Nasze projekty
fot. Archiwum Wspólnoty Betlejem

Betlejem w Jaworznie. Dom, który zbudowała Miłość

"Największy wyzwaniem czy też problemem bezdomności jest samotność. Jeśli ktoś się odnajdzie w jakiejś relacji, przestaje być bezdomnym" - mówi ks. Mirosław Tosza, założyciel wspólnoty Betlejem w Jaworznie w rozmowie z Piotrem Zworskim.

Reklama

Wspólnotę „Betlejem” tworzy środowisko ludzi skupionych wokół domu przy ul. Długiej 16 w Jaworznie: bezdomni, ubodzy, ich przyjaciele i wolontariusze. W budynku po dawnej szkole podstawowej mieszka obecnie dwadzieścia osób. Większość z nich ma za sobą bolesne doświadczenie bezdomności, uzależnienia, rozbitego małżeństwa, utraty wolności i odrzucenia. Są razem, by kochać Boga, służyć ubogim i wraz z nimi głosić Ewangelię. Pomysłodawcą i założycielem wspólnoty Betlejem w Jaworznie jest ks. Mirosław Tosza. Dzięki jego staraniom udało się pozyskać i wyremontować budynek starej i zrujnowanej szkoły, która od 2000 roku jest domem księdza i bezdomnych. Ksiądz Mirosław jest laureatem nagrody ks. Tischnera za działalność na rzecz ludzi ubogich i odrzuconych. 

Piotr Zworski: Skąd nazwa tego miejsca: Betlejem?

Ks. Mirosław Tosza: Kiedy zamieszkaliśmy tu blisko dwadzieścia lat temu, szukaliśmy nazwy dla tego miejsca. Inspiracją była lektura książki Niewygodne ewangelie Alessandra Pronzatto, włoskiego księdza, który pisze o pierwszej adoracji w historii Kościoła. Adoracji, do której zostali zaproszeni ubodzy pasterze, ludzie pogubieni, wywodzący się właśnie z tego szemranego środowiska. To był wybór Boga, żeby pierwszymi, którzy Go przywitają na ziemi i oddadzą Mu hołd, byli ubodzy.

Reklama
Reklama

Ilu pensjonariuszy liczy wspólnota w Betlejem?

Nie ma pensjonariuszy, są mieszkańcy. Mamy dom, w którym dziś mieszka piętnaście osób.

To ważne, żeby to miejsce nazywać domem, a nie schroniskiem dla bezdomnych?

Reklama
Reklama

Od początku bardzo nam zależało, żeby tworzyć nie ośrodek, noclegownię czy przytułek, tylko dom. Z różnych powodów, jest ich sporo. Jeśli przyjmujemy ludzi bezdomnych, podstawowym brakiem, jakiego doświadczają, jest brak domu, więc chcemy im go dać. Dom to trochę więcej niż noclegownia, przytułek czy schronisko.

Czyli spotkamy tu osoby, które są kimś więcej niż anonimowymi bezdomnymi?

Są przede wszystkim ludźmi – ludźmi z imionami, historią, pytaniami, tęsknotami, marzeniami, porażkami. Sam muszę cały czas o tym pamiętać, bo przywykliśmy mówić o bezdomnych jak o bezosobowej masie, w której wszyscy mają te same oczekiwania i te same potrzeby, a tak nie jest. Każdy z nich jest niepowtarzalną jednostką, osobowością.

Reklama

A znasz każdego z nich po imieniu?

Czy znam? Wiem, jak mają na imię.

A w sensie biblijnym?

Poznaję ich. Bo znać kogoś po imieniu to znać serce, znać istotę. Biblijnie, tak na wskroś, zna człowieka tylko Bóg. Więc niektórych znam po imieniu, a o niektórych wiem, jak mają na imię. To zasadnicza różnica.

Ale skoro to jest dom, w którym są mieszkańcy, a nie pensjonariusze, musisz wiedzieć o nich coś więcej.

Tak, jeśli mówimy o domu idealnym. Są domy – nie mówię o takich dla bezdomnych – w których ludzie mieszkają razem przez wiele lat i niewiele o sobie wiedzą albo wiedzą to, co sobie o drugim wyobrazili. Wiem, że nazywanie tego miejsca domem zobowiązuje. Być może to jest podstawowe zobowiązanie i najważniejsze wyzwanie: poznać domowników trochę lepiej.

Czy wola poznania jest obustronna? Na ile mieszkańcy są w stanie się przed tobą, księdzem, otworzyć?

To wymaga czasu. Odwołam się do przykładu wielbłądów, które pojawiły się u nas jakiś czas temu. One też mają swoje imiona: Kazek i Znaczek. Przygotowaliśmy dla nich zagrodę i piękny dom kryty trzciną, chcieliśmy je przywitać z honorami, były wyczekiwane, no i kosztowały niemało, a ich pierwszą reakcją było… plucie. Spluły nas porządnie. Mieliśmy dobre intencje, ale one o tym jeszcze nie wiedziały. Potrzebny jest czas. Teraz już nie plują, reagują na swoje imiona i nawzajem się siebie uczymy.

Kiedyś rozmawiałem z matką dziecka adoptowanego. Bardzo je kochała, ale otwarcie mówiła, że kiedy się rodzi dziecko biologiczne, startuje się od poziomu zero, natomiast z dzieckiem adoptowanym – ona zaadoptowała kilkulatka – zaczyna się od minus dziesięć. Musiała dojść do zera, aby po długim czasie wyjść w końcu na plus. Chodziło o wszystkie deficyty, które miało to dziecko. Ono także „pluło i kopało”. Czasem przesiadywało całymi dniami pod stołem. Nie umiało inaczej reagować. Myślę że podobnie jest tu, w Betlejem. Są mieszkańcy, którzy „plują i kopią”, bo inaczej nie potrafią. Trzeba wiele wyrozumiałości i cierpliwości. Jak sobie z tym radzisz?

Myślę, że odpowiedź jest w pytaniu. Słowo klucz to „zrozumienie” – chęć zrozumienia świata drugiego. Po latach takiej pracy, zebraniu pewnego doświadczenia człowiekowi się wydaje, że już wie, co będzie dalej, bo wysłuchał tak wielu historii. W tym domu mieszkało od początku jego założenia prawie dziewięćset osób, a ja z każdą z nich rozmawiałem, każdej wysłuchałem, więc mam pewien obraz i niebezpiecznie łatwo mógłbym popaść w rutynę. Pokusić się o diagnozę, stwierdzić: „Wiem, co ci jest, jakie są przyczyny twojej bezdomności, uzależnienia, wiem, dlaczego tak naprawdę byłeś w więzieniu”. Dlaczego? Bo te historie są bardzo do siebie podobne. W pewnym momencie przestajemy poznawać, drugi człowiek nie jest już tajemnicą ani nieodkrytym światem.

fot. Archiwum Wspólnoty Betlejem

Jest taka pokusa, żeby wymagać od tego człowieka wdzięczności i dostosowania się?

Pewnie, że tak. Wchodzi się w tę zależność, że dając dach nad głową, jedzenie, ubranie, łóżko, opiekę, chcesz, żeby się dostosowali. Jest potrzeba dostosowania się do pewnych reguł życia wspólnotowego, czyli regulaminu, przy jednoczesnej potrzebie zachowania tego swojego własnego świata, do którego człowiek ma prawo.

Dużo macie konfliktów?

Zastanawia mnie to, bo nie aż tak dużo. Mój ogląd jest jednak ograniczony, bo kiedy na przykład siedzimy razem przy stole, chłopaki zachowują się inaczej, posługują się trochę innym językiem. Początkowo mnie to irytowało i nazywałem to nieszczerością, udawaniem, hipokryzją, ale z czasem to zaakceptowałem. Nie muszę być częścią wszystkiego. Mamy nieraz problem z wychowaniem samych siebie, a to są dorosłe chłopy ze swoimi nawykami utrwalonymi przez długie lata. Po prostu tacy są. Mam więc świadomość, że to poznanie jest cząstkowe.

Dla mnie szokująca była wystawa prac Jacka Hajnosa, który portretował bezdomnych i przeprowadzał z nimi wywiady. Mieszkał w naszym domu trzy tygodnie i tu sportretował siedemnastu mieszkańców. Pojechaliśmy do Zakopanego na pierwszy wernisaż tych prac. Oprócz przejmujących grafik przedstawiono fragmenty wywiadów, których nasi mieszkańcy udzielali Jackowi. Kiedy czytałem te fragmenty, mówiłem, że to niemożliwe, że to nie jest o nich, to są zupełnie inne osoby! Okazało się, że Jacek zbudował z nimi taką relację, wzbudził w nich takie zaufanie, że oni mu opowiedzieli historie, których ja nigdy nie usłyszałem.

Ukuliśmy nawet taki slogan, że z bezdomności nie wychodzi się gdzieś, tylko do kogoś – co bywa skomplikowane, zwłaszcza jeśli się pracuje z ludźmi starszymi, którzy mają za sobą historię nieudanych związków. Dom, mówimy, to ludzie, a nie ściany.

Wasza relacja, a przynajmniej jej wzór, jest w pewnym sensie odbiciem relacji Bóg–człowiek, człowiek–Bóg. Mamy na świecie siedem miliardów ludzi, a On z każdym chce nawiązać indywidualną relację. Znał każdego z nas po imieniu, zanim się urodziliśmy. Jest w stanie policzyć włosy na naszej głowie. Wystarczy się tylko na tę relację otworzyć. „Tylko” albo „aż”… Podkreślasz mocno, że Betlejem to dom, a nie przytułek, bezdomni to mieszkańcy, a nie pensjonariusze. Czy to jest klucz do tego, aby ci ludzie stanęli na własnych nogach, z czasem opuścili dom i zaczęli żyć na własny rachunek?

Mają różne doświadczenia domu – albo jego braku – więc zawsze pozostaje pytanie, czym ten dom dla nich jest. Czasami mamy tu dyskusje statystyczne czy socjologiczne, że człowiek przestaje być bezdomnym w momencie, kiedy ma jakieś metry kwadratowe, klucz do drzwi i własne mieszkanie, pracę. Ale ja mówię o czymś głębszym. Największy wyzwaniem czy też problemem bezdomności jest samotność. Często jest tak, że ktoś stracił kontakt z najbliższymi, rozwiódł się, nie widuje się z rodzicami czy z dziećmi, z rodzeństwem, niekiedy narozrabiał, stracił zaufanie w swoim środowisku. Pojawia się pytanie nie tylko o to, gdzie żyć, ale też z kim. Przyglądając się osobom, które opuściły nasz dom, mogę stwierdzić, że udało się prawie każdemu, kto szedł do kogoś. Ukuliśmy nawet taki slogan, że z bezdomności nie wychodzi się gdzieś, tylko do kogoś – co bywa skomplikowane, zwłaszcza jeśli się pracuje z ludźmi starszymi, którzy mają za sobą historię nieudanych związków. Dom, mówimy, to ludzie, a nie ściany.

Czyli chodzi o relacje?

Przede wszystkim o relacje. Jeśli ktoś się odnajdzie w jakiejś relacji, przestaje być bezdomnym. Może mieszkać w Betlejem i stracić status bezdomnego w sensie nie tylko socjologicznym, ale też wewnętrznym, bo ma rodzinę. Kiedyś pojechaliśmy do Łagiewnik i w busie zastanawialiśmy się, jak mamy się przedstawić, bo przecież przed Mszą ksiądz zawsze wyczytuje, skąd przyjeżdżają  pielgrzymki. Co mieliśmy powiedzieć? Wspólnota bezdomnych z Jaworzna? „Nie, niech ksiądz tak nie mówi”. Wracaliśmy do naszej odwiecznej dyskusji, czy ci, którzy byli bezdomni, ale przyszli do nas i tu mieszkają – mają swój pokój zamykany na klucz, tworzą relacje z innymi – naprawdę są dalej bezdomnymi, czy nie; czy mamy dom dla bezdomnych, czy mamy dom dla byłych bezdomnych. Wspólnotą ubogich też nie jesteśmy. Zostaliśmy w końcu przy wspólnocie Betlejem z Jaworzna. Myślę, że ci ludzie nie chcą eksponować swojej bezdomności, dlatego staramy się tak układać tu życie, by to piętno mogli z siebie zrzucić.

W pewnym sensie wszyscy jesteśmy bezdomni. Może nie fizycznie, ale mentalnie. Mamy problem z nazwaniem swoich tęsknot. Mamy marzenia: o pięknej rodzinie, dobrej pracy, poukładanym życiu, bezpieczeństwie, poczuciu spełnienia – ale coś się nie udaje, coś nie wychodzi. Mieszkańcy Betlejem są tutaj, bo…?

Bo nie mają gdzie mieszkać. Bo spotkali kogoś, kto im powiedział, że zamiast być na ulicy mogą pojechać do takiego domu, gdzie będzie im lepiej. Bo mają rodzeństwo, które się przejmuje. Czasem dowiadują się o nas od kogoś. Nie mają lepszej alternatywy, tak zakładamy.

Nagle okazuje się, że to jedyne miejsce, w którym jest dla nich talerz zupy, łóżko i dach nad głową?

Tak. Przychodzą na dwa sposoby: jak syn marnotrawny lub jak pasterze, którzy przybyli do Betlejem. Ci pierwsi roztrwonili swój majątek i nie mają już nic, więc zatrzymują się w tym domu, do którego mogą wrócić – i to jest bardzo dobra motywacja. Ostatecznie syn marnotrawny porusza nas i inspiruje o wiele bardziej niż jego starszy brat, który niby był z ojcem, a tak naprawdę był na zewnątrz.

Natomiast pasterze przyszli do Betlejem, by opowiedzieć o tym, co się wydarzyło i co usłyszeli o Dzieciątku, posłani przez aniołów. Nigdy nie wiemy, jaki anioł stoi za kimś, kto przychodzi. Skąd mogę wiedzieć, czy przywiodły go tu tylko bieda, bezdomność i alkoholizm, czy może przysłał go anioł, który chce coś istotnego w Betlejem objawić? Czasem trzeba poczekać. To mnie zawsze fascynowało w tej scenie z pasterzami, którzy też nie byli doskonali.

Patrzę z podziwem na księdza, który jako dwudziestosiedmioletni kapłan decyduje się na życie z ubogimi. Ja w tym wieku niespecjalnie miałem ochotę na wyzwania, służbę, mimo że byłem już żonaty, a nawet zostałem ojcem. Jechałem na niezbędnym minimum. W zasadzie mógłbyś się zaszyć na plebanii, sprowadzić swoje kapłaństwo do roli urzędnika w kancelarii albo serwisanta sakramentów.

Takiej pokusy nie miałem, ale bardzo chciałem „uciec” do Paryża, do Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich. Zacząłem tam jeździć, ponieważ w osobistej drodze modlitwy bardzo odpowiadała mi adoracja i przeczytałem kiedyś regułę Źródło na pustyni miast Pierre’a‑Marie, założyciela tej wspólnoty. Bardzo mi się spodobało połączenie życia monastycznego z życiem w dużym mieście. Okazało się, że znajoma też jest w tej wspólnocie. Wszystko mi się tam podobało – do tego stopnia, że zacząłem się zastanawiać, czy nie zostać mnichem. Byłem już nawet po słowie z Pierre’em‑Marie.

A twoi przełożeni?

Rozmawiałem z moim biskupem, który oczywiście nie ucieszył się tą perspektywą. Powiedział, że w porządku, ale wrócimy do tematu za sześć lat, jak już trochę jako ksiądz okrzepnę na parafii. Ja mówię: odpracuję swoje za seminarium. Chciałem naciskać, byłem zdeterminowany… We wspólnocie też były pytania, rozmowy. I wtedy właśnie wydarzyło się coś bardzo ważnego dla mnie duchowo. Nie opowiadam o tym zbyt często. Otóż we wspólnocie jest taki zwyczaj, który myśmy przejęli – bardzo zresztą powszechny w Kościele – nocnej adoracji z czwartku na piątek. Zapisałem się na to czuwanie w kościele na trzecią w nocy w centrum Paryża, niedaleko Notre‑Dame. Żeby tam dotrzeć, musiałem przejść dwie przecznice z kamienicy czynszowej. Wszystko wtedy było piękne: atmosfera miasta, noc, adoracja, mniszki i mnisi. Po adoracji, na której bardzo dobrze mi się modliło, wróciłem pod kamienicę i zauważyłem, że nie mam klucza. Nie chciałem dzwonić, bo był środek nocy; pomyślałem, że wejdę, jak będzie szedł mój zmiennik. Kiedy byłem w kościele, pod drzwi kamienicy przyszła kobieta z małym dzieckiem.

Kloszardka?

Tak. Siedziałem na schodach, a ona spała pod zadaszeniem. Miałem nadzieję, że się nie obudzi, bo nawet nie potrafiłbym z nią porozmawiać, nie znam francuskiego. Obudziła się, ale nie powiedziała ani słowa. Zaskoczyła mnie tym, że nie próbowała zagadać, tylko leżała i patrzyła. Nie wiedziałem, jak się zachować. Trwało to chyba czterdzieści minut. Wszedłem wreszcie do klasztoru, poszedłem spać, ale nie mogłem zapomnieć o tej kobiecie. Jakiś czas później pojechałem na Dni Pustyni ze wspólnotą i powiedziałem Pierre’owi‑Marie o tym spotkaniu i o tym, że spojrzenie tamtej kobiety mnie prześladuje. Zapytałem, jak radzą sobie z przychodzącymi bezdomnymi, a on wyjaśnił sposób postępowania ich wspólnoty wobec ubogich. Później zaczęła we mnie kiełkować myśl, że moim zadaniem może być stworzenie wspólnoty, w które będzie można życie z ubogimi łączyć z adoracją, odnajdywać Pana w adoracji i w ubogich. A dopiero teraz, po dwudziestu pięciu latach kapłaństwa, przyszedł mi do głowy obraz Matki Bożej i myśl: może ta kobieta, ta matka z dzieckiem, to Maryja w drodze do Betlejem?

Pan Bóg mówi do nas przez konkretnych ludzi.

Wróciłem z Paryża z przekonaniem, że Pan Bóg oczekuje ode mnie zaangażowania na miejscu, w Polsce. Dostałem nominację na parafię. Kanclerz mi powiedział: „W tej parafii potrzeba dużo miłości do ludzi”. Dzisiaj bym zapytał, czy ma takie, w których nie potrzeba. Ale dzielnica rzeczywiście była trudna: dużo problemów, sporo pogubionych ludzi i pijaństwa. Mimo wszystko mam stamtąd bardzo dobre wspomnienia. Sosnowiec. Byłem tam cztery lata, a w tym roku pojechałem w odwiedziny po kilkunastu latach przerwy z okazji dwudziestopięciolecia kapłaństwa. Zastanawiałem się, czy ludzie będą mnie jeszcze pamiętać, a miałem wrażenie, jakbym wrócił po miesięcznym urlopie. Bardzo żywo reagowali, bardzo serdecznie.

Cały czas miałem w głowie te myśli o wspólnocie. 14 lutego 1996 roku pojechałem na kawę do ks. Józefa Lendy, proboszcza w rodzinnej parafii w Jaworznie. Pytał, czy nie mam jakiegoś pomysłu, bo miasto przekazało na działalność charytatywną opuszczoną szkołę. Od razu pojechałem zobaczyć budynek. Był całkowicie zrujnowany, wszystko zarośnięte, w opłakanym stanie. Dzisiaj jest luksus. Ale kiedy stanąłem przed tą szkołą, natychmiast pojawiło się poczucie, że to jest to miejsce. Tak się zaczęło. Wieczorem spotkałem się jeszcze z przyjaciółmi z Wiary i Światła, paroma osobami, które wyraziły chęć zaangażowania. Ustaliliśmy, że pojedziemy do Francji, odwiedzimy różne tamtejsze wspólnoty, między innymi Chleb Życia – wspólnotę, którą w Polsce prowadzi s. Joanna Chmielewska. I do Lisieux, powierzyć wszystko św. Teresie, bo ona była bardzo ważna w mojej drodze i poszukiwaniach.

Mieliśmy plan. Poszedłem do biskupa, a on powiedział: „Dopiero chciałeś zostać mnichem, teraz chcesz coś zakładać… Zdecyduj się, co chcesz robić”. I stwierdził: „Na razie masz być na parafii”. Jeszcze parę razy za nim chodziłem, ale zawsze odmawiał. Po dwóch latach niespodziewanie powiedział: „Dobrze, to ksiądz tam pójdzie tworzyć tę wspólnotę”. Teraz sobie myślę, że to trochę zaskakujące, bo byłem wtedy księdzem z bardzo krótkim stażem.

Mieliście jakieś pieniądze na ten projekt?

Żadnych. Dużo idei. Trochę mniej zdrowego rozsądku. Może dobrze, że na początku przychodzi taka łaska zaciemnienia. Człowiek sobie nie wyobraża pewnych rzeczy. To było wielkie wyzwanie, wielka chałupa, właściwie nie wiedziałem, jak się za to zabrać. Ale mieliśmy poczucie, że to jest dzieło Boże, że Pan Bóg to miejsce wybrał. I spokój w sercu, że środki też się znajdą, choć to wszystko nie miało jeszcze żadnej formy. Mam jakieś notatki z tego czasu, przemyślenia, pomysły. Niektóre z nich spełniły się z naddatkiem, niektóre nie wypaliły – całość zweryfikowały życie i łaska Boża.

[…]

Bóg nie wymaga, żebyśmy wszystko kupowali czy mieli; chce, żebyśmy dali pięć chlebów i dwie ryby, a o resztę prosili. A my poczuliśmy się już na tyle pewni, twórczy i niezależni, że przestaliśmy sprawy ekonomiczne oddawać w ręce Chrystusa. Chcieliśmy sobie uczciwie na wszystko zarobić.

Nie wiem, czy pamiętasz, co następuje po rozmnożeniu chleba.

Burza na jeziorze.

Właśnie! Marek opisuje to w ten sposób, że Jezus chce jeszcze zostać z tłumem, ale prosi uczniów, aby ci przeprawili się już na drugą stronę jeziora. Oni płyną, a Jezus idzie się modlić. Nagle zaczyna grzmieć, zrywa się wiatr, robi się niebezpiecznie. Jezus to widzi, więc idzie do uczniów. Idzie po wodzie. A oni się boją. Na koniec tego fragmentu padają słowa: „I wszedł do nich do łodzi, a wiatr się uciszył. Wtedy oni tym bardziej zdumieli się w duszy, nie zrozumieli bowiem [zajścia] z chlebami” (Mk 6, 51–52).

Fajnie, że to przytoczyłeś, bo to jest dowód, że nawet jeżeli przeżyjemy takie cuda jak rozmnożenie chleba, nie mamy gwarancji, że jutro będziemy o nich pamiętać. Taka jest nasza natura i stąd konieczność zwracania się do Ewangelii – pewnie po to są te kryzysowe sytuacje. Musimy się zastanowić, jak słowa: „Nie martwcie się, co jeść, co pić, czym się macie przyodziewać; szukajcie królestwa Bożego, a wszystko wam będzie dane” pogodzić z zaleceniami: „Jeśli chcesz zbudować, to usiądź i policz; jak chcesz stoczyć walkę, zastanów się, czy masz dość żołnierzy i dobrą taktykę”. One nie wykluczają się nawzajem. Z jednej strony trzeba pracować, angażować się, nie być obciążeniem dla innych – uważam, że to jest sprawa sprawiedliwości i honoru – a z drugiej nie przestawać liczyć na Opatrzność. Nie liczyć tylko na siebie.

Wywiad jest fragmentem książki „Dzisiaj w Betlejem” autorstwa Piotra Zworskiego


ks. Mirosław Tosza, Piotr Zworski

Dzisiaj w Betlejem

Ksiądz Mirosław Tosza, założyciel wspólnoty Betlejem, na co dzień mieszka z najsłabszymi, biednymi i bezdomnymi. Wraz z nimi tworzy dom. Nie przytułek czy schronisko. Prawdziwy dom, który przywraca jego mieszkańcom godność i poczucie wolności.

W  rozmowie z  Piotrem Zworskim ks. Mirosław zdradza przepis na nienormalną normalność, opowiada o prawdziwym byciu z drugim człowiekiem, szalonej pielgrzymce z bezdomnymi do Ziemi Świętej czy wyprawie traktorami do św. Teresy z Lisieux.

Odkryj drogę do Betlejem. Bo Betlejem to nadzieja i miłość. A tych dziś bardzo potrzebujemy.

KUP KSIĄŻKĘ>>>

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę