video-jav.net

2 listopada – Dzień Zaduszny

Kościół katolicki wspomina 2 listopada wszystkich wiernych zmarłych. Dzień Zaduszny to czas szczególnej modlitwy do Boga, by zmarli mieli udział w Chrystusowym zwycięstwie nad śmiercią. Dotyczy to zwłaszcza tych, którzy po śmierci potrzebują oczyszczenia w miłości, czyli czyśćca, który jest "przedsionkiem nieba".

Polub nas na Facebooku!

Dogmat o istnieniu czyśćca Kościół ogłosił na Soborze w Lyonie w 1274 r. a potwierdził i wyjaśnił na Soborze Trydenckim (1545-1563) w osobnym dekrecie. Opiera się na przesłankach zawartych w Piśmie św. oraz na sięgającej II wieku tradycji kościelnej. Duży wkład w rozwój nauki o czyśćcu wniósł św. Augustyn. Dogmat podkreśla dwie prawdy: istnienie czyśćca jako pośmiertnej kary za grzechy oraz możliwość i potrzebę modlitwy i ofiary w intencji dusz czyśćcowych.

Ci zmarli, którzy po śmierci doświadczają czyśćca są już bezpieczni, bo znaleźli się w Bożych rękach. Mogą być pewni zbawienia, na którego pełnię muszą się jeszcze przygotować. Czyściec jest “przedsionkiem nieba”. Jest wyrazem Bożego miłosierdzia, które oczyszcza tych, którzy za życia na ziemi nie wydoskonalili się w pełni w miłości do Boba, bliźniego i samego siebie. Stan czyśćca nie należy pojmować jedynie jako kary lecz jako przygotowanie do pełnego zjednoczenia z Bogiem w niebie. Aby zmarli mieli udział w Chrystusowym zwycięstwie nad śmiercią, oczyszczenie winno być całkowite.

Przez czyściec przechodzą dusze, które zeszły z tego świata w grzechach powszednich i nie odbyły jeszcze na ziemi całej doczesnej kary za grzechy. Istotą kary doświadczanej po śmierci wydaje się tymczasowa rozłąka z Bogiem i oczekiwanie na spotkanie z Nim. Dusza ludzka, poznając po śmierci Boga jako pełnię miłości, pragnie zjednoczenia z Nim a równocześnie rozpoznaje, że jeszcze nie jest tego godna i szuka możliwości oczyszczenia. Bóg w swoim miłosierdziu odpowiada na to pragnienie poprzez działanie, które nazywamy czyśćcem.

W związku z okresem modlitw za zmarłych można uzyskać odpusty dla nich. Należy nawiedzić pobożnie cmentarz w dniach 1-8 listopada i modlić się za dusze zmarłych, przy zachowaniu stałych warunków odpustu: stanu łaski uświęcającej, przyjętej w danym dniu Komunii św., wolności od przywiązania do grzechu (nawet lekkiego) i modlitwy w intencjach Ojca Świętego (np. “Ojcze nasz” i “Zdrowaś Mario”). W samym dniu 2 listopada – przy zachowaniu tych samych warunków – również można uzyskać odpust za zmarłych związany z nawiedzeniem kościoła lub publicznej kaplicy i odmówieniem w nich modlitwy “Ojcze nasz” i “Wierzę w Boga”.

Pamięć o zmarłych była czczona już w czasach pogańskich. W Rzymie obchodzono pogańskie rytuały w lutym każdego roku. Chrześcijanie przejęli tę cześć obrzędów, która nie była sprzeczna z wiarą. Wspominano najbliższą rodzinę. Powszechne wspomnienie wszystkich wiernych zmarłych spotykamy dopiero w VII wieku.

Narodziny Dnia Zadusznego przypadają na 998 r., kiedy to w klasztorach podległych opactwu Cluny zaczęto obchodzić 2 listopada wspomnienie zmarłych. Poprzez kluniackie klasztory zwyczaj rozpowszechnił się na północ od Alp. Dotarła także do Rzymu, ale dopiero około XII wieku. Z kolei w XV wieku wśród hiszpańskich dominikanów rozpowszechnił się zwyczaj odprawiania w tym dniu 3 Mszy św. przez każdego z kapłanów. Stopniowo papieże rozciągnęli ten przywilej wielokrotnego odprawiania Mszy św. na cały Kościół.

W obliczu Bożego Miłosierdzia, któremu zawierzamy zmarłych, nie tyle istotne wydaje się ilościowe nastawienie na wielokrotne sprawowanie tego dnia Eucharystii, ale głęboka wiara wypływająca z przeżywania paschalnej tajemnicy Chrystusa. Zreformowana liturgia mszalna odeszła od średniowiecznych form “przepełnionych lękiem – jak pisze teolog liturgii Michael Kunzler – i beznadziejną ciemnością liturgii zmarłych, nastawionej treściowo głównie na straszliwy sąd i grzeszność człowieka”.

Obecnie, w Dzień Zaduszny Kościół w modlitwie z ufnością zwraca się do Boga, by zmarli mieli udział w Chrystusowym zwycięstwie nad śmiercią.


mln, ca / Warszawa

 

Bez pamięci nie da się żyć

Wśród wszelkich świąt polskich najbardziej rodzinne, plasujące się tuż za Bożym Narodzeniem, są uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny. Narodowy, wartki potok świętowania, porywa w te dni za sobą niemal wszystkich, nie tylko katolików, ale też wyznawców innych religii i zdeklarowanych ateistów.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nawiedzić cmentarz, zapalić znicz, wrzucić do puszki datek na konserwację zabytkowych nagrobków to uświęcony rytuał, oczywistość, głęboka potrzeba. Spotkanie z rodziną, gdy znikają granice, przeszłość miesza się z teraźniejszością i wszyscy – zmarli i żyjący znowu są razem. A potem kupno cukrowej waty czy pańskiej skórki, których ścinająca z nóg słodycz uspakaja, są mocnym dowodem, że jeszcze jesteśmy po tej stronie.

Bez pamięci nie da się żyć

Jest coś niesamowitego w tych dwóch dniach jesiennych, które przyciągają cały naród, a cudzoziemców zadziwiają i fascynują. Pamiętam film węgierskiego dokumentalisty o obchodach Dnia Zmarłych, bo to jeszcze za komuny było, a zgodnie z ich inżynierią, próbowali oni koniecznie wprowadzić pojęciowy zamęt w narodzie – zmarłych wspominano, gdy Kościół cieszył się ze świętych. I mimo tych inżynierskich zabiegów, naród zawsze 1 listopada stawiał się na cmentarzach, modlił i zapalał znicze na rodzinnych grobach. Ten upór,  trwanie, zainspirowały filmowca, który wyczuł, że jest tu drugie dno i spróbował dotrzeć do warstwy, którą przykrywa popiół i zgrzebność. Jego film składał się z rozmów z ludźmi, przychodzącymi na groby, ich wspomnień, obrazów nagrobków, cmentarzy i świateł.

Artysta zauważył, że nie chodzi tu wyłącznie o tajemnicę wiary. One są fundamentem i pewnie trzeba wciąż powtarzać, że pierwszy dzień listopada to przypomnienie, w jakim kierunku idziemy i że są tacy, którzy już tam są, radują się i balują, ale nie są skupieni na sobie, bo kibicują nam wiernie, sami zanurzeni już w radości, chwale i złocie. Bezsilnym odblaskiem ich szczęścia są stare ikony, malowidła, przedstawiające Sąd Ostateczny w cerkwiach czy na tryptykach mistrzów niderlandzkich.

Bez pamięci nie da się żyć

Każdy z nas ma tam „swojego człowieka” – czy to ojca Pio, czy „małą” Teresę, Faustynę lub samą Maryję z Nazaretu, ale też osoby niemal anonimowe – starą sąsiadkę, która może trochę przynudzała, ale wciąż mówiła różaniec, potrąconą w wieku lat czterech przez samochód siostrzyczkę, uśmiechniętego kościelnego, który wszystkim pomagał i przed świętami zanosił paczki biednym rodzinom.

Możemy się z nimi cieszyć w oczekiwaniu na wielkie spotkanie i wysyp złotego pyłu, by następnego dnia zanurzyć się w odmienne klimaty, bliższe ziemskiej rzeczywistości, przypomnieć sobie i wyliczyć wszystkich zmarłych, dalekich i bliższych, za których wciąż się modlimy, bo nie są kanonizowani ani przez Kościół, ani przez nasze przeczucia i intuicję. Jedziemy więc na cmentarz, żeby modlić się, ustawić doniczki z chryzantemami, zapalić znicze, ponarzekać i poopowiadać.  A potem spacerować wśród bogatych i sławnych, otoczonych tłumem nawet wiele lat po odejściu i tych zapomnianych, pewnie ubogich, którymi sobie nikt nie zaprzątał głowy – ani wtedy, ani teraz.

Przejść się alejkami Powązek czy Cmentarza Rakowickiego, na Lipowej w Lublinie, wśród bogatych i sławnych. To tu wypadało leżeć, wśród wymyślnych nagrobków, szlachty i zamożnego mieszczaństwa. Tu również obowiązują hierarchia oraz klasowe różnice.

Bez pamięci nie da się żyć

W Warszawie biedotę chowano na Bródnie i musiało upłynąć sporo lat, aż pochowano Romana Dmowskiego czy abp Aleksandra Kakowskiego, by warszawska burżuazja uznała, że wypada spocząć także na wielkim cmentarzu na lewym brzegu Wisły. Na takie towarzystwo można już było ewentualnie się zgodzić.

Sporo lat trzeba było poczekać także na to, żeby obok katolika mógł być pochowany prawosławny. W Warszawie na Woli, członkowie obu Kościołów chodzą razem w procesji i modlą się na grobach „swoich” i „nie swoich”. I całe dziesięciolecia musiały upłynąć nim skończyła się ostra izolacja cmentarzy – prawosławnego, ewangelickiego i katolickiego przy ul. Lipowej w Lublinie i jest to mocne przypomnienie słów św. Pawła, że „tam” nie ma już przecież Polaka, Rosjanina, Ukraińca czy Niemca.

Skoro zwracamy się ku przeszłości, nie możemy przejść obojętnie i światełka nie zapalić obok grobów powstańców styczniowych, ofiar pierwszej i tej drugiej wojny, cywilnej ludności, wybijanej bestialsko na Woli w czasie Powstania Warszawskiego. Na symbolicznych grobach ofiar Katynia, zagłodzonych na Sybirze i w Kazachstanie, w niezliczonych obozach niemieckich… Lista jest zatrważająco długa, więc płoną znicze, tysiące zniczy płonie.

I tu dochodzimy do tego drugiego dna, które tak fascynuje przybyszy. Jerzy Waldorff, który założył Społeczny Komitet Ratowania Starych Powązek mawiał, że tylko tu zachowała się stara Warszawa. Paradoksalnie, miasto umarłych ocalało cudem, miasto żyjących zostało zamienione w kupę gruzu, tragiczne cmentarzysko. Tak więc poza obcowaniem świętych, modlitewną pomocą, udzielaną bliskim, jest w tym nawiedzaniu również ukryte pragnienie, żeby wobec tak strasznych tragedii i strat, wymordowania i rozproszenia bliskich, utraty majątku, książek, fotografii i porcelany, trzeba kurczowo uchwycić się tego, co pozostało, widzialnego ogniwa, łączącego z przeszłością.

Bez pamięci nie da się żyć

Bez pamięci, genealogii, ciągłości, zaczyna się zamęt i rozkład. I może dlatego coraz częściej grupy młodych ludzi przyjeżdżają na cmentarz po zmroku. Nie tylko, żeby zachwycić się łuną, złożoną z tysięcy świateł, igrających nad stuletnimi nagrobkami, a po coś jeszcze.

Słyszę nieraz oskarżenia, że Polacy lubują się w martyrologii i uprawiają kult śmierci, że jest coś chorobliwego w tej celebracji zmarłych i cmentarnych wędrówkach, że trzeba do przodu, nie oglądać się wstecz. I nie mogę się nadziwić, jak bardzo można być cudzoziemcem i niewiele rozumieć z własnego dziedzictwa. Tę zagadkę doskonale rozwikłał ów węgierski dokumentalista. Ostatnie kadry jego filmu kończą się obrazem kilkunastoletniego chłopca, który biegnie złożyć kwiaty na grobach. Jest w nim energia, siła, żywotność, pamięć i zrozumienie siebie. Dlatego przynajmniej raz do roku przychodzimy na cmentarze. Nie tylko po to, żeby boleć, wspominać i zwracać się ku przeszłości. Owszem, także dlatego, ale przede wszystkim – żeby naładować akumulatory na przyszłość.


Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >