Niepotrzebny poecie panteon

Nie wsłuchuję się w spory o miejsce pochówku z zasady. Po prostu nie mieszczą się one w moich kanonach estetycznych. Jest mi naprawdę wszystko jedno, czy ktoś wielki zostanie pogrzebany na Wawelu, Skałce, Powązkach czy w innym panteonie. A jeśli wyraził chęć spoczynku w rodzinnym grobie w Koziej Wólce, to również uważam, że należy mu się takie prawo.

Szymon Babuchowski
Szymon
Babuchowski
zobacz artykuly tego autora >

Byleby godnie, cicho, w zamyśleniu nad wiecznością. Bez zbędnych dyskusji, kłótni, jątrzenia. I to, że ktoś za życia był może nie do końca święty, również nie ma tu nic do rzeczy. Bo osądzi Bóg – my mamy tylko pożegnać.

Zawsze jednak, kiedy strzępy tych sporów docierają do moich uszu, nie mogę opanować rozbawienia jałowością argumentów padających w dyskusji. Warszawa – bo stolica. Kraków – bo kultura. Osobiście wolałbym być pochowany w Katowicach. Kocham to brudne miasto, w którym się urodziłem i przemieszkałem całe dotychczasowe życie. I tak jakoś naturalnie byłoby spocząć w tej ziemi, z którą czas mnie związał. Ale jeśli stanie się inaczej, nie będę płakał z nieba, gdzie mam nadzieję trafić.

Katowice są na szczęście jeszcze wolne od snobizmów towarzyszących życiu w naszych największych metropoliach. U nas nadal je się obiady, a nie „lancze” jak w Warszawie. A jeśli ktoś pisze wiersze czy śpiewa piosenki, to nie musi od razu – jak w Krakowie – aspirować do bycia częścią bohemy, grzejącej się w swoim złudnym blasku. Na prowincji – bo z perspektywy tych dwóch ośrodków Katowice są prowincją – jesteśmy bardziej pojedynczy, ale też chyba bardziej prawdziwi. Nie potrzebujemy towarzyskich luster, by się w nich przeglądać.

Jeśli już jednak musiałbym wybierać między Warszawą a Krakowem, bez wahania wybrałbym Kraków. Zbyt dobrze pamiętam swoją młodzieńczą wyprawę do Warszawy, kiedy najpierw nie umiałem znaleźć właściwego wyjścia z Dworca Centralnego, a potem zakręciło mi się w głowie od patrzenia na otaczające mnie wieżowce. Dziś wspominam to z uśmiechem, ale coś z tamtego doświadczenia musiało we mnie pozostać, bo choć ostatecznie polubiłem to miasto, nadal czuję się w nim trochę nieswojo.

Z Krakowem jest inaczej, bo Kraków to miasto z sercem, którym jest Rynek. O ile Warszawa na pierwszy rzut oka wydaje się chaotycznym zlepkiem nieprzystających do siebie rzeczywistości, o tyle w Krakowie wszystko zmierza do tego centralnego punktu, gdzie można się spotkać wśród oswojonych obrazów i dźwięków.

Niepotrzebny poecie panteon

W Warszawie trudniej jest się spotkać, bo Warszawa rośnie w górę. Staje na baczność, pręży muskuły, poprawia make-up. To nowe oblicze miasta jest tworzone z myślą o tych, którzy chcą się pokazać, zaistnieć towarzysko i medialnie, złapać dobrze płatną pracę. W tym celu zrobiliby wiele, niektórzy może nawet wszystko. Nie czują się związani z miejscem, traktują je wyłącznie jako trampolinę do osobistego sukcesu. Dlatego żyją na pokaz, grają i szpanują.

Krakowianie są bardziej zakorzenieni w swoim mieście. Jasne, też szpanują, tyle że bardziej swojsko. Nie modnym ciuchem czy fryzurą, ale byciem w towarzystwie, obracaniem się w kręgach, piciem z tym czy z tamtym. Mimo wszystko wolę taki szpan, bo zakłada jakieś ludzkie relacje. Nawet jeśli są one w pewnym stopniu interesowne, to wierzę, że ze spotkania człowieka z człowiekiem zawsze może wyniknąć jakieś dobro – koleżeństwo, przyjaźń, miłość. Nie sądzę natomiast, by coś takiego mogło być owocem fotografowania się na tle ścianki z logami znanych firm.

Ktoś powie, że to, co tu piszę, to stereotypy. To prawda – każde uogólnienie jest krzywdzące. Trudno jednak budować w sobie obraz miasta bez takich uogólnień. Dopiero potem na te powierzchowne obserwacje nakładają się niuanse – prywatne zachwyty sprowokowane ciekawą historią, urokiem jakiegoś mało znanego miejsca czy rozmową z mądrym człowiekiem. Takie obrazy Warszawy i Krakowa również w sobie noszę. Żałuję tylko, że te sceny nie rozgrywają się na pierwszym planie.

Niepotrzebny poecie panteon

Co najbardziej rzuca się w oczy? Dwie ułudy. Pierwsze miasto, które ślepo wierzy w swoją nowoczesność, rozbawione, zadufane w sobie, gardzące anachronicznym „zaściankiem”. I drugie miasto, które tak uwierzyło w siłę swojej tradycji, że nie zauważyło, kiedy jego najwięksi odeszli. A następców nie widać.

Mniej więcej dziesięć lat temu moi rówieśnicy stworzyli antologię młodej literatury „Tekstylia”. Książka była gruba, wydarzenie szeroko komentowane w mediach jako gest niemal pokoleniowy. Tyle że teksty pomieszczone wewnątrz okazały się żenująco słabe. Dziś wiemy, że nie przetrwały próby czasu. Dlaczego tak się stało? Powodów jest wiele, ale jeden z najważniejszych to klucz doboru autorów. Redaktorzy antologii ulegli złudzeniu, że polska literatura to niemal wyłącznie Warszawa i Kraków. Tymczasem najlepsza poezja, proza i dramat powstają dziś na prowincji: w Milanówku, Matarni, Koronowie, Wołowcu, Pszowie i wielu innych miejscach, które czasami trudno nawet znaleźć na mapie. Niech chociaż ten fakt będzie dla mieszkańców wielkich metropolii lekcją pokory. Bo czasem obserwacja życia w przydomowym ogrodzie jest ciekawsza niż widok z panteonu.

Szymon Babuchowski – muzykujący poeta, dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, miłośnik taniego podróżowania, mieszkaniec Katowic.

 

 
Szymon Babuchowski

Szymon Babuchowski

Muzykujący poeta, dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, miłośnik taniego podróżowania, mieszkaniec Katowic.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Babuchowski
Szymon
Babuchowski
zobacz artykuly tego autora >

Książkowe must have

Nie wiem czy odwiedzaliście ostatnio księgarnie? Jeśli tak, to z pewnością zauważyliście, że ich przestrzenią zawładnęły podręczniki i wszystko, co jest związane ze szkołą. Nie da się ukryć: to koniec wakacji. I bardzo dobrze! Bo przecież zaczyna się nowy etap w naszym książkowym życiu: spędzane pod kocem deszczowe wieczory, z kubeczkiem herbaty w jednej ręce i dobrym tytułem w drugiej. A jesień będzie tego roku niezwykle mocna, jeśli chodzi o książki, które trzeba mieć!

Monika Bartys
Monika
Bartys
zobacz artykuly tego autora >

Książkowe must have

Zacznijmy od tytułu, który już kilka tygodni jest na ustach wszystkich. „Papusza” Angeliki Kuźniak to wybitna książka reporterska o zapomnianej dziś poetce, cygance, kobiecie samotnej. Bronisława Wajs, znana jako Papusza czyli Lalka, została odkryta przez Jerzego Ficowskiego. To on pokazywał jej wiersze Tuwimowi, aby w końcu je opublikować. Papusza ujawniła swoją wrażliwość światu i została odtrącona przez swoich. Oskarżali ją o to, że zdradziła ich głęboko skrywane plemienne tajemnice. Kuźniak nie dochodzi w tej książce do głosu. Pokazuje listy, zachowane teksty, pamiętnik Papuszy. Czytelnik zostanie niejako sam na sam z kobietą i jej losem. Dzięki temu książka jest tak wyraźna i zostawia po sobie niezwykle mocne wrażenie. Jest pięknym preludium do filmu Krzysztofa Krauzego, w którym Papuszę zagrała Jowita Budnik. Film jesienią wejdzie do kin.

Książkowe must have

Wszystkie dziewczyny, które czytają powieści Marii Nurowskiej z pewnością będą zachwycone tą książką. „Matka i córka” to poruszająca opowieść o dwóch kobietach związanych mocną więzią, a jednocześnie diametralnie różnych. To bardzo szczery tekst, który musiał wiele kosztować i matkę, i córkę. Nurowska opowiada o swoim trudnym dzieciństwie, rodzicach alkoholikach, o wczesnym macierzyństwie, o chorobliwym lęku o Tatianę. Tatiana z kolei w bardzo dojrzały sposób widzi trudne relacje z matką, pokazuje jak walczy o normalność w swojej obecnej rodzinie. Ta książka jest niebywale dynamiczna, pokazuje, jak kobiety zbliżają się do siebie, pokonując niewypowiedziane żale i zabliźniając rany. Czytelnik uczestniczy w tym, ale nie przekracza cienkiej granicy wścibstwa czy podglądania. Książkę można traktować jak piękną opowieść, ale również jako poradnik pomocny w naprawieniu trudnych relacji z matką czy z córką.

Książkowe must have

Inna książka dla kobiet, tym razem dla tych, które uwielbiają historie oparte na faktach, oglądają „Czas honoru” albo po prostu lubią dobrą literaturę. „Kobieta, która spadła z nieba” Simona Mawera to powieść, która powstała po tym, jak autor dogłębnie poznał kilkanaście losów brytyjskich agentek służb specjalnych. Ann-Marie to uosobienie tych młodych dziewczyn, które w czasie wojny dojrzewały emocjonalnie, przeżywały pierwszą prawdziwą miłość, a jednocześnie całe życie świadomie poświęcały krajowi. Powieść Mawera trzyma w napięciu, a jednocześnie wzrusza. Jest jak dobry film wojenny, w którym psychologia postaci gra najważniejszą rolę. Ważna lektura, zwłaszcza teraz, gdy wszyscy wspominamy początek II wojny światowej, a nie tak dawno przypominaliśmy sobie Powstanie Warszawskie.

Książkowe must have

Książka, która przenosi nas do czasu dwudziestolecia międzywojennego to reportaż Cezarego Łazarewicza pt. „Sześć pięter luksusu”. Tytuł odnosi się do dawnego domu towarowego braci Jabłkowskich, w którym obecnie mieści się warszawska księgarnia Traffic Club. Zawsze, gdy jestem w Warszawie staram się odwiedzić Traffic. Dobrze się czuję w tej przestrzeni wypełnionej książkami, płytami, z kawiarenką na ostatnim piętrze, gdzie zawsze przeglądam upolowane zdobycze. Tym ciekawiej będzie pójść do Trafficu teraz, po tej lekturze. Wyczytałam w niej, że Bracka 25 był to swego czasu najbardziej pożądany adres w mieście. Pierwszy luksusowy sklep, na którym podobno wzorował się Prus pisząc Lalkę i tworząc imperium Wokulskiego. Gdyby nie wojna i późniejsze działania władz mogliśmy mieć swojego Harrodsa. Książka Łazarewicza to piękny obraz przedwojennej Warszawy, a jednocześnie fascynujące i wręcz nieprawdopodobne losy rodziny, której udało się stworzyć wspaniałą firmę ciężką pracą i determinacją.

Książkowe must have

Nie wiem jak Wy, ale ja nie należę do osób, które jesienią zaczynają robić konfitury, przetwory czy soki. Jednak po lekturze książki Julity Bator o wiele mówiącym tytule „Zamień chemię na jedzenie” zapragnęłam to wszystko zrobić samodzielnie. Okazuje się, że produktom, które stoją na sklepowych półkach za grosz nie można ufać. W dżemach znajdziemy owoców tyle, co kot napłakał, ketchup jest dosładzany, a niewinnie wyglądający jogurt często przypomina tablicę Mendelejewa. Autorka też kiedyś nie zwracała uwagi na to, co ląduje w jej lodówce. Aż do czasu, gdy na antybiotyki dla trojga dzieci zaczęła wydawać więcej niż na jedzenie. Zaczęła robić domowy doktorat ze znaczenia dziwnych słów na etykietach i udowodniła, że w tym szaleństwie jest metoda. Jej dzieciaki już nie chorują. Zamieniły soki na wodę, cukierki na lizaki własnej roboty, chleb i mięso jedzą tylko wtedy, gdy uda się je kupić w sprawdzonym lub poleconym miejscu. Książka jest świetnym poradnikiem, otwiera oczy na wiele jedzeniowych zależności, no i kosztuje mniej niż antybiotyk!

Monika Bartys

Monika Bartys

Monika Bartys – zaczęła czytać w wieku trzech lat. Czytała wszystko: od książeczek o Misiu Uszatku po instrukcje obsługi. Rodzice trochę się o nią martwili i w efekcie zapisali na naukę gry na akordeonie. Oczywiście czytanie nut przegrało z czytaniem liter. Kiedy ukończyła polonistykę przez jakiś czas uczyła małe dzieci. Obecnie namawia wszystkich do czytania i kupowania książek. Prywatnie jest szczęśliwą mamą. W wolnych chwilach śpi lub… czyta.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Monika Bartys
Monika
Bartys
zobacz artykuly tego autora >