video-jav.net
ŚWIATOWE DNI MŁODZIEŻY

ŚDM się nie skończyły

Dziś do parafii archidiecezji wrocławskiej został skierowany list abp. Józefa Kupnego. Hierarcha dziękuje w nim osobom zaangażowanym w organizację Dni w Diecezjach i podkreśla, że Światowe Dni Młodzieży jeszcze się nie zakończyły. Tekst zostanie odczytany we wszystkich kościołach w pierwszą niedzielę września.

Polub nas na Facebooku!

Metropolita wrocławski zauważa, że godne przyjęcie 15 tys. pielgrzymów z 40 krajów, którzy wybrali Dolny Śląsk na czas przygotowania się do spotkania z papieżem Franciszkiem, a także realizacja bogatego w różne inicjatywy programu oraz zapewnienie gościom bezpieczeństwa to efekt pracy i zaangażowania wielu osób i instytucji. – Pragnę wszystkim z serca podziękować – pisze metropolita, dodając, że ma na myśli ponad tysiąc wolontariuszy, sto parafii, które otworzyły się na przyjęcie uczestników ŚDM, księży proboszczów, wikariuszy, członków różnych grup i stowarzyszeń, sponsorów, dziennikarzy, informujących o przebiegu Dni w Diecezjach, władze miasta Wrocławia oraz województwa dolnośląskiego, służby mundurowe oraz medycznych, a przede wszystkim rodziny, które przyjęły młodych w swoich domach. – Waszą pomoc i wsparcie odbieram jako znak i świadectwo wiary oraz miłości Boga i bliźniego – podkreśla abp Kupny.

W dalszej części swojego listu hierarcha przywołuje słowa ojca świętego, wypowiedziane podczas Mszy św. w Brzegach, że ŚDM dopiero się rozpoczynają. – To wydarzenie obudziło wielki potencjał drzemiący w naszych wspólnotach. W tym czasie wszyscy byliśmy razem, pokazaliśmy, że nasz Kościół żyje, jest młody i gotowy dzielić się swoim doświadczeniem spotkania z Jezusem. Wierzę, że to ziarno będzie wydawało plon przez następne lata – pisze arcybiskup.


xrk / Wrocław

Służba na szczeblach kariery

Czy szef, przełożony, menedżer w firmie może nie tyle rządzić, co służyć i czy wezwanie papieża Franciszka z ŚDM do „bycia „bohaterami służby” może być drogowskazem także dla zawodowego życia? Usłyszawszy to pytanie w pierwszym momencie zareagowałem jak pies Pawłowa.

Konrad Ciesiołkiewicz
Konrad
Ciesiołkiewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Przecież papież mówił do nas o naszym zaangażowaniu w Kościele w świecie, aktywności w społeczeństwie, a nie w biurze – pomyślałem sobie. Po chwili zrozumiałem i i poczułem wstyd, o którym za moment. Tak, jak Ewangelia nie dotyczy tylko tak zwanego „czasu wolnego”, tak i słowa następcy św. Piotra dotykają całego naszego życia. Każdej sytuacji i każdego kontekstu. Myślę, że w sposób szczególny dotyczą osób pracujących zawodowo, a wybitnie tych, którzy przewodzą innym w pracy, będąc ich przełożonymi:kierownikami, dyrektorami i prezesami. Przecież w pracy spędzamy sporą część swojego życia.

Od kilkunastu lat pracuję zawodowo z różnymi zespołami jako przełożony i niewielu znam „szefów” (i nie tylko szefów), którzy angażują się w swoją pracę tylko 8 godzin dziennie. Zazwyczaj jest to więcej, znacznie więcej. A skoro tak jest i skoro Bóg postawił nas w takim miejscu, to warto przyznać przed sobą, że wzywa nas też do uświęcenia tego czasu. Myślę, że zaraz po rodzinie to druga kluczowa przestrzeń uświęcenia i ewangelizacji.

 

write-593333_1920

 

Co powiedział Franciszek?

Papież Franciszek na Jasnej Górze mówił, że Bóg przychodzi w małości i pokorze, bez imponujących manifestacji i triumfalizmu. „Pragnienie władzy, wielkości i sławy, pragnienie to jest rzeczą tragicznie ludzką i jest wielką pokusą, która stara się wkraść wszędzie […]” – przestrzegał. Zaznaczył jednak przy tym, że „Pan nie utrzymuje dystansów, ale jest bliski i konkretny, jest między nami i troszczy się o nas, nie decydując o nas i nie zajmując się kwestiami władzy”. Ludziom Kościoła, a więc nam, przypomina, że jesteśmy powołani, by słuchać, angażować się i stawać się bliskimi, dzieląc radości i trudy ludzi, by „Ewangelia była postrzegana bardziej spójnie i przynosiła większe owoce: przez pozytywne promieniowanie, poprzez przejrzystość życia”. Za przykład stawia nam Maryję, matkę Jezusa, mistrzynię rozważania w sercu, cierpliwości, łączenia ludzi, pokory i słuchania. Ona uczy nas „unikania arbitralnych decyzji i szemrań w naszych wspólnotach”. Nie jest władczynią i głównym bohaterem, ale Matką i służebnicą.

Na zakończenie Drogi Krzyżowej na krakowskich Błoniach kolejny raz Franciszek skonfrontował nas z ewangeliczną listą uczynków miłosierdzia. „W obliczu zła, cierpienia, grzechu, jedyną możliwą odpowiedzią dla ucznia Jezusa jest dar z siebie, a nawet dar własnego życia, na wzór Chrystusa – to jest postawa służby. […] Pan ponownie zaprasza was, byście stawali się aktywnymi bohaterami służby, pragnie uczynić was konkretną odpowiedzią na potrzeby i cierpienia ludzkości; chce abyście byli znakiem Jego miłosiernej miłości dla naszych czasów! Aby wypełnić te misję, wskazuje On wam drogę osobistego zaangażowania i poświęcenia samych siebie: jest to Droga Krzyżowa […] Droga Krzyżowa nie jest sadomasochizmem – jest jedyną, która zwycięża grzech, zło i śmierć […].”

 

laptop-1280536_1920

 

Jak jest?

Już wspomniałem. Pierwszy odruch na te słowa – zbyt wielkie przesłanie, by sprowadzać je do szarości pracy zawodowej. Druga reakcja – wstyd. Wstyd wynikający z pierwszego odruchu, który jest oczywistym mechanizmem obronnym. Franciszek na każdym kroku powtarzał, że Ewangelia jest konkretem, że Bóg oczekuje konkretów, że intelektualizowanie wiary nie jest wiarą. Wstyd wynikał też z konfrontacji z własną praktyką. Jak mały i słaby się czuję, kiedy konfrontuję się z tak mocnym powołaniem do służenia i dawania świadectwa. Konkretnie tu gdzie jestem, w tej firmie, przy tym biurku, w tym budynku przy konkretnej ulicy w Warszawie, w tym, a nie innym open-space, z tymi ludźmi, w konkretnych okolicznościach i bardzo konkretnych trudnościach. Kiedy zamiast miłości czuję po prostu złość, zamiast kochać – najzwyczajniej nie lubię, unikam, uciekam od zaangażowania w relacje. Jak słabo wypadam, kiedy muszę podejmować decyzje personalne, znając wiele niełatwych okoliczności z życia ludzi, wyciągać konsekwencje, kiedy wypowiadam niesprawiedliwe komentarze, wykonuję polecenia, z którymi nie zawsze się zgadzam, jestem krytykowany – głośno i wprost – przez szefów, a w zaciszu pokojów – przez swoich współpracowników.

Jak mały jestem, kiedy wykazując się często (z ludźmi i dzięki ludziom) ponadprzeciętną sprawnością realizuję tak zwane cele biznesowe nie na 100, ale na 200 %, kiedy górę bierze chęć bycia chwalonym i podziwianym, a bożek sukcesu odbija się cierpieniem najbliższej rodziny i przyjaciół. Jak mały jestem, kiedy widzę, że mierniki efektywności, tak potrzebne do rozwoju człowieka i organizacji, zamieniają się w cele same w sobie, a mądre i oparte na badaniach teorie zamiast być podpowiedzią, stają się w rynkowej praktyce ideologiami.

Miejsce pracy to przecież także stolica plotki. W jednej ze swoich pierwszych nauk z Domu Św. Marty Franciszek mówił, że plotka jest łamaniem V Przykazania „Nie zabijaj”. Sam wiem, jak słowo może ranić, a przecież złe słowo przełożonego może zabić dosłownie, zabić zawodowo. Jakże często tak właśnie się dzieje, także w moim własnym życiu. Odnajduję się w pełni w cytacie cenionego przez Franciszka i innych papieży rabina, Abrahama Johsui Heschela: „Wymieniliśmy świętość na wygodę, wierność na sukces, miłość na władzę, mądrość na informację, tradycję na modę”.

Stąd właśnie poczucie wstydu. Jednak Franciszek w Roku Miłosierdzia podkreśla, że wstyd jest ważny. Jest łaską, bo wynika z pokory i może prowadzić do Boga. Może. Jeśli zaangażujemy się w konkret służenia, a nie wybierzemy drogę lizania swoich ran i bierności, prowadzącej do duchowego narcyzmu i czerpaniu chorej przyjemności z goryczy.

 

workplace-1245776_1920

 

Styl działania

W mojej skromnej i całkowicie subiektywnej ocenie, postawa służby jest możliwa, choć nie da się jej przecież zadekretować. Jest jednak bardziej procesem niż wydarzeniem. Ocena naszych starań nie należy do nas. Nie wyobrażam sobie odpowiedzi na pytanie “Czy służysz swoim ludziom, czy może nimi rządzisz?”, w inny sposób niż co najwyżej „Staram się”, „Wychodzi różnie”, „Często nie umiem”. W tym względzie warto po prostu słuchać ludzi. Najlepiej, kiedy wyjdziesz z pokoju.

Jako seminarzysta u Jezuitów, Jorge Bergoglio podlegał swoistej nauce, którą dzisiaj w języku korporacyjnym, nazwalibyśmy przyjmowaniem trudnej informacji zwrotnej. Polegała ona na tym, że seminarzysta stawał lub siadał na środku sali, a jego koledzy dalsi i bliżsi mówili o nim, co myślą. Głównie, co im się nie podoba. Dzisiejsza psychologia i standardy zarządzania mają inny charakter i dość krytycznie odniosłyby się pewnie do takiej praktyki, gdyby ją wyjąć z kontekstu. Niemniej Jorge Bergoglio doświadczył w tym, co słyszał, wiele prawdy o sobie. Prawdy, którą można utkać ze zlepków tego, co myślą i mówią o nas inni, co sami myślimy o sobie i głębokiego przekonania, że jesteśmy kochani przez Boga. Bezwarunkowo. Słuchanie innych pozwala nam nie odlecieć w samouwielbienie.

Także pierwszym kierunkiem jest bez wątpienia słuchanie. Aktywne słuchanie oznacza akceptację dla drugiej osoby, otwartość na to, co ma do powiedzenia, nieustanną chęć zrozumienia i współodczuwania. Słuchanie nie dotyczy tylko jednego zmysłu, ale wymaga zaangażowanej obserwacji, angażuje wszystkie nasze zmysły. Przecież słuchanie oznacza także czytanie dynamiki zachowań zespołu, tego, co jest mówione i dostrzeganie tego, co celowo nie jest mówione, gestów, kodów zachowań, ludzkich lęków i słabości. Żeby móc słuchać trzeba mieć czas. W świecie, który cierpi na chroniczny brak czasu, to trudne. Jednak to warunek konieczny postawy służebnej. Zaangażowanie w relacje i życie ludzi nie będzie możliwe dopóki będziemy w pełni skupieni na sobie i swojej karierze.

Kolejnym elementem jest nieocenianie człowieka, a wyłączne skupianie się na konkretnych zachowaniach i projektach, co do których można mieć nawet bardzo krytyczny stosunek i w uczciwości należy mu o tym mówić. Dzięki temu podejściu unikamy poniżania osoby. Co do zasady jest to jedna z zasad zarządzania ludźmi powszechna w dużych organizacjach. Jest ona kulturową konsekwencją ewangelicznej i bezwarunkowej miłości bliźniego. Tak samo jak poszanowanie dla różnorodności w odniesieniu do wieku, płci, doświadczeń, wyznania, przekonań politycznych, stanu zdrowia, etc. Mądrze zarządzana różnorodność daje ogromne owoce. Moim zdaniem to także może być przełożenie Ewangelii na język korporacji. Jako metoda – powszechnie przyjmowana. Z praktyką, która zawsze zależy od nas, bywa różnie.

 

people-woman-coffee-meeting

 

Kiedy myślę o postawie służby przełożonego, to przychodzą mi na myśl jeszcze dwa skojarzenia. Pierwsze to poradniki dwóch wybitnych amerykańskich doradców w zakresie przywództwa: Johna Maxwella i nieżyjącego już Stevena Coveya. Obaj wyraźnie odwołują się do swojej chrześcijańskiej formacji. Obaj nauczają, że bycie liderem oznacza przewodzenie innym. Każdy z nas, a szczególnie przełożeni wpływają na innych. Uświadomienie sobie związanej z tym odpowiedzialności jest kluczowe dla poczucia służby. Maxwell przedstawia świadomość rozwoju lidera w formie odwróconego trójkąta, oznaczającego, że im wyżej pniesz się w organizacji, im większe masz uprawnienia, więcej ludzi ci podlega, masz większą władzę formalną, im więcej praw, tym mniej ci wolno. Samoograniczanie jest miarą jakości służby człowieka.

To dla mnie kwintesencja dotycząca stylu służby w życiu zawodowym. Papież nie da nam gotowej instrukcji, bo każdy z nas jest wyjątkowy i niepowtarzalny. Życie każdego z nas, a także jego zawodowe konteksty są zupełnie inne. Nie mam jednak żadnych wątpliwości, do czego prowadzi tak potrzebna służba w miejscu pracy – do budowania wspólnoty. Tak – ludzie postawieni w jednej rzeczywistości, ze swoimi radościami i troskami, sympatiami i antypatiami są powołani do budowania wspólnoty. Społeczność, komórka, wydział, czy departament, to tylko powierzchowny podział w strukturze instytucji. Wezwanie do tworzenia wspólnoty ludzi, którzy przecież nie z przypadku pracują w jednym miejscu i czasie należy do każdego chrześcijanina, szczególnie do chrześcijańskich liderów. Na koniec, myślę sobie, że służba, o której rozmawiamy to proces nieustannego starania się. I własnie z tych starań będziemy rozliczani.


Konrad Ciesiołkiewicz – wraz z żoną, Brygidą Grysiak, jest ambasadorem ŚDM w Krakowie; zawodowo związany od lat z międzynarodową korporacją.

Konrad Ciesiołkiewicz

Konrad Ciesiołkiewicz

Wraz z żoną, Brygidą Grysiak, jest ambasadorem ŚDM w Krakowie; zawodowo zarządza obszarem społecznej odpowiedzialności biznesu w jednej z międzynarodowych korporacji w Polsce

Zobacz inne artykuły tego autora >
Konrad Ciesiołkiewicz
Konrad
Ciesiołkiewicz
zobacz artykuly tego autora >