video-jav.net

Dora. Dziewczyna z Powstania

„Fred” pojękiwał cichutko i pytał się mnie, czy będzie żyć. A ja siedziałam przy nim, trzymałam go za rękę i zapewniałam go, że tak. Że przecież musi dorosnąć i się ze mną ożenić. Mieliśmy przecież naszą umowę…

Anna Herbich
Anna
Herbich
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dora. Dziewczyna z Powstania

Fragment książki Anny Herbich "Dziewczyny z Powstania"

1 sierpnia 1944 roku stawiłam się w samo południe na odprawie na Królewskiej. Umówiliśmy się na piątą. Następnie rozjechaliśmy się do domów, żeby się przebrać. Ja miałam jeszcze wziąć torbę sanitarną. Byłam ubrana w letnią sukienkę w kwiatki, przecież nie mogłam tak iść do boju. Wsiadłam więc do tramwaju, jechałam Miodową i już przed wiaduktem tramwaj nagle się zatrzymał. Niemcy kazali wszystkim wysiadać. Przepuścili tylko kobiety i dzieci. Już się zaczęło…

To było kilka godzin przed godziną „W”. Z magazynu na ulicy Suzina nasi chłopcy wynosili broń. Weszli na ulicę Słowackiego z worami pełnymi amunicji, napotkali patrol niemiecki i wynikła z tego przypadkowa strzelanina. W efekcie całe miasto dowiedziało się, że przystępujemy do akcji.

Tymczasem mnie jakoś udało się przedostać do domu, przebrałam się, chwyciłam w biegu torbę, już chciałam wyjść… ale nie mogłam się ruszyć! Wokół domu pełno Niemców, ewakuowali szpital. W ogóle Niemcy patrolowali dzielnicę jak wściekli, wielu osobom, podobnie jak mnie, pierwszego dnia nie udało się wyjść z domu.

W pewnym momencie słyszę łomot do drzwi, otwieram i widzę stojącego w progu Niemca z wycelowanym we mnie pistoletem maszynowym.

– Jeżeli ktoś się stąd ruszy, to wszystkich zaraz rozwalę – krzyczał.

Dosłownie umierałyśmy ze strachu, Irena najbardziej z nas wszystkich. Piotrek pobiegł na strych, zresztą on był zawsze z nas wszystkich najbardziej opanowany. Przeszedł przecież przez piekło getta, miał już za sobą „dobrą” szkołę.

Drugiego dnia Powstania pobliska Poniatówka została zajęta przez naszych chłopców. Porucznik „Żytomirski”, przedwojenny zawodowy wojskowy, objął dowództwo nad gmachem. Od razu tam pobiegłam i zameldowałam się, prosząc o przydział. W ten sposób znalazłam się w Zgrupowaniu „Żywiciel”. Włożyłam na ramię opaskę. Byłam powstańcem, rozpierała mnie duma.

Moim pierwszym zadaniem była pomoc w zorganizowaniu na nowo pobliskiego szpitala. Na szczęście Niemcy zostawili w nim absolutnie wszystko. Łóżka, materace, pościel, lekarstwa, środki dezynfekcyjne. Uciekali w pośpiechu. Jedynym problemem była jeżdżąca po Żoliborzu pancerka, która ciągle ostrzeliwała nasz gmach. Długo tam nie wytrzymaliśmy, musieliśmy się wynieść i wszystko przenieść.

Miałam do dyspozycji gońca, chłopca o pseudonimie „Fred”. Wyglądał na jedenaście, może dwanaście lat. Mały chłopaczek, typowy zawadiaka z Marymontu. Powiedział, że jeśli będzie trzeba, to on meldunek zaniesie wszędzie. Zna bowiem wszystkie okoliczne ogródki, zakamarki i bramy jak własną kieszeń. Był niesamowicie zwinny. Posyłaliśmy go więc z rozkazami. Gdy wracał, zawsze przynosił mi a to pomidora, a to jabłko, a to gruszkę zerwaną z jakiegoś sadu czy ogródka.

 – „Dora”, jak się skończy wojna, a ja dorosnę, to się z tobą ożenię – powtarzał przy każdej okazji.

A ja śmiałam się i oczywiście mu przytakiwałam. Niestety, moim pierwszym rannym był właśnie ten chłopiec – „Fred”. Gdy dowiedziałam się, że go trafili, natychmiast do niego pobiegłam. Po drodze zatrzymał mnie lekarz:

– Tu nie ma czego zbierać – powiedział. – Wszystko ma na wierzchu, krew leje się z niego wiadrami. Cud, że w ogóle jest jeszcze przytomny.

„Fred” pojękiwał cichutko i pytał się mnie, czy będzie żyć. A ja siedziałam przy nim, trzymałam go za rękę i zapewniałam go, że tak. Że przecież musi dorosnąć i się ze mną ożenić. Mieliśmy przecież naszą umowę. Zapewniałam go, że już szykują dla niego stół na Sali operacyjnej. A przecież wiedziałam, że żadna operacja tu nic nie pomoże. Byłam cała we krwi. Tak się z niego lało, że krew przesączała się przez materac na podłogę. Głaskałam go po główce. Łzy płynęły mi ciurkiem, ale on już tego nie widział.

Dora. Dziewczyna z Powstania

Anna Herbich

Anna Herbich

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Herbich
Anna
Herbich
zobacz artykuly tego autora >

Malejonek i Budzyński odznaczeni przez Prezydenta!

Tomasz Budzyński i Dariusz Malejonek zostali odznaczeni w 70-tą rocznicę Powstania Warszawskiego

Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ordery dla Powstańców Warszawskich i twórców kultury propagujących pamięć o Powstaniu. Wśród uhonorowanych przez prezydenta Bronisława Komorowskiego było wielu kombatantów, a także dwaj znani muzycy: Dariusz Malejonek i Tomasz Budzyński. Uroczystość odbyła się Muzeum Powstania Warszawskiego.

Z odznaczonym Złotym Krzyżem Zasługi, Dariuszem „MALEO” Malejonkiem rozmawiał Sławomir Dynek.

Malejonek i Budzyński odznaczeni przez Prezydenta!

Jak się czujesz w takim, doborowym, towarzystwie odznaczonych Powstańców?

To ogromne wzruszenie. Przyglądam się tym wszystkim Powstańcom, którzy mają około 90 lat. Podziwiam generała Zbigniewa Ścibora-Rylskiego, który wygłosił przemówienie bez kartki. Uczestniczyć w tym wydarzeniu to ogromne wzruszenie. A jeszcze dostać order…to niesamowite.

Generał Ścibór-Rylski powiedział, ze przekazuje pałeczkę młodszym. Między innymi Tobie?

Tak jest. Chcemy, żeby ta pałeczka była pochodnią. Chcemy nieść ją dalej, przez nasze projekty – Panny Morowe, Panny Wyklęte i teraz kolejną odsłonę – Panny Wygnane.

Malejonek i Budzyński odznaczeni przez Prezydenta!

70-ta rocznica Powstania Warszawskiego to nie koniec Twoich działań.

Oczywiście, że nie. Przed nami kolejna część „Panien” – Panny Wygnane. Muzyczna opowieść o losach wszystkich dziewczyn, które wygrały wojnę, a nie mogły wrócić do Polski, o ich tęsknocie do Ojczyzny. I o tych, które zostały w bezimiennych mogiłach.

Koło nas właśnie te Panny, o których śpiewacie – dzisiaj to starsze, siwe uśmiechnięte Panie. Niektóre z orderami na piersiach.

Czuję się przy nich bardzo malutki z moim odznaczeniem. To jest dla mnie wielki zaszczyt, wielki honor. Dzisiaj żyjemy we względnie spokojnych czasach, ale nie zawsze musi tak być. Sytuacja międzynarodowa jest taka, że powinniśmy pamiętać, że pokój i wolność nie są zagwarantowane raz na zawsze. Prawie każde pokolenie musi o to walczyć. Ostatnio nie dostałem zgody na wjazd na Białoruś. To oznacza, że ta moja muzyka jest ważna i „mały wąsacz” (red. prezydent Aleksander Łukaszenka) uznał, że jestem niebezpieczny.

Ty walczysz na swój sposób.

Tak jak umiem. Tworzę.

Sławomir Dynek

Zobacz inne artykuły tego autora >
Sławomir
Dynek
zobacz artykuly tego autora >