video-jav.net

Kurs przedmałżeński nie musi być porażką

„Kościół i jego niedostosowanie do współczesności!”, „Królestwo zacofania i anachronizmu!”. Taką mniej więcej etykietę mają od lat kursy przedmałżeńskie w Polsce. Co robić? Można wznosić oczy ku niebiosom, można biadolić, wyśmiewać, boczyć się, albo.... albo dobrze się rozejrzeć. Bo kurs przedmałżeński, na szczęście, niejedno ma imię.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Wyobraź sobie, że masz wziąć udział w ekstremalnym biegu przełajowym. Jesteś zdecydowany biec w duecie, choć raz po raz budzą się w tobie wątpliwości, czy towarzysz biegu jest na pewno odpowiednim wyborem. Do tego dowiadujesz się, że po drodze mogą dołączyć do was jakieś nieporadne istoty, całkowicie od was zależne, które najpierw spowolnią wasz krok, ale po umiejętnym prowadzeniu dodadzą wam atomowego przyspieszenia. Nie znasz dokładnie trasy, znasz mniej więcej cel. Decyzji o starcie nie ułatwiają liczne informacje o tym, ilu parom nie udaje się tego biegu ukończyć. I jeszcze jedno – od tego startu zależy twoje szczęście. Dopada cię stres? Na samą myśl o biegu zalewasz się potem? Spokojnie, w końcu można się do niego przygotować! Więc pełen nadziei ruszasz na kurs. A tu owszem, opowiadają ci niby o przebiegu trasy, ale tylko teoretycznie. Jest sporo slajdów, czasem padnie jakiś żart, ale jednak przekaz jest czysto abstrakcyjny. Niby mówią jak być pewnym czy wybór partnera jest właściwy, ale mówią to najczęściej ci, którzy z założenia uczestniczą w tym biegu sami. Wychodzisz z kursu i jedyne co ci zostaje, to zanucić gorzko za Kombi „Słodkiego, miłego życia…”

 

Ale można też wybrać inny kurs. Prowadzony przez tych, którzy biegną już kilka, kilkanaście, albo nawet kilkadziesiąt lat razem i trenera, który, choć biegnie sam, towarzyszy zawodnikom z bliska od samej linii startu. Co więcej, kurs prowadzisz przede wszystkim sam ze sobą i z przyszłym kompanem biegu. Masz dzięki temu szansę najpierw poznać siebie, swoje mocne i słabe strony, możesz łatwiej przewidzieć gdzie bieg będzie dla ciebie trudniejszy, a gdzie łatwiejszy. Ale to jeszcze nie koniec. Możesz, być może po raz pierwszy, naprawdę usłyszeć swojego przyszłego towarzysza; zrozumieć jego potrzeby i zapatrywania na trasę biegu. A co najważniejsze, utwierdzić się w przekonaniu, graniczącym z pewnością, że jest to ten właściwy i jedyny człowiek, z którym chcesz wyruszyć w ten najbardziej wyjątkowy bieg życia. Wydaje ci się, że to już wszystko? A skąd! Podczas takiego przygotowania dostajesz do ręki konkretne narzędzie ułatwiające porozumienie z towarzyszem, którego (UWAGA!) uczysz się używać od pierwszych minut trwania kursu. I jeszcze jedno – nie ma slajdów, nie ma teorii. Wszystko, co słyszysz podczas kursu, to autentyczne przypadki biegnących par. Kto, gdzie i kiedy pobłądził. Kto wyłożył się na którym zakręcie i jak konkretni zawodnicy radzili sobie z przyjmowaniem urazów. Widzisz na nich sporo siniaków, czasem dostrzegasz świeże strupy, a czasem i pokaźne blizny. Czujesz od nich zapach trasy. Ale to, co najbardziej cię uderza w tych doświadczonych zawodnikach, to głód nowych wyzwań. Widzisz, że ten bieg, choć nie pozbawiony czasem bardzo bolesnych upadków daje im to, czego sam szukasz – daje im szczęście.

Tak mniej więcej wygląda różnica między parafialnym kursem przedmałżeńskim, a propozycją jaką dla narzeczonych, ale również zakochanych mają ośrodki Spotkań Małżeńskich, obecne w całej Polsce. Same Spotkania powstały z myślą o małżeństwach, ale kiedy z czasem zauważono jak często uczestnicy weekendowych rekolekcji małżeńskich wzdychają na odchodnym „Szkoda, że nikt nas tego nie nauczył przed ślubem”, postanowiono rozszerzyć działalność także o narzeczonych.

 

 

Na czym polega wyjątkowość Spotkań Małżeńskich? Na DIALOGU. Dialogu, który z założenia wyklucza wojnę, spór, szukanie swojej racji. DIALOGU, który prowadzi do pierwszego, autentycznego spotkania z najbliższym nam człowiekiem, czasem po wielu wspólnie spędzonych już latach. DIALOGU, który zmusza do wyrzucenia z głowy utartego obrazu współmałżonka i do stanięcia wobec niego jak wobec tajemnicy. Której nigdy nie odkryje się do końca. Wreszcie, DIALOGU, który nie jest abstrakcyjnym pojęciem, ale charyzmatem opartym na czterech, konkretnych założeniach; by bardziej słuchać niż mówić, rozumieć niż osądzać, bardziej dzielić się niż dyskutować, a ponad wszystko przebaczać.

Wracając do narzeczonych. Propozycja Spotkań Małżeńskich jest dla nich dwutorowa. Przede wszystkim Wieczory dla Zakochanych. Jest to 9-tygodniowy cykl spotkań (każde trwa ok. 3h), podczas których poruszane są tematy związane z poznaniem własnych cech osobowości, swoich oczekiwań, pragnień, wyobrażeń. Uczestnicy uczą się m.in. jak rozwiązywać konflikty czy też budować autonomię swojego związku. Podczas Wieczorów mają również szansę odkryć czym jest naprawdę sakrament małżeństwa i zadać sobie pytanie o miejsce wiary w moim/naszym życiu.

 

 

Drugą propozycją ośrodków SM są weekendowe Rekolekcje dla Narzeczonych, które zaczynają się w piątek wieczorem, a kończą w niedzielę po południu.

Wieczory dla Zakochanych, podobnie jak wyjazdowe Rekolekcje dla Narzeczonych dzieją się tak naprawdę między dwojgiem zakochanych osób. To one, dzięki unikatowej warsztatowej formie, właściwie same sobie udzielają rekolekcji. Owszem wprowadzeniem do tematu każdego spotkania jest świadectwo małżeństwa i duszpasterza – animatorów SM, ale słowem klucz jest tu właśnie świadectwo.

– To, że jako animatorzy siedzimy naprzeciwko uczestników, nie upoważnia nas do jakichkolwiek pouczeń czy wykładów. Dzielimy się tylko tym, co mamy; naszymi siniakami, obtarciami, ale i jedynym, niepowtarzalnym smakiem zwycięstwa po pokonaniu szczególnie trudnego etapu naszej małżeńskiej drogi – mówią Ania i Olek Unoldowie, para odpowiedzialna za SM we Wrocławiu.

Wprowadzenia animatorów są tylko zaczynem, inspiracją, zachętą. Reszta jest w rękach uczestników. Co istotne, forma warsztatów jest tak skonstruowana, aby obydwie strony miały jednakową szansę na wypowiedzenie się i często po raz pierwszy nazwanie swoich prawdziwych potrzeb, oczekiwań, nadziei, ale i lęków, frustracji, niepewności.

Doświadczeni rekolekcjoniści mówią czasem o tym jak inne, dużo bardziej owocne byłoby ich głoszenie, gdyby mogli słuchającym zaproponować jakąś formę działania. Tak, żeby usłyszana treść poprzez działanie prowadziła rzeczywiście do odnowy. Nic się nie wydarzy w naszym życiu, jeżeli nie zrobimy pierwszego kroku w kierunku zmiany. Propozycja SM dla narzeczonych to nawet nie jeden krok, ale dosłownie wzięcie udziału w prawdziwym biegu adaptacyjnym. Krótszym i intensywniejszym w przypadku wyjazdowego weekendu, albo dłuższym, dającym większą szansę na głębsze przeżycie poruszonych tematów w przypadku Wieczorów.

A zatem: do biegu, gotowi, start!


Wieczory dla Zakochanych jak i Rekolekcje dla Narzeczonych, jako programy przygotowujące do Sakramentu Małżeństwa spełniają wymagania w zakresie katechez przedmałżeńskich. Absolwenci Wieczorów dla Zakochanych i Rekolekcji dla Narzeczonych otrzymują zaświadczenia potrzebne przy składaniu dokumentów w kancelarii parafialnej przed zawarciem związku małżeńskiego.

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

10 rzeczy, których twój mąż nie chciałby usłyszeć

Małżeństwo to bardzo delikatna rzeczywistość: z jednej strony oczekujemy, że będzie naszą strefą komfortu, cichą przystanią, ciepłym gniazdkiem i wszystkim, co kojarzy się z bezpieczeństwem – a z drugiej marzymy o nieustającej pasji, wysokiej temperaturze, romantycznych porywach i żeby on się starał.

Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Przywykłyśmy też oczekiwać delikatności i czułości w słowach, zresztą całkowicie słusznie. Mam jednakowoż wrażenie, że zawsze warto przeskanować własne wypowiedzi pod kątem potencjalnych zranień, które możemy zafundować najbliższemu z założenia człowiekowi – bo mężczyzna urażony może nie strzeli spektakularnego focha, ale wycofa się o krok. I następny. I bez wielkich gestów, po cichu, po prostu przestanie ufać i się odsłaniać. Bez zaufania nie będzie ani spokojnej przystani, ani romantycznego porywu, po prostu przestaniemy być sprzymierzeńcami. I bardzo trudno będzie to odbudować.

Dlatego proszę, zastanów się, czy któregoś z poniższych sformułowań nie używasz nawykowo, bez zastanowienia, dając wyraz własnej frustracji. W innym artykule zastanowimy się, co można powiedzieć w zamian.

 

1. Bo ty zawsze!

Tak. Wszyscy mamy irytujące nawyki. On też. Zostawia sajgon na blacie kuchennym, kłaki w umywalce i buty na środku przedpokoju. Kupuje za dużo jedzenia, kłóci się z matką na proszonym obiedzie i pozwala dzieciom za długo grać na tablecie. Mam wrażenie, że małżeństwa dość często rozpadają się nie na tle wielkich dramatów, tylko w wyniku wieloletniego użerania się o rzeczy trzeciorzędne. Człowiekowi się naprawdę żyć odechciewa, kiedy wraca z zakupów i nieuchronnie słyszy: „A po żeś znowu tyle tego nakupił? Ty ZAWSZE kupujesz na zgrzewki i połowę ZAWSZE trzeba wyrzucić…”. Następnym razem nie pojedzie, albo pojedzie, przywiezie i zrejteruje zanim zacznę brzęczeć. Minuty wspólnego czasu uciekną.

 

2 Bo ty nigdy!

Nie kupuje kwiatów. Nie pamięta o urodzinach. Nie sprząta kociej kuwety. Nie zauważa nowej sukienki. Nie pyta, co czuję. W żalu i nerwach wykrzykuję mu kolejne „ty nigdy”, a on słyszy: „ty się nie nadajesz, ty jesteś dla mnie nieodpowiedni, nie chcę cię takiego”. Może następnym razem kupi te kwiaty, bo tak w ogóle mnie kocha, ale bliskość będzie nadszarpnięta. Skoro nigdy nie jestem z niego zadowolona.

 

3. Bo Zenek, mąż Mariolki, to umie!

Przetkać ubikację, pomalować pokój, dostać awans, pójść z dzieckiem do dentysty. On umie, a ty nie! To nie chodzi o Zenka jako takiego i prostą personalną zazdrość, choć tak też bywa. Po prostu wyobraź sobie swoją reakcję na jego stwierdzenie „a Mariolka to umie… schudnąć, zrobić doktorat, zorganizować dziecku urodziny, utrzymać porządek…” Porównania nie budują, nie motywują i na sto procent nie zbliżają.

 

4. Moja mama mówi, że powinieneś…

No, dzięki. Właśnie się dowiedział, że nie jest dla swojej żony najważniejszą i najbardziej zaufaną osobą. Że co prawda wyszłam za niego, ale mój dom – czyli miejsce bezpieczne – jest gdzie indziej, a jego życie i decyzje podlegają kontroli i opinii innej instancji. Bo koniecznie muszę się podzielić refleksjami mojej matki na temat naszej przeprowadzki albo remontu.

 

5. Pytałam Mariolki i ona uważa, że …

To sytuacja podobna do powyższej, ten sam problem „wynoszenia” spraw osobistych do osób trzecich. Nie jest niczym niewłaściwym poradzenie się kogoś rozsądnego, szukanie wsparcia i proszenie o pomoc. W określonych wypadkach również bez wiedzy męża. Ale radosne dzielenie się informacją, że nasze kłopoty osobiste zostały przedyskutowane przy kawie i być może średnio lubiana Mariolka ma świetny pomysł na ich rozwiązanie – boli. Boli w ambicję i boli w zaufanie.

 

 

6. Dlaczego nie mamy pieniędzy?

Choćbyśmy byli nie wiem jak równościowi i choćbyśmy zarabiali idealnie po tyle samo, choćbyśmy wszystkie finansowe decyzje podejmowali razem i tak dalej – on czuje się odpowiedzialny za byt rodziny. Bardzo się boi, że nie daje rady, nie wyrabia, że przez niego czegoś nam brakuje. Moje narzekanie potwierdza jego lęki. Upewnia w niskim mniemaniu o własnych możliwościach. Odbiera radość.

 

7. Nie poradzisz sobie!

Nie mogłam się powstrzymać, bo przecież wiem, że sobie nie poradzi, znam go tyle lat, wiem, że się do tego czy tamtego nie nadaje i przecież powiedziałam prawdę. Nie poradził sobie. Następnym razem już nie spróbuje. Tak się kastruje wojownika.

 

8. A nie mówiłam?

Tak, widziałam jego porażkę, tak, uparł się bez sensu, tak, zrobił błąd. Przyszedł do domu lizać rany, a ja kopnęłam w podbrzusze. Bo przecież właśnie to powinno się zrobić dla ukochanego człowieka, od którego oczekuję wsparcia i empatii.

 

9. Łysiejesz

Jest doskonale świadomy swoich niedostatków. Wie, że łysieje, biega wolniej, potrzebuje okularów do czytania, wyhodował brzuch i ma włosy na plecach. Jednocześnie bardzo by chciał być w tej postaci kochany, a kiedy mówię: „łysiejesz”, on słyszy: „jesteś dla mnie nieatrakcyjny”. No, to sobie daruje dzisiaj bieganie i otworzy piwo, bo co za różnica.

10. Dziecko jest mądrzejsze niż ty!

Kocha nasze dzieci nad życie i robi co może, żeby je dobrze wychować. Nie chce jednak, żeby jego żona przeszła z ligi dorosłych do drużyny dziecięcej. Nie chce, żebym spała z dzieckiem zamiast z mężem, nie chce, żebym na przyjęciach siedziała w kąciku zabaw zamiast z nim tańczyć albo rozmawiać. A zwłaszcza nie chce, żebym zawiązała z dziećmi porozumienie, z którego jest wykluczony. I nie chce słyszeć, że dziecko ma rację albo rozumie coś, a on nie. Bo tłumaczy sobie  to jako: „jesteś mi niepotrzebny”.

 

Żyjąc pod jednym dachem przez wiele lat nietrudno się niepostrzeżenie oduczyć uważności na drugiego. Ostatecznie po to jest dom, żeby wreszcie odpocząć i nie musieć się oglądać na cudze oczekiwania i wymagania i jeszcze tego mi brakuje, żeby sobie dokładać etat odpoczynku wojownika, prawda? Mam jednak silne przekonanie, że jeżeli w coś warto włożyć wysiłek, to właśnie w komunikację. Nie mówić rzeczy raniących, a za to przypomnieć sobie o dawno nieużywanych zdrobnieniach, czułych przezwiskach, wewnętrznych żartach. Słowa mogą zrujnować, ale też budują. Uważaj, co mówisz.

Marcelina Metera

Marcelina Metera

Żona, matka pięciorga, po godzinach tłumaczka i redaktorka. Nieuleczalna entuzjastka pracy społecznej, dużo gada i szybko czyta

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcelina Metera
Marcelina
Metera
zobacz artykuly tego autora >