Za słońce, banany i fasolę

Afrykańczycy pokazali mi, że w naszym technologicznym świecie zagubiliśmy poczucie prawdziwej wdzięczności wobec Stwórcy. A wszystko jest przecież darem, za który powinniśmy dziękować. Filipińczycy, którym tajfun zabrał cały skromny majątek mówili: nigdy nie jesteś tak biedny, żeby nie móc się podzielić z drugim. Dziękując Bogu za ocalone życie przygarnęli do swej rodziny osierocone przez kataklizm dzieci…

Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >
1/19
Bez domu, ale z Jezusem (prycza w obozie ewakuacyjnym)
2/19
3/19
Centrala Tubunga i odwiedziny
4/19
5/19
6/19
7/19
8/19
Krajobraz po tajfunie; ludzie żyją na brzegach rzeki
9/19
Ocalały mężczyzna pokazuje swe koło ratunkowe
10/19
Ojciec dziękuje Jezusowi za ocalenie rodziny
11/19
Po drodze mijamy rwandyjskie chaty
12/19
Postęp miesza się z biedą
13/19
Rwandyjczycy na adoracji
14/19
Rwandyjskie dzieci
15/19
16/19
17/19
W takich prowizorycznych kaplicach modlono się po tajfunie
18/19
19/19
Życie w jednym z obozów; każdy szuka choć troche intymności
poprzednie
następne

Tej modlitwy nigdy nie zapomnę. To było kilka lat temu w Rwandzie. Gliniana chata chyliła się ku ziemi. Przez dach zrobiony z liści bananowca do wnętrza kapały krople deszczu. Na dworze szalała burza. Ojciec rodziny, która mnie zaprosiła wzniósł ręce ku górze i dziękował Bogu za wszystko czym nas obdarza… W chacie poza stołkami, na których siedzieliśmy, nie było nic. Zapadający mrok rozpraszała paląca się świeczka. Przyniesiona przez nas. Kiedy on się modlił, ja wciskałam się jak najdalej w kąt chaty, by ukryć łzy. Zetknięcie słów dziękczynienia ze stanem ich posiadania było porażające. A on dziękował. Dziękował za dobrze przeżyty dzień, za słońce, które sprawiło, że banany zaczęły dojrzewać i za to, że wkrótce będzie można zebrać fasolę. Dziękował za kolejne dziecko, które właśnie się urodziło i za zdrowie żony. I za mnie. Za to, że „biała kobieta” zechciała ich odwiedzić… Ta szczera modlitwa miała niezwykłą moc. Misjonarzowi, który mi ją tłumaczył z lokalnego języka kinyaruanda kilka razy załamał się głos…

Za sobą miałam już setki odwiedzin w afrykańskich chatach i wiele spotkań. Nieraz nie zdążyłam jeszcze dobrze wejść, a już ku mnie wyciągał się las rąk po cukierki, kredki, zabawki… To spotkanie było inne. Po krótkiej przepychance pięcioro dzieci jakoś zmieściło się na moich kolanach. Z rodziców emanowała niesamowita godność, a zarazem bliskość. Przyjęli mnie jak swoją. By podziękować za to, że dzięki adopcji serca (zresztą opłacanej nie przeze mnie, ale przez zupełnie mi nieznanych ludzi) ich dzieci mogą chodzić do szkoły, zaprosili na wspólny posiłek. Ta modlitwa dziękczynna wybrzmiała właśnie przed nim. Na desce służącej za stolik pojawiły się trzy metalowe talerze: dla mnie, dla misjonarza i ojca rodziny. Na każdym góra ryżu, a na niej usmażone jajko i sos z orzeszków ziemnych. Dzieci wpatrywały się w to dobro rozmarzonym wzrokiem zagryzając kawałki trzciny cukrowej, której słodki smak zabijał głód. Było już po zmierzchu, a pierwszy posiłek był dopiero przed nimi. I ten cały posiłek stał właśnie przed nami. Gdybyśmy wraz z misjonarzem zjedli nasze porcje siedmioosobowa rodzina musiałaby się zadowolić tym, co zostało na talerzu taty… Dziękując za otrzymywaną pomoc podzielili się wszystkim co mieli, a raczej tym, czego nie mieli. Głód był ich codziennym towarzyszem.

Kiedy sięgnęłam ręką po ryż wpatrywali się z napięciem jak zareaguję. Sos okazał się wyśmienity i chyba było to widać po mojej minie, bo bardzo się ucieszyli. By nie pozbawiać ich posiłku wzięłam owoc, mówiąc, co zresztą było świętą prawdą, że nigdy nie jadłam banana prosto z drzewa. Potem misjonarz musiał długo tłumaczyć skąd się w Europie biorą banany… Rozmawialiśmy prawie całą noc. Na koniec wizyty rodzina odprowadziła nas na misję. Po drodze tato ściął kawał bananowca i ogromną kiść bananów zarzucił sobie na ramię. To był ich dar dla mnie. Na drugi dzień przyszli z rewizytą. Tata przydźwigał na misję kolejną ogromną kiść bananów… prosto z drzewa. I kolejny raz dziękował za odwiedziny. Prosta, szczera wdzięczność wobec Boga i człowieka, o której my, ludzie bogatego świata tak często zapominamy.  I do tej wdzięczności wcale nie jest potrzebne nasze polskie: „zastaw się, a postaw się”.

„Nigdy nie jesteś tak biedny, żeby nie móc się podzielić z drugim” – słowa te słyszę w jednym z obozów gdzie schronienie znalazły ofiary tajfunu, który spustoszył filipińskie miasto Cagayan de Oro. Mężczyzna patrzy mi prosto w oczy. Wokół niego zbiera się grupka dzieci. „Te są moje” – pokazuje na trójkę – „a tę kolejną trójkę przygarnęliśmy, bo tajfun je osierocił”. Nie ma w tym jakiejś dumy, chwalenia się – zobacz jacy jesteśmy wspaniali! Nie, nic z tego. „Bóg uratował naszą rodzinę i choć w ten sposób możemy mu podziękować” – dodaje z prostotą pokazując na stojącą przed namiotem… butlę gazową. Mężczyzna opowiada, że kiedy przeszedł tajfun i w rzece podniosła się woda, wraz z żoną i dziećmi uczepił się nadmuchanej dętki z samochodu. I tak popłynęli w ciemność, trzęsąc się z zimna. „Przy jednym z mostów dryfująca gałąź przebiła dętkę. Wtedy wyłowiłem pustą butlę gazową. To było koło ratunkowe, które podsunął nam Bóg” – mówi Jemel.

Jego ciało pokryte jest szramami. Został pokaleczony, gdy chronił dzieci przed naporem kawałków domów i konarami drzew. Z rzeki woda wyniosła ich na zatokę. Po 18 godzinach ledwo żywych wyłowili rybacy z sąsiedniej wyspy Camiguin. „Nigdy nie zapomnę tych wołań: „mamo, tato ratujcie”, które słyszałam, płynąc przez morze” – opowiada jego córka Mari Flores. Dziś dzięki pomocy, którą otrzymali odbudowali swój dom, a dzieci znów mogą chodzić do szkoły. Niedaleko nich zamieszkał samotny mężczyzna. „Tuż przed uderzeniem tajfunu wyszedł z więzienia, wszyscy patrzyli na niego podejrzliwie” – opowiada siostra Marta Patricia pracująca na Mindanano. Kiedy rozpoczęła się tragedia, zamiast uciekać przywiązał się liną do drzewa i wyławiał kolejnych rozbitków. Wcześniej nikt z nim nie chciał rozmawiać, teraz jest powszechnie szanowany.   

Ocalali z tajfunu nie tylko zaczęli odbudowywać swe domy, ale i organizować dziękczynne pielgrzymki za ocalenie życia. Wiele z nich przychodziło do leżącego na obrzeżach tego miasta sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Spotykam tam mężczyznę otoczonego gromadką dzieci. Pokonują w górę schodek za schodkiem. Rytm wędrówki wyznacza modlitwa. Kiedy docierają do kaplicy, mieszczącej się w sercu 17-metrowej figury Jezusa Miłosiernego, klękają przed wystawionym tam Najświętszym Sakramentem. Dziękują za ocalenie. – „Siedzieliśmy na dachu domu sąsiadów i przez kilka godzin odmawialiśmy Koronkę do Miłosierdzia Bożego. W naszej okolicy przeżyły tylko dwie rodziny. Straciliśmy wszystko, dom i to, co mieliśmy, ale żyjemy – mówi mężczyzna, wspominając dramatyczne chwile tropikalnego tajfunu, który spustoszył zamieszkiwaną przez nich okolicę. Kilka dni później w tym samym miejscu modli się kobieta”.

– „Kiedy uderzył tajfun, pociągnęłam męża i dzieci inną drogą, niż zawsze chodziliśmy z domu. Ci, którzy poszli starą ścieżką, zginęli” – opowiada. W rękach trzyma sfatygowany obrazek Jezusa Miłosiernego. – To jedna z nielicznych rzeczy, które udało nam się uratować – dodaje. Dziesiątki podobnych obrazków spotkam w centrach ewakuacyjnych przy łóżkach ocalonych. Przy nich wieczorami modlą się, dziękując Bogu za życie i zawierzając Mu swój los.  


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Beata Zajączkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Matka w wielkim mieście – Paulina Guzik testuje Kraków i Warszawę

Czy łatwo jest być matką maleńkiego dziecka w wielkim mieście, czy jest ono przyjazne, czy niewygodne, a może obojętne? - Spróbowała przekonać się o tym Paulina Guzik, matka Jasia i Heli, dziennikarka telewizyjna, która po urodzeniu pierwszego dziecka, wyruszyła po Krakowie i Warszawie by je przetestować i "oswoić". Pokłosiem tych wędrówek są blog oraz dwie książki - "Baby and the city. Przewodnik po rodzicielstwie i wielkim mieście - Kraków" oraz podobna pozycja dotycząca Warszawy. Z tymi miastami autorka związana jest rodzinnie i zawodowo.

"W tym przewodniku znajdziecie informacje od A do Z, gdzie i czego szukać w Krakowie – od ciąży i porodu poczynając przez wiek niemowlęcy waszego dziecka aż do momentu, kiedy pierwszy raz «wyfrunie» z domu, czyli pójdzie do przedszkola" – zapowiada Paulina Guzik. I dodaje: "To absolutnie subiektywny przewodnik i poradnik, pisany z pomocą doskonałych ekspertów w dziedzinie ciąży, pielęgnacji i wychowania dzieci. To książka dla rodziców, babć, dziadków i niań z Krakowa…" Z Krakowa i Warszawy, ale należy podkreślić, że mają one także walory uniwersalne i przydadzą się przyszłym matkom z całej Polski.

Obie jej książki są przewodnikami – poradnikami, gdyż, jak sama stwierdza wie, jak cenne dla młodej kobiety są rady w okresie niepewności, gdy w naturalny sposób szukają oparcia w tych, którzy już przez to przeszli lub nagromadzili wiedzę fachową i doświadczenie. Paulina Guzik przekazuje swe rady doskonale – precyzyjnie i z poczuciem humoru, w uspakajającym tonie.

Czytelniczki dowiedzą się co robić – gdzie się badać, uczęszczać do szkół rodzenia, ćwiczyć, ubierać się w czasie ciąży, jaka ma być dieta w okresie po pojawieniu się dwóch magicznych kresek na teście ciążowym, czyli – od brzucha do malucha. Książka zawiera adresy szpitali, położnych, opisuje jak i gdzie rodzić, co ma wziąć ze sobą przyszła matka – całą masę niezbędnych informacji.

Nie ogranicza się jednak Autorka do troski o ciało, pisze o potrzebie muzyki, gdyż od 14-16 tygodnia życia dziecko słyszy dźwięki. Jakie mają być te dźwięki? Zdecydowanie lepiej, by płynęły one z sal Filharmonii niż koncertu rockowego. Podsumowuje, że warto, by dziecko słuchało nie tylko klasyki, ale też tego, czego słuchają jego rodzice na co dzień – na przykład jazzu, popu czy rocka, bo oswoi się z nimi już w stadium płodowym. Ale to nie wszystko – jeszcze przed narodzinami warto czytać dziecku na głos, bo tak jak muzyka stymuluje układ nerwowy dziecka, przez co rozwija się dynamicznie – sugeruje Autorka.

Kolejne rozdziały książek opisują funkcjonowanie w wielkim mieście matki z maleństwem w wózku, a Paulina Guzik wie, o czym pisze – wózkiem, autem i piechotą przemierzała i przemierza Kraków najpierw z jednym, później z kolejnym dzieckiem. Opisuje też obiekty, do których się podąża – urzędy, parki, muzea, kawiarnie i restauracje.

Nie zawsze jest łatwo, zwłaszcza w Krakowie, pełnym zabytków, wąskich uliczek, piwnic i historycznych bruków, pamiętających znamienite historyczne wydarzenia. Mimo tego obie stolice – niegdysiejsza i obecna – wychodzą naprzeciw potrzebom matek z małymi dziećmi oraz całym rodzinom, pragnącym spędzić wolny czas poza domem. Wciąż powstają nowe place zabaw rekomendowane przez samorządy jako bezpieczne, kina, teatry, baseny i muzea przystosowują się do wizyt najmłodszych, a w kawiarniach i restauracjach można przewinąć dziecko. Coraz więcej restauracji i kawiarni wywiesza naklejki Baby and the City, a czytelnicy otrzymają tam zniżki. Takie miejsca sprawdzają także media.

Rodziny wielodzietne w obu miastach otrzymują Karty Dużych Rodzin, która zapewnia zniżki w wielu miejscach, nie tylko komunikacyjne, ale zwłaszcza w placówkach kulturalnych.

Praktykująca katoliczka nie zapomina o omówieniu problemu funkcjonowania młodej mamy w kościele. Tak więc mieszkańcy miasta dowiedzą się, do których kościołach można bez problemów wjechać wózkiem, skorzystać z toalet i gdzie są przewijaki, gdzie dzieci słuchają osobnego kazania i jakie są temperatury w sezonie jesienno-zimowym. Autorka informuje, gdzie są specjalne Msze św. dla dzieci, ale też wymienia kościoły, w których maluchy są mile widziane i gdzie duszpasterze okazują im wyrozumiałość.

Z książki dowiadujemy się np. że w opactwie tynieckim nie ma specjalnej Mszy dla dzieci, ale ojcowie organizują dla nich warsztaty, w trakcie których dzieci dowiadują się, na czym polega bycie zakonnikiem oraz mają szansę poznać historię książki – od tabliczki po e-booki.

Autorka korzystała z konsultacji znanych specjalistów, m.in. psychologa Małgorzaty Bartelak, pediatry dr Waldemara Drapały, dr Łukasza Szczudlika, ginekologa – położnika, położnych Beaty Marzec i Magdaleny Słaby i in.

"Nareszcie książka, która wyciągnie kobiety z domu" – widnieje na okładce opinia Dagmary Kaczmarek-Szałkow z TVN24, mama Tosi. "Szkoda, że «Baby and the city» nie było, kiedy urodził się mój starszy syn. Za to teraz skorzystam z niego planując wolny czas z dwulatkiem" – wzdycha Magdalena Stużyńska, aktorka, mama dwóch synów.

Paulina Guzik, Joanna Gabis-Słodownik, Baby and the city. Przewodnik po rodzicielstwie i wielkim mieście.

Media Guzik, Kraków 2013 www.mediaguzik.pl


aw / Warszawa


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas