Jak Kościół weryfikuje cuda?

Czy w przypadku wybierania jednego cudu, dokonanego przez osobę, co do której toczy się proces beatyfikacyjny bądź kanonizacyjny można mówić o kontrowersjach? Czy raczej o rozwiewaniu wątpliwości, wpisanym w procedury?

Urszula Rzepczak
Urszula
Rzepczak
zobacz artykuly tego autora >

Uznanie cudu stanowi jeden z dwóch kluczowych elementów procesu beatyfikacyjnego (obok uznania heroiczności cnót kandydata w toczącym się równolegle postępowaniu), ale w procesie kanonizacyjnym jest już tylko jedynym. Wyjątkiem jest wyniesienie na ołtarze kandydata, który został uznany za męczennika – cud nie jest wtedy potrzebny.

Jak Kościół weryfikuje cuda?

Papież, który ostatecznie jako jedyny ma prawo decydować o kościelnym kulcie publicznym Sług Bożych, przyspieszając procedury, może jednak zrezygnować z konieczności przeprowadzenia procesu w sprawie cudu.  Tak uczynił Franciszek w przypadku kanonizacji Jana XXIII.  Decyzja papieża Franciszka o dyspensie od proceduralnego uznania cudu wiązała się z obecnością wielu łask za wstawiennictwem Jana XXIII.

– Franciszek skorzystał z tzw. fama signorum, opinii znaków (łask szczególnych). To nie pierwszy taki przypadek w historii Kościoła – podkreśla postulator procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego Jana Pawła II, ksiądz Sławomir Oder. Termin kanonizacji Jana XXIII, podobnie jak Jana Pawła II, ogłosi konsystorz, który zbiera się ostatniego dnia września 2013 roku.

Weryfikację cudu w przypadkach beatyfikacji i kanonizacji reguluje wydana przez papieża Jana Pawła II  25 stycznia 1983 roku konstytucja apostolska Divinus Perfectionis Magister. „Dochodzenie dotyczące stwierdzenia zaistniałych cudów winno być przeprowadzone oddzielnie od dochodzenia dotyczącego cnót, a także męczeństwa” – napisano w niej.

A zatem, choć powszechnie mówimy o procesie beatyfikacyjnym czy procesie kanonizacyjnym, to – zwłaszcza widać to w przypadku tego pierwszego – kwestia cudu rozpatrywana jest w osobnym procesie, stanowiącym integralną część procesu beatyfikacyjnego. W procesie kanonizacyjnym, inaczej niż w procesie beatyfikacyjnym, nie dowodzi się już heroiczności cnót kandydata na ołtarze (czyli tego, że jego życie było moralnie nieskazitelne i może stanowić dla wiernych bezwzględny przykład).

Jak Kościół weryfikuje cuda?

To Jan Paweł II chciał, i wyraził to we wspomnianym dokumencie, aby proces przeprowadzono sprawnie, ale rozważnie, postępując zgodnie z procedurami. Chętnie podkreślali to specjaliści już w czasie procesu beatyfikacyjny papieża Polaka, kiedy społeczne oczekiwanie i płynące z Polski częste zapytania na temat postępów procesu czasem odbierano w Watykanie jako presję.

W konstytucji papież podkreślił znaczenie kolegialności w przygotowaniu procesu, uzasadniając: „po najnowszych doświadczeniach wydaje nam się rzeczą konieczną zrewidowanie przygotowania procesu i zreorganizowanie samej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych (…) by odpowiedzieć wymaganiom  uczonych i pragnieniom naszych braci w biskupstwie, którzy wielokrotnie prosili usilnie o przyspieszenie procedury dochodzenia z zachowaniem dokładności w przeprowadzaniu badań w sprawach tak wielkiej wagi. Uważamy także, że w świetle przedstawionej przez Sobór Watykański II nauki o kolegialności wypada, by sami biskupi zostali bardziej włączeni w prowadzenie spraw kanonizacyjnych”.

Dziś weryfikacja cudu w procesie beatyfikacyjnym jest wieloetapowym procesem, a toczy się na dwóch szczeblach: diecezjalnym i watykańskim.

Podczas postępowania diecezjalnego zbiera się dokumentację i przesłuchuje świadków, by jak najdokładniej opisać życie kandydata, sławę jego świętości, ewentualnego męczeństwa i właśnie świadectwa łask, które dokonały się za jego wstawiennictwem. Konstytucja wyraźnie już na tym etapie mówi o cudach, ale zaangażowani w proces beatyfikacyjny urzędnicy i hierarchowie kościelni niechętnie używają tego sformułowania – ponieważ uznanie cudu i jego zatwierdzenie następuje dopiero na późniejszym etapie. Zwykle proces beatyfikacyjny toczy się w oparciu o kult lokalny kandydata na ołtarze, a zatem cudów za jego wstawiennictwem szuka się w oparciu o taki właśnie obszar. Są jednak wyjątki, jak to miało miejsce w przypadku procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, kiedy już można było mówić o kulcie powszechnym.

Proces weryfikacji cudu rozpoczyna się na etapie diecezjalnym. Zbiera się świadectwa i dokumentację dotyczącą jednego lub zwykle więcej cudów i przeprowadza się wstępną analizę tych przypadków. Na temat każdego z nich zbiera się jedną, dwie , a nawet trzy opinie biegłego – podkreśla ksiądz Sławomir Oder.

Wszystkie zebrane na etapie diecezjalnym dokumenty – w tym te, dotyczące cudu – biskup przesyła do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Po wstępnej aprobacie dokumentacji postulator procesu szczebla diecezjalnego sporządza tzw. positio (dokument popularnie zwany „pozycją”), będący skrótem, esencją wiedzy wynikającej z zebranej dokumentacji.

Dalsza weryfikacja cudu, zarówno w procesie beatyfikacyjnym, jak i kanonizacyjnym następuje już w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, dykasterii (odpowiedniku ministerstwa) zreformowanej za Jana Pawła II.

Po przysłaniu przez diecezję dokumentacji w sprawie cudu uzdrowienia do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, w dykasterii wybiera się dwóch lub trzech lekarzy z listy zaprzysiężonych i prosi o wydanie przez nich wstępnej opinii. Czasem, przy podziale głosów bada się sprawę dalej albo też prosi o wybór innego przypadku.

Trzeba mieć przede wszystkim pewność, że cud wydarzył się już po śmierci kandydata na ołtarze – to weryfikuje się w procesie beatyfikacyjnym. W przypadku zaś Sługi Bożego – błogosławionego, wobec którego toczy się proces o kanonizację – cud musi wydarzyć się już po jego beatyfikacji. Może to nastąpić nawet tego samego dnia. Tak było właśnie w przypadku Jana Pawła II.

Pozostaje jednak pytanie, czy cud ma się wydarzyć po uroczystości beatyfikacyjnej czy też wcześniej, po uznaniu przez papieża dekretu o wyniesieniu na ołtarze kandydata i wyznaczeniu daty mszy beatyfikacyjnej.

Jak Kościół weryfikuje cuda?

Ksiądz Sławomir Oder, zapytany o to wkrótce po rozpoczęciu procesu kanonizacyjnego Jana  Pawła II precyzował, że zwyczajowo postulatorzy posiłkują się cudem, który wydarzył się już po beatyfikacji, ale równie ważny jest taki cud, zwłaszcza gdy jest oczywisty, pewny, niepodważalny, który dokonał się za wstawiennictwem błogosławionego, zaraz po zatwierdzeniu dekretu o beatyfikacji przez papieża. Przy czym, jak podkreśla postulator, papież aprobuje dekret, ale nie podpisuje fizycznie dokumentu, o czym czasem błędnie donoszą media.

Weryfikacja cudu w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych może potrwać wiele miesięcy, a zazwyczaj trwa lata. Jak nakazuje dokument papieski z 1983 roku, „cuda bada się na zebraniu biegłych (jeśli chodzi o uzdrowienia na zebraniu lekarzy) (…); na specjalnym posiedzeniu teologów i wreszcie na kongregacji kardynałów i biskupów (congregatio ordinaria)”.

Ta weryfikacja cudu ma charakter ściśle naukowy – podkreśla ksiądz Oder – a jego badanie ma dwa aspekty: medyczny i teologiczny.

Należy podkreślić, że postulator może mieć przygotowanych i dogłębnie opracowanych więcej świadectw o łaskach za wstawiennictwem kandydata na ołtarze. Zwłaszcza jeśli dotyczy to przypadków uzdrowień. Postęp w medycynie każe szczegółowo przestudiować każdy taki przypadek, by orzec, że uzdrowienia nie można wyjaśnić w żaden znany współczesnej medycynie sposób. Stąd tak wielka rola komisji lekarzy w weryfikacji cudu. Budzące spekulacje mediów, inspirujące do publikacji doniesień o opóźnieniu procesu beatyfikacyjnego czy kanonizacyjnego długie studia nad przypadkami uzdrowień nie muszą być i zazwyczaj nie są efektem podważania przez lekarzy wiarygodności świadectw o uzdrowieniu, a są normalną, przewidzianą we wspomnianej konstytucji procedurą. Wszystko po to, by  już po zatwierdzeniu cudu nie było żadnych wątpliwości. Tak było z uzdrowieniem francuskiej zakonnicy, Marie Simon-Pierre z choroby Parkinsona – które posłużyło jako cud w procesie kanonizacyjnym Jana Pawła II. Same zaś spekulacje są spowodowane jeszcze jedną istotną kwestią: mianowicie cały proces jest tajny, a doniesienia prasowe oparte są tylko o przecieki, i to nieliczne.

Ksiądz Sławomir Oder podkreśla, że na etapie watykańskim – czyli gdy lekarze z komisji lekarskiej Kongregacji zapoznają się z dokumentacją albo już gdy obradują, bardzo często powołuje się kolejnych biegłych lub zadaje dodatkowe pytania tym, których już wcześniej powołano.

Postulator powinien być gotów do udzielania stałej pomocy prowadzącemu sprawę z ramienia Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, podsekretarzowi. Chodzi o przygotowanie materiałów do dyskusji wśród lekarzy, czy później kardynałów i biskupów, o umożliwienie ewentualnego kontaktu ze świadkami, czy ekspertami – mówi ksiądz Hieronim Fokciński, długoletni pracownik, relator w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, który ma na swoim koncie przygotowanie w dykasterii materiału dowodowego przy czterdziestu beatyfikacjach i kanonizacjach; autor ponad dwustu publikacji naukowych z tej dziedziny. – Podczas procesu beatyfikacyjnego Jana Pawła II, który miał charakter bardzo poważny, bardzo często nawiązywaliśmy ponowny kontakt z różnymi lekarzami właśnie na tym etapie – podkreśla postulator.

Jak Kościół weryfikuje cuda?

Maureen Digan. Jej uzdrowienie posłuzyło jako cud beatyfikacyjny Siostry Faustyny / © Copyright by Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia

Liczba konsultorów – lekarzy może być różna. Zwykle waha się od pięciu do dziesięciu. O tym, jak zakwalifikować uzdrowienie decyduje większość. A jeśli nawet uzupełnienie o nowe dowody nie przekonuje komisji co do słuszności wyboru cudu, lub jest niewystarczające, to się z niego rezygnuje.

Często jest też tak, że postulator ma pełną dokumentację do kilku przypadków uzdrowień, wówczas wybiera się ten najpewniejszy – dodaje ksiądz Fokciński.

To między innymi dlatego nikt, nawet postulator nie powinien przed ostateczną decyzją komisji Kongregacji, mówić publicznie o jaki cud chodzi. Bo – jak podkreśla się w dykasterii – nawet najlepszy przypadek, który ma w jego przekonaniu największe szanse, by posłużyć w procesie – może być podważony przez jedną z komisji.

Ksiądz Fokciński podkreśla, że komisja medyczna bada cud uzdrowienia pod kątem tego, czy dokonał się natychmiast (czyli nie jest długim procesem zdrowienia), jest całkowity i trwały. Czasem lekarze odkładają sprawę, by przekonać się właśnie o trwałości cudu. Zwyczajowo zakłada się, że muszą upłynąć trzy lata od uzdrowienia, by uznać je za permanentne. Ale zdarzają się też niespodzianki. 

Miałem taki przypadek, kiedy komisja zadecydowała o powtórzeniu badań. Chodziło o uzdrowienie  dziecka. I wówczas rodzice nie zgodzili się, argumentując że badania takie są stresujące i dziecku pozostanie uraz. Trzeba było zrezygnować z tego świadectwa i wybrać inne – mówi ksiądz Fokciński, dodając – W sprawach, które prowadziłem czasem bez rezultatu podchodzono w komisji lekarskiej trzy razy do głosowania. Wówczas praktyka jest taka, że rekomenduje się postulatorowi, nie nakazuje, zrezygnowanie z danego przypadku. Były takie przypadki, że czeka się na kolejny cud  po kilkadziesiąt latZdarza się, że zgłoszony przypadek uzdrowienia wymaga zgromadzenia dalszej dokumentacji, a tymczasem ta zaginęła w szpitalu, została zniszczona – bo upłynęło dużo czasu lub też lekarze odmawiają jej udostępnienia, zasłaniając się tajemnicą lekarską albo też argumentacją, że w cuda nie wierzą.  

Bywa też inaczej, znacznie prościej. W jednym z procesów kanonizacyjnych posłużył przykład przypadkowego uzdrowienia z beznadziejnego, zdaniem lekarzy, przypadku paraliżu. Chorego, modlącego się o wstawiennictwo do kandydata na ołtarze, odwiedzał tylko jeden przyjaciel, z którym chory czasem prowadził żartobliwe kłótnie. W czasie jednej z nich, chory przytwierdzony do wózka zapytał: A mam cię kopnąć? I wykonał gest. Okazało się, że może się poruszać. Uznano to za cud w procesie.

Jak Kościół weryfikuje cuda?

Święta M. Urszula Ledóchowska

Na ogół wybiera się uzdrowienia fizyczne, ale ten, który posłużył w procesie św. Urszuli Ledóchowskiej, musieli zweryfikować fachowcy od… wysokich napięć. Pewien ogrodnik, który zwykł modlić się gorliwie do świętej, pewnego razu uruchomił sprzęt ogrodniczy o potężnym napięciu. Zrobił to niewłaściwie i powinien ponieść śmierć na miejscu, tymczasem przeżył.

Tu lekarz – jak podkreśla były pracownik Kongregacji – mógł tylko wypowiedzieć się na temat wytrzymałości organizmu na natężenie prądu; głównym specjalistą był technik. Rzecz jasna, trzeba było udowodnić, że ogrodnik nie miał na sobie gumowych butów czy izolującego okrycia. Choć weryfikacja medyczna wydaje się bardzo skomplikowana, to problem może się też pojawiać na etapie drugiej komisji teologów.

Teolodzy muszą mieć niezbite argumenty, że modlitwy o wstawiennictwo ze strony kandydata na ołtarze spotkały się z odpowiedzią ze strony Boga. I to nie wszystko, muszą mieć bowiem dowody, że oto poskutkowało zwrócenie się do tego, a nie innego kandydata, błogosławionego czy świętego.

Czasem bowiem w desperacji ludzie proszą o wstawiennictwo kilku. Teolodzy mają wtedy niemały problem. Z kolei wedle podobnej zasady, na podstawie jednego cudu wyniesiono na ołtarze trójkę pastuszków z Fatimy – ludzie modlili się, prosząc o wstawiennictwo jednocześnie całą trójkę – podkreśla ksiądz Fokciński i dodaje, że obowiązuje zasada iż wszyscy, którzy podejmują decyzje w sprawie weryfikacji cudu powinni być w sumieniu pewni podjętych decyzji. – To musi być pewność moralna. Tak to nazywamy.

Po zatwierdzeniu cudu przez komisję medyczną i teologiczną, dokumentacja procesu trafia do komisji kardynałów i biskupów. Kiedy, to grono ją zatwierdzi, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych wydaje dekret o cudzie. W przypadku beatyfikacji wraz z dekretem o heroiczności cnót stanowi podstawę do wyniesienia kandydata na ołtarze; w przypadku Sługi Bożego sam dekret o cudzie jest równoważny z dekretem o świętości. Na końcu prefekt udaje się do papieża, który podczas prywatnej audiencji zatwierdza dokument, tym samym ostatecznie weryfikuje cud.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Urszula Rzepczak

Urszula Rzepczak

Zobacz inne artykuły tego autora >
Urszula Rzepczak
Urszula
Rzepczak
zobacz artykuly tego autora >

Kościół bogaty

Choć Kościół katolicki w Polsce należy do najmniej zasobnych w Europie i utrzymuje się w 80 proc. z ofiar wiernych, to wciąż nośny jest stereotyp o jego bogactwie oraz życiu duchownych ponad stan.

Marcin
Przeciszewski
zobacz artykuly tego autora >

Roczny budżet Kościoła w Polsce szacować można w przybliżeniu na nieco ponad 2 mld zł i jest on 20-krotnie mniejszy od środków, jakimi dysponuje np. Kościół katolicki w Niemczech.

A porównując budżet Kościoła w Polsce z rodzimymi podmiotami komercyjnymi, należy zauważyć, że jest ok. 40-krotnie mniejszy np. od budżetu PKN Orlen S.A. (82 mld zł rocznie), 10-krotnie od KGHM Polska Miedź S.A. (25 mld) czy PGNiG S.A. (23 mld).

Trudny bilans

System finansowania Kościoła w Polsce opiera się w większości (ok. 80 proc.) na dobrowolnych ofiarach wiernych. Są one świadczone jako ofiary na tacę oraz towarzyszą intencjom mszalnym, sakramentom i sakramentaliom czy wizytom duszpasterskim (kolędy). Okazją do ofiar są również częste składki celowe, przeprowadzane w parafiach na rzecz osób potrzebujących, chorych bądź doświadczonych przez różnorodne klęski i kataklizmy, instytucji dobroczynnych oraz utrzymania uczelni katolickich.

Analiza budżetów instytucji kościelnych wskazuje, że – poza nielicznymi wyjątkami – z trudem bilansują się one, jeśli chodzi o pokrycie bieżącej działalności, a coraz większym problemem jest wygospodarowanie funduszy na działalność inwestycyjną czy szerzej pojęty rozwój. Zmniejszenie ofiarności wiernych, na skutek kryzysu gospodarczego bądź obniżenia praktyk religijnych, skutkować może w niedalekiej perspektywie narastającą niewydolnością obowiązującego systemu finansowania Kościoła.

Stan zamożności polskich parafii zależy więc od skali ofiar wiernych. Roczne przychody przeciętnej parafii wahają się od ok. 40 do 400 tys. zł.

A tymczasem samo ogrzewanie świątyni przekracza często 80 tys. zł rocznie, nie mówiąc już o kosztownych wydatkach na konserwację, remonty, utrzymanie cmentarza, pensje pracowników itp.

Kościół bogaty

W dużych parafiach oraz na terenach, gdzie religijność jest wysoka, wierni bez trudu utrzymują świątynię i pracujących na ich rzecz duchownych, jednak taką sytuację mamy w tych parafiach miejskich, gdzie wierni są majętni oraz w Polsce południowej, charakteryzującej się wysokim poziomem praktyk. Znacznie gorzej, a nawet wręcz tragicznie jest na terenach Polski północno-wschodniej i zachodniej, gdzie dominuje ludność postpegieerowska o olbrzymim procencie bezrobocia. Tam zarobki duchownych są o wiele niższe od tzw. średniej krajowej, nie sposób też pokryć z ofiar wiernych coraz bardziej kosztownych remontów kościelnych budynków. Podobnie zaczyna być na wielu obszarach wiejskich, gwałtowanie wyludniających się, gdzie w wielu parafiach pozostają niemal wyłącznie emeryci, utrzymujący się z niewielkiej KRUS-owskiej renty. Narastający kryzys polskiej wsi, która przez wieki była tradycyjnym zapleczem katolicyzmu, dziś poważnie uderza także w materialne zaplecze Kościoła.

Zarobki duchownych wahają się od kilkuset zł do ok. 6 tys. miesięcznie. Przeciętny polski duchowny utrzymujący się z pracy duszpasterskiej zarabia 1,5–2,5 tys. zł miesięcznie, czyli znacznie poniżej tzw. średniej krajowej.

Jak jest w Europie?

Na terenie innych krajów Europy ofiary wiernych stanowią znacznie mniejszy niż w Polsce procent w budżecie instytucji kościelnych. Za to o wiele wyższe jest dofinansowanie ze środków publicznych.

W krajach kontynuujących tradycję państwa wyznaniowego, np. w Grecji czy w niektórych państwach skandynawskich, Kościoły utrzymywane są niemal w całości przez państwo. W licznych krajach europejskich: Belgii, Danii, Czechach czy na Słowacji państwo wypłaca duchownym pensje. W Niemczech – gdzie obowiązuje podatek na rzecz Kościołów – pokrywa on 80 proc. kościelnego budżetu, a z ofiar pochodzi zaledwie 20 procent. W Polsce mamy sytuację odwrotną: ofiary stanowią 80 proc. budżetu Kościoła, a wsparcie ze środków publicznych pokrywa zaledwie ok. 20 proc. jego wydatków.

W pozostałych krajach Unii Europejskiej źródła utrzymania Kościołów oscylują pomiędzy tymi skrajnościami.

Nasz Kościół jest jednym z najuboższych na tym terenie, gdyż jego byt zależy przede wszystkim od wysokości ofiar wiernych. Tymczasem większość z nich to osoby o średnich bądź niskich dochodach.

Ich dary są często prawdziwym „wdowim groszem”. W przeciwieństwie do krajów, gdzie podatki na Kościół obowiązani są uiszczać wszyscy jego członkowie, w Polsce systematycznie ofiary składają tylko ci, którzy regularnie praktykują, czyli ok. 40 proc. społeczeństwa.

Kościół bogaty

Przychody Kościoła w Polsce

Ofiary, jakie składają wierni, to przede wszystkim taca i te, które uiszczane są przy okazji zamawiania Mszy św. w określonej intencji oraz przy okazji sakramentów: chrztu i małżeństwa bądź sakramentaliów, czyli np. pogrzebu.

Jak informują kościelne źródła, przeciętna ofiara na tacę (w skali kraju w przeliczeniu na ilość osób obecnych w kościele) podczas niedzielnej Mszy św. wynosi ok. 1 zł od osoby. Drugim źródłem dochodu są tzw. intencje mszalne, których przeciętna waha się w granicach 40 zł. Msze zamówione w określonej intencji stanowią ok. 60 proc. odprawianych przez kapłanów. Ofiara składana z okazji chrztu wynosi ok. 100 zł. a ofiary z okazji ślubu bądź pogrzebu wahają się w granicach ok. 500 zł.

Dochody z działalności gospodarczej prowadzonej przez podmioty kościelne oszacować można na ok. kilkadziesiąt milionów złotych. Nieco więcej przynosi dzierżawa posiadanej ziemi.

Darowizny od podmiotów prawnych – w świetle danych Ministerstwa Finansów za 2010 r. – na cele kultu religijnego wyniosły 29 mln 609 tys. zł, a na działalność charytatywno-opiekuńczą 2 mln 791 tys. zł. Natomiast darowizny na te cele od osób fizycznych w 2009 r. wyniosły 83 mln 014 tys. zł. Ponadto ze środków publicznych państwo przeznacza rocznie (dane za 2011 r.) 492 mln 615 tys. zł na dofinansowanie działań instytucji kościelnych.

Dodając te wszystkie pozycje, roczny budżet Kościoła katolickiego w Polsce szacować można na nieco ponad 2 mld zł rocznie.

Tymczasem Kościół w Niemczech uzyskał w 2011 r. z samego tylko podatku kościelnego 4,9 mld euro, czyli 20,5 mld zł. Do tego dochodzą liczne dotacje ze środków publicznych na szkolnictwo wyznaniowe, kapelanów w wojsku, szpitalach oraz na cele charytatywno-społeczne. W sumie Kościół katolicki w Niemczech dysponuje budżetem około 20-krotnie wyższym od Kościoła w Polsce.

We Włoszech kwota, jaką Kościół otrzymuje z dobrowolnych odpisów podatkowych (0,8 proc.) wynosi ok. miliarda euro rocznie, czyli ponad 4 mld zł. Do tego dochodzi 50 mln euro z kościelnych majątków, 15 mln euro darowizn na cele kościelne i oczywiście dobrowolne ofiary wiernych, które – za względu na zamożność społeczeństwa – są wyższe niż w Polsce.

W sumie więc Kościół we Włoszech dysponuje budżetem 4-, 5-krotnie wyższym niż w Polsce.

Znacznie wyższy jest też budżet Kościoła w niektórych krajach postkomunistycznych, np. na Słowacji czy w Czechach. Niezależnie od ofiar składanych przez wiernych, państwo wypłaca tam pensje duchownym oraz finansuje w znacznym zakresie jego działalność charytatywno-społeczną oraz edukacyjną. Tak więc Kościół w Polsce należy do najuboższych w Europie, a swoją misję może pełnić dzięki ofiarności oraz stosunkowo wysokiemu poziomowi religijności społeczeństwa.

Ile statystycznie "dajemy na tacę"?

Kościół bogaty

Mit o bogactwie

Mit o bogactwie Kościoła powstał już w czasach starożytnych. A to dlatego, że chrześcijanie jako pierwsi w dziejach rozpoczęli działalność charytatywną.

Dowodem na rozpowszechniony już wówczas stereotyp o bogactwie Kościoła jest fakt, że pod tym pretekstem aresztowano w III wieku diakona Wawrzyńca, a policja rzymska domagała się, by wydał skarby Kościoła. Wawrzyniec – jak podaje legenda – przyprowadził rzeszę biedaków i bezdomnych, oświadczając: „To są skarby Kościoła”.

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa wszystkimi dobrami, jakie w drodze ofiar napływały do Kościoła, zarządzał biskup. Dzielono je na 4 części: utrzymanie biskupa, duchowieństwa, cele kultowe i charytatywne. Od VI wieku scentralizowany system zarządzania majątkiem kościelnym uległ rozluźnieniu. Znaczny wpływ na zmiany charakteru majątku kościelnego wywarł system feudalny. W tym okresie historii Kościoła wykształcił się specyficzny sposób gromadzenia środków materialnych i dysponowania nimi – system beneficjalny. Przez wieki instytucje kościelne wyposażane były w określone dobra materialne, przeważnie ziemskie, które służyły na pokrycie ich potrzeb. Majątek ten powstawał na skutek darowizn bądź zapisów testamentalnych. Wzrostowi dóbr kościelnych sprzyjała także rosnąca pobożność społeczeństwa, np. w czasach jagiellońskich Kościół w Polsce był jednym z największych posiadaczy ziemskich. Według przybliżonych obliczeń na początku XVI w. należało do niego około 10-12 proc. ziemi uprawnej.

Zabór dóbr

Pierwszy znaczny zabór kościelnych dóbr nastąpił w okresie reformacji, drogą tzw. sekularyzacji. Umożliwiało to podporządkowanie Kościołów protestanckich władzy państwowej. W Anglii, Szkocji, Niemczech, krajach skandynawskich królowie i książęta znosili klasztory i zabierali ich majątki. Natomiast masowa konfiskata majątków Kościoła katolickiego nastąpiła po raz pierwszy podczas rewolucji francuskiej, kiedy traktowano go jako podporę ancien regime.

Pomysł sekularyzacji dóbr kościelnych przejęły XIX-wieczne monarchie absolutne. Każda z nich dążyła do pozbawienia Kościoła niezależności materialnej, a następnie podporządkowania go państwu. W Austrii, na skutek polityki „józefinizmu”, państwo przejęło znaczne kościelne majątki, w zamian wypłacając pensje duchowieństwu. Pozycja duchownego miała być analogiczna do urzędnika państwowego i charakteryzować go miał podobny stopień lojalności. Na terenach niemieckich po 1803 r. doszło do masowej sekularyzacji majątków kościelnych. W zamian za to państwo utworzyło fundusz kościelny, z którego finansowana była działalność Kościołów.

Na ziemiach polskich beneficjalny sposób utrzymywania Kościoła zaburzony został po raz pierwszy w okresie zaborów. Dążenia monarchii absolutnych do podporządkowania Kościoła zbiegły się tu z pragnieniem osłabienia go jako instytucji umacniającej polskość. Najsilniejsze represje miały miejsce w zaborze rosyjskim, których eskalacja nasilała się szczególnie po kolejnych powstaniach narodowych.

Działania te – na znacznie bardziej masową skalę – kontynuowali komuniści po 1945 r. Propaganda przedstawiała Kościół jako pasożytniczą, bogatą instytucję, żerującą na uczuciach religijnych ludu. Pierwszym krokiem była dokonana w 1948 r. likwidacja dzieł charytatywnych Kościoła, w tym kościelnej Caritas i jej ogniw. Największa grabież nastąpiła na mocy ustawy „przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki” z 1950 r. Oblicza się, że w sumie zabrano Kościołowi od 90 do 155 tys. hektarów ziemi oraz ok. 4 tys. budynków. Skutkiem tych wszystkich represji było ograniczenie działalności niemal wyłącznie do sprawowania kultu oraz pracy duszpasterskiej.

W 1989 r. państwo uznało winę wobec Kościoła i zadeklarowało wolę częściowego naprawienia krzywd, czego wyrazem było powołanie Komisji Majątkowej. Komisja zwracała tylko to, co zagarnięto wbrew komunistycznemu prawu. Zwróciła Kościołowi ok. 65 tys. ha, 143,5 mln zł oraz ponad 400 budynków: zaledwie ok. 30 proc. spośród zabranych dóbr. Pomimo że jest to tak niewiele, sam fakt przywracania Kościołowi materialnych podstaw działalności wywołał furię środowisk mu niechętnych. Działania Komisji przedstawiano na kształt mafii, gdzie dokonywane są nadużycia, nad którymi nikt nie panuje. Zaowocowało to licznymi pozwami do sądów. Mało kto pamięta, że spośród nich żaden dotąd nie uzyskał potwierdzenia.

Zwrot tej niewielkiej części majątków umożliwił Kościołowi powrót do jego posługi na rzecz społeczeństwa na polu charytatywnym, medycznym czy edukacyjnym. Ceną, jaką przychodzi Kościołowi za to płacić, jest konfrontacja z rozpowszechnianym wciąż mitem o rzekomych jego bogactwach.

Marcin Przeciszewski – Prezes Katolickiej Agencji Informacyjnej

Tekst opracowany i opublikowany w: „Kościół. Stereotypy, uprzedzenia, manipulacje”, Warszawa-Lublin 2012


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Marcin Przeciszewski

Prezes Katolickiej Agencji Informacyjnej.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin
Przeciszewski
zobacz artykuly tego autora >