Rodzice! To najbardziej wymagające rekolekcje wielkopostne świata

Nie będziemy rozpisywać się o zaletach rolek od papieru ani o planszówkach bo takich treści jest już dzisiaj w sieci pod dostatkiem. Nasz nie-poradnik pójdzie w innym kierunku. Bo – jakby na to nie spojrzeć – właśnie zaczęły się dla nas, rodziców najlepsze i najbardziej intensywne rekolekcje wielkopostne. Jak je dobrze przeżyć? Oto nasze podpowiedzi.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Powiedzmy sobie wprost – to nie będzie łatwy czas. Nim uderzę w wypracowane od lat techniki przekuwania każdego trudu w pozytyw, pozwolę sobie na chwilę biadolenia. Mieliście plany na te dwa tygodnie? Jakiś pilny projekt do dokończenia w domu? Rozpoczęcie treningów, żeby złapać formę przed latem? Wiosenne przewietrzenie szaf w pokojach dzieciaków? Szybkie malowanie kuchni? Wszystko to było realne. Już witaliśmy się z gąską marcowych wyzwań. Już czuliśmy słodki smak zwycięstwa nad okresem chorobowym w domu! Wiosna czekała już u bram! Dzieci wreszcie wróciły – pewnie na stałe – do przedszkoli i szkół! To miał być nasz marzec! A tymczasem… Życie wycięło nam naprawdę niespodziewany numer. Jesteśmy w domu, odcięci od wielkomiejskich rozrywek, placów zabaw i parków. Damy się? A skąd! Nawet jeśli ciężki sezon chorobowy za nami, nawet jeśli wydaje się, że już za moment dzieciaki zaczną rozsadzać ściany mieszkania, a my niechybnie zwariujemy – weźmy głęboki oddech, podwińmy rękawy i ruszajmy do boju! Żywych nas w końcu nie wezmą.

Sieć obiegają w ostatnim czasie setki filmików, które mają zainspirować rodziców do kreatywnych zajęć z dziećmi. Jeszcze ciekawsze są jednak wpisy rodziców stojących wobec dawno niespotykanej sytuacji: konieczności spędzenia z dziećmi w domu dłuższego czasu. Czasu nieprzerywanego szkołą, pracą, zajęciami dodatkowymi. Przygotowaliśmy nasz redakcyjny nie-poradnik na ten czas. Nie będziemy rozpisywać się o zaletach rolek od papieru ani o planszówkach bo takich treści jest już dzisiaj w sieci pod dostatkiem. Nasz nie-poradnik pójdzie w innym kierunku. Bo – jakby na to nie spojrzeć – właśnie zaczęły się dla nas – rodziców najlepsze i najbardziej intensywne rekolekcje wielkopostne. Jak je dobrze przeżyć? Oto nasze podpowiedzi:

 

1. Słuchaj

Najważniejsza zasada wychowania i najważniejsza zasada szczęśliwego małżeństwa to bardziej słuchać niż mówić. Może już dawno nie byliśmy ze sobą w takich spokojnych warunkach? Może nasze wakacje są pełne atrakcji, wyzwań, ruchu, a weekendy spędzamy w samochodzie rozwożąc dzieciaki na dodatkowe zajęcia. Czas narodowej kwarantanny może być ogromną szansą na usłyszenie melodii jaka gra w naszej rodzinie, w naszych dzieciach, ale przede wszystkim w nas samych. Nie bójmy się bójek, sprzeczek, nie bójmy się napięć, które siłą rzeczy za chwilę się pojawią. Każdy, nawet największy kryzys rodzinny przeżyty w pokorze i zasłuchaniu może prowadzić do wielkich zmian. Nie dążmy za wszelką cenę do łagodzenia konfliktów, nie pytajmy się w kółko: „Co zrobić, żeby przestały się kłócić?”, ale zacznijmy zadawać pytania: „Dlaczego…?”. Wtedy – na przykład – mamy szansę „usłyszeć”, że nasz domowy choleryk woła od dawna o przestrzeń dla siebie, a ktoś inny przeżywa ciężką frustrację w związku z sytuacją w klasie. Dzięki tej przymusowej pustyni mamy wreszcie szansę wyłapać tego typu sygnały. Zasłuchajmy się też w te trzaski drzwi naszych nastolatków. Co jest pod tą złością? Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością – jakiś lęk. Może przed egzaminem ósmoklasisty? Może przed oceną rówieśników? Może przed samym sobą? A może przed naszym zbyt wymagającym spojrzeniem? Została nam dana niesamowita szansa usłyszenia siebie nawzajem. Nie zmarnujmy jej. Rozmawiajmy z naszymi dziećmi, przerzucajmy między sobą mosty życzliwości, zrozumienia, czułości i empatii. Taka praca jest bez porównania trudniejsza od najbardziej wymagających wyzwań zawodowych, ale też jak żadna inna przynosi ogromną i trwałą satysfakcję, którą niektórzy ośmielają się nazywać szczęściem.

