video-jav.net

Mit start-upu

Mamy pomysł, inwestujemy pieniądze własne i rodziny, kupujemy komputery z jabłkiem na obudowie, wynajmujemy biuro w pomieszczeniach po dawnej fabryce i ściągamy architekta wnętrz do jego aranżacji. I koniecznie zapuszczamy brody. Jednym słowem robimy start-up.

Szczepan Kasiński
Szczepan
Kasiński
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ten lekko przerysowany obraz nowych inicjatyw biznesowych to efekt wtłaczanych nam przez media społecznościowe i popkulturę wizji tego, jak powstaje start-up. Obrósł w swoistą mitologię, a przez to nie ma wiele wspólnego z prawdą. Odczarowanie tego tematu pozwoli nam stanąć w prawdzie i docenić wysiłek twórców nowych pomysłów, a przez to życzliwym okiem spojrzeć na śmiałków, którzy próbują zmienić na lepsze rzeczywistość, w której funkcjonują. 

 

Mit garażu

Jeżeli popatrzymy na mit założycielski, czyli historię o początkach firm takich jak Google, Apple, PayPal czy Amazon, to nieodłącznym jego elementem jest to, że twórcy tych współczesnych gigantów zaczynali w przydomowym garażu. Tam powoływali firmę i tam pielgrzymują fani ich współczesnych produktów, do miejsca gdzie powstały legendy. 

Amerykańska rzeczywistość i system prawny ułatwiają takie rozwiązanie, jednak nie jest ono konieczne do stworzenia dobrze funkcjonującej firmy, bo w sumie start-up, to tylko nowa firma, która ma pomysł na swoje usługi, a nazywa się modnym hasłem, podążając trochę ślepo za modą. Bo przecież dużo atrakcyjniejsze dla otoczenia jest mówienie, że jest się twórcą start-upu, niż że się założyło firmę. 

Czym więc jest ten start-up? Ile twórców, tyle definicji, ale sprowadzając je do wspólnego mianownika, możemy określić, że to pomysł na biznes, który ma szanse zostać zaakceptowany przez rynek (konsumentów). Od klasycznej definicji nowej firmy różni się tym, że start-upy najczęściej wytwarzają produkty cyfrowe, niematerialne, bądź tworzą gadżety, które mają ułatwić życie ich nabywcom. Do tego, działają w stanie skrajnej niepewności, tworząc coś, czego jeszcze nie ma i nie wiadomo jak na to zareaguje rynek. Takie życie na krawędzi.

 

Brodacz z jabłkiem

Skąd wziął się zatem wizerunek start-upowców jako brodaczy z charakterystycznym jabłkiem na obudowie komputera? Paradoksalnie, to efekt reklamy Apple z 1984 roku, którą nakręcił Ridley Scott. To właśnie stamtąd wziął początek mit użytkowników tego sprzętu, jako osób niezależnych od systemu, twórczych, kreatywnych. I podążając za tym mitem, tysiące twórców chce być jak Steve Jobs. W swoich i cudzych oczach. 

Pomijając użyteczność samego sprzętu, budowanie wizerunku niepokorności, twórczości, czy genialności ma w swoim założeniu jeszcze jeden, być może najważniejszy cel – znalezienie inwestora! 

 

Fundusze inwestycyjne

Jest jeszcze jedna różnica, która pokazuje inność start-upu. Najczęściej do stworzenia produktu, potrzebna jest inwestycja. Stworzenie produktu wymaga miesięcy, czy nawet lat pracy, a za tą pracę ktoś musi zapłacić, w momencie gdy skończą się środki od założycieli. 

Dlatego w swojej początkowej fazie start-upy są pomysłem na biznes, prototypem, który ma podstawowe funkcje. I właśnie tym pomysłem, powiązanym z biznesplanem start-upowcy próbują zachęcić poważnych inwestorów – czy to w formie funduszy inwestycyjnych, których rolą jest wyławianie “perełek”, czy aniołów biznesu – indywidualnych przedsiębiorców, którzy osiągnęli już sukces i szukają nowych pomysłów, które mogliby wesprzeć swoją wiedzą, doświadczeniem i oczywiście pieniędzmi, otrzymując w zamian udziały w firmie. 

Inwestor, a szczególnie jego środki są potrzebne do jednego zasadniczego celu – skalowalności. Czyli tego, by przyjęty model biznesowy można było bez większych kosztów i zmian w jego rdzeniu przenosić do kolejnych krajów, czy na nowe rynki i branże. Jeżeli jednak modelu nie można skalować, albo jest to zbyt trudne, może to prowadzić do klęski.

Jednak Ci, którzy przetrwają i odniosą sukces, mają szanse zdominować rynek w swojej kategorii, przynosząc krociowe zyski nie tylko swoim założycielom, ale także inwestorom. I właśnie ta wizja niesamowitych dochodów, a wręcz pogoń za nią, są kolejnym wyróżnikiem twórców start-upu – żyją mitem bogactwa, które jest na wyciągnięcie ręki. 

 

 

Nieskończona lista sukcesów

Niestety często motywacją do założenia własnego projektu, jest zachłyśnięcie się historiami sukcesu. Wertowanie na potęgę biografii słynnych start-upowców, inspirowanie się ich złotymi myślami i ślepe naśladownictwo to pewna droga do porażki. Bo co jest nowego i atrakcyjnego w założeniu “drugiego Facebooka”? 

Patrząc na środowisko start-upów możemy wpaść w pewną pułapkę – znane i cenne projekty są nieliczne (jedynie 2% osiąga spektakularny sukces). 90% start-upów upada w ciągu pierwszych 3 lat funkcjonowania (Start-up Genome Report przygotowany przez Uniwersytet Stanforda i Berkley), a pozostałe 8% przekształca się w normalnie funkcjonujące firmy. 

Dlaczego upadają? Powodów jest wiele: zbyt szybki rozwój (bez wypracowania modelu biznesowego), złe rozłożenie zasobów (zbyt dużo czasu na dopieszczenie produktu, a zbyt mało uwagi poświęconych na marketing), czy po prostu złe rozeznanie rynku (tworzenie produktu, który nie jest potrzebny nikomu). 

Młodym twórcom brakuje też pokory w podejściu do swojego pomysłu i dystans do porad innych. Jednak szczęśliwie to się zmienia – coraz częściej na spotkania zespołów zapraszani są ludzie, którzy musieli zamknąć swój start-up. Po to, żeby podzielili się swoim doświadczeniem i przez to pomogli uniknąć błędów w nowych projektach. 

 

Zmiana świata zaczyna się od…

Zazwyczaj start-up powstaje z niewygody. Konkretnej osobie bardzo brakuje narzędzia, które jest mu potrzebne do codziennej pracy. Dlatego po godzinach przysiada nad czymś, co ułatwi mu życie. Powstaje pierwszy prototyp i… okazuje się, że znajdują się ludzie, którzy chcą to kupić. Może toporne, może brzydkie, ale funkcjonalne – tak powstała aplikacja Nozbe, która służy do zarządzania zadaniami i wspiera efektywność osobistą. Jej twórca – Michał Śliwiński napisał ją, by ułatwić sobie codzienne życie, a dziś korzysta z niej 400.000 użytkowników na całym świecie. 

Czasem pojawia się wizjoner, który wyprzedza rynek. Tworzy narzędzie, ale rynek jeszcze do niego nie dorasta. A potem, w wyniku ciężkiej pracy, zaciśnięcia zębów, ryzyka bankructwa, powstaje coś wielkiego. Taką drogę przeszedł Michał Sadowski ze swoim narzędziem do monitoringu internetu Brand24, który 30 stycznia 2018 wszedł na warszawską giełdę, jako spółka wyceniana na 100 milionów złotych. 

Twórcy start-upów, to ludzie, którzy myślą nieszablonowo. Nie chcą czekać, aż ktoś rozwiąże za nich uwierający problem. Biorą się za pozornie nierozwiązywalne problemy i je realizują. To odpowiednik odkrywców i podróżników – gdy nie ma lądów do odkrycia, a kosmos (przynajmniej chwilowo) jest zamknięty, to oni “czynią sobie ziemię poddaną”. 

 

Trudne słowo – sprzedaż

Genialne pomysły nie mają sensu, jeżeli nie zostaną przekute na model biznesowy, czy mówiąc bardziej dosadnie – sprzedaż. To ona weryfikuje, czy pomysł start-upu jest sensowny i rynek go przyjmie. Jednocześnie, w naszym mitycznym start-upie, sprzedaż to temat tabu. Oznacza, że genialny produkt trzeba promować, proponować, sprzedawać, inwestować w spotkania, obsługę klienta, reagować na negatywne opinie, zwroty, a przede wszystkim by w rachunkach pozycja “ma” zawierała większą cyfrę niż w polu “winien”.

Wydaje się, że moment stanięcia w prawdzie, to właśnie moment, gdy zaczyna się sprzedawać produkt i na nim zarabiać (a przynajmniej wychodzić na zero). Wcześniejszy etap, to wydatkowanie pieniędzy inwestorów, a każda inwestycja jest też ryzykiem. Wejście w dojrzałość biznesową, to zdolność do szybkiego stanięcia na własnych nogach. I sprzedaży, która jest pierwszym krokiem stworzenia lepszego świata, nie tylko dla twórców, ale też dla odbiorców. 

 

Ty też!

Start-up to szkoła życia. Szkoła latania nad chmurami, szaleńczych pomysłów i ich realizacji. Ale także doświadczeń, których nie da praca dla kogoś od 8 do 16. Odwaga do realizacji śmiałych wizji, odpowiedzialności za zespół. Smaku zwycięstwa, goryczy porażki. Ale ta porażka, statystyczna, wręcz wkalkulowana daje świadomość własnych mocy i ograniczeń. A to tym bardziej cenne.

 

Szczepan Kasiński

Szczepan Kasiński

Sancho Pansa w Armiger, fundraiser, opowiadacz, strateg. Fundraiser z certyfikatem EFA (European Fundraising Association) oraz członek Polskiego Stowarzyszenia Fundraisingu. Uwielbim fundraising z amerykańskim rozmachem, ale słowiańską życzliwością i przekonaniem, że świat da się zmienić wspólnym wysiłkiem.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szczepan Kasiński
Szczepan
Kasiński
zobacz artykuly tego autora >

Start-up w 7 krokach

Porażki są w porządku. Ważne, żeby wyciągać wnioski

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Studiując podręczniki, słuchając konferencji, odczytów, wykładów, czy dyskusji na temat start-upów, jednego możemy być pewni: nie ma gotowego przepisu na udany start-up. Każdy krok w tym modelu może się okazać krokiem ostatnim. Bardzo dużo jednak zależy od nas, od naszej determinacji, pokonywania przeszkód oraz wyszukiwania elastycznych rozwiązań, jako alternatywy dla tych, które okazały się błędne lub niewystarczające.

Powstało wiele podręczników dla początkujących start-upowców, jednym z nich jest “Podręcznik start-upu” autorstwa Steve’a Blanka oraz Boba Dorfa. W księgarniach w Polsce można jednak znaleźć wiele innych pozycji a jeszcze większe możliwości mamy do wyboru w wersjach angielskich.

Przedstawiamy w 10 punktach przepis wymienionych wyżej panów na udany start-up. Nie oznacza to gotowego przepisu na wielką firmę, która zapewni, że będziesz piękny i bogaty jak Cristiano Ronaldo, ale pozwoli poprowadzić start-up tak, by na każdym jego etapie móc wyciągnąć właściwe wnioski, a także zniwelować trudności. Jak piszą autorzy książki: “o sukcesie start-upu decyduje umiejętność wyciągania wniosków z własnych potknięć”

 

Krok 1. Pomysł i lider

Ten najtrudniejszy i najbardziej kluczowy etap formułuje pomysłodawca – założyciel  najczęściej na “przysłowiowej serwetce”. Myślenie zaczyna się od tego, jak wygląda pomysł na produkt lub usługę? Jakie ma oferować korzyści? Czy da się go zbudować? Czy potrzebna jest wiedza specjalistyczna? Kim są klienci i gdzie ich należy szukać? Wtedy także powstaje zarys myśli, strategii w jakiś sposób nasze rozwiązanie będzie docierać do klientów. I wreszcie jakie na początku będą koszty.

Jeśli odpowiemy sobie przynajmniej na te podstawowe pytania, możemy przejść do kroku nr 2.

 

Krok 2. Z serwetki na dokument

W kroku drugim należy sformułować propozycję zrozumiałą dla inwestora. Jeśli nie potrafimy w jasny i prosty sposób wyjaśnić, co chcemy zrobić, każdy z następnych kroków nie będzie miał żadnego znaczenia. Warto więc spisane przez nas rozwiązanie przedyskutować z osobami, które pomogą nam odpowiedzieć na pytanie: czy ta propozycja ma sens? Jeśli nie zrozumieją, należy wyjaśnić szerzej i poprosić o sformułowanie, jak oni to zrozumieli, ponieważ często inni ludzie, którzy są dalej od rozwiązania i związanych z nim emocji, są w stanie lepiej sobie poradzić ze sformułowaniem propozycji.

 

Krok 3. Zbuduj prototyp – jeśli to możliwe

Nie przy każdym pomyśle jest to możliwe. W kroku trzecim, kiedy jesteśmy już po rozmowach z inwestorem i mamy finanse na start, możemy spróbować zbudować wstępne rozwiązanie, niedoskonałe, nieostateczne ale możliwe do przedstawienie potencjalnym klientom.

 

Krok 4. Ruszaj w teren

W zaciszu swojego pokoju niczego się nie dowiesz. Założenie: “wiem, czego chce klient”, zgubiło już wielu zapaleńców, pomysłodawców nawet ciekawych i unikalnych rozwiązań. Prawda jest taka, że na początku start-up nie ma żadnych klientów a założyciel o ile nie jest wybitnym ekspertem w danej dziedzinie, może jedynie formułować przypuszczenia dotyczące klientów i gotowego rozwiązania. Założyciel musi więc jak najszybciej ruszyć w teren lub udostępnić rozwiązanie i zapytać, które z jego hipotez są poprawne, a następnie niezwłocznie poprawić te, które okażą się błędne.

 

Krok 5. Popraw rozwiązanie

Po zebraniu i analizie uwag klientów, należy poprawić rozwiązanie i przejść do etapu budowania docelowego produktu, który będzie można zacząć oferować klientom. W tym etapie bardzo ważnym zadaniem jest skuteczne pozyskanie dużej i ciągle rosnącej grupy odbiorców. Jeśli to się powiedzie a jednak nadal nasz start-up nie osiąga wyników jakie sobie zakładaliśmy to jeszcze nie koniec.

 

Krok 6. Porażki są w porządku

Start-upy są nieprzewidywalne. Ważne, żeby wyciągać wnioski. W tradycyjnym modelu budowania firmy nie ma miejsce na krok wstecz ale nie w start-upach. Nigdy nie należy czuć zażenowania pierwszą porażką, ani wyciągać z niej wniosków ostatecznych. Cofanie się odgrywa bardzo ważną rolę w procesie uczenia się i poznawania nieznanych i nie przewidzianych wcześniej elementów.

W tym momencie zaczynają się poszukiwanie modelu biznesowego, poprzez interakcje, zmiany i rozwój. start-up krąży tak długo, aż osiągnie “prędkość ucieczki”, czyli możliwość przejścia do kolejnego etapu rozwoju firmy.

 

Krok 7. Nie poddawaj się

W start-upie na każdym etapie rozwoju należy bardzo wnikliwie przyglądać się wykonanym krokom, rozwiązaniom i wyciągać wnioski. Jeśli pracuje zespół, należy wspólnie przedstawiać i analizować wyniki. Co sądziliśmy na początku? Czego się dowiedzieliśmy? Co zamierzamy zrobić w kolejnym tygodniu? Na pewno nie należy nigdy się poddawać. Zawsze można uruchomić nowy start-up, ponieważ jesteśmy o wiele bogatsi w wiedzę i doświadczenie.

Powodzenia!


Artykuł został przygotowany w oparciu o lekturę “Podręcznika start-upu. Budowa wielkiej firmy krok po kroku” Steve’a Blanka oraz Boba Dorfa. Zachęcamy do lektury całej książki.

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >