Książkowe must have

Wakacje czas zacząć! Sesja zaraz dobiegnie końca, zawodowe projekty przejdą w krótki czas uśpienia, a my będziemy myśleć już tylko o ekscytujących podróżach, beztroskim relaksie z książką i ładowaniu akumulatorów.

Monika Bartys
Monika
Bartys
zobacz artykuly tego autora >

Książkowe must have

Jeśli planujecie wakacje w Polsce i macie małe dziecko warto zaopatrzyć się w rodzinny przewodnik Bezdroży pt. „Polska z dzieckiem”. Można z nim przejechać cały kraj: od Warszawy po Bieszczady i Podkarpacie. Oprócz informacji dotyczących tego co warto z dziećmi obejrzeć i ile to kosztuje autorzy przywołują ciekawe historie, legendy lub podania związane z poszczególnymi miejscami. Można je przeczytać dzieciom przed zwiedzaniem poszczególnych miast. Bardzo podobało mi się też to, że przewodnik nie dotyczy tylko największych metropolii, w pewnym sensie oczywistych turystycznie, ale pokazuje wiele bardzo małych miejscowości, do których warto się wybrać będąc w pobliżu Gdańska, Poznania czy Lublina.

Książkowe must have

A może chcielibyście wyruszyć w tym roku na egzotyczną wyprawę np. rowerem, ale nie pozwala Wam praca, rodzinne obowiązki lub braki w kasie? Aby zupełnie nie rezygnować z marzeń i znaleźć motywację do pokonania przeszkód warto przeczytać świetną książkę Roberta Maciąga pt. "Tysiąc szklanek herbaty". To bardzo plastyczna, pachnąca słodką herbatą i wciągająca opowieść o rowerowej wyprawie autora i jego przyjaciół Jedwabnym Szlakiem. Syria, Turcja, Iran, Turkmenistan, Uzbekistan, Tadżykistan, Chiny. Nazwy miast niczym arabskie zaklęcia: Damaszek, Samarkanda, Palmira. Osiem miesięcy w trasie, setki spotykanych ludzi i ponad trzysta stron fascynujących historii. Na koniec tylko dodam, że książka jest nietuzinkowo wydana i zawiera wiele pięknych zdjęć.

Książkowe must have

Ale nawet wakacje na działce mogą być świetne, jeśli tylko pogoda dopisze i uda nam się rozłożyć na hamaku z absolutną klasyką literatury. Wznowione niedawno „Wichrowe wzgórza” Emily Brontё do takiej z pewnością należą. To zniewalająca powieść, do której warto od czasu do czasu powracać. Mroczne wrzosowiska, błotniste obejścia, samotność, miłość i zło, które niepostrzeżenie wkrada się do serca. Cathy i Heathcliff to para, która od 1847 roku, kiedy to powieść została po raz pierwszy opublikowana, będzie rozpalała wyobraźnię nie tylko zwykłych czytelników, ale również reżyserów, pisarzy, muzyków. Lektura obowiązkowa, a przy tym piękna i wzruszająca.

Książkowe must have

Z kolei dla fanów literatury rosyjskiej spod znaku „Anny Kareniny” mogę zaproponować świetną powieść Anny Borisowej pt. "Pory roku". Właściwie napisał ją pod pseudonimem Boris Akunin, ale jest ona tak inna od poprzednich książek autora, że informacja ta może być li tylko gwarancją świetnego pióra. Borisowa opowiada nam historię Aleksandryny, szaleńczo zakochanej w przystojnym Dawidzie. Ich pierwsze spotkanie (dziewczyna ma wtedy trzynaście lat) przewróci do góry nogami jej życie, ale też świat, w którym dorastała (w Rosji zaczyna się wojna domowa). Wielka miłość, tęsknota, historyczne zawirowania i obietnica wiecznej młodości – oto co na wakacje ma dla nas Akunin w postaci Borisowej.

Książkowe must have

Dla wszystkich, którzy chcą trzymać rękę na pulsie nowej polskiej prozy i przeczytali już „Ości” Karpowicza donoszę, że niedawno ukazała się powieść Huberta Klimki-Dobrzanieckiego. "Grecy umierają w domu" to przewrotna opowieść o greckich repatriantach osiadłych na polskim Śląsku. Grecja i Polska, rodzinna tajemnica, poszukiwanie prawdy o sobie i swojego miejsca w świecie to problemy, które podejmuje Klimko. Dla znających jego prozę nie będą niczym nowym, ale fani tego pisarza kochają go właśnie za tę tematyczną powtarzalność, cyniczne podejście do świata i absurdalne poczucie humoru. Niezależnie od tego czy pisze na Islandii, na Bornholmie czy w Grecji zawsze jest blisko uniwersalnych problemów.

Monika Bartys

Monika Bartys

Monika Bartys – zaczęła czytać w wieku trzech lat. Czytała wszystko: od książeczek o Misiu Uszatku po instrukcje obsługi. Rodzice trochę się o nią martwili i w efekcie zapisali na naukę gry na akordeonie. Oczywiście czytanie nut przegrało z czytaniem liter. Kiedy ukończyła polonistykę przez jakiś czas uczyła małe dzieci. Obecnie namawia wszystkich do czytania i kupowania książek. Prywatnie jest szczęśliwą mamą. W wolnych chwilach śpi lub… czyta.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Monika Bartys
Monika
Bartys
zobacz artykuly tego autora >

Nie jestem w głównym nurcie

Jego głos znają entuzjaści sportu w całej Polsce. Jednak niewielu wie, że studiował teatrologię na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz ukończył krakowską PWST. Zamiast w teatrze zaistniał w telewizji. Przemysław Babiarz, komentator sportowy w TVP, laureat Wiktora 2012, w rozmowie z Martyną Słowik opowiada o studenckich czasach, emfatycznych skłonnościach oraz wartościach, do których zawsze się przyznaje.

Przemysław
Babiarz
zobacz artykuly tego autora >
Martyna
Słowik
zobacz artykuly tego autora >

Pochodzi Pan z Przemyśla. Dlaczego wybrał Pan Kraków jako miejsce do studiowania?

Był to pierwszy kierunek dla maturzystów z Przemyśla. Kraków miał bardzo dobre połączenie kolejowe z Przemyślem. Na tej trasie kursowało kilkanaście pociągów dziennie. To miało znaczenie przy wyborze miasta do studiowania. Oprócz tego wspólnota kulturowa – Kraków i Przemyśl to Galicja, więc podobne słownictwo, nazewnictwo… Ogromnie ważna była też sława Uniwersytetu Jagiellońskiego, która przyciągała. To był koronny argument, że jeżeli kończyć uniwersytet, to jakiś wybitny, który – mimo wpływu marksizmu, dającego się wtedy zauważyć – ma mocne korzenie.

Dlaczego akurat teatrologia?

To był przypadek. Byłem finalistą olimpiady polonistycznej. Miałem prawo do bardzo dobrej oceny z polskiego podczas egzaminów wstępnych na studia. Chciałem iść na polonistykę. Nie chciałem być nauczycielem, więc w formularzu zakreśliłem nienauczycielską. Później przyjechałem na egzamin wstępny i nie mogłem odnaleźć się na liście kandydatów. Wtedy zjawił się nasz późniejszy opiekun roku, wtedy magister, obecnie dr hab. Włodzimierz Szturc, który mi powiedział: „Pan wypełniał nienauczycielską, tak? To pan jest na teatrologii albo filmoznawstwie”. Wylądowałem na teatrologii.

Jak wspomina Pan te trzy lata studiów na UJ? Co Panu najbardziej utkwiło w pamięci?

Na początku była to dla mnie wielka zmiana w życiu. Trzeba wyjść z domu rodzinnego, przyjechać do innego miasta, które jest wprawdzie bardzo atrakcyjne i ja je bardzo kocham, ale wtedy mnie przerażało swoim ogromem. Musiałem bardzo dużą walkę stoczyć, żeby się zaadaptować w nowym środowisku. Drugą trudnością był język profesorów, docentów, asystentów… W  porównaniu do języka stosowanego w szkole średniej, nawet bardzo dobrej, jest dla młodego studenta dość hermetyczny. Pamiętam, że pierwsze zajęcia na które trafiłem dotyczyły warsztatu polonisty, więc miały charakter wiedzy o bibliografii, wyszukiwaniu… To były rzeczy, które mnie wtedy kompletnie nie interesowały. Nie mogłem ich przyswoić. Było to takie pierwsze uderzenie na „nie”. Później były też zajęcia z historii dramatu, czy z historii literatury, czy z gramatyki opisowej… One bardziej pasowały do moich zainteresowań. Ale dawka nowej wiedzy była ogromna. Pamiętam pierwsze wykłady. Prof. Tadeusz Ulewicz stał wtedy na czele Katedry Literatury Staropolskiej, i jak przedstawił zakres lektur, które mamy przeczytać do egzaminu, no to szczęka opadła. Zarówno jeśli chodzi o liczbę tych lektur, jak i formę – literatura  staropolska, hermetyczna językowo. Wszystko to trzeba było wchłonąć  w wydaniach Biblioteki Narodowej, ze wstępami często dłuższymi od samych utworów.

Przeczytał Pan wszystkie te wymagane lektury?

Z osiemdziesięciu kilku lektur przeczytałem jakieś trzydzieści kilka.

Nie jestem w głównym nurcie

To i tak dobry wynik.

Wie Pani, dzisiaj wiedziałbym  o czym tamci profesorowie i asystenci do mnie mówili. Dzisiaj bym rozumiał ten język. Natomiast wtedy, mimo że pasjonowałem się słownikiem wyrazów obcych, to było dla mnie trudne.

Jak w latach 80. wyglądało życie studenckie w Krakowie? Gdzie się bywało, dokąd chodziło?

Struktura gastronomiczna Krakowa była zupełnie odmienna (uśmiech). Wtedy można było wybrać się do pani Stasi, która nadal istnieje, za Małym Rynkiem, jadłodajnia „U Stasi”. Tam się chodziło na ruskie pierogi… Raz na jakiś czas człowiek chciał też skoczyć do jakiejś restauracji, i wtedy odwiedzało się „Cechową” na ul. Jagiellońskiej. Chodziliśmy tam na placki po węgiersku. Z knajp były jeszcze Kurza Stopka, bo Wierzynek był za drogi. I na tym się kończyło.

A co z nocnym życiem?

Na imprezy chodziło się do ludzi. Albo do akademików, albo jak ktoś miał stancję, w której mógł pomieścić kilka osób. W szkole teatralnej to też inna historia, bo zajęć na uczelni było bardzo dużo, nierzadko od rana do wieczora, więc też byliśmy bardzo zżyci ze sobą. Mieszkałem w akademiku przy ul. Pomorskiej. W pokojach kwitło życie towarzyskie. Grywaliśmy w brydża do rana, dyskutowaliśmy o sztuce, o życiu… Mieszkanie w akademiku było jedną wielką rozrywką. Wspominam je z sentymentem. Niedawno zamówiłem sobie pokój w tym hotelu, spędziłem tam dwie noce, ale było to wyjątkowo smutne. Mimo że są to te same pokoje, to bez ludzi to już nie jest to samo miejsce. Stwierdziłem, że więcej tam nie pójdę.

Jak to się potoczyło, że z aktora stał się Pan dziennikarzem?