 

 

2. Zapomnij o sobie

Mam pełną świadomość, że takie hasło jest zdecydowanie wbrew dzisiejszym modom na „tulenie” swoich potrzeb i wychodzenie naprzeciw własnym pragnieniom. Nie chcę ironizować, ani trywializować współczesnych zdobyczy psychologicznych. Sama z nich korzystam pełnymi garściami. Ale – od lat obserwuję sfrustrowane matki, które co rusz odkrywają, że „przy dzieciach naprawdę nic nie można zrobić”. Jeśli podążymy szlakiem własnych potrzeb mając wokół siebie zależne od nas istoty, bardzo szybko staniemy pod ścianą bezradności, gniewu i frustracji. Nie można wylecieć na jogging, nie można spokojnie poscrollować, nie można dłużej się pomodlić, porozmawiać, posłuchać muzyki, pobyć samemu. Dramat, prawda? 

A gdyby spróbować trochę bardziej posłuchać Boga niż ekspertów od samorozwoju? Gdyby spróbować spojrzeć na Chrystusa cierpiącego w Ogrójcu, Chrystusa biorącego krzyż na Swoje ramiona? Czy On recytował oprawcom swoje potrzeby? Czy zasłonił się nimi w Ogrójcu, przeciwstawiając woli Ojca? Nie – On po prostu wybrał miłość. I dokładnie taką samą drogą mamy iść za Nim. 

To prawda, że czasem przy dzieciach nic nie można zrobić. Ale zawsze można zrobić coś dla nich. Nie ma rodzica, który by nie stanął pod ścianą frustracji. Nie ma rodzica, który nie znałby smaku zawodu. Ale są też rodzice, którzy zaryzykowali i świadomie odwrócili się od własnych potrzeb, pragnień i oczekiwań, żeby pójść w przeciwnym kierunku: od siebie ku drugiemu. Na początku z dużym lękiem, z czasem z coraz większą wprawą wyruszyli na drogę miłości, gdzie pierwszym imieniem jest poświęcenie, a drugim zapomnienie o sobie. Czy zginęli niechybnie w żałosnym przytułku dla istot wyzutych z wszelkich pragnień i potrzeb? Po odpowiedź warto zajrzeć chociażby tutaj: J 12, 24-25. Jaki smak ma obfitość plonu, którą obiecuje Chrystus? Może warto się przekonać samemu? Następna taka okazja może się nam szybko nie przydarzyć.

 

3. Planuj!

Od 10 lat jestem z dziećmi w domu. Jedna z ważniejszych rzeczy, jakich nauczyłam się w tym czasie jest taka, że życie zaczyna mieć smak jeśli zostawimy jakiekolwiek dalekosiężne plany i skupimy się na najbliższych 8-10 godzinach. Bo to nad nimi mamy władzę. To na nie mamy realny wpływ. Dlatego – na ile to możliwe – warto planować dzień. Nie musi to być koniecznie plan godzinowy. Bardziej chodzi o stworzenie ram czasowych dla mieszkańców naszego domu po to, aby udało się wycisnąć z danego nam czasu jak najwięcej. Plany są szczególnie przydatne w tych rodzinach, w których jest – chociażby z racji wieku – duży konflikt interesów. Jeżeli umówię się z dziećmi, że rano poświęcam więcej uwagi młodszym i wyznaczę starszym na ten czas obowiązki domowe, a po południu maluchy zajmą się sobą, żebym mogła ze starszymi pograć w planszówki/dokończyć projekt o owadach/pogadać na babskie tematy, to w większości wypadków takie ustawienie domowników przynosi nad wyraz dobre rezultaty. Każdy wie, mniej więcej, co go czeka, rozumie, że rodzina widzi jego potrzeby i stara się im wyjść naprzeciw.

 

 

4. Dbajcie o siebie nawzajem

Każdy, kto poczuł rodzinnego bluesa wie, że cała ta szalona maszyna zwana rodziną ma szansę świetnie funkcjonować tylko pod jednym warunkiem – kiedy w przyjaźni żyją ze sobą rodzice. Czas, w którym jesteśmy nieustannie z dziećmi generuje bardzo wiele emocjonalnych wyzwań. Już bardzo dawno odkryliśmy z mężem, że zginęlibyśmy z kretesem gdybyśmy nie wypracowali wspólnych mechanizmów odreagowywania codzienności. Różne mamy na to sposoby. Przez lata, kiedy dzieci były malutkie, nie stać nas było na nic więcej poza kanapą, winem i filmem ambicją nie sięgającym ponad „Avengersów”. Dzisiaj, kiedy nasza rodzinna konstelacja zmieniła się na tyle, że nie wyglądamy wieczorem jak „wyplute iryski” i wciąż mamy jeszcze sporo energii – idziemy się przebiec wokół osiedla, albo podejmujemy komiczne próby wspólnych ćwiczeń w domu. 

Przez lata intensywnego rodzicielstwa nauczyliśmy się ten wspólny małżeński czas traktować jak świętość. To jest dla nas obojga najważniejszy moment dnia. Nieważne co robimy – najważniejsze, że robimy to razem. To wtedy mamy możliwość wysłuchania siebie nawzajem. To wtedy wyłapujemy które z nas dwojga jest już na pograniczu wytrzymałości psychicznej i zastanawiamy się jak by mu następnego dnia zrobić trochę przestrzeni na odreagowanie. To wtedy wreszcie, omawiamy sprawy naszych dzieciaków i próbujemy znaleźć najlepsze rozwiązania. Wczoraj wieczorem zasnęłam przy usypianiu młodszych dziewczynek. Nagle czuję dziwne trącenie w bok. Otwieram oczy, a to mój małżonek z talerzem kanapek w jednej ręce i z kubkiem herbaty dla mnie w drugiej usiłuje obudzić mnie nogą. Otwieram oczy, widzę jego zniecierpliwione spojrzenie i słyszę szept, którego długo nie zapomnę: „No chodź już! Wszystko przygotowałem! Ale bez ciebie nie zacznę!”

 

5. To, co nam się przydarzyło jest cudem!

Ten przymusowy czas wspólnego rodzinnego pobytu w domu jest jak wielkie wołanie Boga do każdego z nas: „Odkryj co tak naprawdę jest w twoim życiu ważne! Zobacz jak kruche jest wszystko inne poza wzajemną miłością, czułością i oddaniem. Przyjrzyj się pragnieniom swojego serca. Co jest dla ciebie najważniejsze? Czy jesteś gotowy zapłacić za to aż taką cenę? Czy to jest tego warte? Oto daję ci czas. Możesz wszystko zmienić, wszystko wyprostować. Poradzisz sobie. Ja pokazałem ci drogę. Ty tylko pójdź za Mną”.

 

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki – prawnik, z naprawionego błędu – dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

„Za ile koniec?” – czyli dziecko na mszy

Jeżeli wydaje się wam, że wasze dzieci będą co niedziela chodzić grzecznie na mszę do kościoła i potulnie siedzieć przez godzinę w pierwszej ławce ze złożonymi dłońmi, to macie rację - wydaje się wam.

Marcin Perfuński
Marcin
Perfuński
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Msza jest nudna. Tak po prostu nudna. Nic się na niej ciekawego nie dzieje.

Najpierw trzeba stać, potem siedzieć, potem znowu stać, potem siedzieć… Ej, moglibyście się na coś zdecydować, co?

Nie można za bardzo po kościele chodzić, a już na pewno biegać. A szkoda, bo po paru minutach bezczynnego stania w miejscu nogi same wyrywają się do cwału.

Jakiś pan ubrany w kolorowe szaty długo coś mówi, a reszta musi siedzieć i potulnie słuchać – nawet nie można mu przerwać i powiedzieć, że nudzi.

Czasami śpiewają jakieś piosenki i to jest nawet spoko, ale… dlaczego nie można do nich tańczyć! No błagam, co z wami, dorośli?!

Wszystkie pytania o to, kiedy idziemy do domu, zbywane są syczącym “ciii…”, które jest głośniejsze od zwykłego szeptu. No i czemu rodzice tak się denerwują, gdy zadaję je co 5 minut? Przecież to wieczność!

Wreszcie po godzinie można wyjść. Uff, zaliczone!

Tylko właściwie po co mamy tak się męczyć co tydzień?

 

Nudy na pudy

Tak wyobrażam sobie kołowrotek myśli, który krąży w głowie małego dziecka, przymuszonego przez rodziców do pójścia na mszę. Jeżeli powyższy opis wydaje się wam przesadzony, to spróbujcie podczas najbliższej niedzieli przyjrzeć się w kościele jakiemuś dziecku, które dokazuje. Jeżeli nie własnemu, to innemu dowolnemu. Jestem przekonany, że choć jedno takie będzie.

Co się dzieje w jego głowie? Jakie myśli ją rozsadzają? Jakie emocje dzieckiem targają? Ile jest w nim niezrozumienia tego, gdzie jest i po co jest?

Zanim wydamy osąd i nazwiemy takie zachowanie kapryszeniem lub nieposłuszeństwem, spróbujmy spojrzeć na mszę oczami kilkuletniego człowieka. Trudno oczekiwać od niego, że będzie w stanie zrozumieć wszystko, co dzieje się na prezbiterium i w jego okolicach. Wielu dorosłych tego nie pojmuje, a co dopiero maluch…

Prawdopodobnie patrzy na to jak na pewien rodzaj teatru, gdzie role są z góry rozpisane, z grubsza powtarzalne, bez spektakularnych zwrotów akcji. I tak co tydzień.

Nuda, panie…

 

Kościół jest jak szpinak

Uświadomiłem sobie to jakiś czas temu, gdy pełen ambicji i zapału zabierałem całą rodzinę na jedną wspólną mszę. Chcieliśmy z żoną celebrować ją razem z dziećmi, bo wydawało nam się to takie… no, chrześcijańskie. Obserwowaliśmy innych, którzy przyjeżdżali do kościoła całymi rodzinami, więc głupio było wyłamywać się z ogólnie przyjętych wzorców. Tak przynajmniej wtedy myślałem.

Z jednym dzieckiem było o tyle łatwiej, że jak się nudziło (zwykle po paru pierwszych minutach – już to powinno dać mi do myślenia!), to brało się je na ręce albo wkładało do wózka, pocieszało, czymś zainteresowało, spacerowało, a potem przekazywało współmałżonkowi. I tak na zmianę.

Gdy jednak dzieci zrobiło się więcej (w sumie mamy ich pięć), problem napęczniał. Starsze córki chodziły po kościele lub biegały dookoła świątyni, młodsze albo kręciły nosami i wciąż pytały kiedy koniec, albo chodziły co jakiś czas na siku, traktując to jako sposób na urozmaicenie sobie mszy. Po godzinie byłem kompletnie wyczerpany fizycznie, psychicznie i duchowo. Czułem, że nic nie wynosiłem z liturgii dla siebie. Na dodatek dzieci wracały do domu sfrustrowane, zapewniając, że już nigdy, że już ostatni raz, że kościół jest jak szpinak, czyli bleee…

W pewnym momencie powiedziałem dość! Czy taki obraz mszy, kościoła (i Kościoła!), a ostatecznie Pana Boga, chcę w dzieciach zbudować i utrwalić? Jako tyrana, który co niedziela zniewala swoich wyznawców i przymusza ich do oddawania Mu hołdu, nawet jeśli tego nie chcą, nie rozumieją, nie pragną?

Uświadomiłem sobie, że w swoim podejściu do mszy musimy zrobić reset. Znaleźć punkt zero i zacząć jeszcze raz.

 

 

Dziecięce pytania o sens wszystkiego

To nie jest tak, że dzieci nie mają w sobie otwartości na świat duchowy. Co prawda myślenie abstrakcyjne nie jest może na początku dla nich takie oczywiste, ale mają w sobie naturalny głód wiedzy i ciekawość świata. Pytają nie tylko o to, jak coś działa, ale też po co działa. A stawiając takie filozoficzne, fundamentalne pytania – chcąc nie chcąc – w pewnym momencie docierają do pytania o sens wszystkiego.

I tu pojawia się szansa na to, by “sprzedać” dziecku swój światopogląd. Ale nie w formie indoktrynacji, że jest tak i już. Bardziej nakierować je na dostrzeżenie mądrości, która spaja i napędza świat. Wskazać na to, że rzeczywistość jest zbudowana przyczynowo-skutkowo: że dany efekt poprzedziło jakieś działanie, a idąc tym tokiem myślenia wstecz w pewnym momencie dochodzi się do praprzyczyny wszystkiego…

Myślicie, że przesadzam? Że dziecko nie jest w stanie zrozumieć takiej sekwencji zdarzeń?

Jedna z moich córek mając raptem 6 lat toczyła ze mną tak niezwykle głębokie rozmowy filozoficzne, że zawstydzała mnie – dyplomowanego teologa. Czasami musiałem je kończyć zapewnieniem, że doczytam i wrócę do niej z odpowiedzią później, bo… po prostu nie wiem.

Inna wykazywała dziury logiczne w moim toku rozumowania. Piramida wniosków, którą sobie zbudowałem przez lata podczas snucia dysput sam ze sobą, została naruszona przez proste pytania dziecka: a dlaczego, a po co, a gdzie tu sens, gdzie logika? Proste rozumowanie kilkuletniej dziewczynki okazało się bardziej przejrzyste od skomplikowanych teorii kilkudziesięcioletniego taty.

Wiedziałem więc, że dzieci są głodne duchowości i nieobce jest im myślenie nieoczywiste. Trzeba jedynie użyć odpowiedniego klucza, by otworzyć drzwi do ich serc.

Lata rodzicielstwa nauczyły mnie, że nie ma jednego, uniwersalnego klucza. Do każdego dziecka pasuje inny. Tylko jak go znaleźć?

 

Tu mogę być sobą

Odkąd pamiętam, Kościół był dla mnie przede wszystkim przestrzenią wolności. Mogłem tu być sobą, szczerze wywalać przez Panem Bogiem to, co leży mi na wątrobie, jednocześnie wiedząc, że nie zostanę z tego powodu przez Niego odrzucony, ale będę wysłuchany, przyjęty i pokochany. I takiego Boga chciałem pokazywać swoim dzieciom.

Uznałem więc, że muszę tę wolność dać również córkom. Jeżeli nie chcą chodzić do kościoła, nie muszą. Jeśli zechcą, będę pierwszym, który je zawiezie.

Po drugie czułem, że muszę najpierw zadbać o siebie i swoją rozlataną duchowość. Wyobraziłem sobie, że jesteśmy w samolocie, w którym procedura bezpieczeństwa w przypadku dekompresji przewiduje założenie masek najpierw dorosłym, a dopiero potem dzieciom. Jeżeli zabraknie tego pierwszego, ostatecznie wszyscy zginiemy. A ja przecież właśnie się dusiłem…

Przez dłuższy czas chodziłem więc na mszę sam, a w tym czasie żona zostawała z dziećmi. Potem się wymienialiśmy, jednocześnie informując dzieci, że mama lub tata idą na mszę.

I wiecie co? Po jakimś czasie dzieci zaczęły pytać, czy mogą iść z nami!

Ale nie gremialnie, całą rodziną, tylko indywidualnie, sam na sam z rodzicem. Zaczęły traktować ten czas jako coś specjalnego, na co czeka się cały tydzień.

Z czasem ta niedzielna celebracja rozrastała się. Obejmowała już nie tylko samą mszę świętą, ale również “przyległości”, np. poprzedzające liturgię wspólne czytanie Słowa Bożego z dnia, a po liturgii pójście na ciastko albo naleśnika do pobliskiej kawiarni.

 

 

Liturgiczne sketchnotki

Z zainteresowaniem obserwuję, w jaki sposób córki przeżywają mszę. Każda robi to inaczej i w każdej ewoluuje to w różne strony.

Jedna ma swój ulubiony kościół i za nic w świecie nie chce iść do innego. Odnalazła miejsce, w którym czuje się bezpiecznie. W trakcie mszy jest wyciszona, wręcz nie lubi, gdy się jej przerywa jakimś nieliturgicznym tematem. Innym razem wtula się i w ten sposób przeżywa swoje spotkanie z Bogiem: niby z Nim, a jednak z tatą u boku.

Inna przeżywa mszę z kartką i ołówkiem w ręku. Przenosi na papier to, co akurat zobaczy lub usłyszy. Jakaś myśl w niej rezonuje, brzęczy, drga i musi znaleźć ujście w formie rysunku lub słowa. Swoją drogą, dlaczego tak mało rysujemy albo piszemy na mszach? Dlaczego nie robimy notatek z co błyskotliwszych kazań albo nie archiwizujemy ich w postaci sketchnotek, hmm?

Młodsze córki polubiły msze dla dzieci w jednej z sąsiednich parafii, które są przestrzenią totalnej wolności dzieci! Nie ma tych liturgiach żadnego przymusu siedzenia czy stania. Można chodzić lub biegać, oczywiście w granicach rozsądku, które wyznacza np. bezpieczeństwo innych. Nikt się jednak nie krzywi, kiedy zmęczone dziecko nagle zechce położyć się na schodach prezbiterium. To dla niego naturalna pozycja i nie ma w tym nic pogardliwego dla tego, co dzieje się na ołtarzu. Rozanielony rodzic może przy okazji napawać się widokiem swojej pociechy, która zechciała przycupnąć przy Jezusie Eucharystycznym. Czyż to nie jest piękny widok?

Tak więc chodzimy z dziećmi na mszę osobno. Jeżeli dobrze liczycie, to macie rację – my, rodzice pięciu córek, często jesteśmy na niedzielnych mszach więcej niż raz. Sprawiły to dzieci, ich potrzeby i pragnienia. No i ich wieczne dobro, bo przecież ostatecznie w tym wszystkim chodzi o zbawienie.

 

Duch wieje kędy chce. Serio!

Zastanawiałem się z jaką puentą Was zostawić, ale nie mam żadnej błyskotliwej. Może jedynie taką, by w wychowaniu generalnie raczej podążać za dzieckiem niż je za sobą prowadzić. Mając pięć córek, mogę z pełnym przekonaniem zaświadczyć, że każda jest inna, każda mówi innym językiem, każda ma inne potrzeby, a jeśli nawet niektóre są wspólne, to pojawiają się zwykle w innych momentach i w różnych natężeniach.

Sfera duchowa jest materią tak delikatną, że możemy zrobić dziecku wielką krzywdę, próbując ukształtować ją według naszego widzimisię. Konsekwencją przymuszania maluchów do uczestniczenia w rytach, których z powodu swojego wieku jeszcze nie pojmują, może być ich późniejszy bunt w czasie, w którym nie będą już musiały liczyć się z naszym zdaniem. Czy warto ryzykować ich potencjalną ucieczkę z Kościoła jako nastolatków? Czasami jest to sytuacja nie do odkręcenia w dorosłości…

To, co jest dobre dla nas, staruchów, wcale nie musi być dobre dla dziecka. Może to nie jest ten czas, może nie ta forma, a może w ogóle nie ta droga? Warto to uszanować. No i ufać, że ostatecznie to nie my prowadzimy je przez życie.

Ponoć Duch wieje, kędy chce. Dajmy Mu na to szansę.

 

Marcin Perfuński

Marcin Perfuński

Jestem mężem Ani, tatą pięciu córek, blogerem i redaktorem w dużym wydawnictwie. Dziennikarzem jestem chyba z powołania, skoro już w podstawówce prowadziłem samodzielnie szkolną gazetkę. Przez kolejne kilkanaście lat przewędrowałem przez wszelakie redakcje, począwszy od prasy lokalnej, przez studio radiowe, agencję informacyjną, z ciągotami do telewizji, po koncern wydawniczy i bycie freelancerem. Jako samozwańczy krytyk kulturalny od zawsze interesuję się muzyką, filmami, książkami i mediami. Od 2014 roku prowadzę bloga www.supertata.tv, gdzie dzielę się radością posiadania rodziny wielodzietnej. Często występuję gościnnie na konferencjach i w mediach jako ekspert od rodziny, choć podejrzewam, że traktowany jestem tam po prostu jako ciekawostka – ojciec, który wyjątkowo nie potrafi spłodzić syna. Według rankingu Hash.fm jestem jednym z najbardziej wpływowych influencerów parentingowych. W 2018 roku wygrałem plebiscyt miesięcznika “Mamo, To Ja” na Idealnego Tatę, zdobywając więcej głosów niż Jurek Owsiak, Kuba Błaszczykowski czy Przemek Saleta. W każdy poniedziałek w godz. 21-23 prowadzę audycję Strefa Rodzica w Polskim Radiu Dzieciom: www.polskieradiodzieciom.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Marcin Perfuński
Marcin
Perfuński
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap