video-jav.net

“Jedz, módl się i… pragnij!”

Przyznam się od razu: kompulsywne liczenie kalorii, bezmyślne pochłanianie czekolady i niekończące się dywagacje w damskim gronie, co jest gorsze: być mała i gruba, czy duża i gruba – te zjawiska, powiem oględnie, nie są mi całkiem obce. Dokonawszy tego coming outu, dodam wszelako, że duchowa strona egzystencji też mnie zajmuje.

Katarzyna Węglarczyk
Katarzyna
Węglarczyk
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

“Stworzona by pragnąć. Tęsknoty kobiecej duszy”

Nie bez nuty zaciekawienia (choć wiadomo – z pewną nieśmiałością) sięgnęłam zatem po bestseller Lysy Terkeurst Stworzona, by pragnąć, reklamowany hasłem Jedz, módl się i… pragnij!.

Muszę zaznaczyć, że nie jest to prezentacja nowej diety ani zasad zdrowego odżywania się; wbrew moim oczekiwaniom nie jest to też poradnik o samoakceptacji ani zmaganiu się z kompleksami. Jest to książka dla kobiet, które z jedzenia uczyniły swojego bożka (dlaczego tylko dla kobiet, to pozostaje zagadką, ale przyjęłam to jako fakt), napisana z pozycji osoby wierzącej, i to wiarę swoją traktującej bardzo serio. Jeśli to doprecyzować, wiele rzeczy staje się jasne. A tak postawiony problem – wart zgłębienia.

Polski odbiorca, czy raczej odbiorczyni, może mieć jednak z tym dziełem – arcyamerykańskim i protestanckim z ducha – zasadniczą trudność, płynącą z jego dwóch cech. Pierwsza to bezceremonialne połączenie dwóch porządków, tradycyjnie ujmowanych oddzielnie: spraw ducha i spraw ciała, sacrumprofanum – które w oczach wielu może się wydać nieporozumieniem, zahaczającym wręcz o profanację. Przekonanie autorki, że Pana Boga niesłychanie interesuje, co mamy na talerzu, a połowa Ewangelii traktuje o problemie jedzenia, uruchamia w nas odruch sprzeciwu, jakieś zawołanie: nie no, weź, przestań. Po drugie, mamy tu styl typowy dla poradnika, czy raczej literatury motywacyjnej: są pytania do przemyślenia, jest żarcik, anegdota, trochę zwierzeń i dziarskie nastawienie na sukces, innymi słowy amerykańskie alleluja i do przodu. Te dwie cechy dają mieszankę miejscami trudną do strawienia nawet dla życzliwego czytelnika. Kusi cię, by napchać się chipsami? Proszę, oto stosowny cytat z Biblii, którym chlaśniesz pokusę na odlew… Trochę zgrzyta.

A jednak pozostałam właśnie czytelnikiem życzliwym, ponieważ Lysa nie wydaje się nastawiona na reklamowanie przepisu na idealne życie. Przede wszystkim dzieli się swoją własną historią – i to sprawiło, że dałam jej kredyt zaufania.

Jedzenie jako źródło pociechy zastąpiło mi Boga – przyznaje odważnie. I niewątpliwie, opisując swoje zmagania w tym zakresie, zwraca uwagę na wiele istotnych problemów. Na to, że nasza cielesność ma też wymiar duchowy, że to nie są całkiem rozłączne porządki. Że to, co jem, ma też wartość moralną – z wielu względów, tak w kontekście szacunku do otaczającego mnie świata, jak i do siebie samej. Że Bóg chce być Panem całego naszego życia, chce ogarnąć każdą jego sferę, choć my wolelibyśmy Go zapędzić do kościelnej kruchty i najlepiej pozamykać okna, żeby nie rozglądał się zbytnio po meandrach naszych życiowych wyborów. Że jedzenie może stać się narkotykiem, który – dając chwilowe zaspokojenie czy zapomnienie – na dłuższą metę niczego nie rozwiązuje, wpędza tylko w błędne koło pożądania i poczucia winy. Że wiele możemy nim zagłuszać. I że zdrowa asceza (czy po prostu ewangeliczne ubóstwo?) może być sposobem na wewnętrzną wolność.

Są w tej książce momenty wielkie, przebłyski natchnienia, jak na przykład wtedy, gdy autorka zadaje pytanie, czy i na ile definiujemy się przez konsumpcję. Albo gdy opisuje wielki głód, z którym żyjemy – głód czegoś znacznie więcej niż kotlet czy ciastko. Gdy zwraca uwagę, że obsesyjne łaknienie bywa zastępcze wobec innych niespełnionych pragnień – zajadamy wszak często pustkę, bezsens, brak miłości. Gdy pisze o znalezieniu dobrego „punktu widokowego” na własną historię, dzięki któremu to, co było w niej raną, przestanie nas niszczyć. Szkoda jednak, że nie pogłębia tych wątków, że koncentruje się tylko na zjawiskach, nie pytając o źródła – bądź jedynie się po tych źródłach, trafnie przecież wskazanych, prześlizguje.

Chciałabym być dobrze zrozumiana: ta książka mnie nie gorszy ani nie oburza, ani też nie śmieszy. Nie uważam jej także za niepożyteczną. Nie ma co udawać, że przedstawione w niej problemy nie istnieją, ani odbierać im wagi i powagi. I jeszcze raz powtórzę, że próbę mariażu przyziemnej tematyki z perspektywą wiary uważam za dobrą. Nie mogę się jednak pozbyć uwierającego wrażenia, że coś tu nie gra, że tak do końca autorka nie wie – albo nie mówi wyraźnie – po co pisze. Na wstępie zaznacza, że w pewnym momencie życia odkryła, iż aby naprawdę zatroszczyć się o swoje zdrowie, potrzebuje głębszej motywacji niż tylko zrzucenie iluś kilogramów, by wcisnąć się w dżinsy. Tę motywację znalazła w pełnieniu woli Bożej. Tak oto walka z nadmiernym jedzeniem stała się dla niej przygodą duchową, w której wielką rolę odgrywa samodyscyplina. Jest tu jednak ryzyko pewnego uproszczenia, by nie powiedzieć: manipulacji. Ostatecznie bowiem ciągle chodzi o to, żeby schudnąć. Cała ta idea posłuszeństwa Bogu, który pragnie mojego zdrowia i umiaru, wydaje się służebna wobec tego celu.

Nie odmawiam Lysie głębszych intencji, wierzę w nie, jednak wciąż wyczuwam tę niespójność. Jakby nie mogła się zdecydować, czy pisać o duchowej podróży, czy jednak o odchudzaniu. I może dlatego tytuł Stworzona, by pragnąć wydaje się ciut naciągany – bo w gruncie rzeczy nie dowiadujemy się wiele o tym pierwotnym pragnieniu, do którego zostałyśmy stworzone, i o tej Bożej woli, którą mamy pełnić, wolne od obciążeń – prócz enigmatycznego zapewnienia, że są to rzeczy wyższe. I może dlatego też entuzjastyczne zdania typu „chudnę dla Jezusa” – mimo całej mojej życzliwości – jednak rażą.

Katarzyna Węglarczyk

Katarzyna Węglarczyk

Zapraszam na mój blog: https://www.stacja7.pl/author/Katarzyna+W%C4%99glarczyk

Zobacz inne artykuły tego autora >
Katarzyna Węglarczyk
Katarzyna
Węglarczyk
zobacz artykuly tego autora >

Tajemnice Watykanu

To nie jest tekst dla „japońskich turystów”, którzy szybkim truchtem zmierzają do kolejnych dzieł sztuki i rzeczy, które koniecznie trzeba zobaczyć. Chwila zatrzymania, szybka fotka i truchcikiem dalej. Nieraz warto zobaczyć mniej, by zobaczyć więcej. Taki jest właśnie Watykan, gdzie to, na co patrzymy, może poprowadzić do korzeni naszej wiary.

Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

By wszystko było jasne „japoński turysta” niejednokrotnie ma słowiańskie rysy i mówi piękną polszczyzną. Wraca z wycieczki zadowolony z tysiącem zdjęć… do których potem nawet nie zajarzy, bo za dużo, bo nie pamięta co na nich uwiecznił. Tak zwiedza się też Watykan: rzut oka na plac św. Piotra, Pietà Michała Anioła, przystanek przy grobie św. Jana Pawła II i bieg przez Muzea Watykańskie, by kilka chwil spędzić w Kaplicy Sykstyńskiej.  Co wytrwalsi (i mający więcej czasu) wdrapią się jeszcze na kopułę bazyliki watykańskiej.

Ale, gdy nie jesteśmy ograniczeni sztywnym programem wycieczek i pielgrzymek warto z czegoś nawet zrezygnować, po to by odkryć to najmniejsze i najbardziej tajemnicze państwo świata.

Cyrk i miejsce męczeństwa

Wchodzimy ze znajomymi na Plac św. Piotra. Kolega (dodam, że z wykształcenia i zamiłowania historyk) zaskakuje nas pytaniem: „Czy macie świadomość, że chodzicie po miejscu okrutnej zbrodni?”. Patrzymy jak sparaliżowani pod nogi. On w tym czasie cytuje z głowy Tacyta: „A śmierci ich przydano to urągowisko, że okryci skórami dzikich zwierząt ginęli rozszarpywani przez psy albo przybici do krzyżów, albo przeznaczeni na pastwę płomieni; gdy zabrakło dnia, palili się służąc za nocne pochodnie. Na to widowisko ofiarował Neron swój park i wydał igrzyska w cyrku, gdzie w przebraniu woźnicy z tłumem się mieszał lub na wozie stawał”. Efekt osiągnięty. Cofamy się o dwa tysiące lat, kiedy ginęli tu chrześcijanie. W potocznej świadomości miejscem szczególnie związanym z męczeństwem chrześcijan jest Koloseum. Mało kto pamięta, że jednak pierwszym miejscem kaźni był leżący na terenie Watykanu Cyrk Nerona.

Patrząc na dzisiejsze zabudowania trudno sobie wyobrazić ówczesny Rzym. Cyrk zajmował praktycznie całą lewą połowę obecnego Placu św. Piotra i Bazyliki Watykańskiej. Leżał między dwoma wzgórzami, wzdłuż biegnącej tędy ulicy – Via Cornelia. Ogromna budowla, na arenie której mogło rywalizować ze sobą kilka rydwanów, było centrum zabawy i rozrywki do 64 r. Wówczas miasto strawił pożar. O jego sprowokowanie posądzono Nerona, który przy blasku płonącego miasta chciał śpiewać o zagładzie Troi. Gniew wśród Rzymian rósł, tak samo jak rosło w nich pragnienie zemsty. By odwrócić od siebie uwagę cesarz postanowił zrzucić odpowiedzialność na chrześcijan. Odwołał się przy tym do bliskiego każdemu rzymskiemu obywatelowi „prawa odpłaty”: podpalili miasto, więc sami zostaną spaleni. Co więcej z polowania na chrześcijan postanowił urządzić widowisko. W cyrku zaczęły płonąć żywe pochodnie.

Milczącym świadkiem tych wydarzeń jest stojący pośrodku Placu św. Piotra obelisk. Pierwotnie stanowił on centrum cyrku, a w obecnym miejscu został ustawiony w 1586 r., gdy wznoszono nową Bazylikę św. Piotra. O tym, że był dla chrześcijan ważnym punktem odniesienia świadczą źródła. Wspominają one o męczennikach, którzy zginęli iuxta obeliscum, czyli w pobliżu obelisku. Szlakiem „korzeni pamięci” idziemy dalej. Tuż za strzeżoną przez gwardzistów szwajcarskich Bramą Dzwonów, wchodzimy na Dziedziniec Pierwszych Męczenników. Obok niewielki cmentarz, a na nim mozaika przedstawiająca św. Piotra wśród chrześcijan na arenie cyrku.

Tajemnice Watykanu

Grób św. Piotra

Nie mamy jednoznacznych źródeł historycznych mówiących o tym, w którym miejscu Rzymu dokładnie ukrzyżowano św. Piotra. Co więcej, dopiero w 1950 r. Pius XII ogłosił przez radio historyczną wiadomość: „Odnaleziono grób Księcia Apostołów!”. Wcześniej bazowano na tradycji. Jedno jest pewne, że gdy cesarz Konstantyn podejmował dzieło budowania bazyliki Piotrowej, musiał mieć całkowitą pewność, że kościół ten staje w najwłaściwszym miejscu z punktu widzenia związków z osobą Szymona Piotra. W przeciwnym wypadku nie podjąłby się tak szaleńczego planu. By powstała bazylika trzeba było bowiem zniwelować wzgórze watykańskie i przygotować odpowiednią platformę do jej powstania. Tylko w tym celu przerzucono 40 tys. metrów sześciennych ziemi! Prace przy budowie własnoręcznie rozpoczął cesarz Konstantyn. Sam napełnił i wyniósł na własnych plecach dwanaście koszy z ziemią. Następnie położył kamień węgielny, który poświęcił papież Sylwester. Było to w roku 324. Ale pewność historyczna o miejscu pochówku Apostoła Piotra przyszła dopiero po wiekach.

Prace wykopaliskowe pod bazyliką watykańską podjęto w 1939 r. praktycznie na skutek przypadkowego odkrycia. Pius XI wyraził przed śmiercią pragnienie, by pochowano go ad caput Sancti Petri, czyli u głowy św. Piotra. W tym celu postanowiono naruszyć posadzkę w grotach watykańskich i w rezultacie oczom robotników ukazały się posadzka pierwszej bazyliki i wiele grobów chrześcijańskich. Stopniowo odkrywano kolejne części obszernej nekropolii, która z czasem powstała na terenie cyrku Nerona i wyszła daleko poza jego obszar. W końcu odkryto prosty grób, a nad nim malutką kapliczkę wspartą na dwóch kolumienkach. To świadczyło o tym, iż w tym ubogim grobie leżał ktoś szczególnie czczony. Jedna z badaczek odnalazła wyryte na okalającym grób czerwonym murze dwa greckie słowa: Petr(os) eni – Piotr jest tu.

Grupka dziesięciu Francuzów oczekuje przed wejściem do Ufficio Scavi. Są kolejną ekipą, która zaraz po nas wyruszy na najbardziej pasjonującą wyprawę w Watykanie. Liczba zwiedzających jest każdego dnia ściśle limitowana, by nie narazić nekropolii na zniszczenie. Stąd wizyty muszą być zamawiane z dużym wyprzedzeniem. Nie wolno robić zdjęć ani filmować. W  ciągu paru minut pokonujemy kilka wieków historii. By stanąć przy grobie św. Piotra przeciskamy się wąskim korytarzykiem. Po bokach kolejne grobowce. Możemy dostrzec jak wraz z upływem wieków na starych ubogich grobach wznoszono nowsze. Warto pamiętać, że nekropolia ta w większości była pogańska. Zaraz na początku widać sarkofag z II wieku przedstawiający tryumfującego Dionizosa. Dalej rzeźby, freski i mozaiki ukazujące różnego rodzaju motywy religijne. I tak podziwiamy: przedstawienia egipskiej bogini Izydy, Jowisza i Minerwę. a także sceny z mitologii: sąd Parysa, prace Herkulesa, dzieje  Orfeusza i Eurydyki.

Chrześcijańskie groby mają zupełnie odmienne inskrypcje i dekoracje. Widać mozaikę ukazującą Chrystusa wschodzące Słońce na rydwanie czy łaciński napis, którego polskie tłumaczenie brzmi: „Piotr wstawia się u Jezusa Chrystusa za chrześcijanami pochowanymi przy jego szczątkach”. Gdy dochodzimy do czerwonego muru okalającego grób Piotra Apostoła przewodniczka proponuje chwilę modlitwy. Ciszę przerywa szeptane przez nas Credo. Ze wzruszenia słowa więzną w gardle. To miejsce nie tylko spoczynku „Opoki, na której Jezus zbudował swój Kościół”, ale też męczeńskiej śmierci pierwszego pokolenia rzymskich chrześcijan.

Watykańskie ogrody

Spacer po Cyrku Nerona i Watykańskiej Nekropolii nie jest jedyną ciekawą trasą po Watykanie. Muzea Watykańskie oferują możliwość spaceru po papieskich ogrodach, a jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju na świecie. Zresztą Państwo Miasto Watykan, bo tak brzmi oficjalna nazwa, powinno się nazywać, Państwem Miastem Ogrodów, bo zajmują one prawie połowę jego terytorium. Ogrody opowiadają o wierze kolejnych papieży, o ich pobożności, a także wpływach Kościoła na losy świata. Spacer zaczynamy przy Murze Berlińskim. Jego fragment został tu ustawiony w 1990 r. Wybrano specjalnie taki kawałek, na którym widoczna jest wieża kościelna, by ukazać wkład Kościoła w proces pojednania i jednoczenia Europy. Tuż obok wyblakła tablica na której z trudem można przeczytać słowa Jana Pawła II z dnia inauguracji pontyfikatu: „Nie lękajcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych. Nie lękajcie się!”.

Pamiątką po historycznej modlitwie o pokój papieża Franciszka z przywódcami Izraela i Palestyny jest zasadzone przez nich drzewko oliwne. Mijamy je wspinając się do tzw. parku angielskiego. W cieniu drzew stoi pagoda, która była ulubionym miejscem modlitwy papieża pokoju św. Jana XXIII.

Kilkanaście metrów stąd dom Benedykta XVI. Zza kwitnących róż zaglądamy do papieskiego ogródka i na taras. Niestety nie udaje nam się wypatrzeć białej sutanny. Papież senior wychodzi na taras po południu, kiedy ogrody watykańskie są już zamknięte dla zwiedzających.

Tajemnice Watykanu

Papieskie ogrody są najbardziej maryjnym zakątkiem Watykanu. Obecna jest w nich unikatowa w skali światowej Matka Boska Częstochowska. Nie jest to jednak ikona, ale jedno, z podobno czterech, istniejących na świecie przedstawień Królowej Polski w formie rzeźby. Jej pierwowzór znajduje się na wirydarzu paulińskiego klasztoru na Jasnej Górze. Tradycja głosi, że została wykonana jako wotum za zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej. Janowi Pawłowi II ofiarowali ją paulini, by czuwała nad nim w czasie pielgrzymek po świecie. Współpracownicy papieża wspominają, że gdy wsiadał do śmigłowca każdą podróż zaczynał przynajmniej od „Zdrowaśki” i spojrzenia na Królową Polski. W ogrodach watykańskich można też spojrzeć na… Giewont. Kamień z symbolicznym krzyżem to dar mieszkańców Zakopanego dla Jana Pawła II. Umieszczono go w ulubionym miejscu modlitwy wielu papieży. Między grotą Matki Bożej z Lourdes a kaplicą Matki Boskiej Miłosierdzia. Związana jest ona z Piusem VII, który jako więzień Napoleona codziennie modlił się przed jej cudownym wizerunkiem w sanktuarium maryjnym w Savonie. Kiedy został uwolniony, w 1815 r. wrócił do tego miasta i ukoronował ten maryjny wizerunek. W tym zacisznym miejscu ogrodów specjalnie dla Benedyka XVI postawiono dwie ławki, by mógł odpocząć. Widnieje na nich herb papieża Ratzingera. Na ławeczkach chętnie przysiadają turyści do pamiątkowego zdjęcia.

Półtoragodzinny spacer kończymy przy watykańskiej stacji kolejowej. Przyjeżdżają na nią głównie pociągi towarowe wiozące pocztę oraz zaopatrzenie dla watykańskich sklepów.  Jednak to właśnie stąd św. Jan XXIII wyruszył w swą podróż do Loreto i Asyżu otwierając erę papieskich pielgrzymek. Za czasów Franciszka dwukrotnie zajechał tu pociąg z włoskimi dziećmi, które przyjechały spotkać się z papieżem. Poniżej budynki kolejnych watykańskich ministerstw, posterunek żandarmerii, trybunał, a nawet stacja benzynowa. Kilka metrów dalej Dom św. Marty w którym mieszka Franciszek. I znów jesteśmy nieopodal Placu Pierwszych Męczenników i wejścia do Watykańskiej Nekropolii.

I jeszcze coś. Na okalającej plac św. Piotra kolumnadzie Berniniego znajduje się 140 posągów świętych Kościoła katolickiego „jakby niebiański dwór zastygły w kamieniu”. Pośród tych ponad trzymetrowych posagów jest jedyna postać z Polski – św. Jacek Odrowąż, stojący niemal wprost na przeciw papieskiego okna. Warto go wypatrzyć, tak samo jak zatopić w modlitwie w miejscu zamachu na Jana Pawła II. Upamiętnia je specjalna płyta. Często płoną na niej znicze i leżą kwiaty.

Tajemnice Watykanu

Czwartkowa polska tradycja

Praktycznie zaraz po pogrzebie Jana Pawła II w bazylice watykańskiej zaczęto sprawować czwartkowe Msze przy jego grobie. Najpierw było to w grotach watykańskich, gdzie przed beatyfikacją znajdował się grób papieża, teraz odprawiane są w kaplicy św. Sebastiana. Na te liturgie, rozpoczynające się o godz. 7:15, może przyjść każdy.  Bazylika otwierana jest kwadrans wcześniej, ale kolejka wiernych ustawia się już nawet od 6. rano.

Beata Zajączkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >