Nasze projekty
Fot. Materiały Wydawnictwa Znak

Misiek Koterski: Bóg mnie już nie opuści, jeśli ja nie puszczę Jego ręki

Michał Koterski od czternastego roku życia zażywał narkotyki. W liceum zamiast do szkoły chodził do klubów, gdzie zaprzyjaźnił się z lokalnymi gangsterami. Na każdą imprezę przychodził naćpany lub pijany. Były sytuacje, których nie miał prawa przeżyć. Co stało się w jego życiu, że dzisiaj jest „czysty”? Mówi o tym wprost: „to dar od Boga”.

Reklama

Poniższy tekst zawiera fragmenty najnowszej książki Michała Koterskiego i Beaty Nowickiej „To już moje ostatnie życie”. To niezwykle szczera rozmowa o życiu, uzależnieniach, wychowaniu w rodzinie obarczonej od pokoleń nałogami, o sławie i jej mrocznych stronach. Ale również o miłości, łasce, Bogu i życiu „na trzeźwo”. Poznajcie niezwykłą historię życia Michała „Miśka” Koterskiego!

„Słowa usłyszane od przypadkowego chłopaka poruszyły we mnie jakąś strunę”

Zawitałem na dno. Dzisiaj jestem wdzięczny za tę lekcję, bo każde takie doświadczenie działało na moją korzyść. W uzależnieniu ludzie muszą cię opuścić, musisz stracić wszystko. Powrót do Łodzi to był czas kompletnej degrengolady. Zadawałem się – nie chcę nikogo obrazić, bo każdy zasługuje na szacunek – z coraz gorszym elementem: kibolami, złodziejami, drobnymi przestępcami, ćpunami, którzy sprzedaliby własną matkę za towar. Na jakiejś imprezie podszedł do mnie koleś, prawdopodobnie z jakiegoś gangu, i tak po prostu zapytał: „Michał, co ty tutaj z nami robisz? My nie mamy szansy, perspektyw na zmianę życia. Musimy to robić, żeby godnie żyć”. Oczywiście nie jest to do końca prawda, bo każdy ma wybór.

Słowa usłyszane od przypadkowego chłopaka poruszyły we mnie jakąś strunę. Zrozumiałem, że muszę wyjechać z Łodzi. Jeśli stąd nie ucieknę, nie zawalczę o siebie, to tutaj umrę. Miałem już chyba trzydzieści trzy lata. Postanowiłem wrócić do Warszawy i spróbować naprawić swoje życie.

Po raz kolejny dostałem się do niewoli

Poznałem bardzo fajną dziewczynę, która miała małą córkę. Zaczęliśmy się spotykać. Zakochałem się. Była pokaleczona emocjonalnie, podobnie jak ja. Przy niej zapragnąłem zmienić życie.

Reklama

(…)

Umówiliśmy się z moją dziewczyną, że rzucamy narkotyki. Ona się trzymała. Ja nie. Potrzebowałem gruntownej pracy nad sobą, żeby cokolwiek zmienić. Ale ciągle to wypierałem. Regularnie jeździłem do Wrocławia na plan Pierwszej miłości. Zacząłem na tych wyjazdach ćpać. Tłumaczyłem sobie, że nie palę w domu, nie zażywam narkotyków przy dziewczynie i dziecku, więc nie robię nic złego. Raz, drugi, trzeci znalazła u mnie marihuanę, kokainę, jakąś lufkę do palenia. Była zła: „Michał, oszukujesz mnie”. Bredziłem, że kontroluję sytuację i nic złego się nie dzieje. Jak wiesz, kompletne bzdury. Szybko zacząłem zawalać w tym związku. Zrobiłem się zimny emocjonalnie, bo znowu najważniejsze były narkotyki. Liczyłem dni, kiedy będę mógł wyjechać i w spokoju ładować. Ona to czuła. Po raz kolejny dostałem się do niewoli.

Byłem już blisko upadku, stałem na krawędzi i przechylałem się w stronę przepaści

W pracy też zawaliłem. Poszedłem na całonocną imprezę i spóźniłem się na zdjęcia. Czułem, jak powoli zaciska mi się pętla na szyi. Zaraz coś się stanie i już nigdy nie dostanę kolejnej szansy. Moja dziewczyna postawiła mi ultimatum: „Jeśli nie przestaniesz, to ja odejdę”. Z jednej strony to mną wstrząsnęło, z drugiej – Szatan, który siedział w moim chorym umyśle, zacierał rączki: „Niech ona już odejdzie, będziemy mogli w spokoju ćpać. Nikt nam nie będzie siedział na głowie”. Pewnego dnia wróciłem do domu i zobaczyłem, że mojej dziewczyny i dziecka już nie ma. Wyprowadziła się. Na początku poczułem lęk: „Jezus Maria, co ja teraz zrobię?!”. A po chwili ulgę: „W końcu mogę ładować w domu”. Miałem przy sobie butelkę wina, a w piwnicy schowany towar. Przyniosłem go na górę, otworzyłem wino, nalałem sobie do kieliszka, na stół wysypałem kokę i jak wciągnąłem pierwszą kreskę, przed oczami ujrzałem swój upadek, który za chwilę nastąpi. Już byłem blisko, stałem na krawędzi i przechylałem się w stronę przepaści.

