Fot. Archiwum Prywatne
Prof. Przybysz: „Sam smartfon nie jest przyczyną przemocy”
Z prof. Moniką Przybysz rozmawiamy o narastających aktach agresji wśród młodych Polaków. "Doszło do śmierci, poważnych uszkodzeń ciała realnych osób, w tym dzieci. Jednak obecnie w tym procesie nakręcania spirali strachu uczestniczą również media, które wywołują silne emocje i na tym zarabiają"
KS. PRZEMYSŁAW ŚLIWIŃSKI: Co się dzieje w polskich szkołach?
PROF. MONIKA PRZYBYSZ: W dwóch szkołach wydarzyły się dramatyczne sceny, które dotychczas oglądaliśmy jedynie w szkołach za granicą. Doszło do śmierci, poważnych uszkodzeń ciała realnych osób, w tym dzieci. Jednak obecnie w tym procesie nakręcania spirali strachu uczestniczą również media, które wywołują silne emocje i na tym zarabiają. Mogą się więc przyczynić do efektu tzw. „serii”, czyli naśladowców, którzy dostają medialny impuls do działania. Podobnie kiedyś działał tzw. challenge „Niebieskiego Wieloryba”, który okazał się fake newsem, ale znaleźli się naśladowcy i osoby, które zaczęły się w to wyzwanie angażować.
Teraz w ciągu ostatniego miesiąca doszło do pewnej serii takich działań, w tym dwa poważne ataki – w Ostrołęce i Leszczydole-Nowinach oraz udaremniono planowany atak w Sierpcu, także w innych miejscowościach. Sporo jednak po tych dramatycznych dniach w polskich szkołach pojawiło się w internecie również dziwnych SMS-ów, screenów niewiadomego pochodzenia i zmasowanej dezinformacji. To wystarczy, by wywołać strach społeczny, destabilizację emocji, strach, lęk i sterować zachowaniami ludzkimi. Dla sił politycznych to także powrót na przykład do głosowania ustawy o cenzurze internetu.
Ale jeszcze tydzień temu nikt nie powiedziałby, że mamy jakikolwiek problem z młodocianymi nożownikami chcącymi zabijać.
Przeczytaj również
To, co się zmieniło, to widoczność i psychologiczna „zaraźliwość” przemocy. Po głośnym ataku rośnie liczba gróźb, zgłoszeń, prowokacji i zachowań naśladowniczych. Część z nich jest realnym sygnałem ryzyka, część – próbą wzbudzenia paniki. Policja po tych zdarzeniach skontrolowała tysiące szkół, odnotowała kilkanaście zdarzeń budzących podejrzenie przestępstwa i zatrzymała kolejne osoby mogące stanowić zagrożenie, przynoszące do szkół ostre narzędzia.
Najważniejsze jest więc rozdzielenie trzech poziomów: pojedynczych, tragicznych aktów przemocy; efektu naśladownictwa i eskalacji gróźb; oraz długofalowych problemów – samotności, wykluczenia, dostępu do treści pełnych przemocy i słabych mechanizmów wczesnego reagowania. Szkoły nie „stały się nagle groźne”, ale ujawniły, jak krucha jest ich gotowość na kryzys i jak ważna jest szybka reakcja dorosłych na niepokojące sygnały.
Tragiczne wydarzenia, śmierć pani pracującej na stanowisku woźnej, ciężko poranione osoby, w tym dyrektor szkoły, nauczyciele i uczniowie – to realny dramat samych osób i ich bliskich.
Ludzi przestraszył zadziwiający zbieg zdarzeń: w wielu miejscach w Polsce, niemal równocześnie, dochodzi do ataków albo są one w porę udaremnione. Pytają: to jakiś „challeng”, efekt naśladownictwa czy też efekt działań inspirowanych ze wschodu.
Obecnie bardziej prawdopodobne jest naśladownictwo i efekt medialnej amplifikacji niż skoordynowana operacja hybrydowa. Po pierwszym ataku pojawiają się groźby, plotki i prowokacje, bo sprawca przemocy staje się chwilowo „widoczny”, następnie zatrzymany przez policję, ale mający już swoich naśladowców. Media i osoby aktywnie publikujące w platformach cyfrowych przekazują te informacje dalej. Policja badała więc doniesienia o rzekomym „krwawym piątku”, ale wskazuje, że nic nie potwierdza istnienia takiego wyzwania.
Obecnie bardziej prawdopodobne jest naśladownictwo i efekt medialnej amplifikacji niż skoordynowana operacja hybrydowa.
Informacje o „challenge’ach” i rozmowach na Robloxie należy brać pod uwagę, ale bez ich automatycznego potwierdzania. Właściwa postawa to zgłaszanie konkretnych treści i kont, nieudostępnianie zrzutów ekranu bez weryfikacji, skąd pochodzą, oraz korzystanie z informacji oficjalnych źródeł. Warto rozmawiać z dziećmi o tym, co widziały i skąd dostały informację, a sprawę przekazywać szkole lub policji. Panika zwiększa zasięg prowokacji, natomiast spokojna weryfikacja ją ogranicza.
Ale czy dzieci mogą być wykorzystywane do wojny hybrydowej?
Dziecko może być instrumentalnie wciągnięte w działania o charakterze hybrydowym – nie jako żołnierz, lecz jako odbiorca dezinformacji, uczestnik prowokacji, autor groźby albo osoba szerząca panikę. Wrogie instytucje lub grupy ekstremistyczne, choćby z zagranicy, mogą wykorzystywać realny lęk, aby osłabiać zaufanie do szkół, władz i mediów. To nie oznacza, że każdy incydent jest operacją zagraniczną. Oznacza to raczej, że kryzys tworzy podatny grunt dla manipulacji.
Gdy dochodzi do przemocy, pytamy, kto zawinił: rodzice, szkoła, państwo, jedna albo druga partia. Czy to pytanie w ogóle pomaga zrozumieć problem?
Pytanie „kto jest winny?” bywa potrzebne prawnie, ale jako główne pytanie społeczne jest zbyt proste. Odpowiedzialność za konkretny czyn ponosi sprawca, a w przypadku nieletnich system powinien ustalić jego sytuację, motywy i ewentualne zaniedbania opiekuńcze. Nie można jednak przenieść całej winy na rodziców, nauczycieli albo platformy cyfrowe.
Realny problem leży w łańcuchu zaniedbań. Rodzina może nie widzieć wycofania dziecka, szkoła może bagatelizować konflikty i groźby, system wsparcia psychicznego bywa niedostępny, a platformy nie zawsze skutecznie usuwają treści promujące przemoc. Pandemia mogła pogłębić samotność, lęk i problemy relacyjne, ale nie jest wystarczającym wyjaśnieniem przemocy – wielu dzieci jej doświadczyło i nie planuje ataku.
Warto raczej pytać: jakie sygnały były widoczne wcześniej i dlaczego nie zostały skutecznie odebrane? Tak się przecież stało w Sierpcu, gdy społeczność zareagowała i służby zatrzymały realny atak młodego człowieka. Takie pytanie nie uwalnia nikogo od odpowiedzialności, lecz pozwala naprawić system: wczesne wykrywanie zagrożeń, współpracę szkoły z rodzicami, dostęp do psychologa, procedury reagowania na groźby oraz szybsze zgłaszanie niebezpiecznych treści.
Najważniejszym jednak pytaniem jest to o rodzinę – brak czasu poświęcanego dzieciom, pogoń za zarobkiem przez rodziców i porzucanie dzieci w sieci do późnych godzin nocnych, a także pozostawianie dzieciom na noc urządzeń podłączonych do internetu bez żadnej kontroli powoduje nieodwracalne procesy w szybkim rozpadzie więzi społecznych i rodzinnych.
Najważniejszym jednak pytaniem jest to o rodzinę – brak czasu poświęcanego dzieciom, pogoń za zarobkiem przez rodziców i porzucanie dzieci w sieci do późnych godzin nocnych, a także pozostawianie dzieciom na noc urządzeń podłączonych do internetu bez żadnej kontroli powoduje nieodwracalne procesy w szybkim rozpadzie więzi społecznych i rodzinnych.
Jaki wpływ na przemoc wśród młodych mają media społecznościowe i krążące w nich treści? Czy platformy wystarczająco szybko reagują na groźby i nagrania, a państwo skutecznie egzekwuje od nich obowiązki?
Media społecznościowe nie „tworzą” sprawców w prosty sposób, ale mogą obniżać próg przemocy: algorytmy nagradzają uwagę, treści o atakach szybko się rozchodzą, a niektóre dzieci traktują widoczność jako nagrodę. W przypadku ataku pod Wyszkowem pojawiała się informacja, że sprawca chciał sfilmować swoje działania – to pokazuje, jak silna może być motywacja pokazania przemocy publiczności i tworzenia działań dla zyskania sławy kosztem innych wartości.
Problemem jest nie tylko istnienie nielegalnych treści, lecz także tempo i skuteczność ich usuwania oraz egzekwowania obowiązków platform cyfrowych (tzw. VLOP-ów). Gdy groźby, nagrania przemocy albo treści gloryfikujące sprawców pozostają dostępne, stają się materiałem do naśladownictwa i zastraszania. Rząd zapowiedział przyspieszenie prac nad regulacjami dotyczącymi bezpieczeństwa w internecie, co jest zasadne, o ile nie ograniczy się przy tym do symbolicznych zakazów albo nie stanie się wprost regulacją stanowiącą cenzurę internetu.
Potrzebne są trzy rzeczy: szybkie i sprawdzalne procedury zgłaszania treści, realne kary za brak współpracy platform z organami ścigania oraz kampanie uczące młodzież, że udostępnianie groźby lub nagrania ataku nie jest „relacjonowaniem”, lecz może wzmacniać przemoc i łączy się z konsekwencjami. Jednocześnie nie wolno przedstawiać internetu jako jedynego winowajcy – to upraszcza problem i przesuwa uwagę od dzieci potrzebujących pomocy i realnej obecności rodziców w ich życiu.
Czy zakaz używania smartfonów przez dzieci mógłby zmniejszyć ryzyko przemocy? W jakim wieku i na jakich zasadach miałby sens?
Zakaz smartfonów może ograniczyć część ryzyka – zwłaszcza rozprzestrzeniania gróźb, nagrywania przemocy i obsesji na punkcie „widoczności”. Mieliśmy wiele przykładów transmisji z lekcji, naruszeń prawa w placówkach oświatowych i naruszania prawa w stosunku do wizerunku nauczycieli i wychowawców. Taki zakaz nie usunie jednak głównych źródeł problemu: samotności, agresji, dostępu do niebezpiecznych treści w domu, kryzysów psychicznych ani możliwości planowania czynu poza szkołą. Najwięcej czasu dzieci spędzają bowiem w internecie po szkole, w godzinach popołudniowych, wieczornych i późno w nocy.
Rozsądniejszy niż bezwzględny zakaz „na zawsze” byłby model wiekowy i sytuacyjny: w przedszkolu i klasach 1-3 telefon nie powinien być potrzebny; w klasach 4-6 można dopuszczać telefon wyłącznie jako narzędzie kontaktu z rodzicem, ale powinien być przechowywany wyłączony. W szkołach średnich – ograniczone używanie w czasie lekcji, z jasnymi wyjątkami zdrowotnymi i dotyczącymi bezpieczeństwa. Kluczowa jest konsekwencja dorosłych, nie sam zakaz. Najważniejsze, aby takie zakazy były poprzedzane szeroką akcją edukacyjną i pilnym wprowadzeniem edukacji medialnej, w czasie której dzieci uczyłyby się mechanizmów algorytmicznych, procesów dezinformacyjnych oraz wpływu technologii na zdrowie. Mały moduł w edukacji zdrowotnej to stanowczo od dawna za mało.
Taki zakaz nie rozwiąże jednak problemu braku psychologów, słabej reakcji na wcześniejsze groźby, przemocy rówieśniczej ani braku rozmowy o emocjach i wsparcia dzieci w trudnym procesie regulacji emocji. Może natomiast pomóc, jeśli będzie częścią szerszej polityki: edukacji medialnej, kontroli platform, wsparcia psychicznego i procedur kryzysowych. Sam telefon nie jest przyczyną przemocy – jest jednym z jej możliwych kanałów.
Część dzieci w piątek rano bało się iść do szkoły. Co rodzice mogą zrobić po takich wydarzeniach? Jak rozmawiać z dziećmi, które drżą teraz ze strachu?
Rodzice powinni teraz mówić mniej o „nożownikach”, a więcej o bezpieczeństwie, emocjach i konkretnych zasadach. Dziecku można powiedzieć: „To, co się stało, jest straszne. Dorośli reagują, szkoła ma procedury, a jeśli coś cię zaniepokoi, powiedz mi, nauczycielowi albo innemu zaufanemu dorosłemu”. Nie należy obiecywać absolutnej niemożności zagrożenia, lecz budować poczucie sprawczości. Warto także uczyć zasad bezpieczeństwa zarówno w sieci (nieudostępniania treści wrażliwych, nawiązywania relacji z osobami w sieci, klikania w linki itp.), jak i zasad zachowania bezpieczeństwa w przypadku zagrożeń w przestrzeni szkoły i domu.
Warto ograniczyć ekspozycję na nagrania, transmisje i spekulacje, zwłaszcza u młodszych dzieci. Pytajmy otwarcie: „Co słyszałeś?”, „Czego się boisz?”, „Czy ktoś pisał do ciebie coś dziwnego?”. Jeśli dziecko opowiada o groźbach, planach krzywdy, rytuałach przemocy albo prosi o zachowanie tajemnicy, nie należy tego bagatelizować – trzeba skontaktować się ze szkołą, a przy bezpośrednim zagrożeniu z policją.
A jak w porę rozpoznać sygnał, że własne dziecko może planować skrzywdzenie kogoś?
