Ludzie do zadań specjalnych

„Być może nigdy nie zobaczę uzdrowienia pod wpływem mojej modlitwy. Ale jeśli nie spróbuję, nie zobaczę go na pewno" – dla Janet Lozano z Pensylwanii, ta oczywistość stała się bodźcem, by po kilkudziesięciu latach pomagania ludziom, odważniej prosić dla nich o uzdrowienia fizyczne.

Małgorzata
Wójcik
zobacz artykuly tego autora >

Spektakularne cuda w rodzaju tych potrzebnych do potwierdzenia świętości kandydata na ołtarze, zdarzają się rzadko, wiadomo. Ale przypadki uzdrowienia z depresji, bezsenności, lęków, nerwic, migren, zaburzeń jedzenia itp. – zdarzają się  znacznie częściej. Podobnie jak uzdrowienia słuchu, wzroku czy bólów kręgosłupa. Zresztą nie o statystyki chodzi, ale o to, że takie rzeczy dzieją się i dziś. W Polsce – o czym u nas pisze o. Remigiusz Recław, jezuita, który od lat odprawia msze z modlitwą o uzdrowienie – ale i wszędzie na świecie. A jednak… niewielu jest odważnych, którzy choremu powiedzą wprost: „w imię Jezusa wstań". Bo co jeśli chory nie wstanie?  

Janet, wraz z mężem, Nealem Lozano, od ponad dwudziestu lat podróżujecie po świecie, aby modlić się o uwolnienie dla ludzi borykających się z problemami, przeważnie problemami duchowymi. Modlitwa o uzdrowienie fizyczne wydaje się bardziej konkretna. Dlaczego tak rzadko o nie prosimy?

To duże uproszczenie, modlitwa o uwolnienie wewnętrzne ma bardzo konkretne przełożenie na życie człowieka. Ale przyznam, że i mi trudno było zobaczyć siebie w roli osoby modlącej się o uzdrowienie z chorób fizycznych. Prawdopodobnie gdyby nie posługa uwolnienia, którą z Nealem w naszej wspólnocie praktykujemy od lat czterdziestu, zabrakłoby mi odwagi, aby prosić także o uzdrowienia fizyczne. Ale w tej przygodzie z Bogiem jest coś, co każe iść dalej i prosić o więcej. Mianowicie: im bardziej Go poznajesz, tym bardziej Mu ufasz. A poznajesz – widząc Jego konkretne działanie. Za każdym razem, kiedy przychodzi po pomoc człowiek umęczony powtarzającymi się w jego życiu problemami, a ja prowadzę go w modlitwie uwolnienia, jestem świadkiem jak Bóg przemienia serce tej osoby.

Ludzie do zadań specjalnych

Co to znaczy?

Pomaga jej spojrzeć z innej perspektywy na to, co przeżywała, pomaga przebaczyć i wyrzec się zła. W każdym przypadku robi to inaczej, bo każdy z nas jest inny i każdy potrzebuje czegoś innego. Patrząc z bliska na takie działanie Boga, poznaję Jego delikatność.

Widzę, jak bardzo On szanuje wolną wolę człowieka, w jaki sposób kocha. A jeśli poznajesz kogoś, kto nie tylko mówi, że jest miłością, ale nią jest – zaufanie rośnie samo.

Z drugiej strony – jeśli widzę, że człowiek potrzebuje uzdrowienia, dlaczego miałabym o nie nie poprosić, znając Osobę, do której się z tym zwracam? Proszę i patrzę, co Bóg zamierza z tym zrobić. A to Jezus słowami: Duch Pański „posłał mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie, abym uciśnionych odsyłał wolnymi" (Łk 4, 16) określił swoją misję. Naprawdę wierzę, że uwalnianie nas, głoszenie wolności uwięzionym i przywracanie wzroku niewidomym jest częścią misji Jezusa na ziemi. Misji, do której pełnienia uzdalnia nas, ochrzczonych, jak kiedyś swoich uczniów. Wierzę w to i tego doświadczam.

Możesz podać przykład?

Może opowiem o sobie. Przez wiele lat miałam bardzo silne migreny. Przez 15 lat wraz z innymi osobami modliłam się o uzdrowienie z nich. Ale bóle nie tylko nie ustępowały, lecz wydawały się coraz silniejsze. Aż za którymś razem, podczas modlitwy o uwolnienie, znaleziono ich przyczynę: moim duchowym problemem był paraliżujący lęk. Kiedy udało się dotrzeć do jego źródeł, zobaczyć pod wpływem jakich zdarzeń i osób on się we mnie tak mocno zakorzenił, kiedy w imię Jezusa przebaczyłam im to – okazało się, że to był punkt zwrotny.

Zaczął się proces uzdrawiania mnie nie tylko z migreny, ale przede wszystkim z lęku.

Jesteśmy bardzo skomplikowanymi cielesno-duchowo-emocjonalnymi istotami. Czasem uzdrowienie z choroby jest człowiekowi potrzebne, by otworzył się na wiarę. Podobnie kiedy zmagasz się z jakimś zniewoleniem, wraz z wolnością przychodzi większe zaufanie do Boga. To budujące doświadczenie.

Ale ty przez 15 lat modliłaś się o uzdrowienie, którego nie było!

Dostałam więcej niż prosiłam. Nie wiem, dlaczego tak musiało być. Nie wiem też, dlaczego niektórzy są uzdrawiani a inni nie. Spotykam ludzi wielkiej wiary, którzy bardzo cierpią, modlą się, ale nic się w ich sytuacji zdrowotnej nie zmienia. To tajemnica, którą zostawiam w rękach Boga. Sobie musiałam odpowiedzieć na inne pytanie: kim On dla mnie jest. Jeśli wiem, że jest dobrym Ojcem – łatwiej mi zaufać, że wie, co robi. Że ma swój czas, swój sposób na działanie, nawet jeśli tego nie rozumiem. Może mi się wydawać, że Bóg nie odpowiada na moją modlitwę. Ale słowo wydawać jest tu bardzo na miejscu. Chodzi o coś innego: że On nie odpowiada tak jak ja chcę albo kiedy ja chcę, żeby odpowiedział.

A może brak odpowiedzi wynika z tego, że źle się modlimy?

W posłudze uzdrawiania uczymy się na bieżąco. Nie da się zamknąć działania Boga w zbiorze przewidywalnych zasad. Pamiętam, że na jednym ze spotkań modlitewnych prowadzonych przez Randy'ego Clarka, przez którego Bóg dokonuje niewiarygodnych uzdrowień – jedna z osób z jego zespołu miała intuicję, aby modlić się za niewidomą. Ta modlitwa trwała pięć godzin! Czasami kończymy po 5-10 minutach, jeśli nie widzimy odpowiedzi. W przypadku tamtej niewidomej kobiety, posługujący czuli, że trzeba kontynuować. Więc to zrobili. Okazało się, że słusznie – po pięciu godzinach ta kobieta zaczęła widzieć.

Dla mnie pomocne było uczenie się od innych ludzi, którymi posługiwał się Bóg. Uczyłam się od Randy'ego Clarka, słuchałam jego rozmów z kilkunastoma osobami z całego świata, które zajmują się fizycznym uzdrawianiem.

Dużo kosztowało mnie, zanim uwierzyłam, że i mną Bóg chce się w ten sposób posługiwać. Zaczął to potwierdzać faktami.

Kobieta przestała kuleć, innej minął ból głowy, ktoś inny zaczął normalnie spać. Wiem, że robię małe kroczki.

Ja zawsze dziękuję za to, co dostałam i modlę się o więcej. Ufam, że jeśli nawet nie jest to sto procent, Pan Bóg może dać resztę kolejnego dnia, za tydzień. Albo kiedy będzie chciał.

Wesprzyj nas

Małgorzata Wójcik

Zobacz inne artykuły tego autora >
Małgorzata
Wójcik
zobacz artykuly tego autora >

Trzech Króli: ani trzech, ani króli

więc co dziś świętujemy?

ks. Przemysław Śliwiński
ks. Przemysław
Śliwiński
zobacz artykuly tego autora >

„Jeszcze jeden dzień wolny od pracy?! Po co?!” – nie znajdzie się dużo więcej rzeczy mogących wytrącić mnie z równowagi, jak tego typu pytanie, powtarzane od kilku lat na początku stycznia. Pamiętam dyskusję w radiu Tok Fm, w której odrzucano potrzebę wprowadzania dnia wolnego 6 stycznia i argumentowano właśnie tym, że:

  • po pierwsze: “trzech króli” to wymysł czasów nowożytnych,
  • po drugie: „trzej królowie” to chrześcijański mit,
  • po trzecie: po co w ogóle świętować wizytę trzech Magów u narodzonego Jezusa?

I nie wystarcza powtarzana w kółko formuła, że „to uroczystość Objawienia Pańskiego, popularnie zwana świętem Trzech Króli”. Po prostu, na wieki wieków amen przyjęło się, że 6 stycznia obchodzimy Trzech Króli, śpiewamy kolędę „Mędrcy Świata” i wypisujemy kredą na drzwiach K+M+B (kto jeszcze pamięta, że powinno być C M B, bo to nie skrót od imion mędrców, ale od wyrażenia łacińskiego: Christus Mansionem Benedictat, co znaczy: Niech Chrystus błogosławi ten dom). Żadne argumenty, że Objawienie Pańskie jest praktycznie najstarszym świętem chrześcijańskim, że wcześniej pełniło tę rolę, którą dziś pełni Boże Narodzenie, a dzień wolny 6 stycznia znieśli po prawdzie komuniści w 1960 – nie skutkują.

Spróbujmy zatem zacząć jeszcze raz. Porzućmy nazwę tradycyjną i skupmy się na prawdziwej treści uroczystości. Epifania już pierwotnie (o jej świętowaniu przez Kościół pierwotny świadczą najstarsze dokumenty) była dniem podkreślającym fakt, iż Bóg najpełniej objawił się człowiekowi, wcielając się w ludzkie ciało, wszedł w historię jego życia i historię powszechną. Tę funkcje, misterium Wcielenia, pełni dziś raczej uroczystość Narodzenia Pańskiego, która pojawiła się w kalendarzu Kościoła kilka wieków później.

 

Trzech Króli: ani trzech, ani króli

Tajemnica Objawienia Pańskiego była unaoczniona trzema wydarzeniami: pokłonem Mędrców ze Wschodu, Chrztem Jezusa w Jordanie oraz cudem w Kanie Galilejskiej. Te trzy fakty stanowią w rzeczywistości treść całego przeżywanego przez nas dzisiaj święta Trzech Króli, a naprawdę Epifanii. I zwróćmy uwagę, że z wyjątkiem pierwszego, wydarzenia te są całkiem odległe od dzieciństwa Jezusa, klimatów szopki oraz groty betlejemskiej. One dotyczą dorosłego życia Jezusa, który objawia się jako Bóg i Pan w znaku przemienienia wody w wino, czy którego Ojciec objawia światu podczas chrztu, mówiąc głosem z niebios: „Ten jest mój Syn umiłowany”.

Trochę żal, że historia okroiła tę uroczystość aż o dwie trzecie, przekręciła nazwę, rozumienie i sprowadziła ja wyłącznie do „pokłonu Trzech Króli”. Warto zajrzeć do źródła, czyli do Pisma Świętego, dokładnie do Ewangelii odczytywanej tego dnia w kościołach. Zwłaszcza, że pisanie o tym, co rzeczywiście mówi Pismo Święte, grozi w dzisiejszych czasach całkiem dużym zamieszaniem medialnym, a przede wszystkim pokazuje, o ile bardziej wiedzę biblijną czerpiemy z bogatej tradycji wywodzącej się z wieków średnich niż… z Biblii. Kiedy Benedykt XVI napisał, że przy narodzeniu Jezusa nie było zwierząt (nie wspomina o tym przecież żadna z Ewangelii), w mediach zawrzało. Właśnie to stało się newsem, wręcz skandalem, a na pewno sposobem narracji medialnej jego trzeciej książki o Jezusie z Nazaretu. Otóż uwaga: Ewangelia św. Mateusza o żadnych królach czy monarchach, ani też o ich liczbie, nie wspomina. Żadnych imion, narodowości, koloru skóry, ani nawet miejscu, dokąd przybyli. „Mędrcy ze Wschodu” – ot, to wszystko.

Sama Ewangelia św. Mateusza pięknie ukazuje prawdę o Objawieniu Jezusa, a może bardziej o ważności ludzkiej odpowiedzi na nie. Mówi, że drogi do poznania Boga wiodą nie tylko poprzez „fides”, ale i „ratio”. Podkreśla niezwykłą uczciwość Mędrców (której życzymy mędrcom współczesnym), którzy widząc gwiazdę na niebie, znak sugerujący narodzenie Króla Żydowskiego, wybierają się w drogę, rozpoczynają poszukiwania, nie odrzucając z góry faktu z powodu własnych silniejszych przesądów.

 

Tak, Epifania mówi bardziej o ważności odpowiedzi człowieka na objawienie Jezusa. I – uwaga, teraz będzie kaznodziejsko – obyśmy zawsze, jak Mędrcy ze Wschodu, byli w stanie poznać Pana. Poznać – nie znaczy tylko rozpoznać, ale – jak pokazuje przykład tych mędrców – ruszyć w drogę, podążyć za gwiazdą, danym nam znakiem, choćby najmniejszym. Szukać, nie poddawać się, wypytywać kolejnych osób, tak jak ci mędrcy wypytywali żydowskich uczonych, aż dojdziemy do celu, aż zobaczymy Go „twarzą w twarz”. Poznać to też zobaczyć, pojąć pełnię objawienia. Ktoś, kto poznaje Pana, choć jeszcze jest w drodze, choć jeszcze idzie za gwiazdą, czy za wskazaniami innych, to Jemu poddaje swoją historię życia, Jezusa czyni Panem swojej historii.

Wesprzyj nas
ks. Przemysław Śliwiński

ks. Przemysław Śliwiński

Kapłan Archidiecezji Warszawskiej. Pochodzi z Lubawy. Ukończył studia specjalistyczne na Wydziale Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Santa Croce w Rzymie. Jesienią 2013 roku, objął stanowisko rzecznika prasowego Archidiecezji Warszawskiej oraz dyrektora Archidiecezjalnego Centrum Informacji. Wykłada edukację medialną w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Na Stacji7.pl jest autorem wielu artykułów oraz popularnego cyklu Jutro Niedziela.

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Przemysław Śliwiński
ks. Przemysław
Śliwiński
zobacz artykuly tego autora >