Reklama

ZOBACZ: Misiek Koterski: Uklęknąłem i poprosiłem Boga, żeby mi pomógł

Michal-Koterski-Maryja
Fot. Materiały Wydawnictwa Znak

W pewnym momencie padłem na kolana

Nie wiem, co się stało, ale w pewnym momencie padłem na kolana. Zawsze jak trwoga, to do Boga. Ileż razy wcześniej robiłem to samo. Kiedy gangsterzy mi grozili, na kolanach błagałem: „Panie Boże, proszę Cię, niech oni mnie nie zabiją gdzieś tam za rogiem. Już nigdy więcej nie będę robił takich rzeczy, tylko Cię proszę, pomóż mi”. Nawaliłem w pracy, też się modliłem: „Proszę Cię, żeby to nie wyszło na jaw. Już nigdy czegoś takiego nie zrobię”. Kiedy było mi wstyd, że tyle razy okłamałem Pana Boga, przerzucałem się na Matkę Boską: „Matko Boska, tym razem już naprawdę się opamiętam, tylko niech się nie dowiedzą, że znowu się naćpałem”. Jak było mi głupio, że tyle razy oszukałem Matkę Boską, zwracałem się do Jezusa. W końcu wszystkich okłamałem setki razy.

(…)

Reklama

Dotarło do mnie, że Bóg rzeczywiście był przy mnie całe życie. Wiele razy mnie ratował. Przeleciały mi przed oczami wszystkie najtrudniejsze momenty, kiedy gangsterzy mnie gonili i tak dalej. Nie wdałem się w kryminalne afery, nie poszedłem do więzienia, nie zaćpałem na śmierć.

Był czwarty grudnia 2014 roku, piękny zimowy dzień. Świeciło słońce. Zacząłem drugie życie

Przypomniałem sobie to wszystko i – nie wiem, jak to nazwać – poczułem obecność Bożą. Wiedziałem, że On jest ze mną nawet w najtrudniejszych chwilach. Zacząłem się modlić na kolanach: „Panie Boże, proszę Cię z całego serca, zabierz mi tę obsesję, bo ja nie mogę pozbyć się tego głosu, który podjudza i kusi: weź, weź, weź. I nie odstępuje mnie na krok. Zabierz tylko ten głos, a ja obiecuję, przysięgam, że już nigdy w życiu niczego nie zażyję, nie napiję się i zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby Cię nie zawieść”.

Wstałem z kolan, spojrzałem na to wino, na te kreski kokainy… Każdy uzależniony w takiej chwili wziąłby do ręki „ostatnią” butelkę i powiedział: „Dobra, to teraz jeszcze tylko to wypiję, wciągnę ostatnią kreskę i koniec”. A ja pierwszy raz w życiu zgarnąłem te narkotyki i wrzuciłem do kibla, wylałem resztkę wina i spuściłem wodę. Butelki wyrzuciłem do kosza i poszedłem spać. Możesz wierzyć lub nie, ale po dwudziestu jeden latach picia i brania, obsesji, terapii, ośrodków zamkniętych i otwartych, odtruć obudziłem się wolny, lekki i radosny. Bez tego głosu, który cały czas dudnił w mojej głowie: „Weź, weź, weź, napij się”. Modliłem się, żeby ten stan nie zniknął. Z jednej strony poczułem ogromną radość, a z drugiej – lęk. Nie byłem przyzwyczajony do tego stanu. Usiadłem na łóżku i czekałem, kiedy nadejdzie znany mi moment trzęsących się rąk i tego okropnego strachu przed życiem, przed każdą chwilą. Siedziałem tak godzinę, a ten stan nie nadchodził. Pomyślałem, że naprawdę jestem wolny. A potem, że teraz o tę wolność muszę zawalczyć i czeka mnie dużo ciężkiej pracy.

Był czwarty grudnia 2014 roku, piękny zimowy dzień. Świeciło słońce. Zacząłem drugie życie.

Po dwudziestu jeden latach picia i brania, obsesji, terapii, ośrodków zamkniętych i otwartych, odtruć obudziłem się wolny, lekki i radosny. Bez tego głosu, który cały czas dudnił w mojej głowie: „Weź, weź, weź, napij się”.

Michal-Koterski-urodziny
Michał Koterski świętujący 8 lat życia w trzeźwości | Fot. Materiały Wydawnictwa Znak

Bałem się, żeby nie stracić tej łaski

Musiałem przyjąć do wiadomości, zrozumieć i zaakceptować fakt, że sam sobie nie dam rady. Nie ma takiej możliwości. Przez dwadzieścia jeden lat widziałem setki pięknych, wspaniałych młodych ludzi, którzy myśleli, że poradzą sobie sami, bagatelizowali tę chorobę i dzisiaj nie żyją. Czego się bałem? Jednej rzeczy – żeby nie stracić tej łaski. Dlatego od razu zacząłem chodzić na mityngi dla anonimowych alkoholików. Kiedy po latach nałogu odstawiasz używki, amplituda emocji jest ­ogromna, a spadki nastroju są tak gwałtowne, że stają się niebezpieczne. W chwilach skrajnego zwątpienia chodziłem na mityngi dwa razy dziennie.

CZYTAJ: Misiek Koterski: „Lata w trzeźwości to były i są najpiękniejsze lata mojego życia”

Nikomu nie powiedziałem, co się wydarzyło. Po pierwsze, byłem w szoku, że to się stało. Po drugie, osiągnąłem już końcowe stadium uzależnienia. Przez lata brałem życie garściami, kochałem festiwale, imprezy, tłumy, to mnie nakręcało. W pewnym momencie przyszedł czas samotności. Tylko ja i narkotyki. Narkotyki były moim bogiem. Aż prawdziwy Bóg przyszedł do mnie i zajął miejsce diabła, który latami szeptał mi w głowie: weź, weź, weź. Na drugi dzień wiedziałem, co mam robić: muszę działać, muszę zająć się sobą. Przez trzy tygodnie nie powiedziałem nikomu. Dziesiątki razy obiecywałem mamie, ojcu i wszystkim dookoła, że tym razem na pewno rzucam. I za każdym razem była to jedna wielka ściema. Ściemniałem przede wszystkim sobie, bo chciałem w to wierzyć. I budziłem się z poczuciem pogardy dla siebie. Pierwszy raz byłem nastawiony na działanie, a nie na gadanie.

Bóg w najtrudniejszych momentach niósł mnie na swoich plecach, tylko ja o tym nie wiedziałem. Wyciągał do mnie rękę, ale ja nie zawsze chciałem Jego rękę złapać. Teraz byłem wyczulony na każdy znak, każdy sygnał od Niego. Wiedziałem, że On mi pomógł i że się mną opiekuje

Bóg w najtrudniejszych momentach niósł mnie na swoich plecach, tylko ja o tym nie wiedziałem. Wyciągał do mnie rękę, ale ja nie zawsze chciałem Jego rękę złapać. Teraz byłem wyczulony na każdy znak, każdy sygnał od Niego. Wiedziałem, że On mi pomógł i że się mną opiekuje. Na mityngach, na które chodziłem, zachęcano mnie, żeby zrobić dziewięćdziesiąt mityngów w dziewięćdziesiąt dni. Przez trzy miesiące chodzić non stop, dzień w dzień. Zawsze myślałem: „To nie dla mnie. Patusy mogą biegać na mityngi, ale nie ja”. Tym razem od tego zacząłem. (…) Chodziłem więc na mityngi, nikt o tym nie wiedział, nie miałem bliskich znajomych, przyjaciół, bo już wcześniej od wszystkich się odciąłem.

ZOBACZ: Świadectwa Stacji7. TOP 5 historii, które poruszają i inspirują

Miałem pewność, że Bóg mnie już nie opuści, jeśli ja nie puszczę Jego ręki

Byłem sam, planowałem każdy dzień – tego nauczyłem się w ośrodku, że nie może być niespodzianek, bo one wywołują niepokój. Musi być stały rytm, stałe punkty, przewidywalność. Każdy dzień musi mieć jasny cel. Kupiłem pierwszy w życiu kalendarz, wszystko zapisywałem, a potem przechodziłem od punktu do punktu, żeby po drodze nie zabłądzić ani nie myśleć o przeszłości. Żyłem najbliższymi dwudziestoma czterema godzinami.

Trudno było mi odciąć się od przeszłości, bez przerwy myślałem: „Co ja w życiu narobiłem, dlaczego tak późno się opamiętałem?”, karmiłem się poczuciem winy, ale na poczuciu winy nikt jeszcze niczego nie zbudował. Przeszłość trzymała mnie na smyczy. W głowie „reżyserowałem” filmy katastroficzne o przyszłości. Mój mózg pracował na pełnych obrotach, żywiąc się lękiem. Ratowało mnie tylko tu i teraz, życie dwudziestoma czterema godzinami. Wśród uzależnionych mówi się, że każdy jest w stanie udźwignąć tylko jeden dzień. Powiedzenie, że coś jest „na zawsze”, brzmi jak wyrok. A równocześnie miałem pewność, że Bóg mnie już nie opuści, jeśli ja nie puszczę Jego ręki. Pierwszy raz w życiu wiedziałem, że to jest ten czas.


Michał Koterski, Beata Nowicka
Michał Koterski. To już moje ostatnie życie

Co stało się w jego życiu, że dzisiaj jest „czysty”? Mówi o tym wprost: „to dar od Boga”. Pół życia zajęło mu wychodzenie z uzależnień. Wie, że to jego ostatnia szansa. Pomaga mu świadomość, że jego syn Fryderyk jest pierwszym Koterskim, który urodził się w trzeźwej rodzinie. To już moje ostatnie życie jest niezwykle szczerą rozmową o życiu, uzależnianiach, wychowaniu w rodzinie obarczonej od pokoleń nałogami, o sławie i jej mrocznych stronach. Ale również o miłości, łasce, Bogu i życiu „na trzeźwo”.
KUP KSIĄŻKĘ>>>

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę