fot. Wikimedia

Louis de Funès: Widzę Boga, który się śmieje

Louisa de Funèsa znamy głównie z roli mało bystrego żandarma z Saint-Tropez. Doskonale sprawdzał się jako aktor komediowy, który swoimi wcieleniami zabawiał nas przed ekranami. W życiu prywatnym najlepiej czuł się w otoczeniu własnej rodziny, był osobą spokojną i bardzo wierzącą - dzień zawsze rozpoczynał od Mszy świętej i godzinami modlił się w swojej prywatnej kaplicy. Dziś mija 39. lat od jego śmierci.

Reklama

Louis de Funès był synem migrantów: Carlosa Louisa de Funes de Gallarza i Leonor Soto Regueray. W latach 30. XX wieku, ożenił się po raz pierwszy z Germaine Louise Élodie Carroyer, a małżeństwo nie było szczęśliwe i wkrótce się rozpadło. Z tego związku Luis miał syna Daniela, który nie miał z ojcem zbyt dobrych relacji, z powodu jego częstych nieobecności wynikających z pracy scenicznej. Daniel mówił nawet, że nie zwracał się do taty po imieniu, bo nie był dla niego prawdziwym ojcem.

Aktor przyznawał, że ten rozdział w jego życiu pozostawił trwały ślad na jego sercu. Całe życie robił wszystko, by Bóg wybaczył mu błędy przeszłości. Wkrótce zawarł drugie małżeństwo i na świat przyszli jego synowie: Patrick i Oliver. Louis jednak miał ogromne poczucie winy i ból serca, bowiem nie mógł ze swoją ukochaną ślubować miłości przed Bogiem – Kościół pozostawał nieubłagany.

De Funès, pozostał blisko Kościoła i mocno zaangażował się w życie pobliskiej parafii. Każdy dzień rozpoczynał od Mszy świętej, czytał Pismo Świętej i modlił się. Miejscowy proboszcz był częstym gościem w jego domu – drzwi mieszkania Louisa były zawsze otwarte. Wspomniany duchowny wspominał, że aktor powiedział mu kiedyś, że ma nadzieję, iż św. Piotr będzie pamiętał o jego błazenadach i wpuści go do raju. Louis miał własną kaplicę w zamku Clermont, gdzie mieszkał. Wolał spotykać się ze wspólnotą Kościoła podczas Mszy świętej w pobliskim kościele.

Reklama
Reklama

Śmiech lekarstwem dla duszy

Louis de Funès był zwierzęciem scenicznym. Chłonął deski teatru, czy plan filmowy. Doskonale odnajdywał się w każdej, nawet najmniejszej, drugoplanowej roli. Dodawał smaczku scenariuszom, do których dodawał niepowtarzalną mimikę, gesty i sposób bycia. Wszyscy jednak przyznamy, że najbardziej lubimy jego wcielenia komediowe.

Louis de Funès mówił, że śmiech jest dla duszy tym samym, czym tlen dla płuc. Zawsze poważnie podchodził do swoich widzów, ale robił wszystko, by w inteligentny sposób ich rozśmieszyć. Co zresztą doskonale mu wychodziło.

„Wszyscy, których znasz, są w salonie”

Na pytanie, czy jest wierzący, w jednym z wywiadów odpowiedział: od zawsze… Jezus był wpływowym towarzyszem mojego dzieciństwa, jest wpływowym towarzyszem mojego życia zawodowego i mego życia w ogóle (…). Na obrazkach mego katechizmu Jezus był zawsze kimś bardzo delikatnym, jasnowłosym i czuło się, że każdy poryw wiatru może go unieść, choć był on synem cieśli. Uwierz mi, że był facetem, który miał metr dziewięćdziesiąt, niezwykłą siłę i że miał takie bicepsy! Kiedy wyrzucał kupców za drzwi świątyni, brał ich po trzech… i hop! Mówił donośnym głosem, czynił cuda… Przewodził ludziom i mnie również, widzę go śmiejącego się – mówił.

Reklama
Reklama

Louis nie ukrywał, że w swoim życiu był bardzo szczęśliwy. Pomimo błędów, niektórych nieścisłości, potrafił cieszyć się z małych rzeczy i obecności bliskich. Potrafił łapać dystans do wszystkiego, co też pozwoliło mu tak doskonale wcielać się w powierzone role. Wiedział, że wszystko, co ma – zawdzięcza Jezusowi. Kiedyś, gdy zapytano go o to, co chciałby usłyszeć od Boga po śmierci, odpowiedział: Wszyscy, których znasz, są w salonie. Czekają na ciebie od dawna, od bardzo dawna. 

Zmarł 27 stycznia 1983 r.

kw, kobieta.interia.pl, misyjne.pl/Stacja7

Reklama

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę