video-jav.net

Czy ksiądz powinien zajmować się nauką?

Wywiad-rzeka z ks. prof. Michałem Hellerem to bogata rozmowa uczonych z uczonym. Pokazuje jednak, że mimo niewątpliwych osiągnięć i zasług dla wiary i nauki, Heller podchodzi do swoich dokonań ze sporym dystansem i jeszcze większą pokorą.

Paweł
Witek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czy ksiądz powinien zajmować się nauką?

Ci, którzy znają i cenią twórczość ks. prof. Michała Hellera, zapewne już dawno sięgnęli po najnowszą książkę z jego udziałem pt. “Wierzę, żeby zrozumieć”. Warto jednak, by po tę publikację sięgnęły również osoby, które słyszą jego nazwisko pierwszy raz.

 

Chcę być księdzem dla inteligencji

Jednym z pierwszych wspomnień, które Michał Heller przywołuje była jego podróż, gdy miał zaledwie cztery lata. Wraz z rodziną i całym dobytkiem jechali pociągiem kilka tygodni, coraz bardziej w głąb Związku Radzieckiego. Mały Michał traktował całą wyprawę raczej jak dobrą zabawę, nie mogąc zrozumieć, dlaczego wszyscy współpasażerowie płaczą. Wtedy jeszcze nie wiedział, że są właśnie zsyłani na Sybir.

Jednym z najmocniej zapamiętanych obrazów z czasów wygnania były regularne, ogromne pożary tajgi. Jak mówi, wtedy wyobrażał sobie, że tak właśnie wygląda piekło. Wymownym symbolem biedy, która panowała w tamtym czasie w łagrze, była zupa z łupin z ziemniaków, będąca niecodziennym rarytasem. Dla dzieci natomiast największym przywilejem, było zjedzenie okruszyn pozostałych po głodowych porcjach chleba, które otrzymywali.

Jednym z ważnych, przytaczanych przez rozmówcę wątków, były nadzwyczajne interwencje Matki Bożej, która najpierw ochroniła rodzinę Hellerów przed aresztowaniem za odmowę przyjęcia rosyjskiego paszportu, a następnie uratowała cały pociąg powracających z Syberii Polaków przed wykolejeniem.

Michał Heller był zdolnym uczniem – mimo, że miał niepełne wykształcenie podstawowe, to świetnie sobie radził w szkole. Od zawsze był samoukiem i jak sam mówi: “Nauka na ogół mnie ciekawiła, natomiast nie za bardzo lubiłem szkołę. Nie lubiłem dyscypliny ani stadnych zachowań. Kolegów lubiłem, ale stada nie.”

Ojciec – Kazimierz Heller – stawiał na intelektualny rozwój swoich dzieci. Często zapraszał do domu swoich przyjaciół i prowadził dysputy na tematy filozoficzne i społeczne. Zanim jeszcze Michał myślał o seminarium, ojciec mówił mu, że brakuje księży dla inteligencji. Ta myśl była później obecna w całym życiu przyszłego księdza-uczonego.

Ojciec mając już cztery córki, bardzo modlił się o syna. Gdy się już on pojawił, dał mu na imię Michał – żeby walczył ze złem. Kiedy jedyny syn, który mógł przedłużyć ród oświadczył, że idzie do seminarium, ojciec bardzo się sprzeciwiał. Dając w końcu za wygraną powiedział: “Dobrze, nie stawiam weta, modliłem się, żeby mieć syna, który będzie walczył ze złem, i Pan Bóg mnie chwycił za słowo

 

Jestem księdzem i naukowcem, ale mam tylko jedno powołanie.

“Ja miałem zawsze za duże ambicje. Chciałem dać ludzkości dwie najważniejsze rzeczy – naukę i religię” – to zdanie chyba najtrafniej definiuje dążenia i główną oś zainteresowań Hellera. Już w seminarium, gdy z polecenia biskupa klerycy mieli napisać dlaczego chcą zostać księżmi, Michał napisał, że chce być księdzem dla inteligencji.

Opowiada też, że nieraz życie w seminarium było oderwane od rzeczywistości i nie dawało przygotowania do życia duszpasterskiego. Wspomina takie seminaryjne absurdy jak zakaz czytania powieści w roku akademickim (który to później zakaz zniósł natychmiast, gdy został prefektem) czy uznanie za zbytnią rewolucję… wyjazd z klerykami pod namioty.

Późniejsze lata były już skupione raczej na pracy naukowej. Jak sam mówi o obronie swojej pracy ze szczególnej teorii względności: “Egzamin magisterski był prosty, mało kto rozumiał, co ja tam napisałem.”

Ta część książki to dysputy filozoficzne przeplatane barwnymi historiami o naukowcach, organizowanych konferencjach czy przełomowych odkryciach. Z jednej strony naukowiec próbuje znaleźć relację nauki i wiary, filozofii i fizyki, teologii i matematyki, z drugiej zaś strony wykazuje się chęcią zrozumienia innych punktów widzenia, czy systemów filozoficznych. O ateistach mówił m.in.: “Według mnie, nie ma myślącego rozsądnie człowieka, który nie przyjmuje jakiegoś absolutu. Ateizm to nie jest pytanie, czy jest absolut, czy nie, tylko – jak go rozumieć.”

Daje do myślenia również to, w jakim środowisku się obracał ks. prof. Michał Heller. Spotykał się z Romanem Ingardenem, wielokrotnie dyskutował z Karolem Wojtyłą, także w czasie jego pontyfikatu, organizował konferencje z uczniem Heisenberga, mieszkał w Cambridge obok Stephena Hawkinga i polemizował z Richardem Dawkinsem. Myślę, że to, z jakimi wybitnymi ludźmi miał do czynienia, jest jednym z wielu potwierdzeń jego wielkości, która została doceniona w 2008 roku, kiedy jako pierwszy Polak, z rąk księcia Filipa, odebrał Nagrodę Templetona, przyznawaną corocznie za pokonywanie barier między nauką a religią.

Kończąc wywiad, Heller podkreśla, że rolą teologii nie jest ingerowanie w odkrycia naukowe, a interpretacja nauki w świetle wiary. Powołując się, za Galileuszem, na kardynała Baroniusza, mówi: “Pismo święte nie mówi o tym, jak się niebo kręci, ale jak się do niego dostać“.

 

Czy to książka dla każdego?

Wywiad-rzekę z ks. prof. Michałem Hellerem określiłbym jako bogatą rozmowę uczonych z uczonym. Główny bohater, mimo niewątpliwych osiągnięć i zasług dla wiary i nauki, zdaje się podchodzić do swoich dokonań ze sporym dystansem i jeszcze większą pokorą. Zamiast światowej klasy naukowca, jawi się bardziej jako stale poszukujący człowiek renesansu.

Samą książkę przyrównałbym do suto zastawionego stołu przeznaczonego dla wytrawnego konesera, który potrafi zrozumieć i docenić ogrom wyrafinowanych rozważań i dysput na pograniczu filozofii, teologii i nauki. Podczas gdy czytelnik obyty w świecie będzie smakował na tej intelektualnej uczcie, odbiorca pierwszy raz sięgający po tak dojrzałą pozycję, będzie miał problem porównywalny z dobraniem sztućców do nowo poznanej potrawy.

Konsumpcję ułatwiają jednak lekkostrawne przystawki w postaci zabawnych anegdot. Członkiem jakiego gangu był Michał Heller? Jak uratował samolot przed katastrofą? Czy jest możliwe zbudowanie kościoła w 3 dni? Na te i inne pytania odpowiedzi dostarcza garść barwnych zakąsek.

Powyższa lektura dostarczyła mi osobiście więcej pytań niż odpowiedzi, inspirując jednocześnie do ich poszukiwania. Jedyne czego mi zabrakło, to chyba większej ilości przykładów i zależności między wiarą a nauką. Jeśli miałbym jednak opisać jednym zdaniem moje wrażenie po przeczytaniu tej książki, mógłbym jedynie powtórzyć za Sokratesem: “Wiem, że nic nie wiem.”.


Dla każdego czytelnika Stacji7 został przygotowaliśmy specjalny rabat na książkę – 35%!

Wklejka heller rabat

 

Paweł Witek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł
Witek
zobacz artykuly tego autora >

Tylko nie wracajcie bez dzidziusia

Drobna, długowłosa dziewczynka. Ciągle się uśmiecha. Może właśnie przez to szczęście wymalowane na jej twarzy rodzice nigdy nie zdobyli się na to, by powiedzieć jej prawdę. Marysia nie wie, że nie są jej biologicznymi rodzicami, że bracia nie są jej rodzonymi braćmi, że jej historia zaczyna się w innym mieście, w innej rodzinie, w innym związku. Że pewnego dnia te dwie nici swojego życia będzie musiała ze sobą związać.

Polub nas na Facebooku!

Fragment książki Katarzyny Kolskiej pt. “Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach”


Mama na dziewięć miesięcy

Kiedy 10 lat temu Ewa i Mariusz dowiedzieli się, że jest niemowlę, którym trzeba się zaopiekować, nie zastanawiali się ani chwili. Wsiedli do samochodu i pojechali. Dziś mówią zgodnie, że była to najlepsza decyzja w ich życiu. – Byliśmy spełnionymi rodzicami, mieliśmy dwóch wspaniałych synów. Ale od dawna dojrzewała w nas myśl, by uratować jedno dziecko, by dać mu miłość, ciepło i rodzinny dom. I to dziecko do nas przyszło – mówią.

Mariusz nigdy nie zapomni twarzy tej dziewczyny: uważnie patrzył, jak bierze swoje dziecko na ręce i jak bardzo przygnieciona jest ciężarem nieszczęścia, które na nią spadło. Była młodziutka, miała siedemnaście lat, uczyła się. To niezwykłe szczęście, że Basia trafiła na Marię, że posłuchała jej rady, by nie usuwała ciąży. Maria taka była: walczyła o każde poczęte dziecko. Pomagała samotnym dziewczynom, które zostawione przez swoich partnerów, często wyrzucone z domu rodzinnego, same musiały podejmować decyzję. Maria zawsze im mówiła: – Jeśli nie możesz tego dziecka wychować, oddasz je innej rodzinie, to będzie twój gest miłości, najważniejsza rzecz, jaką zrobisz dla swojego dziecka. Nie odbieraj mu życia. Znajdę rodzinę, która na nie czeka, która pokocha je jak własne. Maria chciała ochronić te dziewczyny, ratowała je przed wyrzutami sumienia, których po aborcji nigdy by się nie pozbyły.

Tym razem się udało. Dopóki ciąża nie była widoczna, Basia chodziła do szkoły. Zaliczyła kolejną klasę. Marysia przyszła na świat śliczna i zdrowa. Zgodnie z prawem dopiero po sześciu tygodniach biologiczna matka może wyrazić zgodę na adopcję. Gdy Mariusz z Ewą zobaczyli Marysię pierwszy raz, miała dwa tygodnie. Wychodząc z domu, powiedzieli swoim synom, że jadą po dziecko, które na jakiś czas zostanie u nich. – Tylko nie wracajcie bez dzidziusia – rzucił na pożegnanie ich najstarszy, siedemnastoletni syn i popędził do szkoły.

 

photo-1438962136829-452260720431

 

Dziecko ze szpitala musiała odebrać Basia, biologiczna matka. Wtedy po raz pierwszy zobaczyła córeczkę. Po porodzie wolała się nią nie zajmować. Bała się siebie, swoich uczuć, wiedziała, że nie podoła wychowaniu. Maria wzięła niemowlę na ręce, zaniosła je do samochodu. Gdy wsiadali, Basia zapytała: – Czy mogę potrzymać Marysię na rękach? – Siedziałem za kierownicą, nie mogłem jej obserwować. Ale czułem, że ona żegna się ze swoim dzieckiem. Podziwiałem ją za odwagę podjęcia decyzji, miała siedemnaście lat i musiała dokonać najtrudniejszego w życiu wyboru. Widzieliśmy, jak bardzo wdzięczna jest Marii, że się nią zajęła, że namówiła do urodzenia dziecka, do bycia mamą na krótko, na dziewięć miesięcy. To właśnie z tej wdzięczności i na jej cześć dała swojej córce to samo imię, Maria – wspomina Mariusz.

Pojechali do domu samotnej matki. Tam podpisała zgodę na to, by przez najbliższe tygodnie opiekę nad Marysią sprawowali Mariusz i Ewa. Razem z nią była jej matka, babcia Marysi. – Łamała się, było widać, że to dla niej trudna decyzja, by oddać obcym ludziom swoją wnuczkę. Może liczyła na to, że córka w ostatniej chwili zmieni zdanie, powie: „Jakoś damy sobie radę, nie oddawajmy jej”. Dlatego zapytała jeszcze: „No to jaką podejmujemy decyzję?”. Basia trzymała się tego, co już dawno ustaliła: musi oddać dziecko. Sama nie jest w stanie go wychować. Obie były smutne i przybite tym, co się dzieje. – Wiedzieliśmy, że są biedne, że decyzja o oddaniu dziecka jest aktem ich najgłębszej miłości. Ich nieszczęście miało stać się szczęściem innych. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to będzie nasze szczęście – mówi Ewa. Gdy żegnali się z Marią, powiedzieli do niej: „Jeśli będzie taka możliwość, to niech Marysia zostanie już u nas na zawsze”.

 

baby-821625_1280

 

Wieczorem zadzwonili do rodziców: – Przyjedźcie koniecznie, mamy dla was niespodziankę – zachęcali przez telefon. – Pewnie psa kupiliście – domyślała się mama Mariusza, bo wiedziała, że od jakiegoś czasu mieli takie plany. – Zamurowało ich z wrażenia, nie wiedzieli, co powiedzieć. Cieszyli się i przez kolejne tygodnie kibicowali nam, by Marysia mogła u nas zostać – przypomina sobie Ewa. – Ze strony naszych znajomych i przyjaciół spotkało nas tyle miłości i dobroci. Przynosili nam rzeczy po swoich dzieciach, dostaliśmy mnóstwo praktycznych prezentów, wszyscy cieszyli się razem z nami – mówi Mariusz. Sąsiadki zaglądały ciekawie do wózka i rozczulały się nad dzidziusiem. Ewa jest dość puszysta, więc żadnej z nich nie przyszło raczej do głowy, że to może nie być jej dziecko.

Grzegorz miał wówczas trzynaście lat. – Do tej pory byłem najmłodszy w rodzinie. Z chwilą pojawienia się Marysi wskoczyłem na pozycję średniego i bardzo mi to odpowiadało – przypomina sobie. – Byłem już na tyle duży, że nie czułem żadnej zazdrości. Koledzy w klasie też mieli młodsze rodzeństwo, więc mieliśmy wspólne tematy.

Gdy kilka miesięcy później Ewa z Mariuszem dostali kwalifikacje na rodziców adopcyjnych, byli najszczęśliwsi na świecie. Zbliżało się właśnie Boże Narodzenie – potraktowali to jak prezent pod choinkę. I od tej chwili poczuli się prawdziwą pięcioosobową rodziną.

Marysia świetnie się chowała: była bardzo grzeczna, przesypiała całe noce, niewiele płakała – wystarczyło ją przytulić i natychmiast się uspokajała. Stała się oczkiem w głowie całej rodziny. Różnica wieku między chłopcami a Marysią była na tyle duża, że nie funkcjonowali jak typowe rodzeństwo: nie było kłótni, bitwy o zabawki, zaczepiania, bójek. Grzegorz, który dziś ma już dwadzieścia trzy lata, nadal bardzo wiele czasu poświęca Marysi. – Moja dziewczyna czasami jest zazdrosna i ma pretensje, że wszędzie Maryśka chodzi z nami – mówi Grzegorz.

 

0983h4ron

 

Za wcześnie, za późno

Od chwili, gdy było już wiadomo, że Marysia zostanie w ich domu na zawsze, Ewa z Mariuszem zakładali, że kiedyś powiedzą swojej córce prawdę. Najpierw wydawało im się, że jest za wcześnie, że nie zrozumie. Potem, patrząc na to, jaka jest szczęśliwa, uznali, że nie będą jej burzyć dzieciństwa. Raz zapytała nas o to, jak przyszła na świat. Siedzieliśmy w kuchni, przy kolacji. Miała najwyżej trzy latka. Nie wiem, skąd przyszło jej do głowy takie pytanie. Nie mieliśmy czasu, by zastanawiać się nad odpowiedzią. Powiedziałem wówczas, że Szymon urodził się normalnie, Grzegorza lekarze musieli wyjąć z brzuszka mamusi, a ty jesteś prezentem od Pana Boga. Najwyraźniej ta informacja jej wystarczyła, bo nigdy więcej nie wracała do tego tematu – mówi Mariusz.

Oboje z Ewą mają świadomość, że niedługo przyjdzie okres dojrzewania i buntu. I to nie jest dobry czas, by właśnie wtedy rozmawiać o tak trudnych sprawach. – Dlatego na razie nie będziemy jej o tym mówić. Być może jesteśmy nieodpowiedzialni, być może to my musimy dojrzeć do takiej trudnej rozmowy. Ale jestem optymistą: skoro Pan Bóg ją do nas przyprowadził, to wierzę, że z Jego pomocą także ten problem uda nam się rozwiązać. Osoby postronne nie wiedzą, że Marysia jest dzieckiem adoptowanym, ci, którzy znają prawdę, nigdy jej tego nie powiedzą – uspokaja się Mariusz. (…)

Szymon, który dziś ma już swoje dziecko, przyznaje, że czasami myśli o tym, co będzie, gdy Marysia pozna prawdę. – Nie chcę, by poczuła, że ktoś ją porzucił, nie kochał jej. To byłoby najgorsze. Ale wiem, jak bardzo jest do nas przywiązana, jak nas kocha, dlatego mam nadzieję, że to jej pomoże – mówi i deklaruje: – Jeśli kiedykolwiek będzie chciała poszukać swoich rodziców, sam jej w tym pomogę, będę przy niej.

Znajomi czasami im mówią: „Ale wam się udało”. A Ewa i Mariusz zgodnie przyznają, że to prawda. – Adopcja jest wielką niewiadomą. Nie mogliśmy w żadnym wypadku przewidzieć, jak Marysia będzie się rozwijać, z jakimi problemami przyjdzie nam się zmierzyć. Mamy fantastyczną córkę, nie umiem sobie wyobrazić naszego życia bez niej. Po prostu samo szczęście! – mówi Mariusz.

 

T169086Polecamy książkę Aliny Petrowej-Wasilewicz:
“Kapłanki czy kury? Historie kobiet, które z macierzyństwa uczyniły prawdziwą sztukę”

Siedem niesamowitych historii o siedmiu niezwykłych kobietach – znakomicie wykształconych, o nietypowych zainteresowaniach, z perspektywą wielkiej kariery zawodowej, które zdecydowały postawić wszystko na Boga i rodzinę. Kochające żony, zwariowane matki potrafiące zadbać o dzieci i swój osobisty rozwój. Same nazywają siebie „kapłankami domowego ogniska” i oburzają się, gdy inni nazywają je „domowymi kurami”.

>>> Kup teraz <<<