięwzięć. Dzieła charyzmatyczne, spontaniczne, które opierają się na osobowości prowadzącego, często kończą się wraz z jego odejściem. Dlatego padły wnioski o nadanie bardziej formalnego kształtu niektórym z nich. Nie chodzi tu o jakieś twarde struktury, ale zapewnienie ciągłości lub rozwoju. Mniej partyzantki, a więcej planowego działania. Bracia podkreślali konieczność długofalowego, strategicznego myślenia, dotyczącego dzieła, które chcemy wzmocnić. Dotyczy to na ogół dzieł wspólnych dla całej prowincji czy nawet zakonu, a nie tylko jednego klasztoru.

Pojawiło się kilka inicjatyw podejmujących próby szukania nowych dróg ewangelizacji czy form głoszenia bezpośredniego i w przestrzeni nowych mediów. Najbardziej znamiennym postanowieniem kapituły jest decyzja, która wynika z działań całego zakonu – kapituła generalna postanowiła, że likwiduje się wikariaty generalne, czyli obszary podlegające bezpośrednio generałowi zakonu, a każdy wikariat ma podlegać którejś z prowincji. Z Polską Prowincją Dominikanów był dotychczas na tej zasadzie związany Wikariat Białorusi, a ze strony Ojca Generała popłynęła zachęta, żebyśmy wzięli także odpowiedzialność za Ukrainę. To będzie proces, ale na kapitule podjęto decyzję, że teren Ukrainy stanie się Wikariatem Polskiej Prowincji Dominikanów. Bierzemy odpowiedzialność za misję zakonu na Ukrainie – za tamtejsze klasztory, tamtejszych braci.

KAI: W świetle aktualnych wydarzeń na Ukrainie to dość znacząca decyzja.

– Znacząca, ale zupełnie niezwiązana z tymi wydarzeniami. Proces przechodzenia wikariatów pod prowincje został zapoczątkowany w 2010 r. To jest kolejny krok wynikający z tamtych decyzji. To potężne wyzwanie dla nas, bo to zupełnie inny od polskiego obszar – inny naród, duże i silne Kościoły – prawosławny i greckokatolicki. Pytanie, co i jak mamy tam robić?

KAI: Ojciec stawia pytania czy ma już jakieś odpowiedzi?

– Nie mam odpowiedzi, mam tylko pewne wizje dotyczące mnie, jako prowincjała. Jeżeli chodzi o Polskę, to znam ten kraj i ten Kościół, więc są podstawy ku temu, żeby coś wymyślać i coś sądzić. Żyję blisko 50 lat, więc mam trochę doświadczenia, żeby pewne rzeczy zweryfikować czy ocenić pomysły. Natomiast Ukrainy w ogóle nie znam.

KAI: Jakie są Ojca pomysły dotyczące Polski?

– Na razie nie chcę mieć pomysłów. Nie chodzi o to, że wyrzekam się myślenia. Ale na początku posługi prowincjała bardziej ciekawi mnie, co myślą bracia, w jakiej są sytuacji. Mogę ustalić strategię, która będzie wydawała mi się idealna, ale może się okazać, że jest za duża lub za mała na ludzi, których mamy na pokładzie. Dlatego najpierw chciałbym się zapoznać z realiami – jak funkcjonują klasztory, jakie są ich problemy, jakie są ich mocne i słabe strony. Planuję objazd całej prowincji i spotkania ze wszystkimi braćmi. Część moich działań będzie wynikała z tego, co zostanie zapisane w aktach kapitulnych, a część z tego, co usłyszę w poszczególnych klasztorach. Jako prowincjał nie mogę realizować prywatnej wizji, bo jestem tylko wykonawcą decyzji kapituły. Teraz mogę przeciw niektórym nawet protestować, a inne faworyzować, ale w Radzie jest siedem osób i decyzje podejmujemy w demokratycznym głosowaniu.

Po tym objeździe będę musiał udać się „osobno na miejsce pustynne”, gdzie nikt nie będzie wołał, dzwonił i wtedy zastanowić się, jak działać dalej, jak realizować powierzone mi zadania. Taka jest moja strategia mniej więcej do wakacji, żeby w czerwcu wiedzieć jak przekładać teorię na praktykę. Wtedy dopiero się okaże, co postawię na pierwszym miejscu.

KAI: Ojciec także, jako przeor krakowskiego klasztoru, zdawał sprawozdanie przed kapitułą.

– To był opis tego, jak wygląda nasze życie wspólnotowe – jego dobre i słabe strony; jak funkcjonuje klasztor i co się tutaj dzieje. To jest klasztor formacji, więc bracia tutaj przygotowują się do ślubów wieczystych i kapłaństwa, a dodatkowo działają takie instytucje jak Dominikański Ośrodek Liturgiczny czy Dominikański Instytut Historyczny. Mówiłem również o naszym duszpasterstwie, grupach funkcjonujących od lat oraz tych, które w ciągu ostatnich czterech lat dopiero się pojawiły lub w tym czasie zniknęły. Jeden z punktów takiego sprawozdania dotyczy wymiaru materialnego, czyli inwestycji czy remontów dokonanych w klasztorze. Sprawozdania przeorów służą kapitule, żeby zobaczyła, jaka jest sytuacja wśród polskich dominikanów.

KAI: Pytam o to, ponieważ funkcjonowanie krakowskiego klasztoru pod Ojca kierownictwem mogło mieć znaczenie dla wyboru Ojca na prowincjała.

– Tractatus, czyli dyskusja dotycząca wyboru prowincjała wygląda następująco: najpierw zgłasza się kandydatów, a później po kolei się ich omawia. Podnoszone są zarówno zalety, jak i wady danego kandydata. Ale z takim zastrzeżeniem, że ten, którego dyskusja dotyczy – wychodzi z sali obrad. Zatem nie słyszałem o motywach, które zdecydowały o moim wyborze. Ale zdrowy rozsądek podpowiada, że na taki wybór składają się dwie rzeczy. Po pierwsze, osobowość kandydata – jego relacje z braćmi, to jakim jest człowiekiem niezależnie od funkcji, które spełnia. A po drugie, patrzy się na jego doświadczenie, na to, czego dotychczas dokonał. Myślę, że w takiej dyskusji argument, że ktoś umiał kierować wspólnotą braci albo sobie w tym nie radził, jest plusem lub minusem dla danego kandydata.

KAI: Jakie są zatem Ojca doświadczenia, które mogą pomóc dobrze zarządzać Polską Prowincją Dominikanów?

– Ponad 30 lat jestem w zakonie, z czego 24 w kapłaństwie, czyli posłudze duszpasterskiej. Przez te wszystkie lata byłem katechetą w szkole podstawowej i przygotowywałem dzieci do pierwszej komunii św., uczyłem w liceum, byłem duszpasterzem akademickim, pracowałem w duszpasterstwie niepełnosprawnych i rodzin, i jako kapelan tercjarzy dominikańskich. W tym czasie byłem także redaktorem w dwóch stacjach radiowych, pracowałem w branży wydawniczej, przez 15 lat kierowałem miesięcznikiem „W drodze”, dwukrotnie byłem przeorem klasztorów; w Poznaniu i Krakowie. Tysiące godzin spędziłem spowiadając i prowadząc rozmowy indywidualne. Wygłosiłem w tym czasie kilka tysięcy kazań, dziesiątki rekolekcji. Spektrum moich doświadczeń jest bardzo szerokie. To, co widziałem, co mi się udało i błędy, które popełniłem będą mi teraz pomagać. Znam też braci, mnie więcej wiem kto co robi, jakie ma talenty.

KAI: Czy wybór prowincjała jest związany z tym, jakie zadania czekają prowincję w najbliższym czasie?

– Tak się o tym mówi, ale trudno znaleźć idealnego kandydata. Wystarczy, że z jednej strony chcielibyśmy zwiększyć udział głoszenia Słowa – dzieła duszpasterskie, a z drugiej chcemy wzmocnić wymiar intelektualny i studia. Nie da się wybrać dwóch prowincjałów a mało jest takich, którzy byliby równocześnie wieloletnimi duszpasterzami i mieli tytuł profesorski. Ważną cechą wydaje się tu być pewna wszechstronność – jeśli ktoś nawet nie jest specjalistą w danej dziedzinie, to jest nadzieja, że będzie potrafił się w tym odnaleźć albo dobierze sobie ludzi, którzy mu w tym pomogą.

To, o co pan pyta, oczywiście bierze się pod uwagę, ale wyzwań jest zbyt wiele i są wielopłaszczyznowe, żeby się znalazł ktoś, kto wszystkiemu sprosta. W tym wszystkim pewną rolę odgrywa czynnik ludzki. Bracia mają nadzieję, że prowincjał będzie człowiekiem kontaktowym, z którym będzie można się dogadać. Ktoś może być wybitnym indywidualistą, mieć super osiągnięcia w jakiejś dziedzinie, ale nie potrafić współpracować z innymi. Taki nie miałby szans na zostanie u nas prowincjałem, bo prowincjalat nie jest docenieniem dotychczasowej działalności. Wybór prowincjała to jest pewien kompromis a także moment demokracji wśród różnych wyzwań i bogactwa cech, które mają kandydaci.

KAI: Wyzwania, które stoją przed polskimi dominikanami w najbliższych latach skupiają się wokół tych wspomnianych wymiarów duszpasterskiego i intelektualnego?

– Nie można zapomnieć o tym misyjnym, związanym z Ukrainą. Poza tym są wyzwania, które mają bardzo konkretny wymiar. Na przykład kończy się miejsce w naszym archiwum i w naszej bibliotece. Archiwista i bibliotekarze alarmują, że za 5-7 lat będzie trzeba przestać kupować książki, bo nie będzie gdzie ich położyć. Przed prowincjałem stoi zatem wyzwanie znalezienia miejsca dla archiwum lub biblioteki.

Oprócz głoszenia Słowa w wymiarze apostolskim i misyjnym ważne będą też dla nas kwestie tożsamościowe. Świat się zmienia, pewne formy życia zakonnego słabną, bo albo przestaliśmy być gorliwi, albo nie pasują do czasu, w którym się znajdujemy. Pojawiają się pytania kim mamy być, jak funkcjonować. O dominikańską tożsamość zahacza też fakt, że za dwa lata będziemy obchodzić 800-lecie ustanowienia naszego zakonu. To będzie z jednej strony moment refleksji nad tym, kim jesteśmy, kim są dominikanie i jaka jest ich rola, ale także wzmocnienia swojej tożsamości i pokazania jej. Taki jubileusz jest szansą, żeby pokazać się w miejscach, w których nas nie ma, a tam gdzie jesteśmy, żeby zaprezentować specyfikę dominikańskiego charyzmatu. To bez wątpienia będzie dla mnie ważny moment, bo wypada dokładnie w środku mojej kadencji.

KAI: Jak prowincjał Zakonu Kaznodziejskiego ocenia polskie kaznodziejstwo?

– Kaznodziejstwo to dla mnie nie tylko głoszenie kazań i rekolekcji. Wymiar głoszenia zaczyna się od spotkań indywidualnych, rozmów, spowiedzi, poprzez tradycyjne homilie, jak i mniej tradycyjne sposoby, czyli poprzez media czy zupełnie poboczne, jak działalność artystyczna. Formą głoszenia, może skierowaną do węższych kręgów odbiorców, będzie również działalność intelektualna. Jeśli przepowiadanie Ewangelii zarysujemy tak szeroko, to w Polsce jest z tym bardzo różnie. Są miejsca bardzo piękne i dynamiczne, ale też takie, które są sztywne, tchną nudą i bardziej odstraszają niż przyciągają. I tak jest pewnie w każdym z obszarów, który wymieniłem.

KAI: Ma ojciec pomysły na dominikańską działalność w tych obszarach? Jakie wyzwania stają przed nowym prowincjałem?

– Chciałbym wzmocnić duszpasterstwa, które są przy naszych klasztorach. To nasz znak firmowy. Jeśli popatrzymy na liczebność całej naszej prowincji i procent oddelegowanych np. do duszpasterstw akademickich, to tych osób jest bardzo mało. Dlatego chciałbym zachęcić większą liczbę braci do pracy w tych obszarach. Trzeba się jeszcze zastanowić, jak ich przygotować do tej pracy, żeby mieli dużo atutów w rękach.

Poważnym wyzwaniem będzie jednak sprawa Ukrainy i przemyślenia tego, co chcemy tam robić. Tradycja zakonu w Polsce sięga 800 lat, a na Ukrainie jesteśmy od 25 lat. Nasze dzieła są tam jeszcze bardzo słabe. Trzeba podpatrzyć, co robią tam franciszkanie albo co jest mocną stroną Kościoła greckokatolickiego, albo czego tam brakuje, czy jest taki obszar, który my jako dominikanie moglibyśmy zagospodarować, bo mamy odpowiednie umiejętności i doświadczenia. Nie wszędzie i na wszystkie możliwe sposoby, ale specjalizacja w konkretnej dziedzinie i zagospodarowanie jakiegoś braku na Ukrainie.

Jeżeli chodzi o wzmacnianie dzieł intelektualnych, to myślę o integracji pewnych działań, bo doceniam wysiłek wspólnotowy. Gdy dwóch robi coś osobno, to wypracowują jakieś 200 proc. Ale jeśli tych dwóch zgodnie ze sobą współpracuje, to ze 100 proc. zaangażowania jednego z nich i 100 proc. drugiego wychodzi w sumie 250 proc. Chciałbym, żeby działania braci się wzajemnie dopełniały, wzmacniały i inspirowały. Ale mam świadomość, że dominikanie to jest banda indywidualistów. Pracujemy z żywymi ludźmi, to nie są klocki, które da się bez problemu dopasować. W tym jest ambaras, żeby dwóch dominikanów chciało na raz… ze sobą współpracować. Można snuć różne wizje, ale podstawą są ludzie i ich możliwości.

KAI: Od wielu lat jest Ojciec związany z mediami. Jak na tych polach będą funkcjonować w najbliższym czasie dominikanie?

– Chcemy rozwijać dwa obszary naszej medialnej działalności. Pierwszym jest środowisko związane z wydawnictwem „W drodze”, czyli miesięcznik i książki, które warto pielęgnować. A drugi tworzą młodsi bracia, którzy w Internecie szukają dróg docierania do ludzi. Te dwie rzeczy już są i trzeba o nie zadbać. Przy tym ważny jest moment otwartości – na coś nowego, co pojawi się w którymś bracie albo wyniknie z jakiejś sytuacji.

Potrzebujemy nieustannej otwartości na Ducha Świętego. Moje osobiste doświadczenie jest takie, że w swoim życiu dominikańskim prawie nic sam nie wymyśliłem, nie zaplanowałem. Znajdowałem się na ogół w miejscach, których sam nie planowałem, sam nie wymyśliłem. Starałem się jak najsensowniej robić to, do czego mnie posłano. Nie miałem zamiaru być redaktorem naczelnym miesięcznika, nie wymyśliłem sobie, że będę przeorem w Poznaniu czy Krakowie, a nim zostałem. Dlatego mam świadomość, że czasem to, co najważniejsze przychodzi przez jakieś wezwanie, które nagle się objawia. Wierzę, że Duch Święty może nas poprowadzić w obszary ciekawsze niż te, które planowaliśmy. Taka sytuacja może zostać stworzona przez zakon, przez Kościół albo przez sytuację społeczną, warunki gospodarcze… Wtedy plany będzie trzeba zmienić, bo coś innego będzie niecierpiącym zwłoki wezwaniem. Pamiętam, że w całym planowaniu, które czasem może przypominać zarządzanie spółką z nieograniczoną nieodpowiedzialnością, potrzeba otwartości i czujności na to, co dzieje się w świecie. Nigdy przecież nie planowałem, że wyjadę głosić ewangelię na Ukrainie. A teraz jako prowincjał mam być za ten teren odpowiedzialny.

KAI: Mówi Ojciec o otwartości na to, co przynosi czas. Dla Kościoła jest to czas pontyfikatu papieża Franciszka. Jakie inspiracje dla dominikanów płyną z tego pontyfikatu?

– Rozmawialiśmy o tym na kapitule. Z tego co wiem, inspiracją dla papieża Franciszka była Aparecida, czyli konferencja episkopatów Ameryki Łacińskiej, która w konfrontacji z sytuacją zewnętrzną oceniła duszpasterstwo i sformułowała pewne wnioski. Kluczowym terminem jest tutaj „nawrócenie pastoralne” – wobec pewnych procesów społecznych i odchodzenia ludzi od wiary, trzeba szukać nowych form głoszenia i docierania do ludzi. W dużym skrócie i uproszczeniu, kard. Bergoglio, który został Franciszkiem wprowadza w życie przesłanie Aparecidy – powrót do ideału ewangelicznego, prostoty, ubóstwa, mocy Słowa, ewangelicznego podejścia do konkretnego człowieka. Taki powrót do źródeł, powrót do Ewangelii zawsze powinien być dla nas inspiracją. Jest się czym i kim inspirować.

rozmawiał Przemysław Radzyński

***

Paweł Kozacki urodził się 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu. Do Zakonu Kaznodziejskiego wstąpił w 1983 r. Jako nowicjusz został aresztowany za wcześniejszą działalność w antykomunistycznym podziemiu.  

Był wikariuszem oraz katechetą i duszpasterzem akademickim w dominikańskiej parafii św. Dominika w Szczecinie. W latach 1993-1995 był redaktorem naczelnym oficyny „W drodze” w Poznaniu, a przez następne 15 lat szefem miesięcznika „W drodze”.  

W 2010 r. wspólnota krakowskiego klasztoru wybrała go swoim przeorem. Rok temu urząd ten powierzono mu po raz drugi. 1 lutego 2014 r. kapituła polskich dominikanów wybrała go prowincjałem Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego na czteroletnią kadencję.


KAI / rozmawiał Przemysław Radzyński / Kraków

Szczypta soli i ledwie promyk

Komentarz do niedzielnej Ewangelii (Mt 5,13-16) autorstwa ks. Piotra Brząkalika.

ks. Piotr
Brząkalik
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

„Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt 5,13-16).

Szczypta soli i ledwie promyk

Dzisiejszy fragment mateuszowej Ewangelii pochodzi z piątego rozdziału, który cały nazywany jest Kazaniem na Górze. Zwykliśmy potocznie Kazaniem na Górze nazywać tylko owych osiem błogosławieństw, od których ten rozdział się rozpoczyna, trochę przy tym zawężając pojemność treści Jezusowego nauczania, jakie ten popularnie używany tytuł z sobą niesie.

I zaraz po tych ośmiu błogosławieństwach, takim jakby jednozdaniowo spisanym katalogiem warunków bycia błogosławionym – innymi słowy szczęśliwym – Pan Jezus mówi: Wy jesteście solą dla ziemi (…) Wy jesteście światłem świata. Nie sposób nie dostrzec i nie odczytać logicznego ciągu następstw. Inaczej mówiąc, sposobem, warunkiem bycia solą ziemi i światłością świata jest zastosowanie ośmiu błogosławieństw.

Sól niemal od zawsze w sposób codzienny i powszechnie oczywisty obdarza smakiem. Była jednak również symbolem czystość. Starożytni mówili ponoć, że jest najczystsza, bo pochodzi z morza i słońca.

Skoro mamy być solą ziemi, boWy” odnosi się i do nas, to warto pytać, czy tam, gdzie mieszkamy, żyjemy, pracujemy obdarzamy innych smakiem chrześcijaństwa? Czy wnosimy smak chrześcijaństwa? Czy nasze chrześcijaństwo jest już bez smaku, bo wyjałowiły je: zawsze układny kompromis, fałszywe zadowolenie z siebie i złudny święty spokój?

Może dobrze byłby zdanie Alessandro Pronzato przerobić na pytanie, stawiane sobie: Czy moja wiara jest wirusem, który zaraża, czy szczepionką, która uodparnia, zobojętnia?

Mamy też być światłem świata. A tam, gdzie jest światło, choćby nikłe, ledwie widoczne, jest bezpieczniej i cieplej. A jeśli tak, to znaczy, że wszędzie tam, gdzie jestem, gdzie wchodzę, choćby na chwilę tylko, razem z sobą mam wnosić choćby odrobinę bezpieczeństwa i ciepła.

Jeśli więc mamy być nie tyle jak sól i światło, ile samą solą i światłem, to znaczy, że smakowitość nie jałowość, ciepło nie chłód, i wnoszenie bezpieczeństwa nie niepokoju mają być naszą naturą, codziennie powszechną, a nie wyuczoną i przyklejoną okazjonalnie jak retuszujący zmarszczki puder.

A do tego, żeby być solą i światłem, potrzeba prostoty wnętrza, współsmucenia, cichości osobowości, dbałości o sprawiedliwość, miłosiernego współczucia, czystości myśli i intencji, pokojowego ducha i zgody na cierpienie w słusznej sprawie.

Jeśli moje życie nie smakuje Jezusem, i nie czuć w nim smaku Ewangelii, i jeśli nie wnoszę sobą ciepła i bezpieczeństwa, to znaczy, że moje chrześcijaństwo wywietrzało, jest jałowe, i bardziej dogasam niż świecę.  

Pytanie o sól i światło jest pytaniem o smak, ciepło i bezpieczeństwo. Moje chrześcijaństwo ma być solą i światłem, smakowite, ciepłe i dające bezpieczeństwo. Ciekawe, czy da się zasmakować w moim chrześcijaństwie, ogrzać nim i poczuć bezpiecznym?

Tak, aby w czasach rosnącej jałowości życia, powszechniejącego wzajemnego chłodu i różnostronnych niebezpieczeństw mogłoby moje chrześcijaństwo być jak światełko w tunelu. I nie ma się tu co oglądać na innych, trzeba samemu być solą, której wystarczy tylko szczypta, i światłem, którego wystarczy ledwie promyk.

ks. Piotr Brząkalik

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Piotr
Brząkalik
zobacz artykuly tego autora >