Rodzice dzieci, które mogą same planować coś złego, powinni zareagować bez wstydu i bez karnej paniki: odebrać dostęp do niebezpiecznych narzędzi, skonsultować sytuację ze specjalistą, powiadomić szkołę i w razie potrzeby służby. Najgorszą reakcją jest ukrywanie sygnałów, a najlepszą – szybkie, spokojne włączenie dorosłych i profesjonalistów.
Czy patrole policji w szkołach to dobra odpowiedź na obecne zagrożenie? Jakie procedury powinny mieć szkoły i czy należy rozważać kontrole plecaków lub wykrywacze metalu? Jak zadbać o bezpieczeństwo, nie wzbudzając niepotrzebnego lęku?
Patrole i kontrole mogą być uzasadnione jako doraźny sygnał bezpieczeństwa, ale nie mogą stać się stałym wzorem „szkoły jako twierdzy”. Policja rozpoczęła kontrole prewencyjne w rejonie szkół, co może uspokajać społeczność i umożliwiać szybszą reakcję. Długofalowo jednak liczy się jakość procedur, nie sama obecność mundurów. Problem z obecnością policji jest jednak jeden – rośnie presja strachu, a przecież zagrożenie nie jest z zewnątrz, bo wiele szkół jest pozamykanych. Zagrożenie przychodzi w plecaku dziecka, czyli z wewnątrz. A kontrola plecaków i wykrywacze metalu na wejściu nie są możliwe prawnie, a już dawno powinny być uregulowane jako normalna procedura, jak na lotniskach czy w urzędach.
Kościół powinien działać przede wszystkim jako wspólnota wsparcia, nie jako źródło kolejnej moralnej paniki. Duszpasterze powinni mówić językiem odpowiedzialności i nadziei: potępiać przemoc, nie gloryfikować sprawcy, nie szukać prostych kozłów ofiarnych i nie przedstawiać internetu jako jedynego zła.
Szkoły powinny mieć przećwiczone procedury: kto zamyka drzwi, jak komunikować zagrożenie, gdzie są punkty schronienia, jak informować rodziców i jak wspierać świadków. Równie ważne jest wcześniejsze reagowanie na groźby, izolację, prowokacje i niepokojące wypowiedzi uczniów. Udaremnienie ataku w Sierpcu pokazało, że zgłoszenie przez uczniów i współpraca z dyrekcją mogą realnie zapobiec tragedii.
Aby nie wzbudzać paniki, komunikacja powinna być rzeczowa: „ćwiczymy bezpieczeństwo”, „mamy plan”, „możesz zawiadomić dorosłego”. Dzieci nie potrzebują straszenia ani szczegółowych opisów ataków, lecz przewidywalności, jasnych zasad i pewności, że dorośli wiedzą, co robić. Potrzebują wiedzy, jak zachować się w stanie zagrożenia zarówno w przypadku możliwości ucieczki, jak i wtedy, gdy ucieczka nie jest możliwa.
Jaką rolę powinien odegrać Kościół w tej kryzysowej sytuacji? Jak może konkretnie wesprzeć uczniów, rodziców, nauczycieli i osoby dotknięte przemocą?
Kościół powinien działać przede wszystkim jako wspólnota wsparcia, nie jako źródło kolejnej moralnej paniki. W parafiach, szkołach katolickich i przy duszpasterstwach młodzieży warto zorganizować spokojne przestrzenie rozmowy i wsparcia: dla uczniów, rodziców i nauczycieli. Przede wszystkim należy pamiętać o ofiarach, świadkach i pracownikach szkół, którzy doświadczyli przemocy bezpośrednio.
Duszpasterze powinni mówić językiem odpowiedzialności i nadziei: potępiać przemoc, nie gloryfikować sprawcy, nie szukać prostych kozłów ofiarnych i nie przedstawiać internetu jako jedynego zła. Powinni zwracać uwagę na wartość rodziny, relacji, utrzymywania głębokich więzi, zadbania o czas poświęcany dziecku i przypominać prawidłową hierarchię wartości.
Warto uruchomić konkretne formy pomocy: dyżury psychologów i pedagogów, grupy wsparcia, współpracę ze szkołami, numery alarmowe oraz zachęcanie młodych do zgłaszania gróźb i niepokojących treści.
Największą rolą Kościoła może być odbudowa relacji: zauważenie samotnych dzieci, zaproszenie ich do realnego kontaktu, wsparcie rodziców i współpraca ze specjalistami. W kryzysie nie chodzi o wielkie deklaracje, lecz o obecność, słuchanie i skierowanie osób w kryzysie do profesjonalnej pomocy.
Więcej ciekawych artykułów znajdziesz na stronie głównej: stacja7.pl