Życie mnie pchnęło w tym kierunku. Sportem interesowałem się zawsze. Wynikało to poniekąd z zainteresowań mojego taty, braci mojego taty… Po ukończeniu PWST wyjechałem do Gdańska i rozpocząłem pracę w Teatrze Wybrzeże. Ale tam niespecjalnie mi się wiodło. To był czas przemian w Polsce. Teatry zaczęły być finansowane w o wiele mniejszym stopniu niż za PRL-u. Redukowano etaty. W ciągu tych trzech lat aktorskiej pracy coś tam zagrałem, jakieś niezbyt istotne role, epizodyczne albo drugoplanowe i niesatysfakcjonujące. W marcu ’92 nadszedł czas tzw. rozmów sezonowych. I wtedy dowiedziałem się, że teatr nie przedłuża ze mną kontraktu. Że mnie wyrzucają. Zacząłem szukać pracy, ale nie bardzo mogłem znaleźć, bo na Wybrzeżu teatrów nie ma za wiele. Jednocześnie w telewizji ogłosili, że redakcja sportu i rekreacji poszukuje kandydatów na komentatorów oraz dziennikarzy sportowych. To był rok letnich igrzysk olimpijskich w Barcelonie. No i rodzina mnie wypchnęła (uśmiech). W ten sposób z niechcianego aktora stałem się chcianym, przynajmniej przez telewizję, komentatorem.

Nie jestem w głównym nurcie

fot. Maciej Grzymek

Studia aktorskie chyba bardzo Panu pomogły w pracy komentatora sportowego. Dykcja, ustawienie głosu, prawidłowe oddychanie – to ważne w obydwu zawodach. Czy było coś wyniesionego ze szkoły teatralnej, co przeszkadzało?

Jest taka cecha, ale bardziej moja indywidualna, niż wyniesiona ze szkoły teatralnej. Mam skłonność do emfazy. Do pewnej nadwyrazistości. Musiałem ją zresztą powściągać jako aktor, bo aktor wcale nie powinien być nadwyrazisty. Rzeczą, która jest najważniejsza i dla aktora i dziennikarza i w ogóle życiowo, jest koncentracja. Człowiek musi cały skoncentrować się na tym, co chce zrobić i jak ma to zrobić. Dyscyplina, wyciszenie, trening ‒ to podstawa. Przygotowanie do każdego występu. Kiedy człowiek jest przygotowany ‒ czuje się mocny, a kiedy  czuje się mocny – otwiera się. Natomiast nieprzygotowanie powoduje lęk, niepewność, rozproszenie. Moje życie zawodowe to nieustanna walka o koncentrację.

Co jakiś czas komentatorom sportowym, zdarzają się zabawne wpadki językowe. Czy którejś z nich szczególnie się Pan wstydzi?

Najbardziej boję się zapominania nazwisk. Świetnie pamiętam cyfry, liczby, ale mam problemy z nazwiskami. Nie dlatego, że ich nie znam, tylko dlatego, że czasami pod wpływem tremy człowiek się rozprasza. I wtedy ucieka mi najbardziej podstawowe nazwisko. Nagle go nie mam. Chcę powiedzieć, widzę twarz, widzę osobę, znam jej historię i nagle nie wiem, jak ona się nazywa! Dlatego przygotowując się do wystąpienia, zapisuję personalia tych, o których przypuszczam, że przyjdzie mi przy tej transmisji mówić. Podkreślam na kolorowo, żebym w każdym momencie mógł rzutem oka sprawdzić.

Jak wygląda Pana zwykły dzień pracy?

Moja praca jest nieregularna. Nie jestem człowiekiem, który przychodzi codziennie o godz. 9, pije kawę i przegląda gazety, Internet. Po prostu przygotowuję się do zadania. Pogłębiam też najróżniejsze moje zainteresowania, nawet te odległe od sportu. Jeżeli będę się interesował historią, ekonomią, historią sztuki, geografią i innymi dziedzinami, to jak przyjdzie mi komentować uroczystość otwarcia igrzysk olimpijskich, czy ona będzie w Londynie, czy w Pekinie, czy w Rio de Janeiro, ta wiedza mi się przyda. Zawsze warto znać  kontekst. On powoduje, że mamy skojarzenia. One z kolei powodują bogactwo komentarza.

Jako osoba publiczna nie kryje się Pan ze swoim światopoglądem i otwarcie mówi o swojej wierze, Bogu, przynależności do Kościoła katolickiego. Czy spotkał się Pan z tego powodu z jakimiś przykrościami ze strony kolegów po fachu?

Ja akurat nie. Wiem, że takie reakcje spotykają czasami innych ludzi. Do mnie może docierały pośrednio. Ale nie miałem sytuacji, która byłaby dla mnie bardzo nieprzyjemna, powodująca moją degradację w pracy albo inne następstwa. Bezpośrednio mnie to nie dotknęło. Jednak zdaję sobie sprawę, że nie jestem w głównym nurcie. To mnie tylko umacnia w poczuciu sensowności mojej drogi (uśmiech). Większość ma rację tylko przy urnie wyborczej. Świat posuwał i posuwa się naprzód nie dzięki większości, tylko dzięki pojedynczym ludziom, którzy nad czymś pracują, wynajdują, wprowadzają.

Chyba trudno nie być w głównym nurcie, kiedy się pracuje w mediach?

To jest kwestia wyboru. Ciągnie nas w tę stronę, gdzie widzimy, że nas coś wzbogaca. Przebywanie na salonach, w których kolorowe pisma fotografują z wszystkich stron, nie wzbogaca człowieka ani na jotę. Przychodząc na różnego rodzaju bale czy bankiety, nie przypominam sobie, żebym nawiązał tam jakąkolwiek ciekawą relację z kimkolwiek. Każdy znany człowiek jest trochę egocentrykiem, mnie też tej cechy nie brakuje. Egocentryzm jest najbardziej niszczącym elementem ludzkiej osobowości. Bo człowiek o tyle się rozwija, o ile działa dla kogoś innego. To miłość nas rozwija, a ona jest działaniem dla kogoś. A egocentryzm powoduje, że skupiamy się na sobie, uprawiamy samych siebie, samo się realizujemy.

Nie ma pokus materialnych? Przecież życie celebryty może zapewnić ogromne bogactwo.

Zaczynałem z poziomu człowieka zupełnie niezamożnego. Obywałem się koszulami flanelowymi i marynarkami ze sztruksu, pepegami, a także parcianymi torbami – tak było 30 lat temu. Nie zasobność portfela decydowała o oryginalności stroju. Żyłem w czasach, kiedy był ten niedostatek, ale żyję też w czasach, których już mamy dostatek. Czy to jest wielka pokusa? Gdybym powiedział, że nie zależy mi na pieniądzach, to bym oczywiście skłamał. Po pierwsze dlatego, że mam rodzinę, jestem za kogoś odpowiedzialny, za wiele przedsięwzięć i chciałbym, żeby one postępowały, żeby osiągać te cele, które jakoś sobie zakładam. Co by się stało, gdybym nagle nie mógł ich osiągać? Musiałbym się z tym zmierzyć. Dać radę. To na pewno nie byłoby proste. Ludzie młodsi ode mnie o całe pokolenie urodzili się już w kulturze konsumpcji. I teraz jest pytanie, czy oni w niej pozostaną, czy też – paradoksalnie – zrodzi się w nich wielki głód za sensem i odrzucą kulturę konsumpcji. A ponieważ nasza rzeczywistość raczej sinusoidalnie się rozwija, o czym świadczy następstwo epok, to wierzę, że tak właśnie się stanie. Ten sinusoidalny rozwój zakłócają dzisiaj media, ale one nie są wszechwładne, nawet jeśli im się tak wydaje.

Przemysław Babiarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Martyna Słowik

W szkole podstawowej poczuła, że rzeźbienie w modelinie to nie jest jej powołanie. Zaczęła więc rzeźbić w dźwięku i słowie. Szybko okazało się, że nie może bez tego żyć. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Dzienniku Polskim”, „Magazynie Spectrum”, „Wiadomościach Uniwersytetu Jagiellońskiego”. Prowadziła poranne pasmo na antenie Radiofonii. Współpracowała z Uniwersytetem Dzieci. Niespokojna dusza, zafascynowana dźwiękiem, słowem, obrazem, ruchem, a zwłaszcza drugim człowiekiem. W wolnych chwilach jeździ na rowerze, tańczy, chodzi po górach, planuje podróże - małe i duże. Od powrotu z Gruzji zakochana w tamtejszym klimacie i kulturze.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Przemysław
Babiarz
zobacz artykuly tego autora >
Martyna
Słowik
zobacz artykuly tego autora >