Wojowniczki Bogurodzicy

Dzięki lukroustym piewcom, Miriam stała się cichym, uległym dziewczęciem, biernym i straszliwie słodkim. Kto tak postanowił i kiedy – trudno dziś określić, ale do dziś pokutuje ta postać bez wyrazu i charakteru, za to pokryta grubą warstwą pozłotki, która przyprawia o zniechęcenie.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >
Wojowniczki Bogurodzicy

Efrem Syryjczyk

Świętemu Efremowi Syryjczykowi śniło się, że z jego ust wyrósł krzew winny, który wydał wspaniałe jagody, niebieskie ptaki je zjadały, ale chwilę potem na ich miejsce pojawiały się nowe jagody, a ich obfitość wprost przyprawiała o zawrót głowy. Święty Efrem jest autorem wspaniałych hymnów, poświęconych Bogurodzicy.

Trzysta lat później Roman Melodos ujrzał we śnie Maryję, Która dała mu do spożycia zwój. Jego treść ukazała się po jego przebudzeniu i tak powstały dwadzieścia cztery strofy, sławiące Matkę Jezusa i muzyka, które, jak pisano, zachwycała ludzi i aniołów.  

Może to są pobożne legendy, może piękne zmyślenia, ale mówią prawdę – aby pisać o Miriam z Nazaretu trzeba dotknąć tego, co nadprzyrodzone, we śnie czy na jawie, załapać kontakt ze światem, który dla nas jest jeszcze niedostępny.

Tylko wybrańcom Bóg na moment uchyla szczelinę, żeby mogli jakiś odblaszczek przekazać zwykłym śmiertelnikom.

Chyba nikt nie prześcignął tych dwóch nawiedzonych przez piękno i świętość Maryi poetów, gdy się ich czyta lub słucha, może ogarnąć jedynie smutek, nie tylko związany z bezsilną grafomanią – płaską i pozbawioną smaku, bo nie już co dodać, ale przede wszystkim z faktem, że trzeba jeszcze czekać, czekać po tej stronie wspinając się jedynie na palce.

„Retorzy, słów wielu miłośnicy, milkną przed Tobą jak ryby bezgłośne, widzimy to, Bogurodzico”

– pisał św. Roman. No właśnie: milkną jak ryby.

Akatyst i hymny św. Efrema kształtowały wyobraźnię czcicieli Najświętszej Maryi Panny.

Lista metafor i porównań, dotyczących Maryi, ciągnęłaby się w nieskończoność.

To niesamowite, do czego prowadziła ich wyobraźnia – teologiczne traktaty nie oddają tego, co tych dwóch nawiedzonych przekazują jednym wersetem: prawzór naszego zmartwychwstania, łagodząca gniew sprawiedliwy Sędziego, wybawicielka pojmanych, przebaczenie niosąca grzesznikom.

Wojowniczki Bogurodzicy

I wielka ilość porównań, związanych z rodzeniem i życiem – Boża Rodzicielka, ucieczka, schronienie, kwiat nigdy nie więdnący, konar pnia, który nie usycha, pole, rodzące owoc nieskalany, niwa, dająca obfitość zmiłowań.

I ciągle powtarzany refren: tajemnica, tajemnica, tajemnica…

W młodych wiekach chrześcijaństwa tych dwóch wyznaczyło więc drogę, ale każde kolejne pokolenie dodawało świadectwa swojego zachwytu. Co z tego przedostało się do rzesz wiernego ludu, do jego wyobrażeń, co mówili kaznodzieje i wychowawcy?

Podobno każdy słyszy to, co chce, albo potrafi zrozumieć. Nie wiedzieć kiedy ten krystaliczny obraz Maryi, pełen słodyczy, zamienił się w lukier.

Lukier nie był jedynie smutnym skutkiem faktu, że nie wszystkim dane jest zobaczyć światło bijące ze szczeliny, że brakuje też gorącości.

Był to efekt, pójście na łatwiznę nieświadomego szukania przytulności, tego, co ciepłe, miłe i co rozleniwia. Lukier był efektem ideału kobiety, zupełnie „odjechanym” i sprzecznym z twardymi realiami życia.

Dzięki takim lukroustym piewcom Miriam stała się cichym, uległym dziewczęciem, biernym i straszliwie słodkim. Kto tak postanowił i kiedy – trudno dziś określić, ale do dziś pokutuje ta postać bez wyrazu i charakteru, za to pokryta grubą warstwą pozłotki, która przyprawia o zniechęcenie.

Owszem, była cicha, uległa i poddana Bogu, ale to tylko jedna strona medalu.

A przecież musiała być także inna!

Musiała, bo rzuciła się w nieznane, w jakiś szalony projekt, którego nie wymyśliła.

Opuściła znajome pewniki, wszelkie oparcia, poddała się w ciemno potężnej woli Boga, ale nie była w tym bierna. Była zdecydowana i konsekwentna, pokonywała niezliczone trudności. Miała stromo pod górę. Józefa Duch Święty natchnął co do narodzin Jezusa, ale przetłumaczenie takiej tajemnicy na język codzienności należało do Niej.

Wojowniczki Bogurodzicy

Św. Hildegarda, XII w.

Będąc brzemienna musiała jechać w cudze strony z powodu nakazu cezara, urodziła wśród obcych, w warunkach daleko odbiegających od norm, poniżej przeciętnej.

Chwilę potem musiała uciekać, przez kilka lat była uchodźcą (politycznym czy religijnym?), w każdym razie świadomym, że na życie Jej Syna czyha rzezimieszek – despota.

Po powrocie pracowała obok męża i Syna, a gdy Syn ruszył w świat żeby nauczać, towarzyszyła Mu aż po Golgotę.

Aby pokornie i cicho wypełnić zamierzenia Pana Boga musiała być energiczna, przedsiębiorcza, stanowcza, zaradna.

Ale ta prawda Jej osobowości ledwie przebijała się do świadomości ogółu, podziwiającego ze wzruszeniem złocenia bezcielesnej, przykrytej lukrem biografii.

A przecież w Akatyście – obok wszystkich słów, zrodzonych z czułości, są słowa niczym pobudka.

Została nazwana Waleczną Hetmanką przecież to potężna Niewiasta, obleczona w słońce, Która ściera łeb szatanowi.

Kobiety kolejnych pokoleń, choć słabo wspierane przez pobożnych kaznodziejów, musiały dostrzec w niej siłę i całkiem inne cechy Jej osobowości.

Święta Hildegarda z Bingen uważała się za bojownika, za wasala Chrystusa, który walczy po Jego stronie i pod Jego sztandarami.

Gdyż życie jest nieustającym bojowaniem, ale nikt nie mówił, że z tego bojowania wyłączone są kobiety.

Święta Katarzyna ze Sieny pisała, że w Maryi objawia się siła i wolność ludzkiej natury.

To Ona miała powiedzieć „tak” albo „nie”, Bóg czekał.

Matka Marcelina Darowska, która założyła zgromadzenie kształcące silne i samodzielne kobiety, widziała siebie, ustawioną pod Jej chorągwią – Królowej, której Syn zawierzył hufiec, oddany na Jej wyłączne rozkazy, dlatego Ona jest Gwiazdą, Tarczą, Mocą i Matką.

Matka Urszula Ledóchowska, założycielka, kształtująca kobiety dzielne i odważne, która mówiła wciąż siostrom o cichości, wierności, pokorze Matki Jezusa, chciała jednak żeby jej siostry były lekką kawalerią, przerzucane jednym poleceniem tam, gdzie bitwa jest najbardziej zacięta, gdzie są najbardziej potrzebne.

„Mamy być gotowe na pójście do wszystkich Elżbiet świata, choćby na krańce ziemi”

– mówiła. I tak było.

Te kobiety wiedziały, że walczą pod rozkazami Walecznej Hetmanki.

Dziś nie pamiętamy, że ten tytuł był bardzo popularny w dobie staropolskiej, zwłaszcza w czasie Potopu. Widocznie przemawiał do sarmackiej wyobraźni.

Nasze prababki, słuchające niedzielnego kazania o słodkim dziewczęciu, z powodu swojego twardego życia musiały uznać, że bliski jest im, a może prawdziwszy, obraz Niewiasty, staczającej zwycięski bój.

Musiały widzieć w Maryi wojowniczkę.

Wojowniczki Bogurodzicy

I miały swój sposób włączenia się do Jej batalii i rozprawienia się z paskudztwem tego świata. Wychowywały dzieci na porządnych ludzi, troszczyły się o ład i rodziny oraz wspólnoty, w których żyły. Zakładały szkoły, sierocińce, szpitale, wyjeżdżały na misje.

Kropla w morzu potrzeb, a jednak świat łagodniał dzięki ich mało efektownej walce, tak jak wtedy, gdy chusta Weroniki okryła twarz Skazańcowi.

Tylko tyle, żadne dobywanie miecza na rzymską kohortę.

W ten sposób nasze prababki, babki i matki same stawały się wojowniczkami, choć z pewnością wolałyby siedzieć w bezpiecznych domostwach, w słodkości i ciszy.

Zły los wyganiał je na Syberię, do Kazachstanu i na wszystkie krańce świata, a one dawały radę. Potem zapewniały, że było tak jedynie dzięki Tej, Która przewodzi anielskim hufcom. Może dlatego nigdy nie przegrały ani jednej bitwy.

Matka Teresa z Kalkuty chciała umrzeć stojąc.

Akatyst ku czci Bogurodzicy śpiewa się na stojąco. Mobilizuje jak przed wymarszem. To normalna postawa wojownika.

Kiedyś oglądałam film o cudzoziemcach, mieszkających w Polsce. Pewna Węgierka mówiła, że czuje w Polkach jakiś niesamowity power, który ją fascynuje i zachwyca.

Nie wiem, czy dociekała jakie jest źródło tego poweru i czy odkryła, że ma do czynienia z wojowniczkami Bogurodzicy.

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie

Maj to chyba jedyny miesiąc tak wielu motywów narodowych i kościelnych. Pracy i bezrobocia, motywów wiosennych i maryjnych.

ks. Piotr
Brząkalik
zobacz artykuly tego autora >

Motywy te, towarzyszą nam tak trochę, okazjonalnie, jednodniowo, pierwszo i trzeciomajowo, zaś wiosenność i maryjność jest z nami przez cały maj.

Kiedy zestawiam wiosnę z Maryją, to przychodzą mi na myśl trzy wspólne cechy: piękno, świeżość i soczystość.

A kiedy myślę o soczystości w odniesieniu do Maryi, to mam przed oczami wesele w Kanie Galilejskiej. Przenieśmy się na chwilę w tamtą atmosferę.

Jest wesele. Z pewnością sporo zaproszonych gości.

Była tam Matka Jezusa, jak czytamy u św. Jana. W tym słowie była wyczuwam jakąś naturalność, oczywistość Jej obecności pośród weselnych gości, choć pewno nie wynikającą wcale z więzów rodzinnych, czy pokrewieństwa. Nieco inaczej wygląda sprawa z Jezusem i Jego uczniami. Dowiadujemy się, że zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. Oni więc wyraźnie zostali zaproszeni.

Ona była, ich zaproszono.

Nie sposób nie zwrócić uwagi na różnicę emocji, jaka jest między tym, że Ona była, a ich zaproszono. Być może, to ze względu na Nią właśnie ich też zaproszono. Tak, czy inaczej wszyscy są na weselu.

Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie

Możemy sobie wyobrazić tę weselną atmosferę tanecznej lekkości, gwarów, muzyki. I w tej weselnej beztrosce nikt nie zauważył, nawet starosta weselny, że zabrakło wina.

Tylko Ona to widzi, i kobiecym instynktem wyczuwa, że skandal, wstyd, pośmiewisko wiszą w powietrzu, więc się wtrąca: nie mają już wina.

Ona tylko informuje, niczego nie sugerując, niczego Jezusowi nie podpowiadając, choć jest pewna, że Jej komunikat nie pozostanie bez reakcji, co wyraźnie słychać w tym: zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie.

Nikt Jej nie prosił o pomoc, o ingerencję. Nikt nawet nie dzielił się z Nią kłopotliwością sytuacji. Ona sama z siebie, przez nikogo nie proszona, wtrąciła się, wmieszała w organizację wesela, chcąc pewno ratować dobre imię pana młodego i starosty weselnego. I tego wtrącenia nikt nawet nie zauważył.

To bardzo wyraziste, jasne, mocne, ale i dyskretne zachowanie Maryi.

Patrząc na to, co zrobiła, jak się zachowała wielu z nas odebrałoby to dziś, jak wtrącanie się w nie swoje sprawy, mieszanie do cudzego życia i poddało krytyce. To nie po „dzisiejszemu”. I byłoby to w zgodzie w powszechnie dziś obwiązującym przekonaniem, nawet już zasadą, że nikt nie ma prawa wtrącać się do mojego życia, że nikt nie ma prawa mieszać się do moich spraw.

Etyczna indywidualizacja życia, jakiej jesteśmy świadkami, przyniosła taki oto owoc: nie moja sprawa, nie mam prawa wtrącać się w cudze życie, a co mnie to obchodzi.

Z jednej strony oburza nas powszechny brak społecznych, obywatelskich, rodzinnych reakcji, a z drugiej, nie dajemy sobie prawa wtrącenia się w czyjeś życie, a jeszcze mocniej odmawiamy prawa wtrącenia się w nasze życie.  

A mnie się zdaje, że właśnie kobiety, żony, matki, mają tę rzadką zdolność wyczuwania niestosowności, kłopotów, niebezpieczeństwa, i to daje im prawo wtrącenia się, wmieszania dla zwrócenia uwagi, dla zapobieżenia, dla dobra.

To wtrącanie, żeby było czyste, musi jednak mieć w sobie to, co tamto Maryjne, dyskrecję i konkretne rozwiązanie, inaczej pozostanie tylko wścibskością.

ks. Piotr Brząkalik

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Piotr
Brząkalik
zobacz artykuly tego autora >