“Jedz, módl się i… pragnij!”

Przyznam się od razu: kompulsywne liczenie kalorii, bezmyślne pochłanianie czekolady i niekończące się dywagacje w damskim gronie, co jest gorsze: być mała i gruba, czy duża i gruba – te zjawiska, powiem oględnie, nie są mi całkiem obce. Dokonawszy tego coming outu, dodam wszelako, że duchowa strona egzystencji też mnie zajmuje.

Katarzyna Węglarczyk
Katarzyna
Węglarczyk
zobacz artykuly tego autora >

“Stworzona by pragnąć. Tęsknoty kobiecej duszy”

Nie bez nuty zaciekawienia (choć wiadomo – z pewną nieśmiałością) sięgnęłam zatem po bestseller Lysy Terkeurst Stworzona, by pragnąć, reklamowany hasłem Jedz, módl się i… pragnij!.

Muszę zaznaczyć, że nie jest to prezentacja nowej diety ani zasad zdrowego odżywania się; wbrew moim oczekiwaniom nie jest to też poradnik o samoakceptacji ani zmaganiu się z kompleksami. Jest to książka dla kobiet, które z jedzenia uczyniły swojego bożka (dlaczego tylko dla kobiet, to pozostaje zagadką, ale przyjęłam to jako fakt), napisana z pozycji osoby wierzącej, i to wiarę swoją traktującej bardzo serio. Jeśli to doprecyzować, wiele rzeczy staje się jasne. A tak postawiony problem – wart zgłębienia.

Polski odbiorca, czy raczej odbiorczyni, może mieć jednak z tym dziełem – arcyamerykańskim i protestanckim z ducha – zasadniczą trudność, płynącą z jego dwóch cech. Pierwsza to bezceremonialne połączenie dwóch porządków, tradycyjnie ujmowanych oddzielnie: spraw ducha i spraw ciała, sacrumprofanum – które w oczach wielu może się wydać nieporozumieniem, zahaczającym wręcz o profanację. Przekonanie autorki, że Pana Boga niesłychanie interesuje, co mamy na talerzu, a połowa Ewangelii traktuje o problemie jedzenia, uruchamia w nas odruch sprzeciwu, jakieś zawołanie: nie no, weź, przestań. Po drugie, mamy tu styl typowy dla poradnika, czy raczej literatury motywacyjnej: są pytania do przemyślenia, jest żarcik, anegdota, trochę zwierzeń i dziarskie nastawienie na sukces, innymi słowy amerykańskie alleluja i do przodu. Te dwie cechy dają mieszankę miejscami trudną do strawienia nawet dla życzliwego czytelnika. Kusi cię, by napchać się chipsami? Proszę, oto stosowny cytat z Biblii, którym chlaśniesz pokusę na odlew… Trochę zgrzyta.

A jednak pozostałam właśnie czytelnikiem życzliwym, ponieważ Lysa nie wydaje się nastawiona na reklamowanie przepisu na idealne życie. Przede wszystkim dzieli się swoją własną historią – i to sprawiło, że dałam jej kredyt zaufania.

Jedzenie jako źródło pociechy zastąpiło mi Boga – przyznaje odważnie. I niewątpliwie, opisując swoje zmagania w tym zakresie, zwraca uwagę na wiele istotnych problemów. Na to, że nasza cielesność ma też wymiar duchowy, że to nie są całkiem rozłączne porządki. Że to, co jem, ma też wartość moralną – z wielu względów, tak w kontekście szacunku do otaczającego mnie świata, jak i do siebie samej. Że Bóg chce być Panem całego naszego życia, chce ogarnąć każdą jego sferę, choć my wolelibyśmy Go zapędzić do kościelnej kruchty i najlepiej pozamykać okna, żeby nie rozglądał się zbytnio po meandrach naszych życiowych wyborów. Że jedzenie może stać się narkotykiem, który – dając chwilowe zaspokojenie czy zapomnienie – na dłuższą metę niczego nie rozwiązuje, wpędza tylko w błędne koło pożądania i poczucia winy. Że wiele możemy nim zagłuszać. I że zdrowa asceza (czy po prostu ewangeliczne ubóstwo?) może być sposobem na wewnętrzną wolność.

Są w tej książce momenty wielkie, przebłyski natchnienia, jak na przykład wtedy, gdy autorka zadaje pytanie, czy i na ile definiujemy się przez konsumpcję. Albo gdy opisuje wielki głód, z którym żyjemy – głód czegoś znacznie więcej niż kotlet czy ciastko. Gdy zwraca uwagę, że obsesyjne łaknienie bywa zastępcze wobec innych niespełnionych pragnień – zajadamy wszak często pustkę, bezsens, brak miłości. Gdy pisze o znalezieniu dobrego „punktu widokowego” na własną historię, dzięki któremu to, co było w niej raną, przestanie nas niszczyć. Szkoda jednak, że nie pogłębia tych wątków, że koncentruje się tylko na zjawiskach, nie pytając o źródła – bądź jedynie się po tych źródłach, trafnie przecież wskazanych, prześlizguje.

Chciałabym być dobrze zrozumiana: ta książka mnie nie gorszy ani nie oburza, ani też nie śmieszy. Nie uważam jej także za niepożyteczną. Nie ma co udawać, że przedstawione w niej problemy nie istnieją, ani odbierać im wagi i powagi. I jeszcze raz powtórzę, że próbę mariażu przyziemnej tematyki z perspektywą wiary uważam za dobrą. Nie mogę się jednak pozbyć uwierającego wrażenia, że coś tu nie gra, że tak do końca autorka nie wie – albo nie mówi wyraźnie – po co pisze. Na wstępie zaznacza, że w pewnym momencie życia odkryła, iż aby naprawdę zatroszczyć się o swoje zdrowie, potrzebuje głębszej motywacji niż tylko zrzucenie iluś kilogramów, by wcisnąć się w dżinsy. Tę motywację znalazła w pełnieniu woli Bożej. Tak oto walka z nadmiernym jedzeniem stała się dla niej przygodą duchową, w której wielką rolę odgrywa samodyscyplina. Jest tu jednak ryzyko pewnego uproszczenia, by nie powiedzieć: manipulacji. Ostatecznie bowiem ciągle chodzi o to, żeby schudnąć. Cała ta idea posłuszeństwa Bogu, który pragnie mojego zdrowia i umiaru, wydaje się służebna wobec tego celu.

Nie odmawiam Lysie głębszych intencji, wierzę w nie, jednak wciąż wyczuwam tę niespójność. Jakby nie mogła się zdecydować, czy pisać o duchowej podróży, czy jednak o odchudzaniu. I może dlatego tytuł Stworzona, by pragnąć wydaje się ciut naciągany – bo w gruncie rzeczy nie dowiadujemy się wiele o tym pierwotnym pragnieniu, do którego zostałyśmy stworzone, i o tej Bożej woli, którą mamy pełnić, wolne od obciążeń – prócz enigmatycznego zapewnienia, że są to rzeczy wyższe. I może dlatego też entuzjastyczne zdania typu „chudnę dla Jezusa” – mimo całej mojej życzliwości – jednak rażą.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Katarzyna Węglarczyk

Katarzyna Węglarczyk

Zapraszam na mój blog: https://www.stacja7.pl/author/Katarzyna+W%C4%99glarczyk

Zobacz inne artykuły tego autora >
Katarzyna Węglarczyk
Katarzyna
Węglarczyk
zobacz artykuly tego autora >

Komandosi misyjni. ABC wolontariatu

Nasz wolontariat jest podobno nazywany najtrudniejszym w Polsce. Tutaj są komandosi.

Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >
ks. Adam Parszywka SDB
ks. Adam
Parszywka SDB
zobacz artykuly tego autora >

Z ojcem Adamem Parszywką, Prezesem Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego, rozmawia Judyta Syrek

Dużo ma Ojciec ochotników, którzy chcą zostać wolontariuszami i pojechać na misje?

Rocznie zgłasza się około 60 osób. Ale w tym momencie ta liczba zostaje mocno podwyższona, ponieważ powstają mniejsze oddziały wolontariatu. Pierwszy był w Mysłowicach na Śląsku, potem w Kielcach a w ostatnim czasie, co jest największą radością, powstały wolontariaty na Orawie. W tej chwili mamy w Zubrzycy ponad 50 młodych ludzi, którzy w pełni się angażują. Miałem okazję być u nich i dziękować rodzicom. To młodzież, która mogłaby się bawić, a oni koncentrują się na tym, co zrobić dobrego.

Od kiedy można zostać wolontariuszem?

Od najmłodszych lat. Mamy grupy, które od szkoły podstawowej interesują się wolontariatem i jako koło misyjne organizują wystawy, podejmują różne prace. Niecały miesiąc temu nasze dzieciaki zrobiły przepiękne rysunki i zainteresowały tematem misji starszych. Bardzo często jest tak, że dziecko interesuje się czymś i wciąga rodziców. Ale wiadomo, że gdy chłopak interesuje się piłką nożną, to rodzice patrzą na to z mniejszym niepokojem, niż kiedy zaczyna się interesować misjami.

A skąd się bierze zainteresowanie misjami u takich młodych ludzi? Interesują się bardziej światem czy człowiekiem? Pociąga ich przygoda, egzotyka?…

Wolontariat to dobry sposób na poznanie człowieka. I myślę, że to przede wszystkim przyciąga ludzi. Patrzę na wolontariat szerzej, bo w tej pracy człowiek poznaje też siebie. I piękne jest to, że kiedy Ci ludzie przychodzą do nas, to kompletnie nie zakładają takich korzyści. Tu wielu przychodzi z taką myślą, że chce komuś pomóc, chce być dobrym. Dopiero po jakimś czasie odkrywa, że pomaga tak naprawdę sam sobie.

Przy tej pracy wychodzą nasze słabości, nieumiejętności. Pomagając innym, często odkrywamy, że sami czegoś nie potrafimy. Wolontariat jest procesem rozwoju samego siebie.

Komandosi misyjni. ABC wolontariatu

Każdy z ulicy może przyjść i powiedzieć: Chcę zostać wolontariuszem?

 Tak, każdy. Jeżeli ktoś przychodzi z ulicy i mówi, że nic nie potrafi zrobić, to również przyjmujemy, bo kiedy św. Jan Bosko otwierał zgromadzenie, jego pierwszym wychowankiem był Bartłomiej Garelli, który właśnie na pytanie: Co potrafisz?, odpowiedział, że nic. Jan Bosko zapytał go wtedy: A gwizdać umiesz? I od tego się wszystko zaczęło, od tej najprostszej relacji między wychowawcą a wychowankiem. Gwizdali na pierwszym spotkaniu. Później był proces wzrastania.

Jeśli ktoś dzisiaj do mnie przychodzi i mówi, że nic nie potrafi, to się pytam, czy umie na przykład kosić trawę, pomalować płytę. Rzeczy do zrobienia jest wiele. Jeżeli przyjdzie informatyk, to mamy bardzo duże zapotrzebowanie na projekty informatyczne. Jeżeli przyjdzie dziennikarz, to za nim może przyjść nawet 50 kolejnych. Pracy nie zabraknie….

Potrzebujecie dziennikarzy?

Tak.

Do czego?

Przede wszystkim do głoszenia Ewangelii. Chodzi o to, żeby dobro się rozchodziło. Dzisiaj jesteśmy bombardowani takimi wiadomościami, które nas przytłaczają i które nas nie uwrażliwiają. A ja bym chciał, żeby dobro się rozsiewało, żeby tej lampy nie stawiać pod korcem, by pokazywać dobre uczynki ludzi.

A jak to wygląda organizacyjnie? Macie podział na sekcje? Dziennikarska, informatyczna, edukacyjna?….

Tak. W zależności od tego, jakie kto ma predyspozycje i w czym ktoś chciałby się rozwijać – bo to też jest ważne, czasem bywa, że ktoś już nie chce robić tego, w czym się kształcił. Największa jest sekcja wychowawcza. Zaczyna się ona w parku edukacji globalnej. W tej chwili mamy zgłoszonych 170 grup, które chcą przyjść do nas z dziećmi i pokazać im tę ścieżkę. Nasi wolontariusze uczą się, co jest w tej globalnej wiosce i oprowadzają grupy, stają się przewodnikami. A jeżeli nie potrafią być od razu przewodnikami, to idą i opiekują się dzieciakami. Potrzebujemy tu przede wszystkim osób pełnoletnich, ale młodsi mogą być asystentami.

Druga bardzo ważna sekcja, to właśnie środki masowego przekazu. Dlaczego? Bo media są nauczycielami, tymi którzy dostarczają wiadomości, pokazują pewne wzorce, albo je niszczą.

Komandosi misyjni. ABC wolontariatu

Na czym polega to dziennikarstwo?

Robimy bardzo dużo projektów filmowych. W tej chwili tworzymy cykl dokumentów o prześladowaniach chrześcijan i nie robimy tego po to, żeby wzniecać wojny, wręcz odwrotnie. Po to, by całe społeczeństwo wiedziało, że chrześcijanie są dzisiaj najbardziej prześladowaną grupą. Chcemy być trochę ambasadorami tych, którzy są prześladowani. Tutaj mamy zaangażowanie profesjonalne, ale też potrzebujemy amatorów, osób, które będą tworzyć fan page i mówić o sytuacji chrześcijan w mediach społecznościowych.

Trzecią ważną sekcją są spotkania w parafiach. Organizujemy tak zwane Niedziele Misyjne. Spotykamy się z parafianami, rozprowadzamy materiały i to jest ciężka praca, bo takich spotkań jest wiele. Sam przyznaję się, że w ostatnich miesiącach nie miałem ani jednej niedzieli wolnej.

Wróćmy do tych początków. Wolontariusz przychodzi, idzie na ścieżkę edukacyjną i dalej co robi?

Jeżeli się nie zniechęcił i widzi, że to co przekazuje jest dobre, zaczyna angażować się w tworzenie wydarzeń, takich właśnie jak Niedziela misyjna Najlepsi przechodzą dalej.

A nauka języka?

To każdy musi robić we własnym zakresie. Natomiast mamy tutaj kursy i przeprowadzamy egzaminy. Jeżeli ktoś chce się dokształcić to uczymy języka angielskiego i hiszpańskiego. Ci, którzy przejdą tę drogę i się nie zniechęcą – to trwa minimum rok – mogą się starać o wyjazd na misje.

Ile trzeba mieć lat, żeby wyjechać? Maturzysta może ruszyć na misje do Afryki?

Każdy, kto ukończył 18 lat, i jest naprawdę dobry, może jechać. Zdarzyło się w naszej historii, że dwie osoby zaraz po maturze wyjechały na misje.

Rodzice się zgodzili?

 Tak, ale to jest kwestia bardzo delikatna, do przepracowania. Bo nie chcemy, żeby dzieci wyjeżdżały, a rodzice przez ten czas zaczęli cierpieć. Przy takich wyjazdach zdarzają się dobre sytuacje, przede wszystkim odcięcia pępowiny. Tylko trzeba wiedzieć, że ta formacja wolontariusza nie jest zaszufladkowana. To nie jest tak, że dostaje się punkty, przechodzi dalej. Wolontariat wymaga pracy i rozmowy indywidualnej. My, jako wychowawcy, też staramy się stale utrzymywać kontakt z osobami, które wyjechały. Kontakt się nie urywa. Nie czekamy, co będzie, kiedy misjonarz wróci, tylko interesujemy się tym, co się u niego dzieje, jakie są potrzeby, czy nie ma w nim załamania.

Praca z wolontariuszem jest bardzo piękna, bo jest to praca z żywym człowiekiem, każdy przychodzi tu ze swoją historią. Ale jest też mocno absorbująca, bo za każdym razem odkrywa się nową osobowość i nowe talenty, problemy. Jest to piękne przeżywanie życia. Bo ja tego nie traktuję jako pracę tylko jako powołanie. I ważne jest, żeby w drugim człowieku czegoś nie przegapić.

Komandosi misyjni. ABC wolontariatu

Jak się odbywa wybór kraju? Wolontariusz sam decyduje, gdzie chce jechać? Wymyśla sobie na przykład na tej ścieżce edukacyjnej, że bardziej mu się podoba iglo albo chatka z Chile?

Nie. Nasz wolontariat jest podobno nazywany najtrudniejszym w Polsce. Bo tutaj nikt nie decyduje, gdzie chce pojechać. Są osoby, które przychodzą i pytają, czy gdzieś jest łatwo, chcieliby pomagać, ale nie są w stanie wytrzymać takie formacji.

Z jednej strony jest ścieżka edukacyjna, są egzaminy, a z drugiej my sami obserwujemy kto, do jakiego miejsca będzie mógł pojechać. Nie lekceważę oczywiście pragnień wolontariuszy, ale podam przykład dziewczyny, która była przekonana, że pojedzie do Afryki, do kraju z językiem angielskim i wysłaliśmy ją na Ukrainę. W pierwszym momencie przyjęła to bardzo ciężko, jednak zdecydowała się i wróciła szczęśliwa. To jest zasadnicza trudność. Można oczywiście się wkurzyć i powiedzieć, że nigdzie się nie pojedzie. W tym przypadku była nawet zmiana kontynentu i kultury.

Jak wygląda ścieżka formacyjna?

Najważniejsza jest otwartość. Wychodzę z takiego założenia, że kiedy ktoś tu przychodzi, musi być otwarty na to, by dawać. Bardzo często istnieją w życiu sytuacje nieprzewidywalne i trzeba im zaradzić. Prosty przykład: mamy awarię, zalewa nam sklep. Nie wyobrażam sobie, że wolontariusz powie mi: Proszę Księdza, ja tu przeszedłem nie po to, by wynosić wodę.

Tu jest właśnie ten sprawdzian człowieka, czy jest komandosem, który potrafi zaradzić w trudnych sytuacjach. Jeżeli stoi z boku, to wiadomo, że nie da rady na misjach. Cała formacja zaczyna się od prostej rzeczy, czy ktoś wynosi za sobą talerz i zmywa go po jedzeniu, czy też zostawia na stole. Nie tak dawno mieliśmy osobę, która mówiła, że śniadania przygotowuje jej zawsze mama. I nie robiła sobie jedzenia. Nie wyobrażam sobie, żeby taka osoba pojechała na misje. Bo kto jej będzie robił kanapki? Siostra zakonna czy uczniowie?… Gdybym tego nie widział, naraziłbym innych na trudności.

Tutaj odbywają się co poniedziałek msze święte i spotkania formacyjne. Mamy trzy tematy: misjologię, edukację globalną i rozmawiamy o problemach na świecie. Natomiast mamy też raz w miesiącu weekendowe spotkania, na których się poznajemy. Mieszkamy razem i wymieniamy spostrzeżenia z różnych oddziałów.

Ale dla mnie wolontariat nie kończy się na spotkaniu. Gdybyśmy się tylko spotykali i modlili nie różnilibyśmy się od innych grup kościelnych. Regularnie ludzie zapisują się na listę obowiązków bieżących, tych, które są tutaj wokół ośrodka. I każdy robi to sam, bo wolontariusz to ten, który przychodzi z własnej woli, nie z obowiązku. Jeżeli widzę, że ktoś się nie zapisuje, to trudno powiedzieć, że jest wolontariuszem, jest tylko z nami formalnie. Takie osoby rzadko się jednak zdarzają. Nasi wolontariusze prowadzą warsztaty, wyjeżdżają na kolonie i poszerzają w taki sposób swoje zdolności wychowawcze.

Ile trzeba wydać pieniędzy, żeby zostać wolontariuszem i wyjechać na misje?

Nie trzeba mieć nic. Trzeba być kreatywnym. My staramy się wykształcić właśnie ludzi kreatywnych, którzy mają do dyspozycji różne rzeczy i potrafią nimi zarządzać. Chodzi o to, żeby ten człowiek się rozwijał. Zawsze na pierwszym spotkaniu mówię: Mam nadzieję, że tu nie przyszli frajerzy. Co to znaczy? To znaczy, że nie przyszły tutaj osoby, które dadzą się wykorzystać.

Dzisiaj jest sporo instytucji, które chcą się zaangażować w projekty misyjne, a dzięki temu zatrudnić tanią siłę roboczą, z pomocą której wypłyną. W związku z tym zakładam, że osoba, która przychodzi do nas, nie będzie naiwna i rozpozna naciągaczy.

Ludzie przychodzą tu, by realizować swoją ścieżkę życiową. My jesteśmy tylko płaszczyzną, która to umożliwia. Nie wyciągamy z ludzi pieniędzy ani nawet ich talentów, bo wtedy bylibyśmy zaprzeczeniem Ewangelii, którą chcemy głosić.

To skąd są pieniądze na wyjazdy?

Organizujemy wspólne akcje. Dajemy na przykład możliwość przeprowadzenia zbiórki w Niedzielę misyjną. W tej chwili zbieramy na wyjazd wolontariuszy do Nigerii. Zadanie wolontariuszy jest takie, że trzeba tam na miejscu przygotować młodzież do wyjazdu na kolonie i zgromadzić środki na ten wyjazd. W związku z tym muszą poszukiwać już wsparcia tutaj. Trzeba umieć iść do parafii, kwestować pod kościołem. Tak się pokazuje kreatywność i zdolność. Jeżeli ktoś tego nie potrafił zrobić w Polsce, nie zrobi tego też na misjach. Wśród nas są komandosi, którzy potem wyruszają na misje i radzą sobie w każdych warunkach.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Judyta Syrek

Judyta Syrek

PR Manager i z-ca dyrektora portalu. Autorka popularnych książek takich jak: „Kobieta, boska tajemnica”, „Sekrety mnichów” (wyróżniona nagrodą Fenix w 2007 r.), „Uwierzcie w koniec świata”, czy „Nie bój się żyć”. Ma głowę pełną pomysłów i... anegdotek z zakonnikami w tle. Niekiedy mamy wrażenie, że za jej plecami widać cień śp. o. Joachima Badeniego OP, który nawet po śmierci wspiera ją w zmaganiach zawodowych i prywatnych.

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Adam Parszywka SDB

ks. Adam Parszywka SDB

Zobacz inne artykuły tego autora >
Judyta Syrek
Judyta
Syrek
zobacz artykuly tego autora >
ks. Adam Parszywka SDB
ks. Adam
Parszywka SDB
zobacz artykuly tego autora >