Szpital Psychiatryczny. Odział dzięcięco – młodzieżowy

Uzależniamy się, bo albo chcemy zmienić siebie albo otaczającą nas rzeczywistość

Alicja Samolewicz - Jeglicka
Alicja
Samolewicz - Jeglicka
zobacz artykuly tego autora >

– Nieładnie się spóźniać. Ktoś na pewno czekał. Teraz jest mu smutno – mówi do mnie kobieta w wieku mojej mamy. Słychać w jej głosie prawdziwą troskę. Zerkam na zegarek. – Ale jestem pięć minut przed czasem – tłumaczę się. Kobieta patrzy na mnie i milczy. Stoimy a cisza zaczyna robić się krępująca. – Pani Joanno zapraszam, pokój już wolny – mówi z głębi korytarza inna kobieta. To terapeutka. A Pani Joanna jest pacjentką.

Idąc do budynku numer 19 Wojewódzkiego Szpitala Psychiatrycznego im. prof. Tadeusza Bilikiewicza w Gdańsku mija się jakby… park. Szpital położony jest na uboczu, ale blisko handlowego centrum miasta. Dużo tam zieleni, ławeczek, drzew. Przekraczając bramę, patrząc na bloki (oddziały) bardziej przypomina jakieś sanatorium niż szpital psychiatryczny. A może nasze wyobrażenie szpitala jest po prostu uwarunkowane filmami i wyssanymi z palca historiami?

– Na oddział dziecięco – młodzieżowy trafia naprawdę dużo osób – mówi mi psychiatra Jolanta Ferszka Bykowska. – Często są to zaburzenia strefy emocjonalnej, a nie typowe choroby psychiczne. Przyczyn przyjmowania substancji psychoaktywnych jest tyle ile jest ludzi – mówi.

Mały gabinet, biurko, obok stolik i dwa fotele. Tu możemy porozmawiać. Ale nie za długo, bo jest dużo pracy. Siadamy. – Pobyty w szpitalach są krótkotrwałe – bo to kwestia wygaszenia ogniska – wyjaśnia mi dr Ferszka Bykowska. – Leczenie zaczyna się poza nim. Tu nie chodzi o środki farmakologiczne, ale o systematyczną terapię. Uzależnienie jest przewlekłą chorobą. Każdego człowieka trzeba traktować indywidualnie, bo niesie ze sobą określoną historię i konsekwencje uzależnienia – opowiada.

Szpital Psychiatryczny. Odział dzięcięco - młodzieżowy

Doktor przykładów wejścia w nałóg, radzenia sobie z tym i wyjścia z niego – może podać naprawdę setki. Ale nie chce o nich mówić publicznie. Dlaczego? To indywidualne spotkania, to szczere do bólu rozmowy, to w końcu prawdziwe historie i prawdziwe życie. – Pracuję w uzależnieniach ponad 20 lat. I z czystym sercem mogę powiedzieć: można z tego wyjść! – podkreśla swoja wypowiedź gestykulacją ręki i podnosi lekko głos, by mocniej ją zaznaczyć. – Bez względu w którym momencie zacznie się używać środków psychoaktywnych i bez względu jak nisko się spadnie. Podkreślam jeszcze raz: można z tego wyjść. Ale wymaga to wysiłku, silnej woli wyzwolenia się z nałogu oraz wsparcia otoczenia – zaznacza.

Dlaczego ludzie sięgają po narkotyki? – pytam. Chwila ciszy. Słychać jedynie szum drzew za oknem. Wiatr dzisiaj trochę większy. – Sięga się po to, aby zmienić dwie rzeczy – mówi po chwili psychiatra. – Albo obraz siebie albo obraz rzeczywistości. Jednak żadna substancja nie zmieniła i nie zmieni tego. Ludzie sięgają po używki, bo nie są z siebie zadowoleni – są nieśmiali, mało atrakcyjni… Można by wymieniać. Przyczyny wyjściowe są różne. Po zażyciu człowiek się wyłącza, odcina. Ale nie jest sobą. Kiedy kończy się działanie substancji pojawia się kac, zespół odstawienia. Potem bierze się więcej. Jest gorzej. Wszystko narasta. Rzeczywistości również się nie zmieni. Jeśli ktoś nie ma pracy albo rozpada mu się małżeństwo – to substancje psychoaktywne tego nie zmienią. Nie dostaniemy dzięki nim pracy, ani nie uratujemy związku.

W pokoju obok dzwoni telefon. Głośno. Uporczywie. Jednak doktor nie przerywa swojej wypowiedzi. Wręcz podnosi głos, by było słychać wyraźnie co chce powiedzieć. – Każdy człowiek potrzebuje stabilności. Potrzebuje poczucia bezpieczeństwa. I to już od najmłodszych lat. Często już u dzieci pojawia się brak akceptacji samych siebie. A niska samoocena jest u podstaw różnych patologii – podkreśla. Często osoba bardzo wartościowa, sprawna intelektualnie, z dużym potencjałem – ma bardzo niską wartość samej siebie.

Ludzie często sięgają po substancje psychoaktywne bo chcą zmienić obraz samego siebie. Doktor jako przykład podaje amfetaminę. – Substancja, która ma bajkę na swój temat: że poprawia koncentracje, wyniki w nauce. Za pierwszym czy drugim razem ma się wrażenie – to niech pani podkreśli – ma się wrażenie (!), że ona działa. Po jakimś czasie mamy kolejną klasówkę. Trzeba zwiększyć dawkę. I tak zaczyna się błędne koło. Amfetamina obniża percepcję, wydolność organizmu i mózgu. Ale ten początek jest atrakcyjny. Najczęściej korzystają z niej uczniowie i studenci. Osoby wysoko postawione w korporacjach kupują kokainę. Dlaczego? Bo ich na to stać. Koka jest droższa… – mówi psychiatra.

Szpital Psychiatryczny. Odział dzięcięco - młodzieżowy

– Wie Pani, że młodzież często sięga po używki przy kryzysach rodzinnych? – pyta. I dodaje: tu nie chodzi o patologię, ale o kryzys w domu. Młodzi ludzie mają wtedy osłabiony grunt we wsparciu. – To znaczy? – pytam. Doktor odpowiada podając przykład: jeśli ktoś po raz pierwszy spróbuje jakiejś używki, ale ma mocne wsparcie rodziny, ma autorytety to łatwiej mu z tego wyjść. To jest zażycie jednorazowe. Odbija się od tego. Ale jeśli rodzina – ten najbliższy grunt – jest zachwiana, to młody człowiek idzie dalej. Wchodzi w środowisko ludzi używających. Tam ma swoje życie społeczne i stamtąd – nie mając alternatywy – wydostać się jest bardzo trudno.

Telefon dzwoni już po raz drugi. Tym razem już w gabinecie. Znak, że doktor jest potrzebna na oddziale, musimy powoli kończyć rozmowę. – Pewnie przeglądała Pani Internet przed przyjściem do mnie – bardziej stwierdza niż pyta. Oczywiście i przerażające jest to z jaką łatwością można kupić takie używki. – W Internecie o narkotykach najczęściej znajdziemy piękne, kwieciste i pozytywne informacje. Kiedyś na studiach kazałam przygotować młodzieży prezentacje o narkotykach. I podkreśliłam, by korzystali z książek. Jedna grupa skorzystała z Internetu. Ich prezentacja była piękną reklamą środków psychoaktywnych: ten pobudza, ten uspokaja, ten poprawia koncentrację. Internet zachęca, ale o konsekwencjach milczy… Doktor na chwile zawiesza głoś i dodaje stanowczo – nikt nie napisze, że umrzesz od tego. Że stracisz wszystko. Całe Twoje życie się rozsypie… Tego już nie napiszą.

Co by Pani powiedziała młodym ludziom? Albo tym, których korci, by spróbować? – Żeby nigdy nie brali środków psychoaktywnych! Nie tylko dlatego, że w konsekwencji mogą spowodować śmierć. Bo to może się zdarzyć. Ale one niszczą każdemu życie. Każdemu. Pracuję z uzależnionymi ludźmi ponad 20 lat – widziałam wiele ludzkich tragedii. I niestety zdarzało się tak, że wszystko zaczynało się niewinnie od jednego macha…


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Alicja Samolewicz - Jeglicka

Alicja Samolewicz - Jeglicka

Dziennikarz ZWWZ - z Zawodu, Wyboru, Wykształcenia i Zamiłowania. Udowadnia, że jest możliwe wstawać o świcie z uśmiechem co dnia i łączyć pracę z pasją. Reporter, z-ca szefa informacji Radia Plus w Gdańsku. Wieloletni korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej. Prowadzi warsztaty dla młodzieży i studentów z zakresu dziennikarstwa radiowego. Publikuje w prasie i internecie.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alicja Samolewicz - Jeglicka
Alicja
Samolewicz - Jeglicka
zobacz artykuly tego autora >

Coś w nas pękło

Młody chirurg uciekł z Syrii. Stracił wszystko, nawet marzenia o powrocie do kraju i normalności.

Eliasz, spokojny inżynier z Homs, jest przygarbiony. Nie mógł powstrzymać łez, kiedy opowiadał swoją historię. Jego żona była bardzo chora, a syn właśnie się ożenił. Dwóch jego bratanków zostało zabitych wybuchami granatów. Jeden z nich miał zaledwie 17 lat i zmarł przed domem swoich rodziców. Brat Eliasza został porwany. Był torturowany przez osiem dni. „Porywacze wstrzykiwali mu benzynę do żył i bili go po głowie. Przeżył, ale od tego czasu jest poważnie chory. Trzej kuzyni żony również zostali uprowadzeni. Byli on braćmi księdza. Jeden z nich został zabity. Poświęcił się, aby jego dwaj bracia mogli przeżyć. Ten starszy mężczyzna jest przekonany, że wiele aktów przemocy jest specjalnie skierowanych przeciw chrześcijanom. Mówi wręcz o eksterminacji.

Żywy człowiek w karawanie

Po Eliaszu nie widać, że ma za sobą śmiałą i niebezpieczną ucieczkę. Jego rodzina już była w Libanie, kiedy on postanowił wrócić do domu w Homs, aby zabrać kilka rzeczy. Niewiele z nich zostało, ponieważ dom został splądrowany. „Wszystko zniknęło: pralka, telewizor, ubrania mojej córki – wszystko!”. Ale nie mógł już uciec. Wszędzie byli snajperzy. Był uwięziony w domu przez dwa tygodnie. Potem zaryzykował: skoczył przez mur i przemykając się, dotarł do domu przyjaciela, który prowadził firmę pogrzebową. Ten wywiózł go z miasta w karawanie.  

Coś w nas pękło

Wśród radykalnych muzułmanów

Cztery chrześcijańskie rodziny mieszkały w dzielnicy muzułmańskiej. Ich warsztaty zostały spalone, połowa ludzi została zabita, a druga połowa uciekła. Uważa on, że chrześcijanie nigdy nie wrócą do Syrii. Sam też nie chce wracać do domu. Jego 31-letnia córka widzi to inaczej. Uważa, że wkrótce wróci do domu. Tęskni za wszystkim tym, co miała przed wojną. Chciałaby w końcu ponownie prowadzić normalne życie.

Szef kliniki

Trzydziestoletnia Rita również tęskni za spokojem. „Coś w nas pękło” – powiedziała cicho. W Damaszku jej mąż Nicola (35 l.) był ordynatorem kliniki. Kliniki już nie ma, ponieważ została zbombardowana. Rodzina uciekła do stolicy Libanu, Bejrutu półtora miesiąca temu. Ich czteroletnia córka nadal się boi, gdy jej ojciec wychodzi z domu. Mówi do niego: „Tato, upewnij się, że ci niedobrzy ludzie nie przyjdą i nie zabiją cię!”.

Nicola byłby idealnym celem dla porywaczy. Nie tylko dla okupu, ale także dlatego, że jako chirurg mógłby zostać zmuszony do leczenia rannych w obozie rebeliantów. Nicola opowiada ze smutkiem: „Mój kuzyn już został porwany. Wszyscy jesteśmy chrześcijanami. Nie wiem, jak udało mu się wmówić porywaczom, że ma na imię Ahmed i jest muzułmaninem. Pozwolili mu odejść. Myślę, że rebelianci chcą usunąć chrześcijan z kraju. Właściwie nie chcemy opuścić naszego kraju, ale nie mamy wyboru”.

Coś w nas pękło

Wszystko za pieniądze

Ta młoda rodzina była w stanie poruszać się jedynie w promieniu jednego kilometra w Damaszku. „W Damaszku nie ma żadnych bezpiecznych miejsc. Bomby ukryte w samochodach mogą wybuchnąć w każdej chwili i w dowolnym miejscu. Mam wrażenie, że bardziej atakuje się dzielnice, w których mieszkają chrześcijanie” – mówi młody lekarz.

Gdy pocisk uderzył w pobliżu jego domu, uciekł do znajomych w Libanie. Ale koszty życia w Libanie są znacznie wyższe niż w Syrii. Rodzinie szybko skończyły się oszczędności. Nicola nie może pracować jako lekarz w Libanie. Aby uzyskać licencję, musiałby zapłacić 100 000 dolarów. „Gdybym miał tyle pieniędzy, mógłbym pracować” – powiedział. – „Wziąłbym jakąkolwiek pracę, aby nakarmić moją rodzinę”. Nigdy nie chciał opuścić swojej ojczyzny, ale teraz rozważa wyjazd za granicę na zawsze – być może do Ameryki.

Jak prawie wszystkich uchodźców syryjskich, przeraża go myśl, że jego nazwisko lub zdjęcie może zostać opublikowane. Wielu nie chce zarejestrować się w agendzie ONZ ds. uchodźców, ponieważ obawiają się, że ich dane mogą być przekazywane władzom. Wielu chrześcijan mówi: „My nie jesteśmy po stronie jakiejkolwiek partii, ugrupowania. Chcemy tylko żyć w pokoju i bezpieczeństwie, a obie strony konfliktu mszczą się na nas za to”.

Coś w nas pękło


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas