Dlaczego zdradził Jezusa? 7 hipotez na temat Judasza

Judasz zdradził Jezusa, bo tak mu kazała… jego żona. A ta żona to „zła kobieta była".

Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >

Według etiopskiego „Męczeństwa Piłata” żoną Judasza była… siostra Barabasza…. Jeszcze inni snują spekulacje, jakoby Judasz był… zazdrosny o Marię Magdalenę, która była zakochana bez pamięci w Jezusie i nie dawała żadnych szans Judaszowi. A on ją skrycie kochał i nie mógł już patrzeć na to uwielbianie.

Zdrada Judasza była z pewnością bolesna dla pozostałych apostołów. Człowiek, którego uważali za przyjaciela, towarzysz wspólnych wędrówek, wydał Jezusa. Musieli się z tym faktem jakoś uporać, bo nigdy nie mogli zapytać go, dlaczego właściwie zdradził. Judasz zaraz po wydaniu Mistrza, powiesił się. Apostołowie byli więc zdani na własne domysły. I do dziś nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie. Istnieje jednak kilka hipotez.

Otóż według Jana przyczyną zdrady była zwykła i prostacka chciwość

Hipoteza 1: For the Money?

Autor Czwartej Ewangelii, którego tradycja utożsamia z Janem Apostołem, jest szczególnie cięty na Judasza. Ilekroć o nim wspomina, nie może powstrzymać się przed przypisaniem mu najgorszych cech. To właśnie Czwarta Ewangelia legła u podstaw tak bardzo negatywnego wizerunku Judasza.

Otóż według Jana przyczyną zdrady była zwykła i prostacka chciwość. Znamienna jest scena namaszczenia stóp Jezusa drogocennym olejkiem, co uczyniła w Betanii Maria, siostra Marty i Łazarza. Według przekazu synoptyków (mam oczywiście na myśli autorów Ewangelii Synoptycznych, a nie przepowiadaczy pogody), czyn kobiety wywołał niezadowolenie uczniów, którym nie podobało się takie marnotrawstwo w kontekście potrzeb biednych (zob. Mk 14, 3-4; Mt 26, 6-13).

W Ewangelii według św. Jana niezadowolenie z powodu gestu Marii wyraża tylko i wyłącznie Judasz. Co więcej Jan wyjaśnia, że powodem nie są tu bynajmniej szlachetne intencje, ale złodziejska natura Judasza, który jako skarbnik podkradał pieniądze ze wspólnej kasy: „Na to rzekł Judasz Iskariota, jeden z uczniów Jego, ten, który miał Go wydać: «Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim?» Powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano” (J 12, 4-6, por. J 13, 29).

Dlaczego zdradził Jezusa? 7 hipotez na temat Judasza

Idąc tym tropem, Jakub de Voragine (1230-1298) w „Złotej legendzie” tak tłumaczy zdradę Jezusa: „Na krótki czas przed męką Pana Naszego, rozgniewał się [Judasz] za to, że nie sprzedano wonnej maści, którą dano Jezusowi i która warta była trzysta groszy: bo niewątpliwie zamierzał przywłaszczyć sobie tę sumę. Poszedł więc do Żydów i sprzedał Chrystusa za trzydzieści srebrników”.

Czy faktycznie Judasz defraudował pieniądze Jezusa i uczniów? Czy zostało to dowiedzione? Śmiem wątpić… Sądzę raczej, że Jan tak się zapieklił w niechęci do Judasza, że po zdradzie przypisał mu także rzekome kradzieże.

To tak jak w filmie „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, gdy sprzątaczka oskarżyła klienta sklepu, że to złodziej, bo wyrwał jej z rąk narzędzie pracy, czyli ścierkę, a ekspedientka dodała: „I pijak! Bo każdy pijak to złodziej!”. W tym wypadku sposób rozumowania Jana był pewnie podobny: „Skoro zdradził Mistrza, to z pewnością nas także okradał”. A przecież jeśli Judasz został wybrany skarbnikiem, to chyba cieszył się jednak pewnym zaufaniem. Znamienne, że to jemu powierzono wspólną kasę, a nie na przykład Mateuszowi, który jako dawny celnik obeznany był z kwestiami finansowymi. Ciekawe jest również, że podczas Ostatniej Wieczerzy Jezus prawdopodobnie leżał (bo w tamtych czasach biesiadowano w pozycji wpółleżącej) właśnie pomiędzy Janem (Umiłowanym Uczniem) i Judaszem, a Piotr znajdował się po drugiej stronie Jana.

Dlaczego zdradził Jezusa? 7 hipotez na temat Judasza

Oczywiście faktem jest, że za wskazanie Jezusa, Judasz otrzymał wynagrodzenie w postaci trzydziestu srebrników, ale czy oznacza to, że zdradził dla pieniędzy? Tradycja synoptyczna, która jako jedyna przedstawia wizytę Judasza u arcykapłanów (Mt 26, 14-15; Mk 14, 10-11; Łk 22, 3-6) w ogóle nie mówi o tym, że motywem była zapłata. Zresztą, sprzedając Jezusa, Judasz wcale nie zbił jakichś kokosów. Trzydzieści srebrników to niezbyt wygórowana cena, tyle kosztowała krowa albo niewolnik o bardzo niskiej wartości. Może więc ta kwota ma znaczenie symboliczne?

Fakt, że suma była tak znikoma dla wielu jest podstawą, aby sądzić, że motywy Judasza były inne niż finansowe.

Apostoł-zdrajca był tylko narzędziem

Hipoteza 2: Opętał go Szatan?

Druga hipoteza na temat zdrady Judasza zakłada jego uległość Szatanowi (J 6, 70-71; 13, 2. 27; por. Łk 22, 2-4). Świadczyła ona, że Judasz odwrócił się od swego powołania (por. Dz 1, 24-25) i oddał swą wolność na usługi „odwiecznego przeciwnika”. To sugerowałoby, że apostoł-zdrajca był tylko narzędziem. Inicjatorem działań Judasza, a tym samym i autorem zamysłu wydania Jezusa, był bowiem sam Diabeł: W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty syna Szymona, aby Go wydać (J 13, 2).

Według Łukasza opętanie nastąpiło, gdy zbliżało się święto Paschy: Wtedy szatan wszedł w Judasza, zwanego Iskariotą, który był jednym z Dwunastu (Łk 22, 3). Natomiast Jan wspomina, że Szatan wszedł w swą ofiarę dopiero podczas Ostatniej Wieczerzy (i to po otrzymaniu od Jezusa kawałka chleba): A po spożyciu kawałka [chleba] wszedł w niego Szatan (J 13, 27). W tej perspektywie słowa Jezusa: Co chcesz czynić, czyń prędzej! mogłyby jako adresata mieć nie wiarołomnego apostoła, ale właśnie Szatana.

W niektórych apokryfach Judasz jest osobą naznaczoną złem, która już od dzieciństwa miała diaboliczną naturę. Takim poglądom sprzyjały słowa Jezusa, który jeszcze na długo przed samą zdradą powiedział, mając na myśli Judasza: Czyż nie wybrałem was dwunastu? A jeden z was jest diabłem (J 6, 70).

Dlaczego zdradził Jezusa? 7 hipotez na temat Judasza

We wspominanej już „Złotej legendzie” matka Judasza miała sen, że urodzi potwora. Rodzice pozbyli się więc dziecka, wkładając go do koszyka i rzucając na fale. Małego Judaszka przygarnęła królowa wyspy Iskariot. Gdy na świat przyszedł prawdziwy syn królowej, Judasz zamordował swojego przyrodniego brata i uciekł. Związał się wówczas z młodym Piłatem. Potem, tak jak Edyp zabił przez przypadek rodzonego ojca i wziął za żonę swoją matkę. Gdy wszystko wyszło na jaw, matka wysłała go, żeby prosił o wybaczenie Chrystusa i czynił u Niego pokutę. W ten sposób Judasz dostał się do grona uczniów Jezusa… Jak widać istniała tendencja, aby ukazywać Judasza jako istotę do gruntu złą, czyniącą tylko zło i żyjącą tylko dla czynienia zła, a wówczas zdrada byłaby po prostu naturalną konsekwencją charakteru Judasza. Dziwne byłoby wręcz, gdyby nie zdradził.

Z kolei Arabska „Ewangelia dzieciństwa” opowiada, że Judasz już jako dziecko był opętany przez Szatana. Matka zaniosła go więc do Jezusa, którego próbował ugryźć. Nie udało mu się to, ale za to uderzył Jezusa w bok – ten, który został potem przebity włócznią. Szatan opuścił co prawda małego Judasza na rozkaz Jezusa, ale potem do niego powrócił (EwDzArab 35).

Takie to bajdurzenia snuła ludzka fantazja w okresie średniowiecza.

Niektóre apokryfy sugerują, że Judasz zdradził Jezusa, bo tak mu kazała… jego żona

Hipoteza 3: Z powodów osobistych

Nie znamy tych powodów osobistych, dlatego możemy tu wstawić cokolwiek. Niektóre apokryfy sugerują, że Judasz zdradził Jezusa, bo tak mu kazała… jego żona. A ta żona to „zła kobieta była”. Pomysł doprawdy kuriozalny, aby odpowiedzialność przenosić na żonę. Musieli to wymyślić jacyś mizogini (jeśli ktoś nie wie, kto to jest mizogin, niech obejrzy film „Baby są jakieś inne”, wtedy zobaczy dwóch takich, co o kobietach rozprawiali).

Według etiopskiego „Męczeństwa Piłata” żoną Judasza była… siostra Barabasza. Kiedy aresztowano jej brata, poszła do Jezusa z prośbą o pomoc. Nie otrzymawszy jej, udała się do żon starszyzny żydowskiej i doprowadziła w konsekwencji do ukrzyżowania Jezusa (MęczP 4). Judasz może by i nie zdradził Jezusa, ale bał się żony, która potrafiła nawet w przypływie złości przygrzmocić. Postać niegodziwej małżonki Judasza występuje też w niektórych rękopisach „Ewangelii Nikodema”. To ona podpowiedziała Judaszowi sposób wydania Jezusa i nie chciała wierzyć w przyszłe zmartwychwstanie Jezusa, pomimo wyrzutów sumienia męża.

Według „Księgi Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa przez Apostoła Bartłomieja” był niańką synka Józefa z Arymatei i kiedy Judasz wziął trzydzieści srebrników, niemowlę odmówiło ssania jej piersi (KsZmB 2, 1-2). Oczywiście Ewangelie kanoniczne nic o rzekomej żonie Judasza nie wspominają. Nie wiadomo, czy w ogóle miał żonę.

Jeszcze inni snują spekulacje, jakoby Judasz był… zazdrosny o Marię Magdalenę, która była zakochana bez pamięci w Jezusie i nie dawała żadnych szans Judaszowi. A on ją skrycie kochał i nie mógł już patrzeć na to uwielbianie Jezusa przez jego ukochaną. Tu mamy scenariusz jak z ckliwego romansidła, tudzież brazylijskiej telenoweli. O miłości Judasza do Marii Magdaleny śpiewa Lady Gaga, opowiada o niej także mnóstwo powieści. Trudno to wytłumaczyć, bo nawet w apokryfach nic na ten temat nie znajdziemy.

Dlaczego zdradził Jezusa? 7 hipotez na temat Judasza

…do Dwunastu przyłączył się po to, by śledzić Chrystusa

Hipoteza 4: Od początku był agentem

Niektórzy uważają, że Judasz od samego początku znalazł się w gronie Dwunastu jako tajny agent, wtyczka i donosiciel. A zatem realizowałby od początku plan poruczony mu przez… No właśnie, przez kogo? Czyim właściwie agentem byłby Judasz? Sanhedrynu? Heroda Antypasa? A może Rzymian?

Nie można zlustrować Judasza. Nie mamy dostępu do jego „teczki”. Według apokryfu „Opowiadanie Józefa z Arymatei” Iszkariota był faryzeuszem, siostrzeńcem Kajfasza (JózAr 1, 3), a do Dwunastu przyłączył się po to, by śledzić Chrystusa. Próbował uchwycić Go na fałszywym słowie, za co codziennie otrzymywał złotą didrachmę. A zatem trzydzieści srebrników było tylko dodatkiem do stałej pensji donosiciela.

Judasz mógł być właśnie bojownikiem o wolność Izraela, który miał nadzieję wykorzystać Jezusa do własnych celów

Hipoteza 5: Zawiedziony terrorysta

Jedna z teorii wyjaśniających przyczyny zdrady Judasza mówi, że apostoł zawiódł się na Jezusie. Dlaczego? Judasz – tak jak wielu Żydów – oczekiwał, że w momencie pojawienia się na ziemi Mesjasza, zostanie zdjęte jarzmo rzymskiej niewoli i odrodzi się królestwo Izraela. Przełomowy moment mógł nastąpić w chwili wjazdu do Jerozolimy w dniu Palmowej Niedzieli. Jezusa witały wówczas tłumy – wśród nich byli głównie ludzi z prowincji, którzy na żydowskie święto przybyli do miasta. Z różnych przekazów wiemy, że zarówno Sanhedryn żydowski jak i mieszkańcy miasta byli raczej wrogo nastawieni do Jezusa. Widząc bezsilność Chrystusa, który nie był w stanie przekonać rady żydowskiej do swych racji, Judasz mógł zwątpić w niego i w to, co głosił.

Przydomek „Iskariota” (gr. Iskariotes),  jak się przypuszcza, oznacza „człowieka z Kariotu” (hebr. isz Karioth). Miejscowość taka, położona w pobliżu Hebronu, pojawia się dwukrotnie w Piśmie Świętym (Joz 15, 25; Am 2, 2). Niektórzy jednak wywodzą ten przydomek od greckiego słowa „sikarios”. Nazwa ta pochodzi od słowa „sica”, czyli krótki miecz, skrywany przez mężczyzn w fałdach szat. Sicarios zatem to „ten, który morduje za pomocą krótkiego miecza”. Być może Judasz należał do bractwa politycznych zabójców związanych z zelotyzmem i zwanych sykariuszami, czyli sztyletnikami, którzy mordowali zwolenników władzy rzymskiej.

Judasz mógł być właśnie bojownikiem o wolność Izraela, który miał nadzieję wykorzystać Jezusa do własnych celów. Jeśli tak było, zapewne przeżył głęboki wstrząs, gdy przekonał się, iż dziedzic Dawida i domniemany Mesjasz nie zamierza obalić rzymskiego panowania w Judei. Traktował Go jako przywódcę narodowo-religijnego, ale gdy zorientował się, że Chrystus nie ma zamiaru walczyć z Rzymianami i ważniejsze jest dla Niego jakieś duchowe królestwo nie z tego świata niż los swojego narodu, postanowił Go wydać, bo uznał Jego nauki za niebezpieczne dla sprawy walki wyzwoleńczej.

Dlaczego zdradził Jezusa? 7 hipotez na temat Judasza

Judasz wydał Jezusa na Jego polecenie, aby wypełniły się słowa Pisma

Hipoteza 6: Na polecenie Jezusa

Istnieje też hipoteza, że Judasz był najbardziej inteligentny i wykształcony ze wszystkich uczniów Jezusa. Tak naprawdę tylko on rozumiał swego Mistrza. Judasz wydał Jezusa na Jego polecenie, aby wypełniły się słowa Pisma i aby doszło do odkupienia świata. Fundamentalne znaczenie mają tu słowa: Co chcesz czynić, czyń prędzej! (J 13, 27). Według interpretacji dalekiej od ortodoksji słowa te mają charakter zachęty, a nawet błogosławieństwa. Stanowią jakoby ezoteryczny apel, na który odpowiedzieć może jedynie wybrany uczeń. Skoro Jezus skierował te słowa bezpośrednio do Judasza, dowodzi to, że Judasz działał w ścisłym porozumieniu z Jezusem. W ten sposób zanegowany jest w istocie sam akt zdrady. Bo żadnej zdrady nie było! Był tylko sekretny i misterny plan.

Ewangelie spisali uczniowie, którzy nie zostali wtajemniczeni w plan Jezusa i Judasza. Nie do końca pojmowali o co chodzi, bo byli to prości ludzie o nie wyrafinowanych umysłach. Judasz został więc oczerniony przez pozostałych.

Oni (którzy uciekli w popłochu) zachowywali czyste ręce, byli dobrzy i wierni, zaś kozłem ofiarnym został Judasz, który był zły, podły i poleciał na mamonę. Zwolennicy tej hipotezy idą nawet dalej i kwestionują w ogóle samobójczą śmierć Judasza. Twierdzą mianowicie, że Judasza zabili wściekli na niego uczniowie Jezusa (nie musieli to być wszyscy, ale kilku z nich). Wiadomo, że Piotr był porywczy i nie wahał się użyć miecza w Ogrójcu, aby pozbawić ucha sługę kapłanów (Mt 26, 51). Po śmierci Jezusa uczniowie byli rozbici i zagubieni. Bez przywódcy, bez mistrza. Mylnie zinterpretowali czyn Judasza, dopadli go i skatowali na śmierć, a potem ustalili, że jakby co, będą mówić, że popełnił samobójstwo. Z biegiem czasu wersje trochę się pomieszały, a oni sami zapomnieli, co ustalili (czy się powiesił, czy też rzucił w przepaść), dlatego Dzieje Apostolskie piszą obrazowo, że upadł, a więc chyba urwała się gałąź, na której się powiesił, potem zaś pękł na dwoje i wypłynęły wszystkie jego wnętrzności (Dz 1, 18).

W 2006 roku medialną sensacją było odnalezienie i publikacja apokryficznej „Ewangelii Judasza”, znanej dotychczas jedynie ze wzmianek u Ojców Kościoła. Zostało to rozdmuchane do granic możliwości. Na pierwszych stronach gazet oraz w mediach elektronicznych można było przeczytać sensacyjne nagłówki typu: „Nowe oblicze Judasza”, „Czy Kościół zmieni swą naukę?”, „Judasz nie zdradził Jezusa!”, „Kościół mylił się w ocenie Judasza!”.

Według tego utworu, napisanego w środowisku jakiejś sekty gnostyckiej (kainitów, setytów lub barbelognostyków), jedynym prawdziwym uczniem Jezusa (i gnostykiem) był Judasz, a pozostali apostołowie zostali wybrani jedynie dla kontrastu, jako stado bezrozumnych baranów. Niczego nie pojmowali, a Jezus notorycznie się z nich wyśmiewał i nabijał z ich głupoty, cały czas stawiając za wzór Judasza. Judasz wydał Jezusa na Jego własne życzenie, dzięki czemu Chrystus mógł porzucić ciało i opuścić ten świat. Taka jest mniej więcej treść apokryfu, który wzbudził wielką sensację i nadzieje, że wpłynie na zmianę nauki Kościoła, choć doprawdy trudno pojąć, czemu wymysły jakichś tam gnostyków, miałyby nagle zburzyć to, co głosi Kościół.

W Polsce propagatorem obrazu Judasza jako zaufanego współpracownika Jezusa jest religioznawca Jacek Sieradzan. Głosi on tezę, że Judasz jest pierwszą ofiarą „czarnego PR”, dlatego powinien zostać przez chrześcijaństwo jak najszybciej zrehabilitowany, bo był  najwierniejszym uczniem Jezusa. Przed publikacją „Ewangelii Judasza” wielu „postępowych” teologów domagało się takiej rehabilitacji od Benedykta XVI, a nawet mówiono o „świętym Judaszu”. Jako ciekawostkę wspomnę, że uczynił to już pewien samozwańczy „papież”. Otóż niejaki Gaston Tremblay z Kanady (który w 1968 roku uznał się za papieża i kazał tytułować jako Jego Świątobliwość Grzegorz XVII), nie tylko kanonizował Judasza, ale nawet ogłosił dogmat o jego… niepokalanym poczęciu.

Wydał Go, aby niejako przymusić do czynu, czyli dopomóc w wypełnieniu mesjańskiego powołania

Hipoteza 7: Aby Jezus ujawnił swą moc

Jest rzeczą możliwą, że Judasz był zapalonym nacjonalistą i patriotą, a zarazem mocno wierzył, iż jego Nauczyciel jest Mesjaszem. Widział przecież znaki i cuda. Widział rozmnożenie chleba, uzdrowienia, a nawet wskrzeszenia martwych. Kto mógł się oprzeć takiej potędze? Judasz czekał aż jego Mistrz wystąpi przeciwko władzy rzymskiej. Do działania popchnęło go zniecierpliwienie, że jego Mistrz ciągle szwenda się po prowincji i udziela wymijających odpowiedzi, zamiast podjąć zdecydowane kroki. Możliwe, że chciał postawić Jezusa w takiej sytuacji, aby nie miał On już innego wyjścia i rozpoczął wielkie dzieło oczyszczenia Palestyny z okupantów. Wydał Go, aby niejako przymusić do czynu, czyli dopomóc w wypełnieniu mesjańskiego powołania.

Dlaczego zdradził Jezusa? 7 hipotez na temat Judasza

Judasz wierzył, że w momencie grożącego Mu aresztowania, Jezus objawi swoją moc i wznieci powstanie żydowskie.

Rozpocznie się więc wreszcie triumfalny pochód po władzę, wypędzeni zostaną Rzymianie, ukarani skorumpowani przedstawiciele kasty kapłańskiej, a Mesjasz zasiądzie na tronie Izraela, przywracając dawną świetność narodowi wybranemu. Ponieważ jednak Jezus pozwolił się pojmać, Judasz mógł uznać, że Nauczyciel z Nazaretu nie jest jednak tym oczekiwanym Mesjaszem i że wydał na śmierć niewinnego człowieka. Dlatego wrócił do kapłanów i złożył na siebie samego donos: Zgrzeszyłem, wydawszy krew niewinną (Mt 27, 3). Pragnął więc ocalenia Jezusa, któremu groziła śmierć. Jego wołanie pozostało jednak bez odpowiedzi u tych, którzy uważali się za sprawiedliwych: Co nas to obchodzi? To twoja sprawa (Mt 27, 4). Poświadczenie niewinności skazańca, według prawa przyjmowanego w I wieku po Chrystusie, powinno poskutkować wstrzymaniem wyroku i ponownym rozpatrzeniem sprawy (Sanhedryn 6, 1). Do tego jednak nie doszło. Judasz obserwował wydarzenia z coraz większym przerażeniem. Taki scenariusz wydarzeń wydaje mi się bardzo prawdopodobny, poza tym sensownie wyjaśnia samobójczą śmierć Judasza, targanego wyrzutami sumienia.

A jak było naprawdę?

Któż to wie…

Wesprzyj nas
Roman Zając

Roman Zając

Biblista i demonolog, absolwent Instytutu Nauk Biblijnych KUL, autor książki „Szatan w Starym Testamencie”, publikuje głównie w pismach „Któż jak Bóg”, „Egzorcysta”, „List”, „Biblia krok po kroku”

Zobacz inne artykuły tego autora >
Roman Zając
Roman
Zając
zobacz artykuly tego autora >

Kard. Stanisław Dziwisz o świętości Jana Pawła II

Kościół Jana Pawła II to Kościół otwarty, który chce służyć człowiekowi. Pragnie ukazywać mu ewangeliczną drogę życia – mówi w rozmowie z KAI kard. Stanisław Dziwisz. Były sekretarz Papieża ujawnia wiele faktów na temat osobistego życia Jana Pawła II, jego sylwetki duchowej oraz wzorca świętości.

KAI: W czym przejawiała się świętość Jana Pawła II?

Kard. Stanisław Dziwisz: Świętość Jana Pawła II była obecna w całym jego życiu. Można ją było zauważyć zarówno w jego relacji do Pana Boga, jak też w jego stosunku do drugiego człowieka. Świętość przejawiała się w ogromnej dyscyplinie wewnętrznej oraz w wielkiej miłości. To właśnie miłość była naczelnym motywem jego postępowania.

Zewnętrznym wyrazem świętości Papieża była jego modlitwa. Jan Paweł II był rzeczywiście człowiekiem wielkiej modlitwy. W czasie jednego ze spotkań z młodzieżą Ojciec Święty powiedział, że modlitwa jest mówieniem do Boga i słuchaniem Boga. Im bardziej modlitwa staje się słuchaniem, czego Bóg pragnie ode mnie, tym bardziej staje się kontemplacją.

KAI: Od którego momentu nabrał Ksiądz Kardynał przekonania, że ma do czynienia ze świętym?

– Poznałem kardynała Wojtyłę, wcześniej księdza i biskupa, w czasie moich studiów w Seminarium Duchownym w Krakowie. Już przy pierwszym naszym spotkaniu odniosłem wrażenie, że jest on człowiekiem wyjątkowym. Odznaczał się wielką pobożnością, wielką modlitwą.

Jako alumni pierwszego roku studiów teologicznych podziwialiśmy, jak on się modlił. Na długich przerwach, między wykładami, pogrążony w skupieniu, na kolanach, modlił się w seminaryjnej kaplicy. Pamiętam jego długie włosy, które spadały mu na twarz. Tak trwał na modlitwie. Gdy powracał do sali na wykład, odnosiliśmy wrażenie, że przychodzi ze spotkania, z rozmowy z samym Panem Bogiem.

Byliśmy już wtedy przekonani o tym, że ten pogodny profesor, który potrafił żartować podczas zajęć ze studentami, żyje innym życiem, że jest zjednoczony z Panem Bogiem. I tak było przez całe jego życie, aż do ostatniego momentu.

Przychodzą mi tu na myśl jego słowa, że dla papieża najważniejsza jest modlitwa, a nie inne sprawy. Modlitwa na wzór Mojżesza, z podniesionymi wysoko rękami, proszącego Boga w różnych sprawach Kościoła, ludzkości i świata. Myślę, że Ojciec Święty dużo modlił się także za siebie.

KAI: Co to znaczy podążać śladami jego świętości?

– Pójść śladami świętości według wzoru wskazanego przez Jana Pawła II, znaczy być otwartym na Boga i na bliźniego, jak on był otwarty. Iść do drugiego człowieka bez lęku i bez obawy. Ukazywać mu wielkość miłości Boga, która jest przebaczeniem, podaniem ręki nawet zamachowcy na jego życie. Dla mnie Jan Paweł II jest wzorem człowieka, który odpowiada na wezwanie Pana Boga i odważnie podąża za tym wezwaniem.

On zrozumiał, że jego powołaniem jest być pasterzem i starał się wypełnić oczekiwania płynące z jego powołania i spełnić to, czego Pan Bóg od niego żąda.

KAI: Jak Ksiądz Kardynał scharakteryzowałby pojęcie „Kościół według Jana Pawła II”? Jakie filary takiego modelu byłyby najistotniejsze?

– Kościół dla Jana Pawła II to Kościół Soboru Watykańskiego II, Kościół konstytucji "Lumen gentium" i "Gaudium et spes". To rzeczywistość bosko-ludzka, w której jest obecny Chrystus objawiający miłość Boga i człowiek odkupiony przez Chrystusa. Chrystus jest obecny w sakramentach, w Słowie Bożym, w modlitwie. Człowiek zaś jest największym dziełem Boga, stworzonym na Jego obraz i podobieństwo.

Kościół musi więc strzec tego wymiaru boskiego poprzez wierność przykazaniom Bożym. One są jak drogowskazy, za którymi trzeba podążać, aby nie zbłądzić i nigdy nie odejść od Boga. Kościół Jana Pawła II to Kościół otwarty, który chce służyć człowiekowi. Pragnie ukazywać mu ewangeliczną drogę życia. Zadanie to spełnia na różne sposoby, poprzez biskupów, kapłanów, osoby konsekrowane czy też przez ludzi świeckich. Uczy o godności człowieka i rodziny, broni życia od poczęcia do naturalnej śmierci.

Kościół przez swoich pasterzy strzeże czystości wiary, broni przed niebezpieczeństwami, ale czasem też napomina. Kościół służy człowiekowi również w wymiarze materialnym. Prowadzi szkoły, przedszkola, domy dla osób starszych, biednych i bezdomnych. Pragnie służyć tym, co posiada. Może nie zawsze to wychodzi, niemniej takie jest jego powołanie. Pragnie być Kościołem świętym.

KAI: Mówi się: papież – mistyk. Czy papież przeżywał jakieś nadzwyczajne stany mistyczne, wizje?

– Tak, był mistykiem, to znaczy człowiekiem zanurzonym w Panu Bogu. Umiał mówić do Pana Boga, ale nade wszystko umiał słuchać, czego Bóg żąda od niego, i to wypełniać. Całe jego życie było jedną, wielką modlitwą. Każdego dnia wstawał wcześnie rano. Swój dzień rozpoczynał modlitwą: medytacja, rozważanie, potem Msza święta, dziękczynienie. Bez pośpiechu… Msza była dla niego również medytacją. Cały jego dzień był przeplatany modlitwą, adoracją, czytaniem duchowym…

Codziennie wieczorem podchodził do okna, by pobłogosławić Rzym i cały świat, którego był pasterzem. Zjawisk nadzwyczajnych nie widziałem. Wielokrotnie byłem świadkiem, jak wstawał w nocy i szedł do kaplicy. Zdarzało się, że kiedy był w niej sam, wówczas półgłosem przemawiał do Boga, czasem nawet śpiewał… Gdy był młodszy, modlił się leżąc krzyżem, czy to w kaplicy, czy u siebie w apartamencie.

KAI: A jak Papież dzielił czas na modlitwę i działanie, przy tak dużej ilości obowiązków?

– On tego czasu nie dzielił. On się modlił każdym obowiązkiem i każdym zajęciem. Idąc na audiencję modlił się za ludzi, których miał spotkać. Modlił się także za nich po audiencji. Zauważyłem, że modlił się również w czasie audiencji, gdy ktoś przemawiał. To była jego duchowość, stałe zjednoczenie z Panem Bogiem.

KAI: Najczęściej swoje rekolekcje biskup Wojtyła odprawiał w opactwie benedyktynów w Tyńcu; bywał też u kamedułów na krakowskich Bielanach, w seminarium krakowskim i Zakopanem. Czym różniły się od nich rekolekcje w Watykanie?

– Jako biskup wybierał te miejsca, które najbardziej sprzyjały skupieniu i nawiązaniu kontaktu ze Stwórcą. Wybierał więc miejsca piękne krajobrazowo, umożliwiające odosobnienie, takie właśnie jak Tyniec czy krakowskie Bielany. W Watykanie odprawiał swoje rekolekcje razem z pracownikami Kurii rzymskiej. Rekolekcje trwały sześć dni. Zachowywał wtedy absolutne milczenie i skupienie, również w czasie posiłków. Nikogo nie przyjmował. Modlił się w prywatnej kaplicy. Były to dla niego dni święte. Dni pełne zjednoczenia z Panem Bogiem.

KAI: Jak Jan Paweł II przeżywał swe cierpienie, którego mu nie brakowało? Jak wyglądało to codzienne niesienie krzyża, szczególnie w ostatnich latach pontyfikatu? Czy nie buntował się, nie przeżywał załamania? Czy odczuwał szczególną komunię, solidarność z innymi osobami cierpiącymi?

– Ojciec Święty zaraz po zamachu, mając jeszcze świadomość, przebaczył swojemu zamachowcy. Przebaczył mu, tak jak Chrystus przebaczył tym, którzy Go krzyżowali. To samo zrobił po odzyskaniu świadomości. Wiele razy mówił, że jest wdzięczny Panu Bogu za to cierpienie, że może ofiarować swoją krew w intencji Kościoła, w intencji świata. Miał tę świadomość, że poprzez swoje cierpienie dopełniał cierpień Jezusa Chrystusa.

Przyjmował cierpienie jako łaskę. Kiedy potem przyszły inne cierpienia, jak złamanie ręki czy kości biodrowej, nigdy nie narzekał. Można powiedzieć, że w Liście apostolskim „Salvifici doloris” opisał drogę przeżywania swojego cierpienia z Chrystusem. A cierpiał dużo.

Zwłaszcza ostatnie lata były dla Ojca Świętego jednym pasmem cierpienia. Możemy sobie wyobrazić, jak wielkim cierpieniem było dla niego to, że w ostatnich dniach swojego życia nie mógł w ogóle mówić. Był człowiekiem wysportowanym, a w ostatnich miesiącach był przykuty do krzesła. W ostatnią Wielkanoc przyszedł do refektarza, aby poświęcić pokarmy wielkanocne, i jak było w zwyczaju, by zjeść wspólnie śniadanie. Nie mógł jednak przełknąć nawet śliny. Ojciec Święty nigdy jednak nie narzekał.

W Niedzielę Wielkanocną, gdy odszedł od okna, z którego miał przemawiać, ale nie mógł, udzielił tylko błogosławieństwa. Potem powiedział: "Jeśli nie mogę odprawiać Mszy świętej ani przemawiać, być z ludem, to lepiej żebym umarł", ale zaraz potem dodał: "Totus Tuus – Cały Twój". I słowa więcej nie powiedział. W ostatnim dniu swojego życia tylko napisał: "Totus Tuus" i to były jego ostatnie słowa.

KAI: Podobno każdego prawdziwego świętego charakteryzuje poczucie humoru…

– Ojciec Święty lubił się śmiać, żartować, ale nigdy z kogoś. W czasie wizytacji, gdy był jeszcze biskupem, lubił słuchać żartów, które opowiadali księża. Nigdy jednak nikogo nie wyśmiewał. Lubił też spotkania z młodzieżą, pogodne wieczory na oazie Ruchu „ Światło-Życie”. Lubił śpiewać młodzieżowe piosenki. Był człowiekiem radosnym i pogodnym. To mu też pomagało w jego życiu wewnętrznym.

Biskup Albin Małysiak, nieżyjący już biskup pomocniczy w Krakowie, zbierał żarty po diecezji, gdy wybierał się do Watykanu, żeby rozweselić Ojca Świętego swoim opowiadaniem. I rzeczywiście, gdy przyjeżdżał, zawsze jakiś żart opowiadał podczas wspólnego posiłku. Papież lubił w czasie kolacji powspominać dawne czasy, pośpiewać i pożartować.

KAI: Czym były objawienia fatimskie dla Jana Pawła II? Kiedy poznał Trzecią Tajemnicę – czy i na ile się z nią utożsamiał?

– Ojciec Święty nie zajmował się Fatimą przed zamachem na swoje życie. Znał nabożeństwo fatimskie. Doceniał jego rozwój w parafiach, ponieważ przynosiło duże korzyści dla życia duchowego wiernych. Nie wydaje mi się, aby był bardzo przywiązany do objawień fatimskich. Zaczął je odkrywać po zamachu.

Data 13 maja jest rocznicą objawień w Fatimie w 1917 roku. Jest to również rocznica konsekracji papieża Piusa XII, która miała miejsce 13 maja 1917 r. Te fakty doprowadziły Ojca Świętego do przekonania, że Matka Boża Fatimska wkroczyła w jego życie.

Już w szpitalu poprosił o przywiezienie mu tekstu tajemnicy fatimskiej. Dokumenty przywiózł arcybiskup Martinez Somalo, substytut w Sekretariacie Stanu. Byłem świadkiem przekazania tych dokumentów w Poliklinice Gemelli. W szpitalu Papież zapoznał się z tajemnicami fatimskimi, również z trzecią tajemnicą, która nigdy wcześniej nie była ujawniana. Wtedy nabrał przekonania, że Matka Boża osłoniła go przed kulą zamachowca. Bo przecież zamach miał spowodować jego śmierć.

Trudno tu opisywać wszystkie wydarzenia związane z zamachem, ale jedno jest pewne: że był przygotowany perfekcyjnie. Ojciec Święty miał zginąć. Kula przeszła na wylot przez jego organizm. Mimo to przeżył. W szpitalu przeżywaliśmy chwile grozy. Przed operacją lekarz przyszedł do mnie i powiedział, że trzeba udzielić Ojcu Świętemu namaszczenia chorych i rozgrzeszenia, ponieważ ciśnienie spada i jest niebezpieczeństwo zgonu. Po operacji Papież był wykrwawiony, dlatego podano mu dużo krwi, ale krew się nie przyjęła. Wszystkie okoliczności stwarzały wielkie niebezpieczeństwo dla życia. Ojciec Święty już po operacji uświadomił sobie, że była jakaś moc nadzwyczajna, która go zachowała przy życiu. Tak się zrodziło jego przekonanie, że został cudownie uratowany przez Matkę Bożą Fatimską.

KAI: Karol Wojtyła, Jan Paweł II był wielkim orędownikiem kultu Miłosierdzia Bożego. Kiedy zaczęła się Jego fascynacja objawieniami siostry Faustyny? Jak te objawienia przeżywał, kiedy narodziła się idea ofiarowania świata Miłosierdziu Bożemu? Jakie znaczenie miał ten fakt ofiarowania świata dla Jana Pawła II, czy wiązał z tym nadzieję jakiegoś przełomu?

– Karol Wojtyła, młody student i robotnik w Solway’u, ksiądz, biskup i Papież – nie ulegał emocjom. Nigdy nie traktował spraw wiary w kategoriach sensacji. Jako filozof i teolog rozważał tajemnice Bożego Miłosierdzia, a objawienia z Łagiewnik czy inne pomagały mu do pogłębienia tajemnicy Bożego Miłosierdzia.

Jako kapłan i biskup głosił prawdę o Bożym Miłosierdziu, jako jedną z zasadniczych dla zbawienia człowieka. Człowiek własnymi siłami nie może się zbawić, dlatego zwraca się do Bożego Miłosierdzia. Ojciec Święty zawierzył siebie, Kościół i cały świat Bożemu Miłosierdziu, ponieważ w Miłosierdziu Boga widział ocalenie dla świata. Dokonał tego aktu zawierzenia w Łagiewnikach, za co jesteśmy mu bardzo wdzięczni. Poprzez Łagiewniki Papież odkrył Boże Miłosierdzie i ofiarował to odkrycie całemu światu. Swoje życie i Piotrowe posługiwanie związał do końca z Bożym Miłosierdziem.

KAI: Papież przechowywał na klęczniku swojej kaplicy intencje, jakie kierowano do niego z całego świata z prośbą, by uwzględnił je podczas swoich modlitw. Jan Paweł II chciał, aby – jak się wyraził – „były w każdej chwili obecne w mej świadomości, nawet jeżeli nie mogą być dosłownie powtarzane każdego dnia”. Dużo nadchodziło takich próśb do papieża?

– Rzeczywiście, tych intencji było bardzo dużo. Ludzie z całego świata przysyłali prośby do Ojca Świętego w różnych sprawach. Pisali biskupi i zwykli ludzie, prosząc o modlitwę w chorobach i w trudnych sprawach. Ojciec Święty kazał wszystkie te intencje przepisywać i składać na jego klęczniku w kaplicy watykańskiej. Kiedy się modlił, brał je do ręki i przedstawiał Bogu. Nigdy nie zostawiał próśb o modlitwę bez odpowiedzi. Odczytywał je parę razy w ciągu dnia, gdy wchodził do kaplicy idąc na posiłek czy wracając z posiłku. Wszystkie prośby były dla niego jakby wewnętrznym nakazem do modlitwy. Tych próśb było zawsze sporo i my też nauczyliśmy się tego rodzaju modlitwę traktować z wielką odpowiedzialnością. Nauczyliśmy się szanować te prośby i zawierzać je Bogu.

KAI: Wiadomo, że różne prace naukowe, w tym filozoficzne dzieło „Osoba i czyn” (1969) kardynał Wojtyła pisał przed Najświętszym Sakramentem, w kaplicy domu arcybiskupiego w Krakowie. Czy podobnie czynił jako papież?

– Kaplica w Krakowie była miejscem jego wielkiej modlitwy i jednocześnie warsztatem pracy. Modlił się rano i wieczorem. Pracował w kaplicy domu biskupiego przed rozpoczęciem przyjmowania księży czy świeckich. Modlił się też wieczorem. Czasem leżał krzyżem. Siostry często widziały go w późnych godzinach wieczornych. Przy ołtarzu miał klęcznik i mały stolik, na którym pisał. Wszystkie jego książki były przemodlone przed Bogiem.

Podobnie było w Watykanie, gdzie jego studio właściwie przylegało do kaplicy. Można powiedzieć, że wszystkie jego przemówienia, dokumenty, publikacje były pisane z Panem Bogiem na kolanach. Kiedy przygotowywał jakiś dokument, brał pióro (nie pisał na maszynie ani na komputerze) i szkicował projekt. Wcześniej dużo czytał. Czytał w wakacje i w czasie wolnym. Kazał przygotowywać sobie notatki z książek z różnych dziedzin. Z lektury opracowań powstawała w jego umyśle wielka synteza. Gdy pisał przemówienia do Polski, pracował bardzo intensywnie i krótko. Potem dyskutował ze specjalistami i poprawiał. Praca Papieża w Watykanie wymagała od niego ogromnej dyscypliny.

KAI: Jan Paweł II mówił o „wiośnie Kościoła”. Z czym wiązał nadzieję i jak wyobrażał sobie przyszłość Kościoła? Także przyszłość Kościoła w Polsce?

– Ojciec Święty był przekonany, że w Kościele są siły wewnętrzne, które sprawiają, że on nieustannie się odradza. Tą podstawową siłą jest Jezus Chrystus obecny w sakramentach i w swoim Słowie. On jest Głową Mistycznego Ciała. Ojciec Święty miał wielkie zaufanie, że Chrystus jest z nim i prowadzi go. Patrzył więc z nadzieją w przyszłość.

Cieszył się też, gdy w Kościele pojawiały się znaki odnowy. A były takie znaki. Pamiętam spotkanie z duchowieństwem we Francji, w Paray-le-Monial. Młodzi klerycy i młodzi księża, którzy go słuchali i rozumieli, którzy się utożsamiali z tym, co on mówił, byli dla niego znakiem odradzającego się Kościoła. Podobnie było z innymi spotkaniami z młodzieżą świata. Stąd zrodziły się słowa pełne przekonania: „Jesteście nadzieją Kościoła. Jesteście nadzieją świata”. To nie były próżne słowa. W roku 2000 Ojciec Święty mówił do młodzieży w Rzymie, że jest jutrzenką, która zapowiada piękny dzień. Jest zapowiedzią przyszłości społeczeństwa, a także zapowiedzią jasnego dnia dla Kościoła. Jan Paweł II był człowiekiem nadziei. Naturalnie, przeżywał smutne rzeczy, które dotykały Kościół czy społeczeństwa, ale był człowiekiem nadziei.

KAI: Jakie były jego nadzieje na ekumenizm? Podczas swej pierwszej wizyty w Konstantynopolu w 1979 r. mówił wyraźnie o nadziei na wspólnotę ołtarza z braćmi prawosławnymi. Jak ta nadzieja ewoluowała, co sprawiało mu największy ból na tej ekumenicznej drodze?

– Jan Paweł II był biskupem i papieżem Soboru Watykańskiego II. Sobór został zwołany przez Jana XXIII i zmierzał do odnowy Kościoła i przystosowania go do nowych czasów. Słyszałem wiele razy, jak Ojciec Święty Jan Paweł II mówił, że encyklika „Ut unum sint” jest bardzo ważna, ponieważ jedność uczniów Chrystusa jest realizacją nakazu Mistrza. Ekumenizm jest więc realizowaniem nakazu Chrystusa, niezależnie od tego, czy inni otwierają się na tę ideę. Jest też realizacją postanowień Soboru Watykańskiego II.

Dlatego Ojciec Święty ideę ekumenizmu postawił jako centralny punkt programu swojego pontyfikatu, szczególnie w stosunku do prawosławia i protestantyzmu. Obiektywnie trzeba powiedzieć, że owoce jego starań w tej dziedzinie są ogromne. Kościoły, zwłaszcza prawosławne, bardzo zbliżyły się do Kościoła katolickiego. Owoce spotkań ekumenicznych są jeszcze bardziej widoczne na płaszczyźnie duszpasterskiej, niż na poziomie hierarchicznym czy teologicznym. Tam praca wymaga większego wysiłku, dłuższych studiów, ale postęp jest ogromny. Jan Paweł II troszczył się o to, aby w czasie wszystkich podróży było spotkanie z przedstawicielami innych kościołów, a także dialog z innymi religiami.

Dialog z innymi religiami stał się widoczny zwłaszcza w odniesieniu do Żydów. Ojciec Święty odbył podróż, może najdłuższą w historii Kościoła, do synagogi rzymskiej, z Watykanu na drugą stronę Tybru. W tym prostym geście wyraził się niezwykły postęp w dialogu z Żydami, nazywanymi braćmi starszymi w wierze. Potem była podróż do Ziemi Świętej, która znowu zbliżyła wzajemnie chrześcijan do Żydów i Żydów do chrześcijan.

Podobnie w odniesieniu do innych religii. Jan Paweł II widział, że w odniesieniu do islamu jedyną drogą do pokoju jest dialog: na poziomie kultury i troski o wartości ludzkie. Dzisiaj ten dialog otwiera nawzajem na siebie różnych ludzi. Jan Paweł II podjął też dialog z wielkimi religiami Wschodu. Tylko on, mając to wewnętrzne otwarcie na dialog, mógł zaprosić wszystkich liderów religii światowych do Asyżu, kiedy sprawa pokoju na świecie była zagrożona w okresie zimnej wojny. Uważał bowiem, że religie mogą wprowadzać ten nastrój braterstwa i atmosferę pokoju. Wydaje się, że Asyż przyczynił się do zmniejszenia napięcia światowego spowodowanego „wojną gwiezdną”, które jakoś się rozwiązało. Podobnie było w czasie wojny na Bałkanach. Ojciec Święty głosił światu, że religia nigdy nie może być motywem wojny i śmierci. Religia i wiara w Boga powinny łączyć. Prowadzić do pokoju.

KAI: A jakie były perspektywy i jakie zamierzenia stawiał sobie w dialogu z religiami? Proszę wyjaśnić genezę i motywy, jakie kierowały nim przy zwoływaniu kolejnych międzyreligijnych spotkań w Asyżu? Dlaczego Jan Paweł II w pewnym momencie ucałował Koran? Czy nie było to sprzeciwienie się chrześcijańskiej tożsamości?

– Zwołanie przedstawicieli wszystkich religii świata do Asyżu to była osobista inicjatywa Ojca Świętego. To nie był synkretyzm religijny, lecz zebranie przedstawicieli wszystkich religii i wspólna modlitwa. Każdy modlił się według własnej tradycji religijnej. Chrześcijanie osobno i poszczególne religie we własnych grupach. Wszyscy jednak byli zjednoczeni tą samą ideą pokoju, który był wtedy bardzo zagrożony.

Ścierały się bowiem ze sobą dwa bloki: kapitalistyczny i komunistyczny. Blok komunistyczny, marksistowski dominował na Wschodzie. Blok kapitalistyczny na Zachodzie. Istniało realne zagrożenie „wojną gwiezdną”. Niektórzy przywódcy chcieli wykorzystać religie do podsycania napięcia między narodami i kontynentami. Między Wschodem i Zachodem, między Północą i Południem. Jan Paweł II chciał pokazać światu, że religie nie są przyczyną napięć między państwami.

Z odwagą odwiedzał wspólnoty muzułmańskie. Pamiętam wspaniałe spotkanie na Uniwersytecie w Kairze, który jest jakby „Mekką intelektualną” islamu. Oni go przyjmowali jak przyjaciela. Podobnie w Maroku, gdzie miało miejsce spotkanie na stadionie z młodzieżą. Dyskutowano wtedy, co Papież ma powiedzieć tej młodzieży muzułmańskiej. Ojciec Święty powiedział do współpracowników: „Nie będę unikał naszych tematów, bo przecież oni wiedzą, kim jestem. Będę mówił o Jezusie Chrystusie”. I był wspaniale przyjmowany, ponieważ muzułmanie byli przekonani, że on jest autentyczny. Jest autentyczny w odniesieniu do człowieka i szanuje inne religie, szanuje człowieka i szanuje wszystko, co jest związane z jego religią.

Czy Ojciec Święty ucałował Koran? W środkach masowego przekazu zrobiono z tego wielki problem. Osobiście nie widziałem, żeby pocałował Koran. Ale gdyby nawet ucałował, to jednak nigdy nie utożsamiał się z Koranem. Szanował Księgę Świętą muzułmanów, ale to nie znaczy, że się utożsamiał z islamem.

KAI: Jakie miejsce zajmuje Jan Paweł II w osobistej modlitwie Księdza Kardynała? Czy może Eminencja uchylić rąbka tajemnicy na temat skuteczności tych modlitw?

– Ja często zwracam się w modlitwach do Ojca Świętego. Był dla mnie i pozostał ojcem, podobnie jak dla wielu ludzi, którzy będą czytać tę wypowiedź. Zwracam się do Ojca Świętego zwłaszcza wtedy, gdy mam trudne sprawy. Mówię mu: „Ojcze Święty, potrzebuję twojej pomocy”. I jakoś sprawy się układają. Jestem przekonany, że on mi pomaga.

Zachęcam także innych do modlitwy przez przyczynę Ojca Świętego Jana Pawła II. On już za życia wypraszał wiele łask. Ufam, że teraz też jest blisko człowieka, blisko nas wszystkich, zwłaszcza umiłowanego przez siebie Narodu, że się wstawia za naszą Ojczyzną, aby trudne sprawy układały się po Bożemu.


Rozmawiał Marcin Przeciszewski mp / Kraków / KAI

Wesprzyj nas